Wyimek o pisanu

Też z 2007-mego. 

*

Jak napisać żeby wyjść na intelektualistę...

                Powiem to tak: poziom szczegółowości opisu rzeczywistości trzeba sobie wypracować samemu. To pewna granica - nie wszystko da się ubrać w definicje - niektóre rzeczy trzeba robić na wyczucie. Coś sobie odpuścić, coś pokazać szczegółowo. Zasadniczo to co jest pokazane szczegółowo jest ważne. Jeśli opiszemy korytarz metr po metrze czytelnik do końca książki będzie czekał i dumał do czego ta informacje była potrzebna...

                Zagubiona scena. Nie wiadomo do czego potrzebna. To główna zmora prozy. Także mojej.

*

                Dużo zależy też od czytelnika. Zawsze opisując coś prawdziwego możemy zderzyć się z problemem braku źródeł. (jak ja – pisząc nie wiem czy wydarzenia w Bergen miały miejsce wiosną latem czy jesienią 1559 roku...)(mi cholera pasowała wyłącznie późna jesień)(miałem fart…). Zawsze może nam się trafić maniak który na co dzień czyta encyklopedię po flamandzku i wie jak miał na imię trzeci wnuk Breughla, albo robił pomiary na zamku w Malborku i ma w teczce brudnopis planu dwa raz dokładniejszy niż dostępny w publikacjach. I z tym się trzeba liczyć.

                Może też trafić się agresywny nieuk który sądzi że wie (słynna sprawa z kalibrem i liczbą kul w bębnie nagana) (w mojej książce jest 6 pocisków i kaliber 9, przeważnie było 7 i kaliber bodaj 7,62. Była seria pasująca do mojego opisu. Tylko że ja to wiedziałem - a adwersarz nie i się podjarał że "złapał pisarza na błędzie".

                I z drugiej strony - te nieszczęsne rosyjskie Zeppeliny co do których byłem przekonany że ich nie było ale ktoś się interesował i znalazł info że car jednak je miał - wszystkiego 4 sztuki...

                To są nasze granice. Mur z którym się człowiek zderza. Dowcip polega na tym by przesunąć ten mur poza zasięg 99% czytelniczej populacji w skrócie - żebyśmy to my odgrywali genialnych i wszechwiedzących - dysponując po prostu wiedzą której innym nie będzie się chciało zgłębiać jeszcze dokładniej niż nam...

                Jak dan brown ze swoim "Kodem Leonarda…". Popisał bzdury - ale 99% jego czytelników nie ma pojęcia o tych sprawach więc to łyknęła... Oczywiście namawiam tu raczej do używania prawdziwej tyle że mało dostępnej wiedzy a nie żerowania na masowym nieuctwie...

                I jeszcze od zupełnie innej strony. Są książki genialne gdzie autorowi nie podskoczymy choćbyśmy się skichali. Czytaliście cykl "wszystkie stworzenia małe i duże" Jamesa Heriotta? Polecam!!! Facet praktykował jako weterynarz przez 40 lat. A potem spisał niezwykle barwnie wspomnienia. Wybrał same ciekawostki z 40 lat kariery zawodowej i dorzucił masę anegdotek związanych ze stosowaniem różnych obecnie archaicznych metod weterynaryjnych. Jak podrobić coś takiego? Nie da się. Na napisanie takiej książki trzeba najpierw pracować całe życie.