O bliźnich

Wyimek z dyskusji na forum SFFiH

*

Cała nasza moralności cywilizacja sprowadza się do zaledwie dwu prostych zachowań w interakcji z drugim słabszym człowiekiem.

możemy :
a) uznać go za bliźniego
 b) uznać go za frajera dać w japę, obrabować, zgwałcić albo zabić.

Wszystkie systemy filozoficzne i religijne sprowadzają się do tego czy wykorzystamy swoją przewagę do działań twórczych czy destrukcyjnych. Oczywiście możemy też trafić na silniejszego albo skonsolidowaną grupę słabszych. Piszę jednak o sytuacji w której mamy przewagę. 

Oczywiście do punktu a dodano pewne uściślenia typu "nie kradnij", "nie zabijaj", "nie posuwaj jego kobiety" - ale to takie rozwinięcie niezbędne dla niekumatych starożytnych pastuchów. Chrystus obracając się w środowisku bardziej ucywilizowanym kazał miłować bliźnich i zazyczaj nie wdawał się w jurystyczne szczególiki.

Opcje "a" i "b" oczywiście przewijają się w różnych kulturach, cywilizacjach i religiach występując w różnym nasileniu. Zetknięcie ze słabszym, lub chwilowo bezbronnym kusi tak jednostki zdegenerowane jak i takie zwyczajnie słabe moralnie. Jest taka książka "Zwyczajni niemcy i Holocaust" - pokazujaca jak bydlę może wyjść z pozornie normalnego człowieka.  

Patrząc na socjalizm widzimy że pierwsi teoretycy jeszcze przed maksem mieli w gębach dużo frazesów będących rozwinięciem opcji "a" ale ilekroć zaczynali działać zwyciężała opcja "b". Feudałom i Kapitalistom też nie zawsze wychodziło - natura ludzka jest ułomna - ale jakoś w roku 1989-tym gdy nastąpił wielki historyczny audyt socjalizmu okazało się że PKB najbiedniejszych krajów kapitalistycznych per capita pięciokrotnie przewyższa PKB najlepiej rozwiniętych krajów strefy sowieckiej.

Żadna z opcji nie pojawiłą się jak dotej pory w postaci czystej. Mamy przybliżenia. Mamy kierunki rozwoju. Drogę pod górę usianą głazami. Chrześcijaństwo i system kapitalistyczny dążą do opcji a. Socjalizm nawet się nie maskując wybiera opcję b.  

Ja widzę życie nie jako pole walki ale jako wyścig. Fakt że J.Grzędowicz sprzedaje więcej książek pobudza mnie nie do agresji ale do biegu. Paleokapitalizm który wyznaję to swoboda konkurencji. To faktycznie szukanie dróg by produkować więcej, szybciej. lepiej, taniej. I dodajmy na własnych patentach bez podkradania rozwiązań za które konkurencja musiała słono zapłacić...

Samodoskonalenie, samokształcenie, ciężka praca - ten kierunek wydaje mi się słuszny. 

*

To jeszcze tłumaczenie dla niekumatych:

Socjalizm oznacza: zapierniczaj od świtu do nocy i oddawaj nam prawie całą kasę albo dostaniesz wpier... ewentualnie możesz liczyć na norę do spania, miskę pomyj a od święta jakiś ochłap.

Kapitalizm oznacza: wymyśliłem coś fajnego, a ponieważ ty tego nie wymyśliłeś stawaj przy maszynie, pozapierniczasz dzień i noc ale za to dam ci kasę kupisz sobie ekstra żarełko żebyś mógł ciężej pracować i auto żebyś nie musiał do roboty chodzić na nogach.

Z biegiem czasu w obu systemach zachodziła pewna ewolucja. Socjaliści bojąc się ucieczki niewolników dawali trochę lepsze nory i ochłapy i żeby miał kto stać przy maszynach rzadziej strzelali w potylicę. Kapitaliści jak się dorobili dawali robolom trochę więcej kasy, a produkcja szybko wzrastała więc i ceny i dostępność dóbr leciały na mordę... 

Podstawowy problem obecnego czasu widzę w konwergencji cywilizacji. Od lat 80-tych kraje wolnego świata i kraje sowieckiej zony zaczęły forsownie ujednolicać swoje systemy. Tylko że integrowanie zdrowych jabłek ze zgniłkami zawsze kończy się tak samo. Dowodem jest ustrój który widać za oknem. Hybryda najgorszych cech zdziczałej komuny i zdegenerowanego kapitalizmu. Tyle że nie strzelają w potylicę - chwilowo.