Głosując nogami

Patrząc na dzieje świata widzę prosty mechanizm – dokręcanie śruby w jednym miejscu zawsze powodowało głosowanie nogami – ludzie nie mogąc znieść ucisku uciekali jak zające. Nie powstrzymywało ich nic. Oceany, dzikie góry, nieznajomość języka. Umykano od wieków. Baptyści z Holandii spakowali się i ruszyli w poszukiwaniu lepszego jutra. Część dotarła do Polski, inni hurmem popłynęli do Ameryki (dając początek m.in. wspólnotom Amiszów). Uciekali polscy i rosyjscy chłopi pańszczyźniani – dając początek zaporoskiemu kozactwu. Umykali więźniowie łagrów, ale też zwykli mieszkańcy krajów totalitarnych. Ich celem były kraje że ludzie żyli pełniej, lepiej swobodniej, gdzie byli wolni.

Czasem oczywiście dochodziło do tragicznych pomyłek bo kraje te nie zawsze były takie jak sobie uciekinierzy wyobrażali. Ci których wymarzonym celem był ZSRR przekonali się o tym szczególnie boleśnie.

Do 1989-tego sytuacja była dość jasna. My tkwiliśmy w gównie po same uszy. Za żelazną kurtyną były kraje wolnego świata. Relacji krewnych i znajomych którzy stamtąd wracali słuchało się jak bajki. Krainy gdzie każdy ma paszport. Gdzie każdy ma samochód. Gdzie dobry używany samochód kupuje się za równowartość jednej pensji. Gdzie telefon zakładają w ciągu dwu tygodni. Gdzie po domach krążą nagabywacze usiłujący namawiać ludzi na zakup nowej pralki.

Po 1989-tym roku głosowanie nogami stało się w Polsce masową formą protestu. Wyjechały 2-3 miliony ludzi. Patrzę na to i zastanawiam się nad mechanizmem. Ten masowy ruch to suma drobnych niepowodzeń, strachu i lenistwa. Dwa miliony młodych zdeterminowanych ludzi zmiecie każdy złodziejski rząd i każdy złodziejski system. Przed taką masą władza może obronić się wyłącznie używając siły. Wyłącznie terrorem. Wyłącznie zabijając i mordując. O ile ma takie możliwości.

Jaruzelski uratował się przed Solidarnością internując kilka tysięcy przywódców ruchu i mordując około 300 powiązanych z solidarnością ludzi (tzw „lista Rokity”). Odsunęło to jego upadek o osiem lat. Komuniści mogli oprzeć się na wiernych pretorianach : liczba członków PZPR była zbliżona do liczby członków Solidarności. Po stronie władzy stało ok. 100 tyś milicjantów, 25 tyś funkcjonariuszy SB oraz armia około ćwierć miliona kapusiów jednej i drugiej formacji. W odwodzie było jeszcze Ludowe Wojsko Polskie.

Obecne władze obalić byłoby nieporównywalnie łatwiej. Obecna władza ma mniejszą liczbę pretorian i co więcej liczni z nich mają swój rozum i w obawie przez przyszłymi kłopotami odmówią wykonywania rozkazów lub będą je sabotowali. Obecna władza nie użyje broni bo wie że grozi to konkretnymi reperkusjami. Obecna władza zamiast tzw. „nieznanych sprawców” użyje „seryjnego samobójcy” – co budzi w ludziach wściekłość ale coraz mniej lęku. Dla obecnej władzy ogromnym problemem i kością w gardle jest jeden "Staruch" - nieformalny przywódca jednej niezbyt licznej grupy kibiców.  Może zatem te dwa-trzy miliony niepotrzebnie wyjechały? Może należało inaczej spożytkować chęć zmian? Czekamy na wodza.