Smutek z lektury..

Czytam opublikowaną korespondencję którą przez niemal dziesięć lat prowadziły dwie kobiety – szwedzka pisarka Astrid Lindgren i niemiecka urzędniczka Louise Hartung.Czytam i chce mi się wyć.

Jest rok 1954. Niemka z Berlina zachodniego w przypływie przyjacielskich uczuć wysyła szwedzkiej koleżance bukiety kwiatów ze swojego ogródka. Pocztą. Dochodzą świeże. Astrid pisze że trzymały się długo. Czyli poczta z Berlina do Sztokholmu czy Vimmerby, pokonując po drodze NRD, idzie szybko. 48 godzin?

Sama Astrid jest w rozjazdach. Jest na fali – pracuje jako redaktorka, jej książki są czytane w radio, pojawiają się pierwsze przekłady zagraniczne. Odwiedza Niemcy i Francję – służbowo – promując swoje książki. Wyjeżdża z rodziną na wycieczkę do Anglii. Spędza lato na południu Europy… Ma dochody z książek – stać ją.

Ale jej kumpelkę z urzędniczej pensyjki też stać. Wskakuje w swoje małe auto i jedzie do Laponii – miesiąc w podróży - po drodze odwiedza przyjaciółkę. Kupiła po wojnie nowe dwupokojowe mieszkanie w Berlinie – poprzednie zbombardowali jej alianci w czasie wojny. Ma też ogródek. Pracując na dość podrzędnym etacie kupuje domek na Ibizie.

               A jak żyło się u nas w Polsce w tym czasie? Panowała powszechna nędza, samochody prywatne mieli tylko partyjni dygnitarza i co ważniejsi kierownicy, chłopów dręczyły kontyngenty – czasem wyższe niż „za niemca”. Rzemiosło i prywatne sklepy niszczyła komuna. Dziesiątki tysięcy więźniów politycznych siedziało w więzieniach. Tysiące trafiały do bezimiennych grobów… Okres objęty korespondencją – dekada zakończona śmiercią Louise (1963r.)

               To czasy dzieciństwa naszych rodziców, młodości naszych dziadków… Korespondencja pomiędzy dwiema kobietami – obywatelkami krajów wolnego świata pokazuje jak nieprawdopodobnie wiele odebrała nam komuna.