o historii

W podstawówce i liceum mierziła mnie i męczyła ogromna część materiału. Nie lubiłem fizyki, nie przepadałem za chemią i biologią. Szereg epok historycznych nie był dla mnie szczególnie ciekawy ale w podstawówce historię lubiłem – więc byłem obkuty z epok nieciekawych a tam gdzie mnie coś zainteresowało znacznie pogłębiałem wiedzę.

W liceum historię mi totalnie obrzydzono. Pamiętam zapał z którym ŚWIADOMIE wybrałem klasę humanistyczną. Moje zainteresowania, zostały zamordowane, wypalone. Przez te 4 lata z własnej woli przeczytałem tylko jedną(!!!) książkę historyczną – „Lodołamacz” Wiktora Suworowa. (wypadało by w tym miejscu „pozdrowić” pewną nauczycielkę ale Pan Prezydent apelował o powstrzymanie się od „mowy nienawiści”). Dopiero na studiach zacząłem wracać do czytania książek historycznych – powoli nieśmiało, przełamując się i gdzieś na trzecim roku zaczęło mi to nawet sprawiać przyjemność…

Archeologia pomogła – kazała skupić się na zwykłym człowieku żyjącym w minionych epokach, na jego potrzebach, sposobach ich realizacji, wreszcie na tym co nam pozostawił i do czego to służyło. Przez „zanurzenie w głąb” – przez poznane myśli przez pryzmat kultury materialnej, przez dociekanie jak co jest zrobione – wróciły mi zainteresowania „nadbudową” miastami, państwami, władcami, wojnami, bitwami… Ergo: skleiłem jakoś stłuczoną szklankę. Zdołałem odbudować to co zniszczono. Pozostaje pytanie ile straciłem przez 6-7 lat gdy na dźwięk słowa „historia” czułem tylko smutek i obrzydzenie… Dziś moje książki są pełne historii i wyłgaszam historyczne prelekcje na konwentach ku uciesze i nauce uczestnikow... 

Byłem nadwrażliwy? Za bardzo dałem się skopać? Być może...