o cenach

Ceny zwłaszcza artykułów żywnościowych wariują. Pisałem już o tym. Ludzie upatrują w tym nieudolności rządów PiS oraz łykają jak gęsi kit że jest to wina 500+ które nakręciło inflację. No to jedziemy.

Gdy ludzie mają mało pieniędzy i wydają je ostrożnie sklepy obniżają ceny byle sprzedać towar. Ceny spadają – do granic opłacalności produkcji. Gdy ludzie mają dużo pieniędzy a towaru jest mało ceny idą w górę. W warunkach nadprodukcji wszystkiego i przy otwartych granicach – inflacja jest trudna do wywołania – bo producent będzie towar dostarczał zaspokajając rozbuchany popyt, a jakby zbrakło przywiezie się towar z zagranicznych hurtowni.

Mamy nadprodukcję, ceny skupu płodów rolnych to kpina z rolnika… Rynek wyrobów przemysłowych zalewa bardzo tani towar z Chin… Ergo: Rynek jest bardzo elastyczny i powinien być odporny na inflację.

Druga sprawa – 90% detalicznego handlu żywnością jest w rękach sieci zagranicznych. Przy czym można już zauważyć że ten sam towar w tych samych marketach za granicą zaczyna być TAŃSZY. Dodajmy – sieci w Polsce mają eldorado. Bardzo niskie płace dla autochtonów, niskie koszta prowadzenia działalności, wieloletnie zwolnienia podatkowe. W RFN kasjerce trzeba zapłacić na dzień dobry 3-4 razy tyle co w Polsce. Markety płacą normalne podatki. Towar w Polsce jest znacząco tańszy. Niższe koszta prowadzenia działalności w Polsce powinny oznaczać niższe ceny. Tak nie jest.

Moim zdaniem jedynym wyjaśnieniem tych paradoksów jest ZMOWA CENOWA w warunkach BRAKU POLSKIEJ KONKURENCJI. Korwin Mikke twierdził że kapitał nie ma ojczyzny. Chyba jednak się mylił.