Diabłu Ogarek

Doczytałem "Diabłu Ogarek" K.T.Lewandowskiego do strony 30-tej i coniebądź zniesmaczony przerwałem lekturę. Fabuła do tego miejsca była w sumie ok. pan Lawendowski, woźny trybunalski zawiózł doręczyć pozew drobnemu warchołowi. Ponieważ warchoł pozwu przyjąć odmawiał dzielny urzędnik wziął mu szturmem dwór, zmasakrował służbę i wysadził drzwi baryłką prochu.

Coool akcja.

Następnie woźny wraca do domu (tzn do urzędu) i tam zastaje swojego podwładnego którego próbują ratować inni podwładni. Chłopak pojechał doręczyć inny pozew, a pozwani wytarzali go w smole i pierzu co biedak prawie przypłacił życiem. (pomogło wysmarowanie masłem co zaordynował szef i opłacił ze swojej kiesy).

Potem imć Lawendowski udaje się do karczmy i widzi warchołów co mu podwładnego sponiewierali. Pozew im doręcza i wypomina łagodnie że trochę go to masło kosztowało, na co oni wyjaśniają że to tylko niewinny żart był i zapraszają do kompanii na co ten ochoczo przystaje.

Sorry - zemdliło mnie. Bratać się przy stole ze świniami które prawie wykończyły naszego człowieka!? No i mam dylemat - czytać dalej czy nie...