Z kuźni

O Semipałatyńsku przeczytałem w liceum. Przypuszczam że był to 1992 rok. U nas się o tym jeszcze nie mówiło – ale był o tym artykuł w Der Spiegiel. Jakiś niemiecki dziennikarz zdołał dotrzeć do „jądra ciemności” do wsi otaczających sowiecki poligon. Znalazł ludzi którzy często bardzo starzy i schorowani nie mieli nic do stracenia i opowiedzieli obcemu jak to wyglądało. W latach zimnej wojny „Testy” były wykonywane regularnie - czasem co kilka tygodni. Przeprowadzono 188 eksplozji naziemnych, później wykuto szyby i zaczęto detonować bomby pod ziemią – w skalnych sztolniach. Ale było już za późno. Wiatry rozniosły skażenie po stepie.

Do tego ludzie nie zdawali sobie sprawy z tego co się dzieje. Przed próbami autochtonom wydawano alkohol. Rozbłyski za horyzontem i grzyby atomowe traktowano jak ciekawe widowisko. Po testach Kazachowie wskakiwali na koniki i jechali w strefę poligonu. Gołymi rękami łapali ogłupiałe, czasem poparzone ptaki i zwierzęta. Wracali z całymi workami zdobyczy. Dla wsi było to wielkie święto. Darmowa wóda od wojska i mięcha w opór... Ale skutki pojawiły się bardzo szybko. Już w latach 60-tych plaga nowotworów i chorób genetycznych zdziesiątkowała miejscowe populacje. Niestety - informacje o tego typu sowieckich zbrodniach na zachodzie przeszły w zasadzie bez echa.

Ze zdumieniem i grozą oglądałem kilka lat później film dokumentalny o tzw. Jeziorze nr 1006. W latach 50-ych na potrzeby propagandy nakręcono film o pokojowym wykorzystaniu energii atomowej. Na stepie wydrążono płytki szyb. W nim umieszczono i zdetonowano bombę atomową tworząc lej o średnicy kilkuset metrów. Do krateru doprowadzono kanał z wodą a po napełnieniu urządzono zawody pływackie. Jezioro istnieje nadal. Woda z niego będzie się nadawała do picia już za około 50 tyś lat. O losie zawodników nic konkretnego nie wiadomo.

/fragment wywiadu rzeki "po tamtej stronie książki"/