Do przemyślenia

Wklejam Wam mój felieton z bodaj czerwcowego numeru "Czwartego Wymiaru".

 

Panując nad czasem.    

                Jednym z poważniejszych problemów filozoficzno – teologicznych doby reformacji było przekonanie części protestantów że skoro Bóg jest wszechmogący i wszechwiedzący a do tego panuje nad czasem, to życie każdego człowieka jest na swój sposób zdeterminowane: zostanie zbawiony lub potępiony, a Bóg już wie jak skończy się życie każdego z nas.

                Stare gazety drukowane na podłym papierze źle znoszą próbę czasu. Papier utlenia się, rozsypuje, łamie. By można było bezpiecznie korzystać ze zbiorów bibliotecznych wykonano mikrofilmy i w tej postaci udostępnia się dawne czasopisma czytelnikom. Miałem dwadzieścia kilka lat gdy w czytelni Biblioteki Narodowej siadłem do przeglądania starych roczników „Kuriera Warszawskiego”. Szukałem śladów mojego Pradziadka który po wybuchu wojny zmobilizowany przybył do Warszawy i tu zginął bynajmniej nie w skutek działań wojennych. Czytałem o spokojnych codziennych sprawach mieszkańców, o zaogniającej się nieco sytuacji międzynarodowej, aż dotarłem do gazet które z pierwszych stron wielką czcionką krzyczały WOJNA!

                Z tych pożółkłych kart mówili ludzie. Opisywali swój świat dzień po dniu. Nie myśleli zapewne o takich jak ja którzy spojrzą na szpalty 90 lat później. Zadumałem się. Poczułem wyzwolenie z okowów czasu… Oni – myśli uwięzione w literach – nie wiedzieli jeszcze co czeka ich, ich miasto, ich kraj. Ja już wiedziałem. Mogłem przewinąć rolkę mikrofilmu o dwadzieścia dni do przodu. Mogłem cofnąć do czasów przedwojennych. Mogłem wynotować nazwiska redaktorów. Poszperać. Ustalić co się z nimi stało. Który zginął jako korespondent wojenny. Który zmarł na grypę. Który poległ w legionach, a którego śmierć dosięgła dopiero podczas kolejnej wojny. Blisko 150 lat historii gazety leżało przede mną. Młodzi ludzie przychodzili do redakcji zaoferować swoje artykuły. Zdzierali latami zelówki biegając po mieście. Mogłem śledzić ich kariery. Przychodzili do gazety istniejącej 20-50-70 lat. Kroczyli drogami swoich poprzedników. Wznosili wspólnie wielki gmach. Ja patrzę na proces skończony. Na piramidę zbudowaną z maleńkich cegiełek dobrych artykułów. Widzę więcej niż oni. Widzę jak się to wszystko skończyło – we Wrześniu 1939.

                Wyobrażam sobie Boga jak siedzi w niebie i w podobny sposób przegląda nasze dzieje. Wyobraźnia podsuwa obrazy będące uproszczeniem wizji. To raczej nie będzie czcigodny brodaty Starzec z wielką księgą na kolanach, ani Chrystus frasobliwy przy czytniku mikrofilmów. Zewnętrzna forma nie ma zresztą znaczenia. Może to będzie wielki hologram historii naszej cywilizacji? I jeszcze jedno. Ja tylko czytałem stare gazety i poczułem dalekie echo mocy. Bóg ma wadzę nad czasem i nad materią. Może przeglądając pisać dzieje, uzupełniać, redagować, korektować, nawet cenzurować. Może wejść w klatki już nagranego filmu.

                Ma większe możliwości. Patrzy w nasze myśli. Widzi jak wybieramy drogę. Przewija kawałek do przodu i widzi co zdziałaliśmy… Ocenia jacy byliśmy. Czasem uśmiechnie się widząc jakiś ulubiony kawałek. Czasem zagryzie wargi. A czasem sięgnie po ołówek i jakiś wredny dyktator umiera na raka lub ginie od kul najwierniejszych towarzyszy. Nie za często – dla powieści z życia ludzkości lepiej by bohaterowie nie zdawali sobie sprawy z istnienia Autora i Czytelnika.

                A może to zła analogia? Może powinniśmy sobie wyobrazić szkołę? Nasze życie to nauka. Zaraz po śmierci – wielki egzamin. Dostaniemy też cenzurkę z ocenami cząstkowymi. „Wstrętne moherowe kujony” - czyli uczniowie którzy się przykładali - pojadą na wakacje. Głupszym ale jakoś tam rokującym wlepiona zostanie poprawka w czyśćcu. Natomiast ci którzy nie wykazali się chęcią do nauki i łamali regulamin szkoły pójdą kopać rowy…

                Celem szkoły nie jest promocja maksymalnej liczby uczniów, ale wypuszczenie absolwentów którzy coś sobą reprezentują. Dlatego regularnie poddawani jesteśmy rozmaitym testom, dyktandom, sprawdzianom i egzaminom. Bóg siedzi w gabinecie jak dyrektor i przegląda dzienniki klasowe. I znowu panując nad czasem widzi jaki wynik uzyska ostatecznie każdy z nas… Absolwenci są Mu prawdopodobnie do czegoś potrzebni, a nie chce wyciągać za uszy leserów. Dlatego co jakiś czas rozleniwiony uczeń dostaje nieoczekiwanie dodatkową pracę domową, która ma go zmusić do intensywniejszej roboty. I kolejne testy. Bóg znowu przewija mikrofilm. Jeśli wynik końcowy nadal jest niezadowalający bierze w rękę ołówek. Pojawia się kolejna praca domowa… Czasem jednak materiał ludzki zawiedzie. Trafi się uczeń kompletnie odporny na wiedzę. Leń totalny.  

                Oczywiście w naszej szkole są też podręczniki - książki spisane przez nauczycieli, a przekazujące wiedzę. Żywoty świętych, pisma ojców kościoła, zbiory modlitw, zapisy objawień, encykliki… Mówią mniej i bardziej jasno. Ale jak człowiek poczyta, jak wsłucha się w treść wykładów to i owo rozjaśnia mu się w głowie. Oczywiście są też uczniowie którzy zastanawiają się nad sensem nauki, nie wierzą w istnienie egzaminów końcowych, nie wierzą że alternatywą wakacji jest kopanie rowów, albo nawet kwestionują istnienie obowiązku szkolnego. Dla przedstawicieli takich jednostek przewidziany jest program specjalny. Czasem idąc korytarzem usłyszą kroki Dyrektora. Albo zobaczą kątem oka ciemną plamę Jego garnituru. Czasem trafią na poważną rozmowę do jednego z nauczycieli a ten pokazuje im wyniki klasówki, wpisy do dziennika, wyjaśnia strukturę organizacyjną szkoły, albo przekazuje informacje wprost.

                Takim naszym „belfrem” uprawionym do zdradzania niektórych tajemnic był np. św. Ojciec Pio. Czasem gdy zaplączemy się w programie nauczania i zastanawiamy się nad sensem dalszej nauki znajdujemy pomoc naukową – relikwię lub spis cudów które dokonały się w świętych miejscach. Aż wreszcie nadchodzi egzamin końcowy. Uczniowie stają z Dyrektorem twarzą w twarz. A On wyciąga karty zaliczeń i dzienniki klasowe. I pokazuje palcem – tu i tu nieuku drogi dostałeś podpowiedzi, ściągawki, wskazówki. Ostatni osioł by zrozumiał, a ty dalej twierdziłeś że nie ma żadnego programu nauczania, a nauka kończy się eutanazją i niebytem. A ty leniu wiedziałeś że czeka cię egzamin a przez całe życie nie przeczytałeś nawet głównego podręcznika. A ty cwaniaczku sądziłeś że egzamin to tylko formalność i zdają go absolutnie wszyscy… A ty kombinatorze zamiast do nas uczęszczałeś do konkurencyjnej szkoły za rogiem ulicy. No i masz problem bo to byli marni oszuści, a ich program nauczania nijak się ma do naszych egzaminów.

                A potem ten żal gdy kolumna niegdyś wesołych leni z kilofami na ramieniu idzie kuć marmur w kamieniołomach, a tymczasem wstrętne kujony pakują do walizek kostiumy kąpielowe i rakiety do tenisa by jechać na wakacje sponsorowane przez Radę Pedagogiczną…