BLOG

wedrowycz banner1

Jest lepiej niż za komuny

Jest lepiej. nie czekasz 15 lat na przydział telefonu tylko kupujesz go w kiosku.
Każdego lub prawie każdego stać na samochód.

Każdy ma paszport w kieszeni.

Wyjazd za granicę to nic wielkiego.

Nasza waluta też jest wymienialna.

Byle osiedlowy warzywniak jest zaopatrzony lepiej niż 30 lat temu duży Pewex.
Kafelki w łazience nie są już wyznacznikiem luksusu.

Kryształowe wazony to obciach i wieśniactwo a nie "doskonały przedmiot do wręczenia jako łapówka w szczególnie ważnej sprawie".

Nie kupujemy od chłopa ćwiartki prosiaka z nielegalnego uboju. Gdy wieziemy mięso do domu nie boimy się że zatrzyma nas milicja.

Jemy codziennie mięso.

Kartofle nie są podstawą naszej diety.
Kawa zbożowa jest trudna do zdobycia.
Margaryną można posmarować chleb i zjeść bez odrazy.

Po piwo, herbatę, banany nie stoi się w kilometrowej kolejce.

Nad morzem i na górskich szlakach - tłumy - liczba miejsc w domach wczasowych znacznie się podniosła. Na marinach trudno zacumować łódką.

Średni wzrost 16-latków poprawił się o bodaj 8 cm.
Średnia prognozowana długość życia wydłużyła się o 7 lat.

Lot samolotem to naturalny sposób podróżowania a nie przygoda życia.

Komuszki z SLD na wczasy jeżdżą do Egiptu i Tunezji zamiast na Krym lub do Bułgarii.

Zdecydowanej większości jest lepiej.
choć marudzą niemal wszyscy.

70 stron

Dojechałem do 70 stron nowego zbioru opowiadań. Kuso.

 

Pewna rocznica...

Pamiętam grudzień 1989. Tuż po Bożym Narodzeniu. Zdjęcia z Rumunii – leżące w kałużach krwi trupy Nicolae i Eleny Ceauşescu. Kadry z procesu który odbył się w stołówce szkoły lub może kantynie. Procesu krótkiego, pro forma. Cztery zarzuty. Kilka pytań. Protesty oskarżonego, który twierdził że sądzić może go tylko zgromadzenie narodowe. Adwokaci jak z komedii o nieudolnych prawnikach. Godzinka, może półtorej i wyrok - Kara Śmierci. Apelacji nie przewidywano – związano ręce, wyprowadzono, rozwałka pod murem.

Można się czepiać kształtu zarzutów, ekspresowego tempa rozprawy, doboru obrońców, kompetencji sędziów. Ale efekt jest jeden – wielokrotny zbrodniarz, wszechwładny satrapa, poszedł do piachu. I nic tego już nie zmieni. Tajna policja securitate próbowała stawiać opór. Kilkudziesięciu zginęło zasypanych granatami w piwnicach, zastrzelonych lub zlinczowanych przez tłum. Rumuni mieli jaja – przecięli wrzód jednym zdecydowanym pociągnięciem skalpela.

Mu przez prawie ćwierć wieku musimy znosić obecność w naszym kraju naszych byłych okupantów oraz legionu drobnych dziennikarskich smrodków bełkoczących by „odpier**** się od generała” i chroniących jego przydupasa o ksywie „człowiek honoru”.

Dwa pytania

Gryzą mnie dwa pytania, właściwie powinienem skierować je do o.Rydzyka lub fundacji Lux Veritatis…

Mija już półmetek 12 roku akademickiego Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu. Przez uczelnię tą przewinęło się kilka tysięcy młodych ludzi. Uczyli się jak być dziennikarzami. Gdzie oni się podzieli? Nie kojarzę żadnego znaczącego publicysty mediów prawicowych, który byłby absolwentem tej uczelni. Wśród wykładowców są wybitni publicyści – ale czemu szkoła nie chwali się kogo wyszkoliła?

Porównując – Klub Tfurców – małe kółko samopomocowe powstałe w Warszawie w latach osiemdziesiątych wykształciło liczną grupę pisarzy grających dziś pierwsze skrzypce w polskiej fantastyce. Poważna uczelnia o.Rydzyka posiadajaca fachowe kadry i wsparcie medialne powinna odcisnąć trwały i widoczny ślad na skalę całego kraju…

Pytanie drugie: czemu szkoła ta nie posiada wydziału reżyserii? Kino i telewizja to potężny instrument oddziaływania. Czemu nie szkoli się reżyserów tworzących katolickie seriale dla telewizji Trwam i podobnych mediów?

Uduszeni vat-ą

Przed laty, bodaj w roku 1993 wprowadzono w naszym kraju podatek vat. Podatek głupi, szkodliwy i niemoralny. Wprowadzono go by dostosować nasz system podatkowy do wymogów UE. Wprowadzono go bo ktoś wiedział że do UE wejdziemy. Ktoś wiedział to na lata całe przed referendum w którym społeczeństwo zapytano czy mamy się tam pchać…

Podatek vat zniszczył nasz kraj jak złośliwy nowotwór. Przeorał gospodarkę. Skazał wiele jej dziedzin na uwiąd. Wydłużył obieg pieniądza, wymusił produkcję kilogramów zbędnej makulatury i podniósł koszta księgowe niemal każdej firmy. Wymusił radykalny wzrost liczby urzędasów, zwiększył ich wszechwładzę i samowolę. Dla wielu prężnie działających przedsiębiorstw błędy w fakturach vatowskich, lub zmiany interpretacji przepisów, oznaczały wielomilionowe straty a niekiedy kres istnienia. W wielu przypadkach wymusił zakończenie produkcji w naszym kraju i przeniesienie jej za granicę – odebrał pracę dziesiątkom tysięcy ludzi.

Vat jest przede wszystkim podatkiem NIEMORALNYM. Oznacza powtórne opodatkowanie pieniędzy uszczuplonych już raz przez podatek dochodowy.

Książki broniły się długo. Najpierw wprowadzono go tylnymi drzwiami. Vat na papier, vat na usługi drukarskie podnosiły cenę każdego woluminu o kilka – kilkanaście procent. Od ponad roku opodatkowana jest książka jako produkt. Cena wzrosła. Przebiła pewną psychologiczną barierę. Obroty spadły, czas oczekiwania na należności wydłużył się o kolejne miesiące. Do tego doszedł kryzys. Rynek książki w niespełna dwa lata skurczył się o 1/3. Znów musimy więcej pracować i mniej za to otrzymujemy. Padnie kilkadziesiąt małych wydawnictw, kłopoty zaczną się w drukarniach, znikną kolejne księgarnie. Stracą pracę ludzie. Kilkanaście może kilkadziesiąt tysięcy. Młodzież znowu będzie czytała mniej, a wartościowe książki zastąpi popkulturową sieczką oferowaną tanio przez supermarkety.

Problemy finansowe wydawców oznaczają zamknięcie wielu ryzykownych projektów. Wielu młodych ludzi nie zostanie pisarzami, bo nikt nie wyda ich debiutanckich książek. Bardziej uznani autorzy będą mieli mniej pieniędzy i dłużej na nie poczekają. On także zrezygnują z wielu planów a inne ograniczą. Jeden nie weźmie kredytu na mieszkanie. Inny nie zmieni 15-to letniego samochodu na nowszy. Ja też zawieszę kilka projektów a inne zredukuję.

Czy bałwan urzędnik wprowadzający vat na książki w ogóle zdawał sobie sprawę w jak wielu ludzi uderzą boleśnie jego decyzje? To straszne - jak bezrefleksyjnie człowiek czyni zło...

Opis filmu

o którym wspomniałem i link do trajlera

http://ukrpol.net/2012/01/22/1855/

 

 

Plany

Plany na 2013-ty? Ech. Nic wielkiego, niezwykłego, nadzwyczajnego. Szara proza życia. Napisać trzy książki. Wydać kolejną publikację regionalistyczną o Wojsławicach. Objechać Bałtyk wokoło. Przetrwać kryzys i spróbować cokolwiek odłożyć…

przemyślenia...

Jako dzieciak byłem oczywiście socjalistą - jak każdy. Cieszyłem się, że mieszkam w bloku, że jest co jeść, (a konina to nawet bez kartek) i że nie spadają na nas imperialistyczne bomby. Wkurzało mnie rzecz jasna, że mamy dwa pokoje na czteroosobową rodzinę a sąsiedzi trzy a jest ich troje i że nie mamy samochodu. I że nie jeździmy na wczasy do Bułgarii. Ale były to drobne bolączki. Wyasfaltowane podwórka, place zabaw, rzęchowaty rower – żyłem jak inni, jak moi rówieśnicy.

Akurat w najbliższym otoczeniu, choć mieszkałem na owianych ponurą sławą Szmulkach nie było przykładów jaskrawej patologii. Sąsiad chlał, ojciec jednego z kolegów siedział w więzieniu, ojca drugiego zakatowali tzw. nieznani sprawcy – ale dla 7-9-to latka by sprawy mimo wszystko dość odległe. W porównaniu z przegęszczeniami mieszkań niektórych kolegów standard dwa pokoje na czteroosobową rodzinę wydawał się całkiem niezły. Fakt, że mój Ojciec pracował przez większość weekendów, a latem spędzał w robocie i 12 godzin też nie dawał do myślenia – nie byłem tu wyjątkiem. Harówka rodziców była rzeczą powszechnie występującą. Ojciec jednego z kumpli pracował na noce przy produkcji…

Potem dowiedziałem się, że można żyć inaczej - pełniej. Że są książki, których nie tłumaczy się na nasz język. Że w innych krajach wyjazd za granicę nie jest niczym nadzwyczajnym. Że w zasadzie wszędzie za granicą mięso kupuje się w sklepie jak każdy inny towar – bez kartek. Że w NRD które odwiedziłem w 1985-tym namiot można po prostu kupić w sklepie sportowym bez konieczności zapisywania się w społecznej kolejce i czekania latami.

Był taki dowcip o milicjancie, który przeskoczył przez ladę w Pewexie i poprosił o azyl… To faktycznie tak wyglądało. Łada, a za nią niewyobrażalne bogactwo niedostępnych na co dzień towarów. I tłum klientów gapiących się na te dobra a jednocześnie brak kolejki do kasy. Oglądając przejawy zachodniej cywilizacji i studiując zagraniczne katalogi sklepowe stałem się zwolennikiem kapitalistycznego dobrobytu i na tym zastał mnie rok 1989-ty.

Oczywiście byłem całkowicie pewien, że wyrównanie poziomu życia nastąpi w ciągu kilku lat i byłem pewien, że jest to zasranym obowiązkiem władzy. Do tego liczyłem na sute dotacje zachodu na podnoszenie tego poziomu ze szczególnym uwzględnieniem mojej skromnej osoby. (piszą sobie opowiadania i powieści, nie robi tego nikt z moich rówieśników, znaczy jestem genialny – gdzie do cholery moje stypendium, może być niemieckie – mają przecież obowiązek odbudowy naszego kraju). Miałem przeświadczenie graniczące z pewnością że zdrada aliantów popełniona w Teheranie, Jałcie i Poczdamie zostanie nam jakoś zrekompensowana. Że długi gierka zostaną umorzone, że dla Europy środkowej będzie jakiś nowy plam Marshalla i że dostaniemy wreszcie należne nam reparacje i odszkodowania za II wojnę światową. Podobnie liczyłem na procesy komunistycznych decydentów i publiczne wieszanie różnych urbanów, jaruzelskich i kiszczaków.

Około 17-tego roku życia a więc ok. 1991-go zrozumiałem, że nie ma na co liczyć, procesów nie będzie i nikt mi nic nie poniesie, a nawet jakby ktoś z zachodu chciał coś tu podnosić to przysłaną dla mnie kasę władza i tak ukradnie. Zacząłem zastanawiać się na problemem: jak przy zerowych umiejętnościach i zerowym kapitale początkowym podnieść sobie poziom życia do takiego, jaki bym chciał mieć. Wymyśliłem by skupić się na pisaniu, by wrócić do pisania po półrocznej przerwie totalnej (bo był już czas gdy sobie definitywnie odpuściłem...) i jak sądzę wymyśliłem to dobrze.

Lewakiem może być oćwiczony batem niewolnik, człowiek któremu odebrano wiarę we własne siły, albo który tej wiary nigdy nie miał. Który wierzy, że nie podskoczy a jedyne, na co może realnie liczyć to pomoc urzędasów. Nawet to rozumiem - bo znam siłę uwodzenia różnych mutacji marksizmu. Kto by nie chciał, by inni zdjęli z niego ciężar decydowania o własnym losie i do tego zapewnili pełną michę? Kogo nie rajcowałaby możliwość otrzymania mieszkania gratis, za sam fakt przepracowania kilku lat we wskazanym zakładzie? Za stuprocentową pewność zatrudnienia – nawet za przysłowiowe 1200 netto niejeden gotów byłby wyrzec się wolności i demokracji. Był taki etap. Mieszkania dla górników i hutników. Brak rąk do pracy niemal w każdej dziedzinie produkcji… Życie szare, biedne, nudne – ale bez konieczności walki. Zatruły się tym jadem dwa pokolenia powojennego wyżu. I nadal się trują choć w międzyczasie nasi obozowi kapo zmienili się w „kapitalistów”.

Potrzeba wielkiej samodyscypliny i siły wewnętrznej by uwierzyć w siebie i nauczyć się walczyć o swoje. By wymyślić cel i realistyczną drogę do niego, a potem plan konsekwentnie zrealizować… By uczciwie rywalizować i zwyciężać. By przyjąć walkę w sytuacji, gdy klęczy się w błocie z kozikiem w dłoni, a przeciwnik stojący na suchym ma w ręku miecz. Rozumiem tych, którzy raz wdeptani już się nie podniosą. Ale uważam że trzeba szukać sił w sobie.

Rozumiem też postawę roszczeniową – bo nadal uważam że po szalonych zbrodniach II wojny światowej niemcy i ruscy po wiek wieków powinni odpracowywać u nas swoje winy – sprawcy jako niewolnicy, ich potomkowie jako parobczacy… Ale tak po prostu nie będzie. Do wszystkiego trzeba dobić się samemu, własną pracą a socjalizm jest jak kulty cargo – idiotyczną szkodliwą mrzonką dobrą dla niepiśmiennych dzikusów, ale niegodną człowieka cywilizowanego.

Dylemat

Mój ulubiony cytat z wspomnanego filmu:

-Czy można oskalpować łysego?

-Można ale to znacznie trudniej.

*

Wszystkiego dobrego w nowym roku

Film zza Bugu

Obejrzałem w nocy z Maksymem ukraiński film Toj-Chto-Projszow-Kriz-Wogon – oparta na faktach historia Ukraińca – potomka kozaków charakterników, który został sowieckim pilotem. Skutkiem intryg kumpla NKWD-ysty trafił do łagru, uciekł przedostał się aż do Kanady gdzie przyłączył się do plemienia Indian. Film mocno eksploruje ukraiński i kozacki folklor, nie zawsze było to dla mnie w pełni czytelne. W pamięć zapadają poszczególne obrazy: Motyw lecących bocianów, bohater widzi we śnie swoją przyszłą walkę, przeskoczenie nad paskiem od spodni zapewniające niewidzialność, modlitwa do ściany za którą zamurowane są ikony, deliryczne zwidy pijanego NKWD-dysy, bardzo delikatnie ukazany wątek miłosny… Piękne sceny, symboliczne i dające do myślenia.

Stylistyka przypomina trochę „Wiśniowe noce” – dobra przejmująca muzyka i przygaszone barwy – które od razu robią „historyczny” klimat. Maksym marudził że filmowcom budżetu brakowało – nie zauważyłem. Niestety – u nas się takich filmów nie kręci, telewizja też ich nie pokazuje…

Dlaczego łatwiej obejrzeć u nas film irański niż ukraiński?