BLOG

wedrowycz banner1

o ludobójstwie.

Lech Jęczmyk w swojej książce „Dwa końce historii czyli nowe średniowiecze” przytacza dane z USA. Już w okresie wielkiego kryzysu zauważono tam że wzrost bezrobocia o jeden punkt procentowy powoduje kilkunastoprocentowy wzrost liczby udanych samobójstw, oraz wzrost liczby zgonów z przyczyn teoretycznie naturalnych. Paradoks? Stres to wzrost liczby nowotworów, zawałów, udarów a nawet wypadków drogowych. Wizja bezrobocia paraliżująca robotników to dla firm okazja do lekceważenia norm BHP i zmuszania ludzi do pracy pond siły. Nędza to gorsze odżywianie, groszy dostęp do opieki medycznej, wreszcie brak pieniędzy na leki.

Jęczmyk szacował że okres rządów koalicji SLD-PSL i debilna polityka gospodarcza, oraz sztucznie wywołany i utrzymywany kryzys, kosztowały nas życie kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy obywateli. Pisał wprost: to jest skala którą można uznać za LUDOBÓJSTWO.

Jego głos nie przebił się przez szum medialny. Idea ta nie znalazła oddźwięku nawet u prawicowych publicystów. balcerowicz, belka i inni macherzy od gospodarki nie ponieśli oczywiście żadnej kary. Dziś za oknem widzimy powtórkę z rozrywki. Rośnie bezrobocie. Rosną ceny. Znów częściej będą umierać ludzie…

Lepsze jutro było w 1996-tym

Nadciąga kryzys. Widać to niestety na każdym kroku i w niemal każdej branży. Strach przed kryzysem i bezrobociem staje się coraz powszechniejszy i gdy rozmawiam ze znajomymi widzę jak świadomość naciągającej burzy ściera kolejne uśmiechy z twarzy. Pamiętam okres rządów AWS, gdy nieoczekiwanie około roku 1997-mego w TV usłyszałem, że lepsze jutro było już wczoraj, a teraz trzeba będzie zacisnąć pasa. Nie powiem – wkurzyło mnie to, bo moja rodzina jakoś nie odczuła tego „lepszego jutra wczoraj” – nie dorobiliśmy się samochodu, mieszkanie nadal mieliśmy niewykupione, wyjazd na wakacje ciągle był sporym problemem finansowym… Zaraz potem ogłoszono konieczność schłodzenia gospodarki. Czym u diabła jest schładzanie gospodarki do dziś nie rozumiem – ale mam dziwne przeczucie że tych którzy to wymyślili należało powiesić na latarniach.  

Gdy pod koniec rządów AWS, po 4 wielkich (i nieudanych) reformach nadchodziła sejmowa zmiana warty wielu moich znajomych – z pozoru sensownych ludzi deklarowało poparcie dla odrażających komuchów z SLD. Argumentowali to w sumie logicznie – AWS doprowadził kraj na krawędź upadku i nawet czerwoni będą musieli poluzować, ułatwić zakładanie firm, wspierać zatrudnienie i radykalnie obniżyć podatki. Liczyłem na zniesiecie cła na auta używane – kraj motoryzował się rozpaczliwie powoli…

Czerwoni wygrali wybory, po czym w koalicji z ludowcami z miejsca dokręcili śrubę tak, że oficjalne zarejestrowane bezrobocie skoczyło do 20% i na tym poziomie pozostawało 4 lata. SLD zdawało sobie oczywiście sprawę że takie dokręcenie śruby wymaga pewnych działań dodatkowych. By kraj nie zawalił się do końca wprowadzili podatek belki (celowo małą literą) – który uczynił oszczędzanie całkowicie nieopłacalnym. Ludzie przyduszani kryzysem zaczęli wyciągać groszowe oszczędności z banków i wydawać… Ci którzy mieli parę groszy rezygnowali z zakładania lokat. Interesowałem się wtedy trochę numizmatyką. Widziałem w sklepach i sklepikach z monetami prawdziwe rarytasy – starzy zbieracze postawieni przed ścianą likwidowali kolekcje. Na tym „pożyczonym paliwie” Polska dojechała do wejścia w struktury UE co pozwoliło podpiąć niektóre grupy pod kroplówkę środków unijnych. Pod koniec rządów czerwono-zielonej koalicji weszliśmy do UE. Wchodziliśmy na kolanach, w łachmanach, z pustymi kieszeniami i solidnie oćwiczeni batem. Natychmiast po otwarciu granic unijna gospodarka otrzymała od komuchów prezent – półtora miliona zdesperowanych, zrozpaczonych ludzi gotowych pracować za 30% stawki tubylców z krajów „rozwiniętych”.

Od czasów rządów AWS minęło już 11 lat. Przez te 11 lat weszliśmy do UE, samochody sprowadza się bezcłowo, ale poza tym nie zmieniło się na dobrą sprawę nic. Nadal brak podstawowych mechanizmów umożliwiających ludziom oszczędzanie i bogacenie się. Nadal nie wychodzi nam sprawa podstawowa – zmniejszanie przepaści w poziomach życia między naszym krajem a państwami „starej UE”. Założenie firmy w jednym okienku i od ręki nadal jest niemożliwe. Terror fiskalny wzrósł. Kolejne przepisy komplikują ludziom życie jeszcze bardziej. ZuS niszczy małe firmy nim zdołają rozwinąć skrzydła. Kolejne zawody stają się zamkniętymi korporacjami. Oszczędzanie w bankach nadal pozbawione jest ekonomicznego sensu – odsetki po obelkowaniu nie doganiają inflacji, ani rzeczywistej ani tej oficjalnej.

2 miliony najaktywniejszych Polaków wyjechały i nie zamierzają wracać do kraju. Pomijając króciutki okres poluzowania za rządów PiS nadal żyjemy w epoce schładzania gospodarki. Za parę miesięcy powiedzą nam że lepsze jutro było w 2012-tym...  

Czytać czy nie...

Wpadła mi w oko książka „Higieniści” Macieja Zaręby Bielawskiego. Są to dzieje eugeniki, głównie szwedzkiej, ale autor sięga tez do programów III Rzeszy i referuje jak to było w międzywojennej Polsce. W pierwszej chwili pomyślałem, że kupię. Teraz się waham. Kupię, przeczytam, wkurzę się na socjalistów. Zdobędę wiedzę – ale czy jest mi ona potrzebna? Już nienawidzę eugeniki. Już gardzę eugenikami. Nieprzeczytanie będzie aktywnym odrzuceniem możliwości pogłębienia wiedzy… Z drugiej strony pogląd mam już jednoznacznie wyrobiony…

z Kuźni

Prace nad kontynuacją wampira z M3 po krótkim przestoju ruszyły naprzód. Gotowe jest już zakończenie, cztery opowiadania stanowiące ok 20% objętości a kilka innych jest malowniczo rozgrzebanych. Myślę, że po nowym roku zabiorę się do pracy już na poważnie. Hmmm… no tak. To może próbka?

Niespełna czterdzieści minut później Radek stał przed biurkiem w zacisznym gabinecie majora Nefrytowa.

-Melduję się na rozkaz – zasalutował.

-Siadajcie – ubek wskazał mu twardy stołek.

Siedzenie wypolerowane zadkami licznych przesłuchiwanych lśniło jak lustro.

-Wyobraźcie sobie Brona… - zaczął Major. - Wyobraźcie sobie – zawiesił głos – wykoncypujcie sobie nagłe wkroczenie do naszego kraju wojsk sowieckich.

-Wykoncy… co? – nie zrozumiał student.

-Ruskie wjadą nam na chatę!

-To jednak będzie trzecia wojna światowa? – zdumiał się konfident. – Czyli co? Mamy powitać sojusznika chlebem, solą… i gorzałką pewnie też? A ja, jako wasz człowiek, to idę na front, czy raczej będę potrzebny na tyłach?

-Nie pieprzcie głupot, tym razem musimy mówić szczerze – wdusił przycisk wyłączając magnetofon. – Wyobraźcie sobie, że stało się coś tak okropnego, że nasz sojusznik lada moment może podjąć decyzję by nas odwiedzić, a przy okazji powiedzmy… skarcić.

masakra w USA

W USA kolejna strzelanina w szkole. W miejscowości Newton niedoszły student ześwirował, zabił brata, matkę a potem poszedł do szkoły gdzie zabił nauczyciela i ponad dwadzieścioro dzieci, w tym wiele sześcioletnich. Zdaje się amerykańska policja ma większe jaja niż norweska i nie próbowała brać go żywcem. Oczywiście media już biją pianę na temat dostępu do broni i wpływie brutalnych gier komputerowych na psychikę sprawcy…

Życie w kraju rozbrojonym totalnie – jak PRL czy ZSRR miało swoje plusy. Pistolet czy karabin daje potencjalnemu bandycie przewagę absolutną. Można godzinami leżeć w zasadzce. Można uśmiercić ofiarę z zaskoczenia i z bezpiecznej odległości. Przed kulą trudno uciec… Żeby być bandytą bez spluwy w łapie trzeba dysonować przewagą fizyczną by ofiarę pobić albo podejść na odległość kontaktową i zaszlachtować nożem. No i trzeba ofiarę jakoś dogonić… I z zasadzką trudniej. Pistolet zamienia byle leszcza w pana życia i śmierci każdego, kto się nawinie…

Niestety w społeczeństwie totalnie rozbrojonym, bandyta ze spluwą, jeśli jakiś się pojawi jest na dobrą sprawę bezkarny. Kilka lat temu też w USA był przypadek taki: na kampus uniwersytecki wpadł świr ze spluwą. Strzelał do ludzi jak do kaczek. Na kampusie był bezwzględny i ściśle przestrzegany zakaz wnoszenia broni. Policja przyjechała dość szybko – ale dla wielu ofiar i tak było już za późno… Nikt ze studentów ani wykładowców nie odpowiedział ogniem, nikt nie strzelił mordercy w plecy. Zakaz był fajny i działał puki wszyscy go przestrzegali. Wystarczył jeden wyjątek…

Federalny zakaz wnoszenia broni do szkół obowiązujący w USA też jest fajny – nie ma ryzyka że nastoletnie gówniarstwo będzie do siebie strzelać na boisku, albo że nauczyciele w przypływie frustracji zrobią coś niebezpiecznego. Z drugiej strony gdyby przynajmniej w gabinecie dyrektora czy pokoju nauczycielskim było kilka sztuk pistoletów można było, gdy padły pierwsze strzały iść i załatwić świra ratując resztę jego ofiar. A i on sam wiedząc, że może zostać zabity prawdopodobnie nie zaryzykowałby wtargnięcia do szkoły.

Życie w świecie rozbrojonym daje poczucie bezpieczeństwa. Tylko, że rozbrojenie totalne działa dopóki nie pojawi się świr ze spluwą. Nie da się postawić policjanta na każdym rogu ulicy. W sytuacji zagrożenia pistolet leżący w szafce gabinetu dyrektora, albo tkwiący w kaburze za pazuchą dozorcy budynku dałby możliwość uratowania wielu dzieci...

O petach

30 lat temu smog dymu papierosowego unosił się nad Polską jak kraj długi i szeroki. Pety nasze kpiły sobie z jakichkolwiek światowych norm zawartości nikotyny czy substancji smolistych. Kurzyli wszyscy. Niepalący mężczyzna był rzadkością. Paliła zdecydowana większość uczniów zawodówek.  

Przez 30 lat liczba palaczy znacząco spadła a to co dziś palą Polacy to "siano" - niska zawartość nikotyny, drastycznie niższa zawartość smoły etc. Palenie wśród inteligencji stało się passe' a używka ta coraz częsciej kojarzona jest z marginesem społecznym. Dodajmy że za komuny pety z filtrem były rzadkością. Dziś filtr mają prawie wszystkie. 

Pety były używką stosunkowo tanią i pomijając krótki okres kartkowy - powszechnie dostępną. Dziś akcyza wywindowała ceny, a UE kolejnymi zakazami ogranicza ich produkcję i dystrybucję. Mówi się po cichu o delegalizacji tytoniu ok 2025-tego roku. 

Wydawać by się mogło że skoro pali się mniej i słabsze pety nowotwory powinny umykać z kontynentu z podkulonymi ogonkami. Tymczasem rak ma się dobrze - a wręcz znajduje się w ofensywie. Rak płuc atakuje też ludzi którzy nie palą a nawet takich którzy nigdy nie palili.

Paradoks? Nie. To prawdopodobnie EPIDEMIA.

Główny odejrzany to wirus Epsteina-Barr (EBV). Jego NOSICIELAMI JEST OK. 70% LUDZI. Dziś wiemy że wirus ten jest odpowiedzialny za raka krtani (jeden z raków rzekomo typowych dla nałogowych palaczy). Podejrzewa się że wywołuje ziarnicę złośliwą (drugi z "ulubionych" raków atakujących peciarzy). wywołuje też chłoniaki i monoukleozę być może tzw. zespół chronicznego zmęczenia i przewlekłe depresje.

Badania trwają.

Jestem zdecydowanym wrogiem kurzenia petów. Ale jeśli okaże się że to nie one są winne nowotworom - mamy prawo to wiedzieć. Także dla tego by szukać  sposobów wyeliminowania prawdziwego sprawcy...

jasna choroba...

palikot odwiedził jaruzelskiego w szpitalu. Po raz pierwszy w życiu prawie zrobiło mi się żal "generała". 

Jak strzela władza.

Stan wojenny był dla władzy rozwiązaniem lekkim, łatwym a kto wie czy nie przyjemnym. Komuniści po fali strajków początków lat osiemdziesiątych musieli spasować, oddać część władzy, popuścić cugle. Odebrali to jako policzek. Solidarność de facto niechcący upokorzyła ich w oczach ZSRR. Gdy Jaruzelski skamlał w Moskwie o pomoc usłyszał twarde słowa których sens był mniej więcej taki: gówno jesteś nie komunista, na oczach całego świata napluli ci frajerze do zupy, to teraz sprzątaj sam.

No to zabrał się do roboty. Nie była trudna. Wystarczyło wyłączyć telefony, rozdać siepaczom listy adresów i wygarnąć z domów kilka tysięcy ludzi. Satysfakcja z pogromu solidarności musiała być ogromna. Co z tego że przeciwnik bezbronny – za to jak liczny! Gdzieniegdzie stawiono opór. Tam też odniesiono błyskotliwe zwycięstwo wystarczyło salwą w tłum. Robotnik mógł mieć kamień, stalowy pręt, sztachetę – władza miała broń palną i transportery opancerzone. Wobec niestawiających oporu a potencjalnie niebezpiecznych posłano „nieznanych sprawców”. W latach 1981-83 zakatowano prawdopodobnie 88 członków i sympatyków opozycji. Potem likwidowano już z mniejszym zapałem, ale do 1991 roku ubecja doszła prawdopodobnie do łącznej liczby 150 zlikwidowanych „wrogów”.

O nastrojach panujących podczas walk najlepiej opowiada tzw. „raport taterników” grupka członków plutonu specjalnego zomo po pijanemu opowiedziała o tłumieniu manifestacji w kopalni „Wujek”. Opowiadali używając języka myśliwych – strzelali „w łeb i na komorę”. Zginęli ludzie, ale zomowców to rajcowało. Co najważniejsze ich bohaterstwo było bardzo tanie. Wielkie zasługi, medale, premie a w zasadzie żadnego ryzyka. Tłum ani razu nie odpowiedział ogniem. Polakom od 1944-tego nie wolno było posiadać broni. Arsenały AK nawet jeśli istniały to po 35 latach leżenia w ziemi karabiny i amunicja stały się bezużyteczne…

Zwycięstwo było absolutne. Każdy kolejny trup wygaszał kilka ognisk fermentu. Przyjaciele i znajomi mordowanych albo „tylko” skatowanych zazwyczaj kładli uszy po sobie. Związek pozbawiony znacznej części kierownictwa nie był zdolny do żadnych działań odwetowych. Solidarność nie stworzyła grup terrorystycznych. Nie podjęła prób zamachów nawet na najbardziej znienawidzonych pachołków ustroju. Nie stworzono podziemnych trybunałów by sądzić zdrajców i kapusiów. Nie zadbano nawet o przeprowadzenie własnych dochodzeń. Solidarnościowcy czuli że przegrali na całej linii. Ode chciało im się. Do tego doszedł strach. Szeregowi opozycjoniści mniej od nieznanych sprawców bali się wyrzucenia z pracy.

Czy Smoleńsk to swego rodzaju powtórka stanu wojennego? Likwidacja kilkudziesięciu niebezpiecznych potencjalnych przywódców za jednym zamachem. Długa lista zagadkowych „samobójstw”… a po wygranych przez PO-munę wyborach wrócił stary strach. Zwolennicy i aktywiści PiS nie boją się seryjnego samobójcy. Boją się czy zwycięscy nie wyrzucą ich z pracy…

Ofiary Stanu Wojennego

Przeklejam mój artykuł sprzed 3 lat - bo niestety jest nader aktualny...

*

Wszystkie Ofiary stanu wojennego.

Mija kolejna rocznica wprowadzenia Stanu Wojennego. Przy okazji wspomina się ofiary tej „operacji”. Wspomina się je niestety wybiórczo. Wszystkie media powtarzają jak mantrę: kilkanaście ofiar śmiertelnych, w tym dziewięciu górników z kopalni „Wujek”. Dopiero w 2006 Instytut Pamięci Narodowej podał swoje oszacowanie: (w okresie od 13 grudnia 1981 do 22 lipca 1983) zastrzelono lub zakatowano na śmierć 56 osób. Dziennikarze jeszcze się tego nie nauczyli.

Do tej liczby często dołącza się nazwiska z tzw. “listy Rokity”. Komisja pod przewodnictwem tego polityka na pocz. lat 90-tych badała sprawę ok. 400 morderstw i niewyjaśnionych zgonów członków i sympatyków opozycji które nastąpiły w latach 1982-91. Ustaliła wówczas że w ok. 150 sprawach ślady mataczenia są na tyle wyraźne że należałoby wznowić śledztwa. (oczywiście nie zrobiono nic…). Niezależne media przychylają się do tezy się że w okresie 1981-83 zabito lub zamordowano około setki uczestników strajków, oraz działaczy i sympatyków opozycji*.

A ja się zastanawiam nad ciemną liczbą nad którą nie debatują historycy. Ilu starych i schorowanych ludzi umarło przez pierwsze noce stanu wojennego tylko dla tego że nie było możliwości wezwania pogotowia ratunkowego? Cukrzycy, zawałowcy, ludzie z udarem mózgu, powikłaniami umierali odcięci od świata. Jedni samotnie inni ratowani w miarę możliwości przez rodzinę i sąsiadów… Ile porodów trzeba było odebrać w warunkach domowych? Pogotowie w samej Warszawie w ciągu jednej nocy podejmuje około tysiąca interwencji. Przez pierwsze noce stanu wojennego nie miało nocnych przepustek. Potem łaskawie zezwolono by obywatele mogli wzywać je za pośrednictwem wyposażonych w radiotelefony patroli MO.Ilu ludzi zabił brak sygnału w słuchawce?

_______________________________________________________________________________________________

*obecnie (2012) podaje się liczbę 88 osób. 

O weszkach

Gdy byłem nastolatkiem Czułem się inny i do tego głęboko lepszy i mądrzejszy od większości rówieśników. (faktycznie byłem trochę inny a od nastoletniej praskiej żuli byłem zapewne rzeczywiście i lepszy i mądrzejszy…). Myśląc o przyszłości układałem sobie scenariusze „elitarne”. Wśród nich były i takie gdzie robiłem oszałamiającą karierę naukową…

Panowałem też zostać weterynarzem, biznesmenem, przywódcą politycznym… Weterynarię sobie odpuściłem – nie przepadałem za biologią ani za chemią a w dodatku słyszałem opinię że to potwornie ciężkie studia. By zostać biznesmenem trzeba było dysponować na początek kapitałem a do tego znajomościami. (o znajomości danej branży nawet nie myślałem). Gdybym przypadkiem miał kapitał (czasem się grało w totolotka) to pewnie bym go stracił nie mając pojęcia czym, ani jak obracać. Polityką zaś zajmowała się w naszym kraju potworna mętownia. Oceniają się surowo ale realistycznie widzę masę niedociągnięć i zaniedbań które popełniłem w młodości a które potem pozamykały mi różne furtki…

                Na studiach poznałem pracowników naukowych, których uznałem za głąbów, ale obok nich gęsto jak bakalie w keksie znajdowali się też prawdziwi uczeni. Zderzyłem się ze ścianą. Zrozumiałem: ja nigdy nie będę profesorem. Jestem na to za głupi, zbyt mało oczytany (a nie nadrobię tego, bo nie znam biegle trzech języków obcych), nie dokonam odkryć bo jedyne co mi przychodzi do głowy to szukanie ceramiki iłżeckiej na wyspie Tobago a tego typu pomysłów powinienem mieć kilka tygodniowo. Zajmowałem się trochę dziennikarstwem – ale ostatecznie przeważyła chęć by żyć z pisania beletrystyki. Znalazłem swoją niszę. I zarazem zrozumiałem gdzie jest moje miejsce.

                Państwo polskie które udało się zbudować po 1989-tym jest państwem kompletnie tragicznym. Nie rozliczono komunistycznych zbrodniarzy. Nie zablokowano ubecji możliwości uwłaszczenia się na majątku kraju. Dychawiczne sądy i niemrawa policja zapewniły tu sielskie życie dla bandytów i oszustów co już na starcie wygryzło z biznesu wielu normalnych i uczciwych ludzi… Debilne przepisy podatkowe skutecznie utrudniły awans ekonomiczny inteligencji.

                Za komuny władza tresowała nas w nienawiści. Jak w każdym totalitaryzmie ofiary miały zagryzać się wzajemnie. Po 1989-tym to nie zanikło. Spauperyzowany inteligent otwarcie gardził cwaniaczkiem-biznesmenem. Robol gardził inteligentem. Inteligent – robolem („chodziło się na wagary trzeba dźwigać ciężary”) Ci na górze gardzili tymi co na dole. Ci z dołu pluli na tych ze szczytów. Fakt że władza wywyższała masę głąbów i osadzała ich na lukratywnych posadkach tylko pogłębiał poziom frustracji.

                Nasze społeczeństwo w swojej masie wyszło już ze wsi, ale do miasta jeszcze nie wszyscy doszli. Pisałem już o tym kiedyś w moich felietonach. Kiedyś wykształcenie oznaczało kasę i pozycję. Powstawała wielkopokoleniowa drabina awansu: Dziadek rolnik, syn robotnik, wnuk inteligent… Inwestowano jak tylko się dało w wykształcenie kolejnych pokoleń. Dziadek jadł brukiem byle tylko wnuk student nie zdechł na suchoty nim zdobędzie dyplom.

Za komuny pauperyzacja inteligentów nakręciła frustrację. Świeżo upieczony naukowiec klął w żywy kamień że ojciec układając kafelki zarabia lepiej niż on - Pan Magister. Robotnik po dwunastu godzinach babrania się w zaprawach z rozrzewnieniem wspominał sielskie życie na wsi, a tu jeszcze nestor rodu robił pieniądze na nielegalnym uboju świnek i śmiał się że trzeba było zostać na wsi. Pęd w górę nie tylko uniemożliwiał dziedziczenie zawodów, ale też budził pogardę do zawodów poprzednich pokoleń. Ojciec szewc był dla studenta passe’.

Po 1989-tym gdy zaczęły się pierwsze poważne problemy z pracą do tego doszło jeszcze zderzenie z rzeczywistością. Absolwent liceum czy świeżo upieczony magister dowiadywali się, że de facto nie umieją nic. Nie mają stażu, doświadczenia, a dyplomem mogą się podetrzeć. Absolwenci zawodówek zderzali się podobnie – dowiadywali się że w stolarce epoka ręcznej piłki, kołeczków i kleju kazeinowego to już przeszłość, dziś płyty tnie maszyna sterowana komputerem, meble montuje się na kostki stanleya, a to czego się nauczyli przez 3-4 lata w zawodówce to średniowiecze ich zawodu…

Do tego dochodził upadek przemysłu. Coraz mniej było miejsc gdzie można się zaczepić i nadrabiać zaległości edukacyjne. Firmy zaczęły szukać tych którzy już coś umieją. W efekcie zawodówki, technika i uniwersytety pospołu produkowały bezrobotnych absolwentów z nic nie wartymi dyplomami. Część już wcześniej zaczepiała się w firmach rodzinnych, ale to byli nieliczni. Większość szybko łapała co się dało i w biegu uczyła się obsługi kasy fiskalnej… I jednocześnie ze zdumieniem dowiadywali się że ich kumple ze szkoły czy uczelni, często głupsi, nie dość że pracują to jeszcze dobrze zarabiają…

Umiarkowane bezrobocie jest pożytecznie. Idiotę, lenia, złodzieja, lesera po prostu zwalnia się dyscyplinarnie zatrudniając na to miejsce chętnego z ulicy. Wysokie bezrobocie prowadzi jednak do ostrej patologii. Wymusza bowiem naturalny odruch budowania struktury przypominającej chińskie guansi – czyli układy rodzinno-towarzyskiego. Jeśli tylko pojawia się wakat przyjmuje się na stanowisko nie fachowca ale krewnego czy przyjaciela. Brak mu kwalifikacji? Jakoś się to obejdzie. Okazał się za głupi do tej roboty? Siostrzeńca przecież nie zwolnię! Firma szybko obrasta nowotworem nieusuwalnych głąbów. Czasem taki nowotwór może ją po prostu unicestwić. W firmach państwowych i urzędach narasta podobny problem – z tym że tam nieusuwalni idioci są zazwyczaj członkami partii która akurat dorwała się do koryta.

Zazwyczaj gdy cos załatwiamy w urzędzie, w spółdzielni mieszkaniowej, w sklepie czy w innej firmie wcześniej czy później natrafiamy na takie właśnie drobne weszki. Ludzi którzy zajmując dane stanowiska coś powinni wiedzieć albo umieć. Albo chociaż wiedzieć kogo trzeba zapytać. Albo którzy powinni z miejsca wylecieć na zbitą mordziuchnę. I koło się zamyka… My z naszym wykształceniem stajemy mnąc czapkę w dłoniach naprzeciw kogoś, kto niejako zajmuje należne nam miejsce…

System zbudowany w III RP jest potrójnie zły.

Po pierwsze bardzo ciężko załapać się do roboty w wyuczonym, często wymarzonym zawodzie. Nie dość że system edukacji pozostaje w tyle, nie dość że bardzo trudno o staż pozwalający nadrobić zaległości to jeszcze zarówno samo zatrudnienie jak i późniejsze awanse utrudniają rozmaite drobne weszki będące częścią układów i układzików.

Po drugie powszechna świadomość istnienia układu i weszek sprawia, że dla wielu młodych ludzi jest to dobry mechanizm usprawiedliwiający ich lenistwo. „Mógłbym być kimś, ale układ i tak nie pozwoli”. Ja mogłem pokonać układ na archeologii na dwa sposoby. Albo własną ciężką pracą naukową, albo zakładając własną firmę badawczą, opłacając się układowi* i szturmując do skutku. Zdecydowałem się obejść problem bokiem, znalazłem własną szczelinę w systemie, ścieżkę obok drogi i zostałem pisarzem.

Po trzecie realne istnienie układu, połączone z lenistwem i niezaradnością większości studentów daje w efekcie potworną frustrację. Gdy absolwentka politologii czy pedagogiki musi siąść na kasie w Biedronce z koleżankami, które po podstawówce poszły nie do liceum a do zawodówki handlowej odbierze to jak straszliwe poniżenie.

Wszystko to sprowadza się do wspólnego mianownika, jakim jest marnotrawstwo energii. Najpierw uczymy się rzeczy przestarzałych. Potem walczymy by się gdzieś zaczepić. Często wymaga to uruchomienia znajomości, czasem posmarowania. (słyszałem o nauczycielce, której zaproponowano robotę w szkole ale pod warunkiem uiszczenia łapówy w wysokości jej 1,5 rocznych zarobków!!!). Potem walczymy by podnieść kwalifikacje. Cały czas walczymy z guansi... A na koniec zazwyczaj i tak robimy coś innego niż byśmy chcieli za mniejsze pieniądze niż kolega siedzący przy biurku obok. Z czasem zaczynamy podejrzewać, że wszyscy poza nami to głąby z układu. (Co gorsza bywa, że mamy rację). I kółko frustracji się zamyka.

W normalnym społeczeństwie nie każdy może zostać profesorem. Trzeba mieć do tego „łeb jak szafa”. Jednocześnie w normalnym społeczeństwie wiemy, że profesor jest profesorem bo jest mądry a na profesurę ciężko zapracował. Wiemy, że urzędnik jest urzędnikiem bo zna przepisy i umie je zastosować. Wiemy też, że siedzimy na kasie w Biedronce bo olewaliśmy naukę, straciliśmy szanse zostać fachowcem instalatorem i życie dało nam kopa na jakiego zasłużyliśmy…

 

*gdy kończyłem studia weszła nowa interpretacja przepisów Generalnego Konserwatora Zabytków zgodnie z którą prawo samodzielnego prowadzenia badań archeologicznych uzyskiwałem nie z chwilą otrzymania dyplomu ale po dodatkowym odbyciu …48 miesięcy praktyk. Mając prywatną firmę archeologiczną musiałbym opłacać kogoś, kto na papierze zostałby kierownikiem prowadzonych przeze mnie prac.