BLOG

wedrowycz banner1

Marokańska cepelia objazdowa

                Targ marokański rozłożył się koło dworca Głównego w Krakowie. Trochę namiotów-kramików wyłożonych dywanami. Impreza jest objazdowa odwiedzi jeszcze kilka miast. Poszedłem popatrzeć. Generalnie – pełne rozczarowanie. Dywanów sporo – może to kogoś skusi. Poza tym: tandetna biżuteria w typie naszych odpustowych świecidełek. Lampiony i bębenki. Spory wybór pasków, toreb i plecaczków ze skóry (być może nawet wielbłądziej). Czajniczki i tacki – niklowane. Trochę niebrzydkich wyrobów z drewna – sporo tzw. „czeczotki” – ciekawe skąd biorą surowiec. Część wyrobów wyglądała mi jakoś chińsko.

                Zabrakło tego z czym Maroko się kojarzy – wyrobów z mosiądzu i wschodnich przypraw. W ogóle wygląda to wszystko jakoś biednie, smętnie i nieciekawie. Wypatrzyłem jeden niebrzydki pasek pleciony z grubych rzemieni – ale po zastanowieniu odpuściłem sobie. Potraktowałem tę rezygnację jako drobny znak solidarności ze Szwecją. „Kupując kebaba osiedlasz Araba”.

Wiosenna burza

                Doniesienia z mijającego tygodnia – raczej ponure.

                W Paryżu lokalny historyk i publicysta zastrzelił się w katedrze Notre Dame na oczach turystów – protestując w ten sposób przeciw islamizacji Europy. Wybrał nietypową dla samobójców technikę – strzelił sobie w twarz.

                W Szwecji regularne walki w Stockholmie i Malmo – policja starła się ze śniadolicymi młodzieńcami niezadowolonymi z faktu że żyją w Europie. Nim służby weszły do akcji młodzi muzułmanie zdążyli spalić „białasom” trochę samochodów i podpalić szkołę. Do incydentów doszło w dalszych kilkudziesięciu miastach Szwecji. (a miast wcale nie mają tak dużo!). Riksdag tymczasem woli obradować nad projektem ustawy o zmuszeniu mężczyzn do sikania na siedząco. 

                W Londynie dwaj Nigeryjczycy w imię Allaha odcięli głowę angielskiemu żołnierzowi. Pozowali potem z zakrwawionymi rękami do kamer przechodniów wywrzaskując m.in. Allah akbar i odwołując się do nauk Koranu. W reakcji władze …odradziły żołnierzom wychodzenie na ulicę, oraz …potępiły ok. 140 incydentów antyislamskich (np. obelżywe hasła wymalowane na murach), do których doszło po mordzie. Sprawcami „rasistowskich” wybryków jest jakaś „skrajna prawica”. Z reportaży filmowych przedstawiających sprawców wycenzurowano fragmenty ich wypowiedzi mogące podważać tezę ze islam jest religią pokoju i miłości. Podobno zabójstwo potępiło też stu imanów – ale ich listy nie podano.

                Osiągamy powoli punkt krytyczny… Europa nie obudziła się po WTC, zamachy w Londynie i Madrycie też nie wyrwały ludzi z drzemki. Może zatem teraz? A jak muszę się dobrze zastanowić czy Szwecja jest aby dobrym kierunkiem letniego wypadu.

Znowu o polityce...

Film ten nie jest przeznaczony dla wyborców PO. Grozi zawałem. Zostaliście ostrzeżeni. 

http://www.youtube.com/watch?v=3Khvq7J-GAE

 

Rubber

Obejrzałem wreszcie do końca film „Mordercza opona”. Hmm… Myślałem że będzie odświeżająco debilny. Niestety wyraźnie widoczny kompletny brak pomysłu na fabułę… Wielka szkoda - bo zapowiadało się fajnie.

Ku pamięci...

UCHWAŁA
Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej
z dnia 11 kwietnia 2003 r.
w sprawie suwerenności polskiego prawodawstwa
w dziedzinie moralności i kultury


Zmierzając ku integracji z innymi krajami europejskimi w ramach Unii Europejskiej, w obliczu
zbliżającego się referendum w sprawie przystąpienia Polski do Unii Europejskiej, Sejm
Rzeczypospolitej Polskiej stwierdza, że polskie prawodawstwo w zakresie moralnego ładu
życia społecznego, godności rodziny, małżeństwa i wychowania oraz ochrony życia nie podlega
żadnym ograniczeniom w drodze regulacji międzynarodowych.

Istrukcja dla licealistów

Instrukcja ktorą wrzucilem na forum Weryfikatoroum w 2009 roku. Generalnie nikt z niej chyba nie skorzystał... A w każdym razie nikt się nie pochwalił... 

*

Parę groszy

Ok. zatem mamy problem: chcemy zarobić trochę kasy
Zakładamy że na ewentualne inwestycje mamy kilka – kilkanaście złp.
Najprostszym źródłem wierszówki są gazety. (takie papierowe co w kioskach leży).

Dzielimy je zasadniczo na: plotkarskie, komputerowe, naukowe i pozostałe.

jeśli mieszkacie koło znanej aktorki, macie aparat z teleobiektywem i odpowiedni brak hamulców możecie nacykać fotek jak bierze prysznic i iść do plotkarskich.

jeśli posiadacie nietuzinkowe zainteresowania naukowe, dorobek, prowadzicie ciekawe badania, dokonaliście odkrycia - idziecie do naukowych.

Jak znacie się na komputerach, programowaniu, i umiecie coś czego nie umie reszta zwykłych obsługiwaczy idziecie do komputerowych.

Zapewne jednak waszym celem będą gazety pozostałe.

Dzielimy je szereg grup i typów. To nie istotne.
mają oczywiście swoją specyfikę. Jesli piszemy artykuł rocznicowy do miesiecznika to trzeba go oddać 2-3 miesiace wcześniej. jek do tygodnika wystarczy miesiąc wcześniej.,

KAŻDA gazeta potrzebuje świeżych odkrywczych i przełomowych tekstów.
 Każda posiada grono współpracowników – jednak prawie żadna nie jest hermetyczna.

Wasze zadanie to wejść do grona współpracowników i doprowadzić do możliwie regularnej publikacji Waszych tekstów. Robi się to tak że pisze się dobry artykuł i zanosi. A potem pisze się kolejne i zanosi. Regularnie. 

Generalnie aby tekst się ukazał musi być lepszy niż artykuły pozostałych. 
jesli dotyczy tematów aktualnych musi być ciekawszy i lepiej napisany niż inne które trafią na biurko w tym samym czasie.

Dodatkowym atutem będzie materiał ilustracyjny – czyli zdjęcia, lub obrazki do których macie prawa autorskie lub których prawa autorskie wygasły. Redakcje zazwyczaj posiadają archiwa fotograficzne, ale nie zechce im się w nich grzebać by zilustrować tekst kogoś z ulicy.

kilka pomysłów na artykuły:

1) teksty rocznicowe.

siadacie i przeglądacie kalendarz na najbliższe pół roku. sprawdzacie jakie rocznice ważne dla Waszej okolicy przypadają niebawem. Potem idziecie do biblioteki i gromadzicie informacje.

przykład: do waszego miasta w 1915-tym wkroczyły wojska. sięgacie do ówczesnej prasy i macie czarno na białym kto wkroczył, jak wkroczył i co na to ludność. zdobyty materiał warto uzupełnić zdjęciami z wkraczania, (album po pradziadku) albo aktualnymi zdjęciami miejsc gdzie poprzednie wojska stawiały opór, zdjęć pomników upamiętniających etc. sięgacie też do pamiętników wkraczających, zmykających i miejscowych. wrzucacie co smakowitsze cytaty. Zanosicie do redakcji z odpowiednim wyprzedzeniem.

możecie łowić daty mocno już zapomniane – np. z czasów powstania styczniowego, potopu szwedzkiego etc. im bardziej ważne a przy tym mocno zapomniane tym lepiej!!!

optimum to znaleźć ważną datę i machnąć o tym artukuł zanim ktokolwiek z pozostałych wspólpracowników redkacji pomyśli. Najlepiej znaleźć wydarzenie o ktorym nikt inny nawet nie pomyśli.

możecie pisać teksty w rocznicę urodzin lub śmierci wybitnych (a zapomnianych) postaci z Waszej okolicy.

2) teksty obiektowe

opisujecie jakiś ciekawy obiekt w Waszej okolicy, starając się przybliżyć jego dzieje, sylwetki ludzi z nim związanych etc. domy, grobowce, parki, pomniki, cmentarze mniejszości religijnych lub etnicznych, obiekty archeologiczne.

3) reportaże

Wujek zajmuje się odlewnictwem dzwonów, bractwo rycerskie trenuje w ruinach, archeolodzy kopią, geolodzy prowadzą zwiad geologiczny, nauczyciel założył teatr etc.
to wszystko może być ciekawe jeśli się to odpowiednio opisze.

Ginące zawody są ostatnio trendy. I dużo fotek

4) podróżnicze/krajoznawcze

Byliście w Gruzji lub Etiopii, odwiedziliście zniszczony cmentarz w Bieszczadach, przejechaliście rowerem szlak oddziału z powstania styczniowego, września 39 etc. (można powiązać z rocznicowym, reportażem, opisać obiekty które były świadkami wydarzeń etc.

etc. etc.

stawki są różne. redkacje czasem płacą mniej początkującym.
minimum to jakieś 20 zł/str znorm. niektóre dołożą parę zł ektra za ilustracje - ale szczególnie bym na to nie liczył.

doradzałbym zacząć od gazet lokalnych.
tam gdzie można isc osobiście.

ustalamy do kogo idizemy. Duzą redakcja? - szef interesujacego nas działu.
Mała redkacja - sekretarz redakcji.

nie piszemy jednego artykułu - piszemy cykl.
sprawiamy wrażenie kompetentnych, inteligentny, kulturalnych, PERSPEKTYWICZNYCH.

męczymy, dręczymy wpadamy raz w tygodniu z nowymi dobrymi tekstami.
 nie obrażamy się jak połowa wypadnie (jesli rocznicowe poprawiamy i przydadzą się za rok nie tu to gdzie indziej).

nie piszemy dla jednej gazety po udanym (lub nieudanym) natarciu na jedną redakcję szturmujemy kolejną. (oczywiście unikamy sytuacji gdy piszemy o tym samym dla konkurencji)

zatem notes, aparat, karta biblioteczna i do roboty.
 Wasze 300-500-700 zł miesięcznie właśnie czeka żebyście je zarobili.

*

a byłbym zapomniał.
piszcie też czasem opowiadania

Wot te na!

Na Ukrainie reklamują pierwszy tom Wędrowycza

http://vsiknygy.net.ua/category/shcho_pochytaty/

Wczoraj

Była rocznica urodzin Artura Conan-Doyle'a. 

Swooją drogą - nasz człowiek. Fantastykę też pisał. 

O nauce

Wpis z forum weryfikatorium - z lipca 2011 - ale nadal aktualny. Dyskusja dotyczyła problemu zlecania redakcji prac licencjackich... 

 

*

Ło w mordę. Zajrzałem sobie na Weryfikatorium zobaczyć o czym gadacie i znów trafiam na wypowiedzi ludzi którzy nie posiadają kwalifikacji moralnych ani intelektualnych by zostać pisarzami... Sorry.

Podsumujemy?

Praca zaliczeniowa czy to maturalna, czy licencjacka czy też magisterska to odpowiednik egzaminu. Tak jakby „prawo jazdy na bycie inteligentem”.

Musi być wykonana samodzielnie, bo jak tu słusznie zauważono jej wartość poznawcza zazwyczaj jest nikła, ale stanowi test czy dany osobnik potrafi skojarzyć 3 fakty i wyłożyć swoje skojarzenia w sposób zrozumiały dla otoczenia.

To jest etap gdy należy w kilkuletnim wieloetapowym procesie rozdzielić ziarno i plewy.

Są tu osoby postulujące integrację plew z ziarnem. Proponuję by w domu poszły do kuchni, spróbowały dokonać integracji jabłek zdrowych i zgniłków, a potem postawiły taką szarlotkę na stół.

Zapytajcie dziadków jak wyglądało ich studiowanie. Porównajcie. Zrozumiecie wtedy czemu przedwojenna matura jest warta tyle co dziś tytuł doktora.

*

Co do dysortografii – mam takową dysfunkcję – zdiagnozowaną w epoce gdy nikt jeszcze nie honorował zaświadczeń. Ergo: zakładam ze moja diagnoza jest prawdziwa, bo psycholodzy nie mieli wówczas żadnej motywacji do wystawiania diagnoz naciąganych.

Była to też epoka gdy nikt w naszym kraju nie wiedział jak to należy leczyć.
Większość dysortografików w latach 70-tych i 80-tych dostawała od belferstwa kopa po którym budzili się szlifując płaskownik pilnikiem na przysposobieniu do zawodu (taka zawodówka do której szło się nie po ósmej ale po szóstej klasie podstawówki).

Nieliczni farciarze mieli szczęście trafić na niedobitki przedwojennych pedagogów dla których ważne było rozwiązanie problemów ucznia a nie problemu jakim jest uczeń.

Bo metoda jest – prosta. Trzeba wypisać te kilkadziesiąt - kilkaset słów z którymi ma się problemy i przepisać je po sto razy. Mi to doradzono i tak samodzielnie pozbyłem się większości kłopotów. Choć nadal bazgrzę jak kura pazurem, sadzę literówki „nieortograficzne” i nie mogę zgrać palców by pisać bezwzrokowo.

Przeszkadza mi to jak cholera i musze używać „protez” - tzn. word podkreśla mi na czerwono, tekst przed oddaniem wydawcy czyta żona etc. ale efekt końcowy który dostajecie w księgarni do ręki jest jakościowo zadowalający. Bo dbam o to by się nie podkładać.

Podkreślam: dzięki ciężkiej harówie w wieku lat -nastu praktycznie nie robię błędów ortograficznych. Są literówki i błędy kolejności liter w słowie.

*

Są zawody w których dla dysortografików po prostu nie ma miejsca. Np. zawód nauczyciela. (zwłaszcza przedmiotów humanistycznych w pozostałych nie jest to tak oczywiste, o ile umie bezbłędnie napisać temat na tablicy...) Po prostu – belfer uczy dzieci zatem sam ma być wzorem. Po pierwsze wzorem ortografii. Amen.

Jeśli belfer sadzi byki traci moralne prawo wymagania by dzieciaki nie sadziły byków.
Sorry „sam nie umie a od innych wymaga”. „sam nie umie a innych chce uczyć”.

Na większości kierunków podpisuje się papierek, że nie ma przeciwwskazań zdrowotnych do studiowania i wykonywania zawodu. Zatem belfer (ewentualnie student-przyszły belfer) który ma dysortografię po prostu okłamał komisję rekrutacyjną. Należy go wypieprzyć ze studiów. I tyle w temacie.

Jeszcze jedno – nauczyciel to mimo pauperyzacji tej grupy nadal zawód szczególnego zaufania społecznego. Ergo: nie powinien sadzić błędów, chlać i obmacywać uczennic. To chyba jasne?

Fakt że takich spotykamy to efekt tego że na wcześniejszym etapie ktoś z kontrolujących proces formowania przymknął oko. A macie wśród Was też zwolenników oślepiania...

*

Sorry – patrzę na Was i widzę że niestety należy dołożyć starań by wielu uczestników tego zgromadzenia pisarzami jednak nie zostało.

*

Z chwilą gdy człowiek uzyskuje tytuł naukowy znika kontrola ze strony promotorów i egzaminatorów. Zyskuje wolność. Jeśli nieodpowiedzialnie obdarujemy taką wolnością głąba czy łajdaka skutki będę opłakane.

Teraz popatrzcie na nasze uczelnie i instytuty naukowe. Ilu „podciąganych za uszy” głąbów blokuje tam drogę kariery ludziom autentycznie mądrym? Jak często człowiek posiadający przygotowanie, wiedzę i zapał marnuje siły na przedzieranie się przez kliki i koterie?

Ilu wybitnych naukowców użera się z naciąganymi magistrami którzy decydują o rozdziale grantów a nie są w stanie zrozumieć przedłożonego im wniosku o dotację. I ile kasy idzie w błoto bo rozdzielający kasę nie wykrył pseudonaukowego szwindlu...

Ilu prawdziwych uczonych wyleciało na aut, dla ilu zabrakło miejsca, ile karier roztrzaskali pilnujący stołków przedstawiciele wykształciuchów?

A jak powstają uczelniane kliki? Kiepski uczony by nie wyszło na jaw jego matołectwo dobiera sobie odpowiednio głupszych współpracowników... A ci na asystentów biorą kompletnych już głąbów. A ci z kolei promować będą studentów – debili. Podobnie jest w masie zawodów. Czasem widać to bardzo wyraźnie – wystarczy włączyć TV.

Naprawdę uważacie że w porządku jest wyciąganie pomocnej dłoni do matołów którzy chcą się podfarbować na inteligentów?

Za dwadzieścia lat taki podliftownay kretyn siedzący na uczelnianym stołku może zablokować drogę Waszemu dziecku.

*

Rosjanie mają celne przyłowie. Prawdziwy profesor jest jeden, ale w trzech osobach. On, jego ojciec i dziadek.

Miałem to studiując na archeologii. Był profesor Suchodolski - numizmatyk. Budził mimowolny szacunek. Otaczał go jak aura, gdy wchodził do sali wszyscy milkli. Czuło się fizycznie te 5 wcześniejszych pokoleń profesorów... Prosty jak trzcina. Nie szedł ale kroczył. Wyglądał naturalnie w garniturze. Gestykulację której inni się muszą uczyć miał wrodzoną. Prowadził wykład i widział o czym mówi. Nie dawało się go zagiąć – wygrzebałem informację o złotej monecie bitej przez jednego z książąt okresu rozbicia dzielnicowego. Zadałem pytanie. Wiedział gdzie o tym przeczytałem. Powiedział gdzie znajdę więcej informacji. Przedstawił swoją koncepcję. Amen.

Byli profesorowie Niwiński i Gawlikowski, znany z badań smoleńskich Buko (wówczas doktor). Oni nie mieli za sobą kilku pokoleń przodków profesorów – ale mieli wiedzę taką że klękajcie narody. Obok wiedzy mieli też mądrość i inteligencję. Fakt że profesor Niwiński zaproponował mi miejsce na swoim seminarium znaczy dla mniej więcej niż zdobyty gdzie indziej tytuł magistra. I nie przyjąłem tego zaszczytu bo wiedziałem że skiepszczę. Że to kompletnie nie mój poziom. Żebym mógł się tam utrzymać jako student, musiałbym na dzień dobry przeczytać i zapamiętać treść ze 200 pozycji w 4 różnych językach.

Ergo: wiedziałem że jestem farbowanym lisem. Zdołałem się na tyle umiejętnie zamaskować że profesor dał się zrobić w konia i uznał mnie za wartościowy materiał. Ale wiedziałem też że przy pierwszym prawdziwym zadaniu wyłożę się totalnie. Że trzeba odpuścić od razu bo to za wysokie progi.

Reinecke de Vos wiedział kiedy zamieść za sobą ogonem.

Jednocześnie obok, na tej samej uczelni, egzystowali osobnicy którym tytuły profesorskie nadano chyba po to by ukarać całą dziedzinę nauki... Wiem też komu nasi „profesorowie” dawali tytuły magisterskie. Wiem też kto z mojego pokolenia na uczelni został.

*

Redakcja prac naukowych czasem jest konieczna gdy trzeba przekładać z żargonu specjalistycznego na język zrozumiały dla urzędasów którzy dają granty. Tylko że w świecie prawdziwej nauki konsultuje się każdy przecinek.

Jeśli redaktor z tytułem magistra łapie na oczywistym błędzie doktora lub profesora to mamy problem. I nie jest to problem w tym że „magister jest zbyt mądry”.

Jeśli mamy do czynienia z prawdziwym uczonym sprawdzanie przypisów czy prawidłowości zapisu bibliograficznego są da facto zbędne (oczywiście dobry redaktor sprawdza wszystko). To po prostu będzie prawidłowe, bo uczony choćby średniego formatu wie że nie może sobie pozwolić na błąd.

Są prace pisane pseudonaukowym bełkotem. Są ludzie którym imponują niezrozumiałe słowa. Jest takich wielu. Są „uczeni” którzy lubują się w niezrozumiałej terminologii. Którzy wymyślają nawet własne nazewnictwo by trudniej było obnażyć totalną pustkę ich wywodów.

Ale weźcie sobie pracę „Czekając na Herchora” prof. Niwińskiego. To dzieło napisane jako popularnonaukowe. Zakres zaprezentowanej wiedzy każe zdjąć czapkę. No i do tego życzę Wam byście za dziesięć lat pisali opowiadania polszczyzną w połowie tak dobrą jak ta której użył.

*

Redakcja książki beletrystycznej polega na czym innym. To moment gdy autor przeczytawszy swoje wypociny po raz piąty (w tym ze dwa razy na głos) osiąga etap na którym znieczula się na to co widzi... gdy po naniesieniu setek drobnych poprawek stylistycznych przestaje widzieć tekst bo zna go na pamięć niekoniecznie w tej wersji która ma przed oczyma.

Redakcja merytoryczna ksiązki beletrystycznej jest potrzebna także z innego powodu. W fantasy jest w zasadzie zbędna (chyba że autor skopie coś podstawowego czego nie da się wytłumaczyć magią – anatomię, metalurgię, wytrzymałość drewnianych stropów etc. Jak scena z „gry o tron” gdzie koczownicy topią złoto w kociołku wiszącym nad ogniskiem...)

W SF staje się niezbędna. Ot choćby po to by pojazdy nie wydawały dźwięków w próżni.

W moim przypadku gdy w grę wchodzi fantastyka silnie osadzona w realiach historycznych redakcja ma za zadanie sprawdzić pisownię nazwisk i nazw geograficznych, wstawki w obcych językach, szczegóły techniczne i militarne. Na szczęście mam wśród czytelników ludzi różnych zawodów.

Praca wygląda zatem tak:
a) piszę
b) poprawiam literówki
c) czytam
d) drukuję i czytam raz jeszcze kreśląc na wydruku.
e) Czytam na głos obszerne fragmenty wyłapując „chropawości”
f) Czyta moja Żona, kawałki budzące wątpliwości techniczne konsultujemy z literaturą lub fachowcami.
g) Żona robi mi redakcję
h) Książka trafia do wydawcy.
i) Książka trafia do redaktora z wydawnictwa – czasem się jeszcze czegoś czepi.
j) Książka wraca do mnie celem zaakceptowania lub odrzucenia uwag redaktora. Czasem trafiają się sugestie co uzupełnić.
k) Książka trafia do korekty celem ostatecznego wyłapania ostatnich literówek, wstawienia przecinków w lepsze miejsca etc.

Większość z Was odpada bo przeskakuje z etapu b od razu do h.
Większość z Was nie umie redagować własnych tekstów do poziomu, na którym można je już komuś pokazać. A część uważa się za artystów tak wielkich, że redakcja w ich mniemaniu jest zbyteczna.

Przy pisaniu pracy naukowej posiada się promotora. Jego zadaniem jest ukierunkować tok działań, czasem podpowiedzieć dodatkowe kierunki poszukiwań.

Przy pisaniu powieści dostaje się redaktora.

Do pisania pracy naukowej należy opanować alfabet, terminologię danej dziedziny i podstawy gramatyki. Trzeba osiągnąć pewien poziom by przejść do kolejnego.
Przy pisaniu książki jest podobnie. Zredagować metodą „piszemy za autora to co chciał wyrazić” można wszystko. Tylko po co?

Grzechem pierworodnym uczestników tego forum jest typowe dla Polactwa cwaniactwo i kombinowanie. Zamierzacie wykonywać elitarny zawód ale zamiast się przyłożyć dumacie jak sobie obniżyć poprzeczkę.

Nie umiecie dokonać autoredakcji by tekst spełniał podstawowe wymogi i przeskoczył dziesięć konkurencyjnych tekstów napisanych gorzej. Dacie go do zredagowania za kasę – być może nabierze szlifu. Ale wasze zadanie to opanować umiejętność redakcji autorskiej.

*

Bez tego w grze o miejsce na Parnasie nie przejdziecie na kolejny lewel.
A ja Was tego nie nauczę bo się boję co zrobicie z tą wiedzą.
*

Cierpicie na polski grzech pierworodny. Skazę duszy nakazująca zawsze szukać drogi na skróty. Stąd pomysły z drukiem w systemie pod, stąd pomysły z e-bookami, stąd szalony problem intelektualny „czy debiutować w internecie”. Stąd pomysły, że może trzeba publikować za granicą, bo tam podobno poprzeczka ustawiona jest niżej. Zamiast po prostu się przyłożyć próbujecie cwaniaczyć.

Czy to nauka czy literatura brak Wam absolutnych podstaw kindersztuby. Nie łapiecie nawet co jest obciachem. (tak „luka” to m.in. o tobie) Pisanie książek to zajęcie elitarne. Para się tym jeden 0,025% mieszkańców tego kraju. Chcąc wejść na nasze salony opłuczcie proszę chociaż gumofilce z obornika.

I przestańcie marudzić. W tym zawodzie jak w każdym innym trzeba harować. Ktoś tu niedawno strasznie pluł na „Zmierzch”. 4 tomy tej szmiry to około 2300 stron maszynopisu. To więcej niż mój cykl „oko jelenia”. Autorka natrzaskała te 4 miliony znaków. Czy ktoś z krytykujących ma za sobą chociaż pierwszy milion uderzeń w klawisze? Dziękujcie Bogu że nie mieszkacie w Ameryce. Bo tam to dopiero dostalibyście koooopa od życia.

O polityce

Dlaczego piszę o polityce?

I

                Jestem polskim pisarzem. Mój byt zależy od tego czy książki się dobrze sprzedają. Książki sprzedają się dobrze gdy:

 

A - Są w miarę przyzwoicie napisane. 

B - Ludzie mają pieniądze by je kupić. 

C - Hurtownicy, księgarze i wydawcy uczciwie się rozliczają.

D - Opodatkowanie branży pozwala na jej rozwój.

                Jeśli zawiedzie choćby jeden z tych elementów w mojej kieszeni szybko pojawi się płótno. Tylko punkt „a” tak do końca zależy ode mnie. Omówimy po kolei? Punkt „b” zależy od polityki gospodarczej rządu. Jeśli ludzie mają pracę a opodatkowanie pozwala cieszyć się jej owocami jest zbyt na książki. Gdy zaczyna rosnąć bezrobocie, albo zwiększa się ucisk fiskalny zaczynają się oszczędności. Najpierw z listy zakupów znikają książki, potem ubrania, w następnej kolejności mydło, dopiero na końcu – żywność. Każde zachwianie koniunktury jest przez autorów, wydawców i księgarzy natychmiast odczuwalne… Dopóki moi czytelnicy mają robotę, kasę, są syci i zadowoleni z życia – tak długo mogę spać spokojnie. Ale jadę z nimi na jednym wózku. Przy czym ja siedzę na samej krawędzi burty i każdy wybój może być groźny…

                Jeśli kraj jest praworządny (patrz punkt „c”) oszuści boją się kantować. Wiedzą że w razie robienia wałków szybko staną przed sądem i boleśnie dostaną po łapach. Wiedzą też że „krecha w życiorysie” będzie negatywnie rzutować na ich dalsze losy. Jeśli jednak sądy wydają wyroki śmieszne i z wieloletnim opóźnieniem, jeśli prokuratura i policja olewają swoje obowiązki, jeśli zapadają wyroki w zawieszeniu a sama władza daje przykład głębokiego umoczenia w lewe interesy – wtedy wielu pseudobiznesmenów dochodzi do wniosku że nie opłaca się być uczciwym. Plajta sieci księgarni albo hurtowni może zatopić wydawnictwo. Do tego dochodzą starty spowodowane przez piractwo.

                Terror i ucisk fiskalny (punkt „d”) powodują w pierwszej kolejności wzrost cen i spadek obrotów. W przypadku książek zaczęło się o podatku vat na papier, potem vat-u na usługi drukarskie, wreszcie opodatkowano książki jako towar. W efekcie branża jako całość straciła oficjalnie ok 8% obrotów. W przypadku beletrystyki możemy mówić o spadku sprzedaży rzędu nawet 30%.

                Jako stary zwolennik UPR/KNP i paleokapitalista staram się tłumaczyć innym że socjalizm jest zły. Dla Was najważniejsze jest to że odejście od swobodnej gry rynkowej powoduje wzrost waszego bezrobocia i spadek dochodów przy jednocześnie rosnących cenach książek (tak samo jest w budownictwie i innych dziedzinach produkcji). Piszę o polityce by tłumaczyć co większym osłom jak co działa – na tyle na ile sam to rozumiem.

II

                Jestem pisarzem piszącym po polsku i żyjącym w Polsce. Tradycja naszego kraju nałożyła na ludzi pióra określone obowiązki. Pisarze są depozytariuszami tradycji narodowych. We wszelkich okolicznościach traumatycznych następuje powrót do książki traktowanej jako źródło wiedzy, ale też nietoksycznej rozrywki. Nie piszę tu o żadnym „dzierżeniu rzędu dusz” – bo tym się od dawna zajmuje telewizja. Ale literatura jest odtrutką na szaleństwo obecnych czasów.

                Dlatego w moich utworach piszę o podstawowych wartościach. Moi bohaterowie – ci z utworów bardziej na poważnie - pracują nad sobą, zdobywają wiedzę i umiejętności, coś tworzą, doskonalą się, walczą. Idą wąską ścieżką wiodącą pod górę. To ludzie tacy jak my. Powaleni na ziemię i skopani wstają. Mają swoje wady. Walczą. Gryzą ich wyrzuty sumienia. Jeśli coś schrzanią – próbują to naprawić – po swojemu. Czasem im się nie uda. Nawet ci z utworów stricte satyrycznych dotrzymują słowa, pomagają kumplom, walczą w obronie przyjaciół do upadłego, oraz nie wycinają sobie wzajemnie świństw.

                To odtrutka na łajno płynące z telewizji. Na wszechogarniającą „kulturę” sprowadzającą się do zagryzania słabszych. Na nadmierną swobodę obyczajów i wszelakie patologie współczesności. Skromna odtrutka. Mało skuteczna. Ale produkuję. Wyznaję swój system wartości. Zasadniczo sprowadza się do: etosu pracy, wiary w Boga, niezgody na zło. Zacząłem od zera. Od długopisu i zeszytu w kratkę. Do wszystkiego doszedłem dzięki wsparciu rodziny, życzliwości dobrych ludzi, uczciwości pracodawców i własnej ciężkiej pracy. Piszę o tym bo może ktoś stoi na rozdrożu i rozgląda się za jakimś pozytywnym przykładem.

III

                Nasz kraj jest NASZ. To nasze DZIEDZICTWO. Nie jesteśmy wygnańcami ani przybłędami. Prawo do życia w Polsce i mówienia po polsku okupili nam własną krwią nasi przodkowie. Abyśmy mogli dziś rozmawiać w tym języku trzeba było wylać może krwi i potu. Spiskować. Walczyć. Szlachtować okupantów. Truć ich wódą sprzedawaną na szklanki. Zażynać sztyletami ich sługusów. Wysadzać w powietrze ich władców.

                Nasze zadanie jest o wiele prostsze. Skarby już zgromadzone. Pomnażamy je. Wystarczy stać z kijem i walić po grzbiecie szczury usiłujące ich uszczknąć. Wystarczy orząc pole przeciągnąć batem zawalidrogę leżącego w bruździe. Pola nasze żyzne - niestety co i rusz opada na uprawy szarańcza. I każdy musi zwalczać szkodniki na swoim odcinku. Piszę o polityce gdyż prowadzimy wojnę. Wojnę której wielu nie dostrzega. Moi przodkowie wzięli karabiny i poszli stanąć w potrzebie. My mamy to szczęście że nie musimy chwilowo brać karabinów do ręki. Wystarczy to co mamy. Pióro przelewające myśli na papier. Internet. Niezależna gazeta lub ulotka wręczona sąsiadowi. Karta do głosowania. Na swoim odcinku używam pióra a malutkim odcinkiem frontu jest ten blog.

                Do naszych Dziadków strzelano, mordowano ich i zamykano ich w obozach. Niejednemu spalono lub zagrabiono dobytek. Dziś patriotyzm jest tani. Nikt nie strzela. Nie ma obozów. Za politykę nie wsadzają do pudła. Jedyne co nam grozi za obronę Polski, polskości, polskiej racji stanu, wiary, ludzi kórych uznamy za wodzów - to trochę kwasów w szkole, na uczelni, czy w robocie, czasem ironiczna odzywka wujaszka i w zasadzie nic więcej. Nawet na demonstracji kamienie rzucane są w naszych sporadycznie, a policja nie pali się jakoś szczeóglnie by pałować uczestników. 

IV

                Jestem jaki jestem. Trochę zgryźliwy zgred. Trochę ksenofob. Trochę „moher”, „świr od Korwina” i nawet odrobinę „pisowiec”. Oszołom czytający "obciachowe" gazety i książki których nigdy nie czytają „kulturalni i przyzwoici Europejczycy”. Gadam przeważnie co myślę, unikam zbędnej dyplomacji. Parę razy utrudniło mi to życie, ale nie jakoś szczególnie.

                Moi bohaterowie to identyczna banda popaprańców – bo pozytywnych kroję wedle cech które uznaję za pozytywne, a negatywnym daję zachowania których nie znoszę. Czasem pojawia się ktoś taki jak Grzegorz Gerhard Grot – równiacha który paradoksalnie trochę bruździ bo interesy są sprzeczne… Staram się być autentyczny. Uczciwy wobec czytelnika. Nie udaję światłego & nowoczesnego, młodego-wykształconego-z-Peru. Jeśli moje poglądy wyłożone w publicystyce zrażą jakiegoś mojego czytelnika – trudno. Prawdopodobnie i tak wcześniej czy później odrzuciłby go system wartości wyzierający z prozy jak spod przykrótkiej kołderki.

V

                Moja postawa to sygnał dla wszelakich „zacofańców”. Nie jesteście samotni. Nie tylko Wy jesteście z Ciemnogrodu. Nie dość że jest was wielu, to jeszcze istnieje taki sławny koleś Pilipiuk który zasadzniczo stoi po Waszej stornie.