BLOG

wedrowycz banner1

Judasz z aparatem

                Odprowadziłem znajomą i wracałem sobie jadąc rowerem. Chodniki zastawione autami na sztywno – gdy budowano tę część miast nikt nie przewidział takiego upowszechnienia się środków indywidualnego transportu… Ludzie parkują wszędzie tam gdzie wolno, a często z braku innych możliwości także tam gdzie nie bardzo wolno…Z daleka spostrzegłem kolesia który szedł z aparatem w dłoni, fotografował po kolei auta i notował coś w notesie. Na mój widok chyba się trochę spłoszył, w czarnym płaszczu i maciejówce wydałem mu się groźny. Przeczekał ze żywopłotem aż przejadę i wrócił do „pracy”.

                Drobny osiedlowy kapuś, kwadrans przed północą, nadal na posterunku.

Bezmyślność zabija

                W niedzielę w Warszawie na mecie biegu na 10 tyś metrów zasłabł zawodnik. Zajęła się nim wyznaczona sanitariuszka - jednak bez podstawowego sprzętu niewiele mogła zdziałać. Wezwano karetkę. Przybyła po ponad dwudziestu minutach. W międzyczasie nastąpiło zatrzymanie akcji serca. Chłopaka próbowano „ręcznie” reanimować. Bez skutku.

                W imprezie brało udział ok 15 tyś osób. Organizator nie zapewnił ani grup ratowników medycznych ma motorach (wbrew pozorom bardzo dobre rozwiązanie – docierają szybciej niż karetka a mają podstawowy sprzęt w sakwach) , ani punktu medycznego z wyposażeniem, ani stałej obecności karetki reanimacyjnej.

                Tej śmierci prawdopodobnie można było uniknąć. Znów ktoś wziął kasę a nie pomyślał.

Gdyby komuna trwała...

                Gdyby komuna nadal trwała komputery oglądalibyśmy przez szybę w Pewexie (przy zarobkach rzędu 20 dolarów miesięcznie poza oglądaniem niewiele moglibyśmy zrobić… A o internecie powiedziano by nam w naszej jednokanałowej telewizji, że to amerykański wynalazek który ogłupia robotników wyświetlając im gołe baby…

Dowcip

                Dowcip Rafała A. Ziemkiewicza.

-Mam dwie wiadomości. Dobrą i złą. Zacznę od złej. Rządzą nami gangsterzy. A dobra jest taka że to na szczęście gang Olsena.

O wojnę powszechną...?

                Leszek Balcerowicz – zwany przez śp.A.Leppera „Mengele polskiej gospodarki” - ujawnił że dług publiczny przypadający na każdego Polaka to nie 25 tyś zł jak powszechnie sądzono ale 80 tyś zł. No cóż – w tym przypadku Mu wierzę. Nie da się przez całe dekady szastać pieniędzmi (igrzyska piłki kopanej) i tuczyć kolesi (najdroższe autostrady świata) a nie popaść w kłopoty… A może już czas by modlić się o wojnę powszechną która unicestwi naszych wierzycieli?

Przed plajtą ZUS

                ZUS chce obłożyć swoim haraczem wszystkie umowy-zlecenia i umowy o dzieło. Powód? Chroniczny brak kasy w kasie… Brak tak poważny że ostatnio nie słyszy się by instytucja ta budowała nowe biurowce-pałace z kortami tenisowymi na dachach… Podpowiem panom urzędnikom: Masz pustki w portfelu – nie zachowuj się jak pijany marynarz. Jak pieniędzy jest mało przede wszystkim należy przestać je marnować. Są trzy główne pola na których należy poczynić oszczędności.

                Po pierwsze dwa miliony rent jest wyłudzane przez zdrowych byczków w dresikach. Zatem pierwszym posunięciem powinna być totalna bezlitosna weryfikacja wszystkich przyznanych już świadczeń, postawienie przed sądem ewidentnych oszustów i lekarzy którzy im pomogli w wyłudzeniu świadczeń.

                Po drugie emerytury nienależne. Powszechnie wiadomo że PZPR od co najmniej pocz. lat 80-tych nie odprowadzała składek za kilkadziesiąt tyś swoich etatowych funkcjonariuszy. Tymczasem nikt z nich nie stracił emerytury, ba nie obniżono im świadczeń nawet o procent wynikający z okresu bezskładkowego. Podobnie nie rozumiem dlaczego niepodległe państwo polskie jest zobowiązane do wypłaty emerytur komunistycznym oprawcom, żołnierzom KBW, funkcjonariuszom WSI, UB i SB. Notowane są przypadku kuriozalne. Na trop kilku stalinowskich zbrodniarzy natrafiono gdyż mieszkając od dziesięcioleci za granicą …zażądali od ZUS „należnych im” emerytur!

                Jak ujawniła GPC nawet zdegenerowany morderca Grzegorz piotrowski – oprawca ks. Jerzego Popiełuszki nie tylko otrzymuje wysoką emeryturę, ale w dodatku najprawdopodobniej mieszka w mieszkaniu z puli MSW.

                Po trzecie: uważam że należy zlikwidować wszystkie przywileje branżowe. Oczywiście górnik po 20 latach pracy w kopalni ma prawo narzekać na ogólny stan zdrowia. Może jednak zamiast wysyłać go na wcześniejszą emeryturę należy przekwalifikować go do lżejszej pracy? Rozumiem że praca policjanta czy nauczyciela jest wyczerpująca, ale ktoś nie daje rady powinien zwyczajnie poszukać sobie czegoś innego. Wataha kilkuset tyś 45 letnich emerytów to kompletne nieporozumienie…

Pomarańczowa refleksja

                Nie pamiętam który to mógł być rok. Zapewne gdzieś 1985-87. Na bazarze Różyckiego gdzie wypuściłem się z kumplem po wentyle do roweru, za straganem z tekstyliami siedział sobie starszy gruby Cygan w jeansowym wdzianku i kozikiem obierał pomarańczę. Obrawszy zaczął ciachać ją sobie na kawałki i pakować do paszczy. Zagotowałem się z wściekłości.

                Człowiek biedny łatwo ulega frustracji. Łatwo popada w niechęć i nienawiść do tego komu powodzi się lepiej. 

Nienawidziłem prywaciarzy. Uważałem ich za winnych spekulacji, braków w sklepach i wysokich cen komisowych. (co więcej było w tym dużo racji. Jeszcze dziś głęboką niechęcią darzę W.Cejrowskiego – za jego git geszefty z młodości w rodzaju rozcieńczania państwowych lodów swojskim smalcem. Jadłem, pamiętam i niech nie wciska kitów o chwalebności tego procederu…) Nienawidziłem Niemców. Nienawidziłem też Anglików, Francuzów i Amerykanów. Byli bogaci – to wystarczało. Bogactwo Niemców było dla mnie dodatkowo bolesnym policzkiem – przecież nas napadli, mordowali, obrabowali, a w dodatku teraz jest im lepiej niż nam! Głęboką niechęć żywiłem też do obywateli ZSRR przekonany że …poziom życia w Sojuzie jest wyższy niż u nas!!!

Wraacając do Cygana i jego pomarańczy. Nikt z dzisiejszych czytelników nie zrozumie jednak (na szczęście!) jak potworna nienawiść mną wówczas targnęła. W tym momencie byłem 12-13-letnim dyszącym agresją rasistą – na szczęście pozbawionym towarzystwa oddziału Hitlerjugend - więc jedyne co mogłem zrobić to stłumić kipiącą frustrację odwrócić się i odejść. Gniew dusił mnie długo. Potem jeszcze wracał. Wiele razy scena Cygana jedzącego pomarańczę stawała mi przed oczyma… Marks z leninem i hitlerem z pewnością poruszyli się i zaklaskali mi w swoich trumnach… Dlaczego tak mną telepnęło?

                W czasach mojego dzieciństwa pomarańcze się widywało. Czasem nawet się je jadło. Raz w roku mniej więcej – jeśli zakład pracy rodziców zdobył je i dołożył do „choinkowych” paczek. W telewizji jakoś tak w połowie grudnia pokazywano ładownie okrętów zawalone pomarańczami informując że transport właśnie przybył. Dziś po latach wydaje mi się że te hałdy pomarańczy to była tylko inscenizacja na użytek telewidzów. To się przecież transportuje w skrzynkach…

                Pomarańcze zazwyczaj były importowane z bratniej Kuby (barterem – my im wysyłaliśmy część do ciągników etc.). Były wbrew nazwie – zielone po wierzchu. Czasem w okresie wokółświętecznym trafiały się na stoiskach pomarańcze pomarańczowe – przemycane z Czechosłowacji i NRD. Im bliżej przełomu roku 1989-tego tym mniej było pomarańczy zielonych, aż wreszcie znikły bezpowrotnie…

                Tak czy inaczej pomarańcze wraz z grejpfrutami były rarytasem ulokowanym na samym szczycie piramidy sporadycznie dostępnych zamorskich frykasów. Ananasy widywało się w najlepszych Pewexach. Banany bywały na bazarze Różyckiego – ale w cenach absolutnie paskarskich. Takie owoce jak mango czy avocado znało się wyłącznie z literatury. Hurmę (tzw. kaki) jadłem przed 1989-tym raz w życiu – Mama przywiozła z Moskwy.

                Był jeszcze jeden aspekt problemu Cygana z pomarańczą: zasadniczo jak ktoś to cudo zdobył dawał zjeść dzieciom. Dorosły spaślak, bazarowy cwaniak, należący do powszechnie nielubianej grupy etnicznej ostentacyjnie żrący egzotyczny owoc zadziałał na mnie jak czerwona płachta na byka…

                Tego właśnie uczyła nas komuna – nienawiści do bogaczy przy czym symbolem uprzywilejowania, artefaktem zamieniającym dziada w nadczłowieka był w tym przypadku owoc dziś dostępny w każdym warzywniczym… Smutne...

Niespełniona fantazja...

                Czterdziestoczteroletni Belg poddał się operacji zmiany płci. Uzyskany efekt był raczej daleki od jego oczekiwań więc zdecydował się na eutanazję. Uzyskał na nią zgodę i został zlikwidowany. Nasz świat jest ciężko chory…

o przyrodzie Syberii

                Grupa aktywistów z Greenpeace urządziła sobie rejs na Morze Barentsa. Ich celem było wdarcie się na jedną z platform wydobywczych celem „zaprotestowania” (czytaj utrudnienia wydobycia ropy zapewne połączonego z dewastacją centrum sterowania obiektem). Co tam sobie konkretnie zaplanowali nie wiemy bowiem platforma miała ochronę, ochrona kałachy i obecnie 30 pseudoekologów siedzi pod kluczem w Murmańsku czekając na ekstradycję lub proces. W razie procesu grozi im nawet 15 lat łagru. Wśród zatrzymanych eko-terrorystów jest też jeden Polak z Gdańska.

                Wpisy na forach wskazują na wysoki poziom empatii i świadomości społecznej – użytkownicy onetu niemal jak jeden mąż życzą mu długiego obcowania z nieskażoną syberyjską przyrodą.

                Mój stosunek do tej organizacji jest jednoznacznie negatywny. Uważam jednak że sądy federacji rosyjskiej powinny ukarać uczestników rejsu raczej grzywną na kilkaset tyś eurosów i przepadkiem statku – jakby pseudoekolodzy musieli wyłożyć taką kwotę dało by im to do myślenia. Wsadzenie do łagru niepotrzebnie zrobiłoby z nich męczenników.

O cyrkach

                Nie jestem szczególnym entuzjastą sztuki cyrkowej. Gdy byłem mały bywałem w cyrku parokrotnie. Zapamiętałem – niewiele. Kilku klownów którzy parodiowali „Wejście smoka”. Zerwanie się trapezu (akrobatka na szczęście była na „szelkach” i nic jej się nie stało). Pokaz kozackiej woltyżerki z podejmowaniem rannego przez konia. Uroczy numer gdy na scenę weszła dama w futrze, które po chwili rozbiegło się w postaci stada żywych łasiczek (wykorzystałem tę scenę niecnie w opowiadaniu „Vlana”). Była też kobieta guma – patrząc na nią autentycznie bałem się że strzeli jej kręgosłup. Drewniane ławki, trociny, zapach zwierząt, pokazy tresury tygrysów, sztuczki iluzjonistów – to wszystko mocno pozacierało mi się w pamięci.

                Gdy byłem mały cyrk był normalnym elementem otoczenia. Czytałem o nim w książce o przygodach dr. Dolitle. Pojawiał się też w rzeczywistości - na konkretnym placu przy rogu ulic Żelaznej i Leszno. Rozstawiano namiot. Obok parkowano wozy cyrkowe. W ZOO pod opieką mojego Ojca dożywał swoich dni ogromny perszeron – niegdyś zatrudniony przy ciągnięciu takowych. Nigdy wcześniej ani później nie widziałem tak gigantycznej kobyły. (w ogóle zwierząt – weteranów cyrkowych było w ZOO sporo).

                Potem sztuka cyrkowa znajdowała się już niemal stale w odwrocie. W latach 90-tych drugi oddech zapewniły cyrki z krajów byłego ZSRR, które przemierzały Polskę. Nasze krajowe nie wytrzymały zderzenia z kapitalizmem i gospodarką rynkową. Co tu dużo mówić – Cyrk kosztuje tyle co dobry teatr, albo i więcej. Występują artyści – jedno przedstawienie to praca co najmniej kilkunastu wykonawców, oraz licznej rzeszy techników. Im wszystkim trzeba płacić. Trzeba zapewnić rekwizyty. Karmić cyrkowe zwierzęta (tygrys je 4 kg mięsia dziennie!). Zimą nastaje martwy sezon – cyrki muszą zjechać na zimowe leże, ludzi trzeba zakwaterować, ale też zapewnić im warunki do ciągłych ćwiczeń. Zwierzęta trzeba karmić choć przez całe miesiące nie przynoszą dochodu…

                Warunki do spokojnego zimowania zapewniała baza zimowa w Julinku. W skład kompleksu wchodziły bloki mieszkalne, hotel, szkoła cyrkowa z internatem, magazyny, stajnie dla różnych zwierząt ze słoniami włącznie, baseny dla fok. Wybudowano dwie stacjonarne zadaszone areny cyrkowe – do prób przedstawień. Połączono je tunelami z resztą kompleksu. Baza przetrwała 50 lat. W 1999 roku zamknięto bazę i szkołę cyrkową w Julinku. Zlikwidowano też czuwający nad całością Zakład Widowisk Cyrkowych. Tradycje szkoły kontynuuje pomaturalne studium mające siedzibę w Warszawie – ale to już tylko cień dawnej potęgi. Dziś w Polsce pozostało tylko kilka cyrków. Pewna epoka odchodzi w niebyt.    

                Rząd miłościwie panującego nam PO przygotowuje aktualnie ostatni gwóźdź do trumny cyrkowców – planowana nowelizacja ustawy o ochronie zwierząt całkowicie uniemożliwi tresurę i występy zwierząt w cyrkach. Rykoszetem ustawa uderzy też w zwierzęta grające w filmach. Sztuka układania zwierząt której tradycja sięga starożytności zostanie na naszych oczach zlikwidowana przez urzędasów. Nasze dzieci o cyrku będą mogły już tylko przeczytać. Szkoda.