BLOG

 

upior-w-ruderze

O chłopach

               W Radziszewie mężczyźni założyli pierwsze w Polsce „Koło Chłopa Wiejskiego” na wzór kół gospodyń wiejskich. Cieszy fakt że feministyczny dyktat został przełamany. Smuci jednak że nie odważyli się nazwać się Gospodarzami.

znowu stadion

                Łódź buduje nowy stadion dla „Widzewa” – koszt szacowany - ło w mordę - 135 milionów złotych w (czyli rzeczywisty pewnie ze 200 milionów w błoto). Kolejne miasto które nie widzi że jest kryzys…

O procedurach

                Amerykanie domagają się do Polski ekstradycji R. Polańskiego. Nasze władze jakoś nie chcą spełnić prośby sojusznika. Reżyser został przesłuchany (ciekawe po kiego grzyba!?) i pakuje się by wrócić do Francji. Procedury mamy takie że nawet jeśli zapadnie decyzja o tymczasowym aresztowaniu to w terminie takim że już od dawna będzie w domu.

                Zastanawia mnie problem – jak to jest obecnie z tym ruchem granicznym? Za komuny było jasne – jesteś skazany, paszportu nie dostaniesz. Podobnie nie wydawano polskich wiz zagranicznym kryminalistom. Zakładam ze reżyser przyleciał samolotem. Wpuszczono zatem do kraju człowieka znanego z tego że nieletnią naćpał i bzyknął nie dość że klasycznie to jeszcze analnie!? Swoją drogą procedury też mamy "fajne" - przynajmniej dla kolesiów...

Rusza Muzeum Żydów Polskich

                Otwarto Muzeum Historii Żydów Polskich. Zasadniczo jestem za jest to instytucja bardzo potrzebna i ze wszech miar pożyteczna – ale kilka drobiazgów uwiera mnie niestety jak kamyk w bucie…

                Niestety nie mamy jak dotąd w Warszawie porównywalnego muzeum dokumentującego 1000 lat historii Polski. Trochę znalezisk archeologicznych jest w muzeum archeologicznym, sztukę średniowieczną skromnie prezentuje muzeum narodowe, dzieje oręża – muzeum wojska Polskiego – brak jednak podobnego ujęcia całościowego. Tak żeby można było iść z dzieckiem w sobotę do muzeum dziejów Żydów a w niedzielę do muzeum dziejów Polaków.

                Wystawa jest z tego co doczytałem mocno wycenzurowana – nie znajdziemy tan niestety informacji że pierwsi żydowscy kupcy przybyli tu kupować niewolników. Nie znajdziemy też gabloty z łuskami niemieckich nabojów wydobytych z mogiły w Jedwabnem. Nie ma portretów wolińskiej, morela, brystygierowej etc. Za to są jakieś informacje o Jakubie Franku – którego łajdactwa dobrze pamiętamy w Wojsławicach.

                Otwarcie muzeum ściągnęło naukowców i polityków. Przybyli też ludzie zasłużeni dla kultury żydowskiej, darczyńcy i sponsorzy instytucji (np p.Kulczyk).

                Niestety obok nich na wystawie lansowała się spora grupa ludzi totalnie skompromitowanych – był i minister „podpiszcie bo was zabiją” sikorski i premierka od przekopywania smoleńskiego lasu na metr w głąb, i feministka od abrocji wanda nowicka (a prywatnie matka kolesia chwalącego NKWD za mord katyński), dotarli także były prezydent kwaśniewski, były premier tusk i były ksiądz lemański. Z celebrytów zagranicznych pojawił się znany pedofil polański. Media nie odnotowały jakoś obecności tuzów z gazety wyborczej.

                Najwyraźniej nie zaproszono też Polaków odznaczonych medalem „Sprawiedliwy wśród narodów świata” – relacje nic o nich nie wspominają. Nie wiem też jaka jest ostateczna decyzja w sprawie pomnika Polakom ratującym Żydów – miał stanąć obok muzeum – ale zdaje się jeszcze nie stanął.

               Smutne.

Noc duchowa

Jeszcze jeden stary felieton...

*

Noc Duchowa.

                Bóg niechętnie objawia się ludziom. Życie to okres próby. Jesteśmy sprawdzani czy potrafimy zawierzyć prawdom objawionym, tajemnicom wiary poznawanym z pism, zapisom cudzych wizji, czyli rzeczom przeważnie niedostępnym dla naszych zmysłów. Także byty anielskie i demoniczne zazwyczaj niechętnie manifestują swoją obecność. Diabły szczególnie starannie omijają ateistów – dowód na istnienie diabła jest bowiem jednocześnie dowodem na istnienie Boga…        

                Jako że ludzie z natury są strasznymi niedowiarkami Bóg czasem robi wyjątek. Otrzymujemy znienacka okruch czegoś nieznanego, nienazwanego i niewytłumaczalnego. Okruch który w dodatku zazwyczaj możemy zignorować lub bardzo różnie zinterpretować. Ulotny i nienamacalny, ukryty w cieniu. Czasem widoczny tylko przez moment i tylko kątem oka.

                Mój znajomy ksiądz dzwonił w ważnej sprawie do przyjaciela licząc że zastanie go w domu. W tym samym momencie przyjaciel, przebywający zupełnie nie indziej, dzwonił do siebie do domu. Obaj dzwonili pod ten sam numer i …niespodziewanie uzyskali połączenie między sobą! Ekspert od telefonów którego potem o to wypytywali orzekł że teoretycznie takie przekierowanie rozmowy jest możliwe, ale skrajnie mało prawdopodobne. Anioł stróż docisnął kabelek by przyspieszyć bieg wypadków? Bóg puścił oko? A może przypadek? „Teoretycznie możliwe” – czyi dowodu brak. To mgło się przytrafić. Raz na milion połączeń. Pozostało dwu dorosłych mężczyzn przekonanych że ktoś im pomógł.    

                Czasem trafi się coś bardziej namacalnego. Na przykład: Cudowne uzdrowienie. Zazwyczaj nie znamy osobiście nikogo komu by się przytrafiło, a większość przypadków zgłoszonych przypadków nie zostaje nawet uznana za cuda. W słynnym sanktuarium w Lourdes odnotowano wiele uzdrowień jednak nauka zna przypadki samoistnie ustąpienia paraliżu czy przewlekłego bólu. Tylko około 200 przypadków uznano za niewytłumaczalne. To niewiele jak na miliony pątników które przewinęły się przez sanktuarium. Na granicy błędu statystycznego. W naszych czasach też dzieją się cuda. Cofają się nowotwory, znikają groźne choroby. Ale przeważnie nie odrastają odcięte dłonie ani brakujące narządy ciała. (ostatni przypadek cudownego odrośnięcia amputowanej nogi odnotowano w XVII wieku). Bóg okazuje czasem człowiekowi łaskę i litość w cierpieniach – ale nawet wtedy nie pozwala złapać się za rękę.

                Sporadycznie w ludzkie ręce wpadnie coś jeszcze bardziej materialnego. Całun Turyński badany jest od ponad stu lat i od stu lat wprawia uczonych w głębokie zakłopotanie. Do dziś nie wyjaśniono powstały przebarwienia tkaniny. Datowanie radiowęglowe jest niepewne. Druga słynna tkanina - Chusta św. Weroniki od bardzo dawna nie była wystawiana na widok publiczny. Uczonych nie dopuszczono nigdy do zbadania tej tkaniny. Nie wiemy gdzie jest przechowywana – prawdopodobnie w filarze katedry bazyliki św. Piotra w Rzymie. Być może już nie istnieje…

                Jesteśmy niedowiarkami. Szukamy cudów. Pragniemy doświadczyć czegoś niezwykłego. Poczuć na własnej skórze dotkniecie nieznanego. Chcemy być wybrani, lepsi. Posiąść sekrety. Jedni pragną pogłębić wiarę, inni wiarę odzyskać, a jeszcze inni szukają kontaktu z tamtą stroną powodowani nudą i płochą ciekawością. Podobne otwarcie się na emanacje zaświatów nie jest jednak bezpieczne. To kuszenie losu. Nie zawsze bowiem przychodzi to czego oczekiwaliśmy. Czasem na szczęście nic nie przychodzi, ale liczba ofiar sekt religijnych i rosnąca liczba przypadków opętania nakazuje zachowywać ogromną ostrożność. Opętania trafiały się nawet wśród świętobliwych mnichów zamieszkujących groty Ławry Pieczerskiej.

                Pomiędzy nami żyją nieliczni ludzie którzy mają za zadanie świadczyć. To znak który możemy otrzymać. Odcisk stopy Boga na piasku. Za życia doznają łaski objawienia. Po śmierci ogłasza się ich błogosławionymi lub świętymi. Możemy wierzyć w ich relacje albo nie. Powszechnie znane są relacje o mniejszych i większych cudach dokonanych przez Ojca Pio. Żył między nami – zaledwie czterdzieści kilka lat temu. Przeżywał ekstazy, nosił na ciele stygmaty, zdarzyło mu się nawet lewitować w czasie modlitwy. Jednak łaska której dostąpił – pewność istnienia Boga okupiona została bardzo drogo. Święty był regularnie i na różne sposoby dręczony przez diabły.

                Jakby na drugim biegunie żyli ludzie którzy także wykazali się za życia heroicznością cnót a po śmierci zaliczono ich w poczet świętych, jednak wiara ich płynęła z wnętrza, nie odtrzymali żadnego znaku który by ich w niej utwierdził. „Nocy duchowej” doświadczała Matka Teresa z Kalkuty – dziś błogosławiona kościoła katolickiego. Zachowały się jej listy do spowiedników i opiekunów duchowych oraz dzienniki. Ujawniono fragmenty nielicznych. Powszechnie szanowana, założycielka prężnie działającego zakonu większą część życia poruszała się jak po omacku i w ciemnościach. Zachowywała swoje posłannictwo, podtrzymywała gasnący płomyk wiary jedynie dzięki żelaznej woli i logice. Cierpiała na skutek wątpliwości i rozterek. Budowała potężny zakon a jednocześnie szukała Boga – rozpaczliwie. Nie znajdowała. W modlitwach prosiła o znak. Czy otrzymała go za życia? Wydaje mi się że tak.

                Sam termin „noc duchowa”, „noc ciemna” sformułował św. Jan od Krzyża – żyjący w XVI wieku wielki odnowiciel zakonu Karmelitów. Założyciel licznych klasztorów, przyjaciel św. Teresy uważał że okres zwątpienia jest naturalnym etapem rozwoju duchowego. Brak znaku od Boga ma oczyścić duszę, zmusić człowieka do wysiłku. Gdyby wiara przychodziła zbyt łatwo nie byłaby wystarczająco silna. On sam przeżywał ten stan zamknięty w lochu do którego wtrącili go współbracia przeciwni jego wysiłkom na rzecz zwiększenia dyscypliny duchowej w klasztorach… Okresy trwania w zwątpieniu miało wielu świętych i błogosławionych. Mamy tego świadectwa. Pokonywali te przeszkody. Matka Teresa cierpliwie robiła swoje i czekała na znak. Pięćdziesiąt lat mimo wątpliwości trwała w wierze i z niej czerpała siły do walki.

                Także zwykli wierni często mają poczucie że otacza ich pustka, że Boga nie ma, a ich modlitw nikt nie słucha. Wątpią. Oczekują nie świadectwa, ale czegoś skierowanego konkretnie do nich. Chcą być świadkiem choćby jednego cudu. Czasem nie dostrzegają znaków. Czasem otwierają się zanadto. W menażerii zaświatów wiele jest wilków. Noc duchowa jest stanem przykrym. Ale paradoksalnie jest bezpieczna. Walczy się ze zwątpieniem, ale też nie dręczą człowieka demony.

                Żydowskie przysłowie mówi „Wiara to jest wiara. Tu nic nie ma na pewno.” Trzeba wierzyć – to nasze zadanie. Czy możemy samodzielnie szukać tropów, wypatrywać okruchów nieznanego, które tę wiarę umocnią? Słyszałem relacje o dziwnych wydarzeniach które przeżyli mi znajomi. Wiele z tego co przeżyłem wskazuje że tam, po drugiej stronie, coś jest. Nie mam dowodu. Muszę opierać swoją wiarę na tym co przeczytam i usłyszę. Mam niewielką garść okruchów. Coś przez moment dostrzegłem kątem oka. I to mi wystarczy.

O symbolach

Zapomniane symbole.

                Gdy byłem mały trafiłem na Hel. W budynku dawnego kościoła ewangelickiego urządzone jest muzeum etnograficzno-przyrodnicze gromadzące w swych zbiorach zarówno spreparowane okazji miejscowej fauny jak też liczne zabytki kultur materialnej żyjących na półwyspie kaszubskich rybaków. Oglądałem stare wiosła, sieci, harpuny, pałki do głuszenia fok i temu podobne narzędzia. Spostrzegłem na niektórych z nich wyryte lub wypalone symbole – Czasem stylizowane litery splecione ze liniami i strzałami. Tworzyły cały skomplikowany kod. Widać było niekiedy podobieństwa wynikające z więzów pokrewieństwa szyprów którzy ich używali. Były to znaki dawnych maszoperii – swego rodzaju spółek rybackich istniejących od średniowiecza aż po dzień dzisiejszy. Na studiach poznałem gmerki kupieckie i rzemieślnicze – podobne symbole pełniące funkcję nieformalnych herbów rodzina nieszlacheckich lub poszczególnych ich członków. Wiedząc na co zwrócić uwagę zacząłem odnajdywać kolejne, na ścianach starych domów, na archiwalnych zdjęciach z norweskiego Bergen… Zrozumiałem czym są i czemu służyły.  

                Od Powstania Styczniowego mija właśnie 150 lat. To niewiele. Nasi dziadkowie znali osobiście uczestników zrywu. Jeszcze mój ojciec urodzony tuż przed wojną poznał staruszka – dawnego służącego, który w młodości wraz z dziedzicem poszedł do powstania. Ostatni weterani walk z moskalami zmarli w latach czterdziestych. Tymczasem większość Polaków nie rozumie dziś symboliki trójpolowego herbu używanego w tym okresie i widniejącego na pieczęci Rządu Narodowego. O ile rozpoznają orła i znak pogoni, o tyle anioł z mieczem nie budzi prawie żadnych skojarzeń. Mało kto kojarzy że to herb ziemi Kijowskiej – a cała „trójpolówka” wyraża historyczną jedność ziem dawnej polski: Korony, Litwy i Rusi.

                Przeglądam katalogi pamiątkowych broszek, pierścieni oraz biżuterii żałobnej. Łapię się na tym że nie wszystko rozumiem. Krzyże i krzyżyki są oczywiste. Inskrypcje na nich przeważnie też. Wytłoczono w metalu cyfry - daty krwawo stłumionych manifestacji patriotycznych. Czasem pojawi się liczba ofiar wyrażona cyfrą lub za pomocą małych krzyżyków. Na rewersach umieszczono cierniowe korony – nawiązujące do ofiary z życia i męki Chrystusa. Tu i ówdzie na krzyżu lub koronie leży gałązka. To zrozumieją już nieliczni - symboliczna palma męczeństwa to symbol mocno dziś zapomniany. „Czarna” biżuteria powstała w okresach żałoby narodowej, też powoli zaczyna wymykać się naszemu zrozumieniu. Zapomnieliśmy to co jeszcze dla naszych dziadków stanowiło zbór symboli opisujących rzeczywistość. Bardzo popularne były broszki złożone z krzyża, serca i kotwicy. Symbolizują wiarę miłość i nadzieję. Ale dlaczego naszym przodkom kotwica kojarzyła się z nadzieją?

                Wykonywano też żałobne czarne kokardy, bransoletki w kształcie łańcuchów, kajdan, czasem z podwieszonymi miniaturowymi kłódkami – to identyfikujemy. Naród był w żałobie i niewoli więc także noszone ozdoby nawiązywały do śmierci i niewoli. Często występowała tez biżuteria w postaci zapiętych klamrami pasów. Umieszczano na nich napis Boże Zbaw Polskę. Nie potrafiłem tego rozgryźć puki nie natrafiłem na podobną broszkę – ozdobioną jednak napisem „W jedności siła”. Najwidoczniej naszym przodkom zapięty pas, podobnie jak splecione w uścisku dłonie, kojarzył się z solidarnością i współpracą. Dla nas jest już nieczytelny – wymaga solidnego ruszenia głową.    

                Czasem symbole zmieniają znaczenie. Trupia czaszka a pod nią skrzyżowane piszczele kojarzy nam się dziś bardzo negatywnie. Tymczasem dla naszych przodków był to symbol jak najbardziej pozytywny i budzący szacunek. Okazałe czaszki nosili na czapkach Żuawi Śmierci – najbardziej doborowa jednostka doby powstania styczniowego, wyspecjalizowana w szaleńczych często wręcz samobójczych atakach na pozycje wojsk carskich. W niektórych akcjach jednostka te traciła nawet 90% stanu liczebnego, ale za każdym razem odradzała się – legenda oddziału przyciągała kolejnych straceńców gotowych przyozdobić się tym emblematem i w krwawym boju pokazac wrogom całkowitą pogardę dla śmierci. Czaszka pojawiła się ponownie po półwieczu jako emblemat „Kompanii Starka” – jednego z najbarwniejszych oddziałów ochotniczych biorących udział w walkach polsko-ukraińskich o Lwów. Członkowie tej formacji rekrutowani po części z lwowskich batiarów, do walki ruszali często w stanie dalekim od trzeźwości, ale bili się do upadłego i byli w stanie zdobyć, a potem utrzymać niemal każdą pozycję. Podobnie w okresie walk polsko-bolszewickich czaszkę przyjęły za symbol oddziały kozackie naszego sojusznika - generała Stanisława bat’ki Bułchak-Bałachowicza. I znowu ludzie noszący ten „trupi” emblemat dokonali cudów waleczności i hojnie zrosili własną krwią pola bitew… Dziś czaszka na czapce budzi w nas skojarzenia z mordercami z SS. Także swastyka – w Indiach przynosząca szczęście, w Europie symbol Słońca i ognia – od czasów ostatniej wojny znalazła się w niełasce.  

                W okresie przedwojennym II RP zamieszkiwały różne mniejszości narodowe. Nasi dziadkowie chodzili do szkoły z żydami, składali sobie nawzajem wizyty, poznawali elementy wystroju domów, oraz siłą rzeczy niektóre zwyczaje w nich panujące. Gdy pierwszy raz miałem w ręce starą mezuzę nie miałem pojęcia co to takiego. Z pewnością nasi dziadkowie bez trudu rozpoznaliby ten przedmiot, podobnie jak znali przeznaczenie filakterii używanych podczas modlitwy, czy jadów – wskaźników do czytania tory. My nie mając kolegów-żydów spośród licznych symboli i przedmiotów pozostałych po naszych dawnych sąsiadach skojarzymy siedmioramienny świecznik i gwiazdę Dawida. Ale rozłożymy bezradnie ręce nie wiedząc jaką treść kryją ozdoby lampy chanukowej - np. dwa lwy trzymające palmę. Ktoś musi nam dopiero wyjaśnić, musimy doczytać by dowiedzieć się że to nie palma tylko rajskie drzewo życia… Na szczęście zwyczaje i symbolikę związaną z judaizmem przybliżają liczne filmy na czele z nieśmiertelnym „Skrzypkiem na dachu”. Większy kłopot mamy patrząc na symbole przynależne mniejszości ormiańskiej. Patrząc na fantastyczne dekoracje kamienic ormiańskich w Zamościu nic nie byłem w stanie odczytać. Symbolika ukryta wśród stiuków była zbyt odległa. Nie kojarzyła mi się z niczym co znałem – a przecież studiując archeologię widziałem niejedno.

                Istnieją znaki nazwijmy to „niepisane”. Nasi przodkowie żyjący na kresach stykali się z Ukraińcami i Białorusinami – podchwytywali to i owo – korona cnoty ułożona z włosów jeszcze wokresie II RP oznaczała że dziewczyna jest panną na wydaniu, albo wdową od co najmniej siedmiu lat – taka fryzura oznaczała jednocześnie gotowość do zamążpójścia, zachętę do wysłania swatów. Na Mazowszu i Polesiu tę samą funkcję pełniły pomalowane na błękitno okiennice chałupy. Dziś oba te symbole są od dawna martwe. Premier Julia Tymoszenko zaplatała na głowie piękną koronę choć jej życie osobiste przeczyło temu co przekazywała fryzura..

                Jest wreszcie osobna kategoria symboli i pamiątek które coś mówią wyłącznie ich właścicielom, które bez towarzyszącej im legendy są całkowicie nieme i niezrozumiałe. Swego czasu widziałem kałamarz wykonany z kopyta legendarnej Kasztanki – klaczy Józefa Piłsudskiego. Mój dziadek przechowywał jak smutną relikwię kulę karabinową która w czasie wojny zabiła mu przyjaciela. Nam też w swoich zbiorach nóż do papieru który wykonał weteran walk o wał pomorskich. Nóż wyklepał z okazałego odłamka pocisku artyleryjskiego który lekarze w szpitalu wojskowym usunęli mu z ciała… Otrzymałem też odłamek hitlerowskiej bomby którą znajoma podniosła we Wrześniu 1939 przeżywszy nalot na dworzec Warszawa Wschodnia…    

O tym że warto się modlić

Nocne strachy.

                Miewałem w życiu rozmaite dziwne sny. Wspominałem na tych łamach jak przyśniła mi się scena palenia zwłok więźniów obozu koncentracyjnego i jak po latach ujrzałem identyczną sytuację na filmie. Mojemu Dziadkowi na kilka lat przed śmiercią zaczęli śnić się jego dawno zmarli przyjaciele, jakby dawali znak że czekają po tamtej stronie… Jednym z najpaskudniejszych przeżyć był sen przepowiadający śmierć członka rodziny. A właściwie nie. Sen w którym widziałem i sam odczuwałem bezbrzeżną rozpacz panującą już po tym fakcie. Obudziwszy się, kompletnie roztrzęsiony wstałem z łózka i pomodliłem się, prosząc by to co zobaczyłem nie wydarzyło się… Modlitwa została wysłuchana. Sen nie spełnił się. Minęło kilka lat i zacząłem wracać w myślach do tamtego poranka. To co przeżyłem we śnie było jakieś takie …zbyt prawdziwe.

                Sny towarzyszą nam od zawsze, od czasów najgłębszej prehistorii. Może pojawiły się jeszcze wcześniej – wszak zwierzęta też coś śnią… Ludy pierwotne i starożytne przykładały do snów ogromną wagę. Uważano je za zapowiedź przyszłych wypadków, sygnały od bóstw i duchów. Władcy poszukiwali ludzi potrafiących wiarygodnie wyjaśnić znaczenie tego co sami zobaczyli w sennej malignie. Wszyscy znamy historię biblijnego Józefa i wiemy jaką karierę zrobił wyjaśniwszy faraonowi znaczenie snu o krowach chudych i tłustych. Oczywiście chęć poznania przyszłości towarzyszyła nie tylko królom. Dziwne sny nawiedzały też bogaczy, kupców, a także ludzi prostych i niewolników. Nie każdego było jednak stać na pomoc fachowego interpretatora. Powstały zatem mniej i bardziej skomplikowane senniki – katalogi znaków które można odszukać w snach i zanalizować wedle wskazówek. Najstarsze liczą sobie około trzech tysięcy lat, ale prawdziwa eksplozja podobnych publikacji nastąpiła w XIX wieku wraz z rosnącym zainteresowaniem przeszłością. Starożytne stele i papirusy zapisane niezrozumiałymi znakami pobudzały wyobraźnię. W czasach naszych pradziadków „Sennik Egipsko-Chaldejski” stał w każdej szanującej się domowej biblioteczce. Doczekał się licznych wydań i sdycji. Były to opracowania o różnym stopniu „dokładności” a użytkownicy w długie zimowe wieczory wiedli namiętne i burzliwie spory który autor ujął temat najlepiej. Dziś jeszcze trafiają się w antykwariatach egzemplarze z tej epoki. Niemal żaden nie jest w stanie dziewiczym – wszystkie noszą ślady intensywnej nierzadko gorączkowej lektury. Obecnie moda jakby trochę przeminęła – ale nadal w większości księgarni znajdziemy takie dzieła odwołujące się do egzoterycznej spuścizny rozmaitych egzotycznych ludów i religii.

                Kościół o snach wypowiadał się raczej ostrożnie. Liczne objawienia senne i próby ich interpretacji znajdujemy w Biblii. Sny prorocze nawiedzały grzeszników i świętych. W snach pojawiały się ostrzeżenia, wizje, porady natury religijnej i dyplomatycznej. Jednak realistycznie zakładano że nie wszystko co widzi się przez zamknięte powieki pochodzi od Boga i aniołów. Dlatego raczej unikano nadawania snom przesadnie dużego znaczenia, a wiernym odradzano szukania w nich mądrości. Czy sny mogą dać użyteczną wiedzę naukową? W roku 1865-tym niemiecki chemik August Kekule, jeden z pionierów badań benzenu, zmagał się z problemem jaka może być budowa atomowa cząsteczki tego związku. Zmęczony zapadł w drzemkę w fotelu. Przyśnił mu się …benzen. Sześcioatomowe łańcuchy atomów węgla pełzały i wiły się jak robactwo, gdy nieoczekiwanie jeden z nich złapał własny ogon. Chemik przebudził się olśniony. Po latach istnienie tzw. pierścienia aromatycznego potwierdzono przy użyciu mikroskopów elektronowych… Podobnie Dymitr Mendelejew po latach badań i rozważań teoretycznych właśnie we śnie ujrzał tablicę z układem okresowym pierwiastków. Wydaje się że w tych dwu przypadkach nie ma nic nadprzyrodzonego czy choćby niezwykłego. Obaj uczeni zagadnieniom tym poświęcali całe lata badań sen tylko dopomógł im wpaść na właściwy trop.

                Rozmaite próby naukowego badania wizji sennych zazwyczaj dawały wyniki co najmniej dziwne. Ustalono które partie neuronów zostają pobudzone w kolejnych fazach, ale nie złożyło się to w żadną sensowną całość. Nie udało się odczytać snów aparaturą pomiarową. Nie zdołano metodami naukowymi wywołać snów na konkretny temat. Lepsze efekty dawały rozmaite techniki prowadzące do przeżycia snu świadomego – ale te z kolei uznano za nienaukowe. W latach 80-tych także w ZSRR podejmowano ciekawe eksperymenty. Śpiącym unoszono powieki i wykonywano mikroskopowe zdjęcia źrenic i siatkówek. Sowieccy uczeni wierzyli że uda się tą drogą sfotografować obrazy marzeń sennych. Królikami doświadczalnymi byli m.in. osadzeni w zakładach psychiatrycznych narkomani i alkoholicy – jako posiadający szczególnie wyraziste koszmary nocne. Niestety ten śmiały eksperyment mimo miesięcy żmudnych prób i utopienia tysięcy rubli przyniósł efekty zgoła żadne. Zaledwie na kilku fotografiach dopatrzono się czegoś w rodzaju rozmazanych sylwetek, ale ostatecznie uznano to za defekty kliszy.

                Co się stało to się nie odstanie – mówi staropolskie przysłowie. Czy aby na pewno? Dla Boga historia ludzkości jest jak długa partia szachów. W dodatku obserwuje ją spoza strumienia czasu, a jednej chwili widząc początek i koniec, sytuację panującą na szachownicy w każdej chwili gry. Jeden ruch pionka na szachownicy wpływa na zachowanie sąsiednich a tym samym na wynik końcowy partii. Cofanie ruchu jest bardzo źle widziane, łamie reguły gry… Czy możliwe że w niektórych przypadkach już wykonany wyrok cofnie się? Wydaje mi się że tak. Czy tak było w moim przypadku? Nie wiem. Nie mam pewności. Pozostało mi tylko mgliste przeczucie że coś z tym snem było „nie tak”.

                Przeszłość istnieje w postaci materialnych śladów i naszej pamięci. Teraźniejszość dostępna jest naszym zmysłom. Przyszłość dopiero nadejdzie. Dla Boga te ograniczenia nie istnieją. Czy czasem zdarza się że słysząc żarliwe prośby westchnie ciężko i dokona niewielkiej korekty przeszłości? Cofnie ruch przesuwając pionek z zagrożonego pola? Tak mi się wydaje. Zapewne i tu obowiązują jakieś zasady. Może dotyczy to jedynie tych pionków które nie są szczególnie ważne? Może wręcz przeciwnie tylko najważniejszych? A może Bóg pomaga tym którzy dzięki szczerej wierze jakoś szczególnie są Mu bliscy? Oj to chyba nie mój przypadek. Jak zwykle przy dotknięciu nieznanego – nie mamy dowodów, zaś poszlaki są zbyt wieloznaczne i trudne do interpretacji.

                Zakładając że następuje czasem taka zmiana biegu wydarzeń - czy takie sny gdzie przeżywamy nieszczęście które nie zaistniało nie są przypadkiem jej śladem? Jeśli dusza jest zjawiskiem z zakresu fizyki kwantowej to drobne pętle czasowe są dla niej możliwe. Może zatem gdzieś głęboko w podświadomości pozostają szczątkowe zapisy stanu sprzed korekty? Czy coś w nas, niewielki element jaźni pamięta co się przytrafiło? Tylko dlaczego to zostaje? Bóg będąc wszechmocny powinien skasować taki zapis do czysta. Przeoczył? Nie wydaje mi się. Sądzę raczej że te sny, przebitki, zjawiska deja vu mają swój określony cel. Wszystkie wydarzenia w których bierzemy udział kształtują naszą osobowość. Być może to co nas spotyka ma nas w jakiś sposób zmienić na lepsze. Wprowadzenie niepełnego zapisu do podświadomości sprawi że zmienimy się choć wydarzenie które do tego doprowadziło ostatecznie nigdy się nie przytrafiło?

                Tak czy inaczej jeśli przytrafi się nam nieszczęście - warto się modlić. Czasem nieszczęście może się cofnąć. Najwyżej tego nie zapamiętamy…

O tym że warto się modlić

Nocne strachy.

                Miewałem w życiu rozmaite dziwne sny. Wspominałem na tych łamach jak przyśniła mi się scena palenia zwłok więźniów obozu koncentracyjnego i jak po latach ujrzałem identyczną sytuację na filmie. Mojemu Dziadkowi na kilka lat przed śmiercią zaczęli śnić się jego dawno zmarli przyjaciele, jakby dawali znak że czekają po tamtej stronie… Jednym z najpaskudniejszych przeżyć był sen przepowiadający śmierć członka rodziny. A właściwie nie. Sen w którym widziałem i sam odczuwałem bezbrzeżną rozpacz panującą już po tym fakcie. Obudziwszy się, kompletnie roztrzęsiony wstałem z łózka i pomodliłem się, prosząc by to co zobaczyłem nie wydarzyło się… Modlitwa została wysłuchana. Sen nie spełnił się. Minęło kilka lat i zacząłem wracać w myślach do tamtego poranka. To co przeżyłem we śnie było jakieś takie …zbyt prawdziwe.

                Sny towarzyszą nam od zawsze, od czasów najgłębszej prehistorii. Może pojawiły się jeszcze wcześniej – wszak zwierzęta też coś śnią… Ludy pierwotne i starożytne przykładały do snów ogromną wagę. Uważano je za zapowiedź przyszłych wypadków, sygnały od bóstw i duchów. Władcy poszukiwali ludzi potrafiących wiarygodnie wyjaśnić znaczenie tego co sami zobaczyli w sennej malignie. Wszyscy znamy historię biblijnego Józefa i wiemy jaką karierę zrobił wyjaśniwszy faraonowi znaczenie snu o krowach chudych i tłustych. Oczywiście chęć poznania przyszłości towarzyszyła nie tylko królom. Dziwne sny nawiedzały też bogaczy, kupców, a także ludzi prostych i niewolników. Nie każdego było jednak stać na pomoc fachowego interpretatora. Powstały zatem mniej i bardziej skomplikowane senniki – katalogi znaków które można odszukać w snach i zanalizować wedle wskazówek. Najstarsze liczą sobie około trzech tysięcy lat, ale prawdziwa eksplozja podobnych publikacji nastąpiła w XIX wieku wraz z rosnącym zainteresowaniem przeszłością. Starożytne stele i papirusy zapisane niezrozumiałymi znakami pobudzały wyobraźnię. W czasach naszych pradziadków „Sennik Egipsko-Chaldejski” stał w każdej szanującej się domowej biblioteczce. Doczekał się licznych wydań i sdycji. Były to opracowania o różnym stopniu „dokładności” a użytkownicy w długie zimowe wieczory wiedli namiętne i burzliwie spory który autor ujął temat najlepiej. Dziś jeszcze trafiają się w antykwariatach egzemplarze z tej epoki. Niemal żaden nie jest w stanie dziewiczym – wszystkie noszą ślady intensywnej nierzadko gorączkowej lektury. Obecnie moda jakby trochę przeminęła – ale nadal w większości księgarni znajdziemy takie dzieła odwołujące się do egzoterycznej spuścizny rozmaitych egzotycznych ludów i religii.

                Kościół o snach wypowiadał się raczej ostrożnie. Liczne objawienia senne i próby ich interpretacji znajdujemy w Biblii. Sny prorocze nawiedzały grzeszników i świętych. W snach pojawiały się ostrzeżenia, wizje, porady natury religijnej i dyplomatycznej. Jednak realistycznie zakładano że nie wszystko co widzi się przez zamknięte powieki pochodzi od Boga i aniołów. Dlatego raczej unikano nadawania snom przesadnie dużego znaczenia, a wiernym odradzano szukania w nich mądrości. Czy sny mogą dać użyteczną wiedzę naukową? W roku 1865-tym niemiecki chemik August Kekule, jeden z pionierów badań benzenu, zmagał się z problemem jaka może być budowa atomowa cząsteczki tego związku. Zmęczony zapadł w drzemkę w fotelu. Przyśnił mu się …benzen. Sześcioatomowe łańcuchy atomów węgla pełzały i wiły się jak robactwo, gdy nieoczekiwanie jeden z nich złapał własny ogon. Chemik przebudził się olśniony. Po latach istnienie tzw. pierścienia aromatycznego potwierdzono przy użyciu mikroskopów elektronowych… Podobnie Dymitr Mendelejew po latach badań i rozważań teoretycznych właśnie we śnie ujrzał tablicę z układem okresowym pierwiastków. Wydaje się że w tych dwu przypadkach nie ma nic nadprzyrodzonego czy choćby niezwykłego. Obaj uczeni zagadnieniom tym poświęcali całe lata badań sen tylko dopomógł im wpaść na właściwy trop.

                Rozmaite próby naukowego badania wizji sennych zazwyczaj dawały wyniki co najmniej dziwne. Ustalono które partie neuronów zostają pobudzone w kolejnych fazach, ale nie złożyło się to w żadną sensowną całość. Nie udało się odczytać snów aparaturą pomiarową. Nie zdołano metodami naukowymi wywołać snów na konkretny temat. Lepsze efekty dawały rozmaite techniki prowadzące do przeżycia snu świadomego – ale te z kolei uznano za nienaukowe. W latach 80-tych także w ZSRR podejmowano ciekawe eksperymenty. Śpiącym unoszono powieki i wykonywano mikroskopowe zdjęcia źrenic i siatkówek. Sowieccy uczeni wierzyli że uda się tą drogą sfotografować obrazy marzeń sennych. Królikami doświadczalnymi byli m.in. osadzeni w zakładach psychiatrycznych narkomani i alkoholicy – jako posiadający szczególnie wyraziste koszmary nocne. Niestety ten śmiały eksperyment mimo miesięcy żmudnych prób i utopienia tysięcy rubli przyniósł efekty zgoła żadne. Zaledwie na kilku fotografiach dopatrzono się czegoś w rodzaju rozmazanych sylwetek, ale ostatecznie uznano to za defekty kliszy.

                Co się stało to się nie odstanie – mówi staropolskie przysłowie. Czy aby na pewno? Dla Boga historia ludzkości jest jak długa partia szachów. W dodatku obserwuje ją spoza strumienia czasu, a jednej chwili widząc początek i koniec, sytuację panującą na szachownicy w każdej chwili gry. Jeden ruch pionka na szachownicy wpływa na zachowanie sąsiednich a tym samym na wynik końcowy partii. Cofanie ruchu jest bardzo źle widziane, łamie reguły gry… Czy możliwe że w niektórych przypadkach już wykonany wyrok cofnie się? Wydaje mi się że tak. Czy tak było w moim przypadku? Nie wiem. Nie mam pewności. Pozostało mi tylko mgliste przeczucie że coś z tym snem było „nie tak”.

                Przeszłość istnieje w postaci materialnych śladów i naszej pamięci. Teraźniejszość dostępna jest naszym zmysłom. Przyszłość dopiero nadejdzie. Dla Boga te ograniczenia nie istnieją. Czy czasem zdarza się że słysząc żarliwe prośby westchnie ciężko i dokona niewielkiej korekty przeszłości? Cofnie ruch przesuwając pionek z zagrożonego pola? Tak mi się wydaje. Zapewne i tu obowiązują jakieś zasady. Może dotyczy to jedynie tych pionków które nie są szczególnie ważne? Może wręcz przeciwnie tylko najważniejszych? A może Bóg pomaga tym którzy dzięki szczerej wierze jakoś szczególnie są Mu bliscy? Oj to chyba nie mój przypadek. Jak zwykle przy dotknięciu nieznanego – nie mamy dowodów, zaś poszlaki są zbyt wieloznaczne i trudne do interpretacji.

                Zakładając że następuje czasem taka zmiana biegu wydarzeń - czy takie sny gdzie przeżywamy nieszczęście które nie zaistniało nie są przypadkiem jej śladem? Jeśli dusza jest zjawiskiem z zakresu fizyki kwantowej to drobne pętle czasowe są dla niej możliwe. Może zatem gdzieś głęboko w podświadomości pozostają szczątkowe zapisy stanu sprzed korekty? Czy coś w nas, niewielki element jaźni pamięta co się przytrafiło? Tylko dlaczego to zostaje? Bóg będąc wszechmocny powinien skasować taki zapis do czysta. Przeoczył? Nie wydaje mi się. Sądzę raczej że te sny, przebitki, zjawiska deja vu mają swój określony cel. Wszystkie wydarzenia w których bierzemy udział kształtują naszą osobowość. Być może to co nas spotyka ma nas w jakiś sposób zmienić na lepsze. Wprowadzenie niepełnego zapisu do podświadomości sprawi że zmienimy się choć wydarzenie które do tego doprowadziło ostatecznie nigdy się nie przytrafiło?

                Tak czy inaczej jeśli przytrafi się nam nieszczęście - warto się modlić. Czasem nieszczęście może się cofnąć. Najwyżej tego nie zapamiętamy…

kopacz i eko-naziści

Premier kopacz pojechała załatwiać sprawy związane z tzw. Pakietem klimatycznym. Generalnie odniosła sukces – tzn. tak po przedstawiają media. W rzeczywistości nie było żadnego sukcesu, nie wytargowała nam nawet odroczenia terminu nieuchronnej eko-egzekucji.

Moim zdaniem należy sprawę eko-faszyzmu potraktować poważnie i konkretnie. Na początek zebrać grono naukowców specjalistów danych dziedzin z poważnymi tytułami, którzy zbadają sprawę i odpowiedzą na pytania:

1 Czy efekt cieplarniany w ogóle zachodzi obecnie na ziemi i na jaką skalę

2 Jeśli zachodzi co jest jego przyczyną i w jakim stopniu przyczynia się do tych zmian człowiek

3 Czy istnieją realne możliwości wpływania na klimat a jeśli tak to jakie

4 Czy ocieplenie klimatu będzie niekorzystne czy może wręcz przeciwnie.

Po drugie – na wszystkie debaty eko-bydełko ma obowiązek delegować ludzi z tytułami i dorobkiem naukowym adekwatnym do poziomu strony przeciwnej – żeby żaden lewicowy kretyn np. magister filozofii nie próbował w studio TV zakrzykiwać profesora badającego od 30 lat klimat.

Przeglądając się w lustrze...

                Ukraina przeprowadza lustrację totalną – obejmie ona około miliona osób – cały rząd i aparat władzy, urzędników, sądownictwo, milicję, wojsko…

                Wyobrażam sobie jutrzejszą gazetę wyborczą – michnik który od kilku tygodn w kwestiach wschodnichi „mówi kaczyńskim” będzie musiał wykonać kolejny zwrot o 180 stopni… Zapewne na pierwszej stronie znajdzie się artykuł ""Zoologiczny odwet banderowców" albo coś w ten deseń...