BLOG

wedrowycz banner1

Słowo na niedzielę

Mam prawie 39 lat. Jestem cenionym specjalistą w niewielkiej firmie. Osiągnąłem status jaki miał ślusarz narzędziowy w przedwojennej fabryce. Gdybym w odpowiednim czasie uzyskał drobną pomoc pewnie skoczyłbym wyżej. Z drugiej strony – nie mam powodów do narzekań – większość moich rówieśników mimo czterdziestki na karku nadal nie odnalazła swojego miejsca w życiu. Wybrałem dobrą drogę. I wybrałem ją mając 11 lat. 

To proste

Jak powstrzymać zalew islamu? Metoda jest bardzo prosta. Banalna. Wystarczy skasować socjał zastępując dotacje do każdego dziecka ulgami podatkowymi na każde kolejne dziecko. Ci imigranci którzy myślą poważnie o życiu w Europie będą pracować. Pozostali po roku-dwu życia w kompletnej nędzy spakują walizki…

Głosując nogami

Patrząc na dzieje świata widzę prosty mechanizm – dokręcanie śruby w jednym miejscu zawsze powodowało głosowanie nogami – ludzie nie mogąc znieść ucisku uciekali jak zające. Nie powstrzymywało ich nic. Oceany, dzikie góry, nieznajomość języka. Umykano od wieków. Baptyści z Holandii spakowali się i ruszyli w poszukiwaniu lepszego jutra. Część dotarła do Polski, inni hurmem popłynęli do Ameryki (dając początek m.in. wspólnotom Amiszów). Uciekali polscy i rosyjscy chłopi pańszczyźniani – dając początek zaporoskiemu kozactwu. Umykali więźniowie łagrów, ale też zwykli mieszkańcy krajów totalitarnych. Ich celem były kraje że ludzie żyli pełniej, lepiej swobodniej, gdzie byli wolni.

Czasem oczywiście dochodziło do tragicznych pomyłek bo kraje te nie zawsze były takie jak sobie uciekinierzy wyobrażali. Ci których wymarzonym celem był ZSRR przekonali się o tym szczególnie boleśnie.

Do 1989-tego sytuacja była dość jasna. My tkwiliśmy w gównie po same uszy. Za żelazną kurtyną były kraje wolnego świata. Relacji krewnych i znajomych którzy stamtąd wracali słuchało się jak bajki. Krainy gdzie każdy ma paszport. Gdzie każdy ma samochód. Gdzie dobry używany samochód kupuje się za równowartość jednej pensji. Gdzie telefon zakładają w ciągu dwu tygodni. Gdzie po domach krążą nagabywacze usiłujący namawiać ludzi na zakup nowej pralki.

Po 1989-tym roku głosowanie nogami stało się w Polsce masową formą protestu. Wyjechały 2-3 miliony ludzi. Patrzę na to i zastanawiam się nad mechanizmem. Ten masowy ruch to suma drobnych niepowodzeń, strachu i lenistwa. Dwa miliony młodych zdeterminowanych ludzi zmiecie każdy złodziejski rząd i każdy złodziejski system. Przed taką masą władza może obronić się wyłącznie używając siły. Wyłącznie terrorem. Wyłącznie zabijając i mordując. O ile ma takie możliwości.

Jaruzelski uratował się przed Solidarnością internując kilka tysięcy przywódców ruchu i mordując około 300 powiązanych z solidarnością ludzi (tzw „lista Rokity”). Odsunęło to jego upadek o osiem lat. Komuniści mogli oprzeć się na wiernych pretorianach : liczba członków PZPR była zbliżona do liczby członków Solidarności. Po stronie władzy stało ok. 100 tyś milicjantów, 25 tyś funkcjonariuszy SB oraz armia około ćwierć miliona kapusiów jednej i drugiej formacji. W odwodzie było jeszcze Ludowe Wojsko Polskie.

Obecne władze obalić byłoby nieporównywalnie łatwiej. Obecna władza ma mniejszą liczbę pretorian i co więcej liczni z nich mają swój rozum i w obawie przez przyszłymi kłopotami odmówią wykonywania rozkazów lub będą je sabotowali. Obecna władza nie użyje broni bo wie że grozi to konkretnymi reperkusjami. Obecna władza zamiast tzw. „nieznanych sprawców” użyje „seryjnego samobójcy” – co budzi w ludziach wściekłość ale coraz mniej lęku. Dla obecnej władzy ogromnym problemem i kością w gardle jest jeden "Staruch" - nieformalny przywódca jednej niezbyt licznej grupy kibiców.  Może zatem te dwa-trzy miliony niepotrzebnie wyjechały? Może należało inaczej spożytkować chęć zmian? Czekamy na wodza. 

wow!

Na liczniku stuknęło 12 tysięcy odwiedzin. Czyżby aż tak liczne grona interesowała moja osoba? 

Jeden z "wyklętych"

                Na marginesie dyskusji nad zniszczonym pomnikiem „Inki” naszła mnie refleksja nad naszą historią. Za stalina powszechnie lansowano pogląd że AK i NSZ były bandą faszystów (a jednocześnie agenturą brytyjsko-amerykańską) i wrogiem wewnętrznym masakrującym bez litości tak polskich chłopów jak i bohaterskich komunistów. W latach 40-tych w wyklinanie „leśnych” umoczył się nawet tak dobry człowiek jak Julian Tuwim (dziś litościwie nie wznawia się pereł poezji które wówczas stworzył ku chwale NKWD i UB). Potem natarcie na froncie ideologicznym osłabło – socjaliści uznali że AK miała pewne zasługi w walce z hitlerowcami, oczywiście nie tak duże jak bohaterowie z AL i GL oraz dywersanci sowieccy. Walka Batalionów Chłopskich nie była szczególnie nagłaśniana a NSZ starano się zamilczeć na śmierć.

                Po 1989-tym role się odwróciły. Otwarcie zaczęto pisać o bandach morderców i podpalaczy spod znaku AL, na piedestał postawiono AK, z pewnym poślizgiem należne miejsce w historii przywrócono ludziom z NSZ. Pojawił się też ponownie temat „żołnierzy wyklętych” – ludzi którzy po wojnie nie złożyli broni ale podjęli walkę z komuchami. "wybiórcza" zaczęła nawet jakby nieśmiało rehabilitować UPA. 

                W okolicy Wojsławic w czasie wojny działało oczywiście AK. Część mieszkańców okolicznych wiosek zasiliła też szeregi AL i BCh. Nasycenie partyzantką i konspiracją było znaczne – czego najlepszym dowodem jest bitwa o Wojsławice 17 kwietnia 1944 kiedy to zgrupowane siły partyzanckie nie dopuściły do pacyfikacji osady spuszczając regularnym wojskom niemieckim widowiskowy łomot.

                Po wojnie struktury czasu okupacji poszły w rozsypkę a Gmina stała się areną regularnych potyczek milicji, ORMO i KBW z bandami rabunkowymi nawiązującymi do tradycji partyzanckich. W tej niezbyt ciekawej sytuacji w nasze strony ściągnął Henryk Lewczuk „Młot” ze swoim oddziałem. I wziął towarzystwo ostro za mordę. Zażądał by wszyscy uważający się za partyzantów przeszli pod jego komendę. Następnie jego ludzie wystrzelali po lasach wszelkiego rodzaju bandziorów i zaprowadzili porządek. Oddział walczył na terenie powiatu chełmskiego do 1947-mego. Jedną z ważniejszych akcji było rozbicie wiezienia w Hrubieszowie dokonane we współpracy z upowcami. Potem „młotowcy” poddali się by skorzystać z amnestii. Sam Lewczuk wyemigrował do Francji gdzie działał w organizacjach polonijnych a do kraju wrócił już po upadku komuny. Został senatorem a przed śmiercią z rąk Lecha Kaczyńskiego otrzymał Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Piękny życiorys bohatera godnego pomników.

                Problem w tym że gdy rozmawia się z miejscowymi – i to bynajmniej nie ze zwolennikami komuny – wyłania się obraz nieco odmienny. Zdaje się oddział przejmując kontrolę nad miejscowymi zaabsorbował zbyt dużo pseudopartyzanckiego elementu bandziorskiego – bowiem w rozmowach przewijają się wątki i rozstrzelania chłopa który odmawiał oddania „młotowcom” słoniny i Żyda imieniem Icek który przetrwał okupację w ukryciu a został schwytany i zastrzelony przez partyzantów tylko dla tego że nie miał przy sobie pieniędzy by się im opłacić. Mówi się też o haraczach zdzieranych z okolicznych gospodarzy i o pogwałconych dziewczynach i o milicjantach spalonych żywcem… Są i tacy którzy mimo wszystko twardo bronią Młota twierdząc że po prostu nie mógł wszystkich swoich ludzi upilnować. A i tacy którzy uważają że życie pod jego okiem było ciężkie ale i tak lżejsze niż za okupacji no i komuchy się go bali i nie darli z miejscowych swoich kontyngentów. Nawet jego przeciwnicy przyznają że w gminie się bardzo poprawiło. Ale są i głosy że szaleńcza akcja rozbicia więzienia w Hrubieszowie podyktowana była chęcią ratowania ludzi którzy za dużo wiedzieli, a bohater do kraju wrócił dopiero gdy zmarli najważniejsi świadkowie jego "dokonań".

                Część tych opowieści to zapewne odbicie kolportowanych przez władzę ludową plotek – czarna legenda partyzantki. Problem w tym że część to niestety surowa prawda.

                Ukraińcy mają problem z weteranami UPA. Są wśród nich bohaterowie walczący z niemcami i sowietami. Są dezerterzy z SS-Galitzien którzy mają na koncie walkę z sowietami ale …u boku hitlerowców. Są te odrażający mordercy kobiet i dzieci. UPA mordowała nie tylko Polaków - jej ofiarą padło też 40-80 tysiećy Ukraińców. Podejmowane próby prześwietlania życiorysów przyniosły efekty tak ponure że w końcu zarzucono ten trud. Ukraińcy po prostu rozpaczliwie potrzebują wzorców postawy patriotycznej i legend państwowotwórczych. A nie bardzo mają materiał by je tworzyć. Więc forsownie gloryfikują UPA - tym mocniej im mniej żyjących świadków. 

                Patrząc na przykład „Młota” boję się czy nie popełniamy tego samego błędu. Był bohaterem wielkiego formatu. Zarazem poełnił szereg czynów niegodnych. Czy nie przesunęliśmy wajchy za daleko w prawo. Może zanadto przymykamy oko na rozmaite mniejsze i większy błędy naszych „wyklętych”? Może warto by przyjrzeć się uważniej i zamiast przygarniać do łona Ojczyzny wszystkich jak leci bohaterską legendę mocniej oprzeć na pokazaniu jednostek naprawdę nieskazitelnych? Takich jak „Inka”.

Na froncie propagandy

W necie kolejna burza – kandydat na papieża kardynał Peter Turkson stwierdził że pedofilia w kościele to efekt homoseksualizmu niektórych duchownych. Oczywiście z miejsca wylano na niego kubły pomyj. Kardynał nie twierdził że każdy homoseksualista jest pedofilem, nie zaproponował nawet wykluczenia gejów ze stanu kapłańskiego. Zwrócił uwagę na problem – niektórzy geje w sutannach dobrali się do dzieciaków. Co wcej 80-90% pokrzywdzonych to chłopcy. Nerwowa reakcja siepaczy politycznej poprawności wskazuje że dotknął ich bardzo czułego punktu.

                Cała medialna nagonka w ramach ostatnich dwu pięciolatek antyreligijnych miała wyrobić w ludziach przekonanie że księża to banda pedofili, ale jednocześnie drugi departament przekonuje nas że absolutnie wszyscy geje są ok. Istnienia homo-pedofili tak jakby nie przewidziano i teraz ich „wyczyny” strasznie utrudniają całą propagandową operację… Przypomina to trochę podobny wygibas z rozmywaniem odpowiedzialności za wojnę – „niemcy są ok. źli byli naziści”. Afery bostońska i irlandzka, gdy człowiek wczyta się relacje pokazują dość smutną rzeczywistość. Zdecydowana większość przypadków uwodzenia molestowania i gwałtów na nieletnich dotknęła chłopców, zaś sprawcami są homoseksualiści w sutannach, stanowiący nikły (ok 0,2%) odsetek duchownych… Tymczasem z jednej strony lansuje się tezę że Kościół poprzez swoich „pracowników” gwałci ministrantów i chórzystów, a jednocześnie wylewa krokodyle łzy że ta zacofana homofobiczna instytucja dyskryminuje biednych gejów którzy marzą o dostaniu się do seminarium…    

                Spod poprawnościowej otoczki bije marksistowska próba pogodzenia ognia i wody w myśl schematu teza-antyteza-synteza-dialektyka… Czy propaganda jest w stanie urobić społeczeństwo do tego stopnia by łyknęło ten kit? Niestety nie da się tego wykluczyć. Po wybuchu Rewolucji Francuskiej szaleństwu oparł się departament Wandei. Na wieść o straceniu monarchy wybuchło tam katolicko-rojalistyczne powstanie. Republika rzuciła do tłumienia rebelii znaczące siły wojskowe. W efekcie dokonano rzezi. Wymordowano około ¼ mieszkańców zbuntowanej prowincji. Był oto chyba pierwsze w dziejach Europy zaplanowane i realizowane wedle ścisłych wytycznych ludobójstwo. Minęło 200 lat z małym okładem. W Wandei obchodzi się uroczyście rocznicę rewolucji. Lokalni politycy noszą odznaki legii honorowej – którą ustanowiono by odznaczyć najbardziej gorliwych morderców i podpalaczy…

Miliard godzin

Cały mój kontakt z urzędasami to na szczęście tylko kilka godzin w roku. Złożyć PiT (cholera wie po co skoro mają kopie wszystkich?) czasem przedłużyć paszport, lub wyrobić jakiś dokument. Przyjmijmy że jeden obsługuje mnie w okienku a pracy dwu nie widzę bo ganiają po zapleczu - do archiwum, sprawdzają teczki etc. Przyjmijmy że wszyscy oni poświęcają mi łącznie cztery roboczogodziny rocznie. Uważam to za rozsądne. Tj. w tym czasie załatwiam i spawy ważne i te z mojego punktu widzenia kompletnie zbędne (np. zmień wszystkie dokumenty skoro się przeprowadzasz). Na jakość obsługi nie narzekam – trzeba odstać w kolejce ale reszta idzie w miarę sprawnie.

Ustawowy tydzień pracy to 40 godzin. Rok ma przeważnie 52 tygodnie. Od tego należy odjąć 4 tygodnie urlopu i jeszcze ze dwa tygodnie na różna święta. Przyjmijmy zatem że rok pracy to 46 tygodni czyli łącznie 1840 godzin. Wszyscy urzędnicy w naszym kraju – a jest ich 700 tyś pracują łącznie miliard dwieście osiemdziesiąt osiem milionów godzin.

Sprawna obsługa statystycznego obywatela – czyli mnie - zajmuje jak wspomniałem 4 godziny. Obsługa 38 milionów obywateli to 152 miliony godzin. Wliczając przerwy na kawę i papierosa urzędnikom pozostaje do zagospodarowania jeszcze miliard godzin pracy. Skoro to z moich podatków cieawi mnie na co konkretnie te pieniądze idą...

Cena zwycięstwa

Zwolennicy PO kochają swoją partię miłością ślepą i bezrozumną. Kochają ją bezinteresownie i bezrefleksyjnie – w sumie cholera wie za co. Patrzę na bilans kilkuletnich rządów tuska. Pozytywy? Podobno zagranica nas teraz bardziej lubi niż za rządów PiS. I zorganizowaliśmy Euro2012. Coś jeszcze? Ano jakoś nic. Autostrady rozgrzebane jak były…

Od 5 lat panuje coraz większa stagnacja, a właściwie już recesja. Bezrobocie wzrosło z 9 do 15% - to dane oficjalne. Senator PO podał że w rzeczywistości wynosi 20%. Wzrost cen żywności tylko w ubiegłym roku sięgnął kilkunastu procent. Co roku pracy za granicą szukać próbuje ¼ absolwentów naszych szkół. Tylko na wyspach Brytyjskich pracuje milion naszych rodaków. Zadłużenie kraju wzrosło tak że nie ma już szans go spłacić. Przybyło około 200 tyś urzędników. Coraz częstsze są przypadki prowokacji i ostentacyjnego łamania prawa przez służby mundurowe. Wzrost PKB to jakieś śmieszne ułamki procenta – gospodarka się sypie. W szkołach rośnie przestępczośc - w tym co szokujące - rośnie liczba gwałtów. Znikają już nawet nie połączenia ale kolejne linie kolejowe.

Co więcej sypią się też Piramidy Faraona Tusek-Chamona. Stadion Narodowy to gigantyczny bubel. Pas lotnika w Modlinie – popękał. Oddane odcinki autostrad – sypią się. Podwykonawcy żądają zaległych pieniędzy.

Największy i najbardziej zajadły wróg „Kaczorów” musi postawić sobie pytanie o cenę zwycięstwa nad „kaczyzmem”. A jest ona przerażająca.

Potrzeba społeczników

W dawnych czasach ludzie żyli w stanie który dziś określilibyśmy jako malownicza nędza. A jednak zazwyczaj nikt nie umierał z głodu, osierocone dzieci przygarniali krewni a czasem sąsiedzi, przysłowiową szklankę wody starcom i chorym też zazwyczaj ktoś podał. Żebractwo było potępiane a w XIX wieku towarzystwa przeciwżebracze wyszukiwały nędzarzom możliwości zdobycia zawodu i pracy.

Podobnie w XIX weku – opieka lekarska była płatna, za pobyt w szpitalu też trzeba było słono wybulić. Często były to kwoty trudne do udźwignięcia. Jednocześnie niemal każdy miał zapewnioną opiekę. Za rzemieślników płaciły cechy. Za robotników różne towarzystwa wzajemnych ubezpieczeń i fabryczne kasy zapomogowo - pożyczkowe. (czasem i kapitalista jak był ludzkie panisko to pieniądze wykładał by mu robola naprawili). Modne było w testamencie zostawianie kwot np. „na roczne utrzymanie jednego łózka w szpitalu” szpitale miały też np. pakiety akcji z których dywidendy finansowały swoje potrzeby. Wreszcie młodzi lekarze często pomagali przy leczeniu biedoty by nabrać wprawy zanim się zabiorą za krojenie wypłacalnych pacjentów… Prawdziwy problem mieli ludzie luźni – egzystujący poza jakimikolwiek strukturami sąsiedzko-zawodowymi oraz margines społeczny.

Mechanizm zaczął się psuć gdy wtrąciło się państwo. Słynne warszawskie „fabrykantki aniołków” miały rządowe koncesje na prowadzenie swoich placówek – co więcej dostawały państwowe pieniądze na wyżywienie dzieci i były kontrolowane przez urzędowych lekarzy. Mimo to latami pieniądze defraudowały a dzieci wykańczały. Tam gdzie wszystko opierało się na samopomocy sąsiedzkiej, lub organizacje pomocowe działały w obrębie małych wspólnot i gmin wyznaniowych tak jaskrawych nadużyć nie było.

W okresie międzywojennym powstała ubezpieczalnia społeczna – wbrew nazwie instytucja państwowa. Zaczął się przymus odprowadzania składek „chorobowych”. Przymus niemal zawsze oznacza szwindel. Gdyby coś było pożyteczne żaden przymuś nie byłby potrzebny. Każdy płaciłby z przyjemnością. Mimo wszystko system ochrony zdrowia nadal jakoś działał. Podczas kryzysu lat trzydziestych ludzie cierpieli z niedożywienia, (co widać w statystykach wzrostu poborowych) bezrobocie sięgnęło 43% (ale zważywszy że było liczone od liczby ludzi w wieku produkcyjnym było …niższe niż dziś!) ale na zdjęciach z epoki widzimy ludzi z łopatami na ramionach maszerujących do prac interwencyjnych finansowanych przez państwo, oraz garkuchnie zakonów i towarzystw filantropijnych wydające bezpłatne lub bardzo tanie posiłki.

Wojny zarówno pierwsza jak i druga pokazały że solidarność ludzka jest dobrze przygotowana do najcięższych egzaminów. Potem nastąpiło 45 lat komuny. Państwo przejęło wszystko. Przedwojenni społecznicy mogli dalej robić swoje tylko z błogosławieństwem partii i legitymacją w kieszeni. Władza zapewniała pracę, dawała emerytury, hojnie rozdawała renty swoim sługusom, budowała mieszkania i karmiła dzieci w szkołach. Zdejmowała z ludzkich barków wszelkie troski. Mieszkania były ciasne, szkolne i stołówkowe posiłki często byle jakie (wiele zależało od osobistej uczciwości personelu kuchennego!). Malownicza nędza zepchnięta została do rodzin marginesu społecznego i na głęboką wieś do PGR-ów.

Aż przyszedł audyt. Państwo okazało się bankrutem. Ostatni milion planowanych mieszkań spółdzielczych nie powstał nigdy. Przemysł okazał się kompletnie przestarzały. Pracy zaczęło brakować. I nagle okazało się że pewnych rzeczy już nie potrafimy. Zapomnieliśmy. Nie umiemy się zorganizować. Co gorsza zanikły kadry. Komuna autentycznie wytępiła społeczników i oduczyła ludzi inicjatywy oddolnej. Nie umiemy zakładać spółdzielni – ani pracowniczych ani mieszkaniowych. Na wsiach nie powstają grupy producenckie, nasi chłopi potrafią już produkować warzywa o najwyższej jakości i wedle najnowszych trendów agrotechniki – ale nie są w stanie zorganizować się na tyle by ominąć pośredników. Idee jakichkolwiek prac wspólnych czy to społecznych czy przynoszących potencjalne zyski upadły.

Czasem tylko coś nieśmiało kiełkuje – drobne źdźbła niezadeptanej do końca trawy. Ktoś coś robi dla innych. Ktoś coś organizuje oddolnie. Ktoś poświęca czas i własne pieniądze by coś naprawić. Harcerze i kibole porządkują zapomniane groby bohaterów. Ktoś ufundował dom dla samotnych matek. Czasem proboszcz organizuje bezpłatne samopomocowe korepetycje dla dzieci. Czasem cała wieś zrzuca się na kosztowną operację dla jakiegoś dzieciaka. Poznałem kiedyś człowieka który organizował swego rodzaju kolonie dla dzieci ze swojego miasteczka – dzierżawił kawałek pola nad morzem, miał tam dwie przyczepy kempingowe i trochę starych namiotów oraz skromne zaplecze kuchenne umożliwiające gotowanie przysłowiowej zupy z wspólnego kotła. Jeździł co roku z dziećmi krewnych i znajomych – cała impreza kosztowała absolutne grosze, systemem gospodarczym zapewniał wakacje dzieciakom których rodziców normalnie nie byłoby na nie stać. Na zaufanie kolejnych pokoleń rodziców pracował długo – jak się chwalił jeździł tak już ponad 30 lat. Działalność ta była zupełnie spontaniczna i w żaden sposób nie rejestrowana – gdyby władza się dowiedziała pierwsza kontrola np. sanepidu zniszczyłaby przedsięwzięcie. (normy ISO kuchni obsługujących żywienie zbiorowe etc.) .

Dziś gdy na pomoc państwa liczyć nie można wielu ludzi nie wierząc we własne siły rozgląda się za kimś kto pomoże, załatwi, zorganizuje i pokieruje. Tę lukę zapełniliby społecznicy. Nie wszystko da się zorganizować bez kosztowo – do wielu przedsięwzięć da się jednak pozyskać darczyńców. Niestety – ludzie dają niechętnie. Parzymy się co chwila. Wśród około 12 tysięcy fundacji istniejących w Polsce znaczny odsetek to po prostu biznesy rozmaitych cwaniaczków dbających głównie o nabicie własnej kabzy, a korzystających z ulg i ułatwień przyznanych ustawowo takim organizacjom.

Zatopiona Fundacja

Fundacja Kidprotekct chroniąca dzieci przed pedofilią i organizująca szkolenia dla nauczycieli idzie na dno za sprawą swego prezesa. Śledztwo ustaliło że Jakub Ś. był łaskaw wypłacać sobie z konta organizacji 170 tyś zł rocznie na drobne wydatki, fundacja finansowała mu też wycieczkę zagraniczną i markowe ciuchy za jakieś 30 tys.

Na tym przykładzie widać jak w soczewce całą patologię naszego kraju. Fundacja ta była bowiem zasilana nie tylko pieniędzmi sponsorów, ale też otrzymywała dotacje bezpośrednio z budżetu, mogła odliczać 1% podatku i być może otrzymywała też zasądzone w procesach „nawiązki na cele charytatywne”. Miała też być bezpośrednio dotowana przez swojego założyciela. W szczytowym momencie zatrudniała aż 3 pracowników. Liczba przeprowadzonych szkoleń nie jest łatwa do ustalenia – fundacja nie chwali się żadnymi konkretnymi wynikami. Lista dyskusyjna na ich forum ma charakter półzamknięty. Ile w tym było faktycznych działań a ile ordynarnego trzepania kasy trudno ocenić.

Próba prześwietlenia życiorysu szefa też daje do myślenia. Syn znanych i ustosunkowanych rodziców, były dziennikarz nieistniejącego już brukowca, ma na koncie już walkę z antysemityzem. (pan prezes zapewne zna się na rzeczy – netowi „tropiciele” wykryli że miał zdaje się aż jednego pradziadka Żyda). Przebieg kariery zawodowej 39-latka nie jest łatwy do ustalenia.

Oczywiście efektem wybryków jednego przyłapanego cwaniaczka będzie dalszy spadek zaufania ludzi do organizacji charytatywnych. Fundacje wszelkiego rodzaju już dziś mają bardzo złą opinię i niestety co i rusz ujawniane afery wskazują że jest to opinia w pełni zasłużona…