BLOG

wedrowycz banner1

Hołd narodu

Pan premier nie weźmie jutro udziału w obchodach dnia Żołnierzy Wyklętych. Gazeta Polska piętnuje jego postawę (www.niezalezna.pl). A mnie to cieszy. Czułem już głęboki niesmak gdy w podobnych uroczystościach brał udział „prezio” Aleksander kwaśniewski. Miejsce gdzie czcimy pamięć bohaterów jest miejscem szczególnym. Składać kwiaty powinni ci którzy są tego zaszczytu godni.

Guś kabanu nie towariszcz!

Uważam że przydałoby się symboliczne mauzoleum „Wyklętych”. Coś na wzór Grobu Nieznanego Żołnierza – niezidentyfikowane ciało, urny ziemi z pól partyzanckich bitew i miejsc kaźni, tablice z wyrytymi nazwiskami Niezłomnych…

Nieukarani...

Komuniści w latach 1944-1956 zamordowali w Polsce około 200 tysięcy ludzi. Około 50 tysięcy przeszło przez śledztwa w kilkudziesięciu różnych więzieniach i wyroki na nich wykonane zostały w jakiś sposób zaprotokołowane. Reszta poległa w walce, zginęła w ubeckich pacyfikacjach wsi lub ujęta została zamordowana bez jakiegokolwiek dochodzenia.

Dziś odnajduje się groby „Żołnierzy Wyklętych”, na podstawie kodu DNA identyfikuje szczątki najlepszych polskich patriotów. Nadal poszukuje się grobów tysięcy ofiar czerwonego reżimu. Nadal trwają procesy nielicznych ubeków których zdołano postawić przed sądem.

W 1989-tym nastąpiło bankructwo komuny. Od 23 lat żyjemy w wolnym kraju. Przez 23 lata sprawiedliwość zdołaliśmy wymierzyć tylko nielicznym zdegenerowanym jednostkom. Zabrakło nam odpowiednika „Procesów Norymberskich” zabrakło procesów załóg komunistycznych łagrów i więziennych strażników. Zabrakło jasnego rozdzielania dobra i zła. Zabrakło surowego napiętnowania zdrajców i łajdaków.

Przez 23 lata nie zdołaliśmy odnaleźć grobu rotmistrza Pileckiego. Nie byliśmy też w stanie wydusić z byłych ubeków informacji gdzie Go pogrzebano choć z cała pewnością żyją bok nas ludzie posiadający tą wiedzę.

Do dziś prawda o tamtej epoce nie przebiła się do świadomości ogółu, a obraz walki z ludobójczym reżimem w oczach mojego pokolenia kształtują nieliczne i przeważnie głupawe filmy w rodzaju pseudokomedii „Pułkownik Kwiatkowski”.

Procesy załogi Oświęcimia, zwłaszcza te toczące się w RFN nie przyniosły ofiarom poczucia sprawiedliwości. Z przeszło 40 sądzonych w Polsce katów powieszono ponad połowę. Wielu obozowych wachmanów odsiedziawszy symboliczne wyroki rozpłynęło się w społeczeństwie Republiki Federalnej. Niemniej jednak te procesy się odbyły. Możemy znaleźć stenogramy szokujących zeznań i ofiar i oprawców. Cały świat zna dziś słowo Auschwitz i cały świat potępia nazizm.

O sowieckich łagrach słyszeli nieliczni. O polskich ofiarach komunistycznego terroru za granicą nie wie praktycznie nikt. Demokratyczne kraje zachodnie udzieliły azylu komunistycznym bandziorom i odrzucają wnioski o ich ekstradycję. Polska jest za słaba by wzorem Izraela porywać ich lub likwidować w miejscu zamieszkania.

Postawienie przed sądem dało oskarżonym nazistom okazję do refleksji i przyjrzenia się swoim „dokonaniom” były komendant obozu Rudolf Hoess skorzystał z tej szansy – ocenił krytycznie swoje życie, zrozumiał wagę swoich zbrodni i przed egzekucją spisał wstrząsające wspomnienia.

Komunistyczne ścierwa z rodzaju wolinśkiej, czy morela odchodzą do krainy wiecznego śledztwa, nie tylko nie ukarane ale nawet nie napiętnowane. Słynny zdrajca Ludwik Kalkstein-Stoliński, agent gestapo i UB, zidentyfikowany pod koniec życia, jeszcze na łożu śmierci mataczył podsuwając dziennikarzom dzikie konfabulacje na temat swojej roli. Nieliczni komuniści stawiani dziś przed sądem do końca grają twardzieli. Mogą sobie na to pozwolić – nasz wymiar sprawiedliwości sam umoczony po uszy prowadząc dochodzenia i ferując wyroki wykazuje się znaczną pobłażliwością.

Z długiego szeregu czerwonych łajdaków wyróżnia się jedynie Julia Brystiger „Krwawa Luna” śledcza, fanatyczna komunistka a do tego według wspomnień więźniów zboczona seksualnie sadystka przed śmiercią zrozumiała chyba ogrom swoich zbrodni i przyjęła chrzest. W przeciwieństwie do Hoessa nie zdecydowała się jednak na spisanie wspomnień.

Nienazwane i nienapiętnowane zło rozlewa się jak smoła brukając coraz to nowe miejsca. Naziści z Auschwitz odsiedziawszy wyroki wydobyli ze schowków złote zęby swoich ofiar i zainwestowali w legalne interesy. Potomkowie komunistycznych bandziorów są w dzisiejszej Polsce biznesmenami, ludźmi mediów, sędziami, politykami z pierwszych stron gazet.

Nieukarane zbrodnie zrodzą kolejne. Może szybciej niż nam się wydaje…

Głodne dzieci?

"Wprost" ogłosił że w Polsce jest 100 tyś bezdomnych dzieci. Z wczytania się w artykuł wynikało że tytuł te to głownie przenośnia – chodziło o dzieci przebywające w domach dziecka oraz zaniedbywane w patologicznych rodzinach. Oczywiście jest to problem – jednak jego rozwiązanie nie jest szczególnie trudne – wystarczy nieco poluzować debilne procedury adopcyjne które sprawiają że przygarnięcie dziecka wymaga nie tylko fantastycznych dochodów ale i przejścia przez kilkuletnią biurokratyczną mękę. Obecnie w kolejce na dziecko do adopcji czeka się około 3 lata. Domy dziecka pękają w szwach – ale zaledwie 3% z nich to biologiczne sieroty – reszta zazwyczaj ma rodziców. Jeśli prawa rodzicielskie odebrano tylko jednemu z nich dziecko do adopcji nie trafi – zostanie do pełnoletności w „bidulu”.

Należałoby też rozważyć ułatwienie przepisów jeśli chodzi o odbieranie dzieci rodzinom skrajnie patologicznym – tu jednak wkraczamy na śliską ścieżkę która wiedzie nas wprost do modelu szwedzkiego – czyli wszechwładzy urzędasów wtrącających się w każdy niemal aspekt życia człowieka… Należałoby też tworzyć programy osiedleńcze – umożliwić takim dzieciakom zdobycie jakiegoś lokum po zakończeniu okresu opieki państwa.

Jakiś czas później w sukurs pseudodziennikarskim oszołomom przyszedł portal niezalezna.pl ogłaszając że głoduje 1/3 dzieci z klas 1-3 – padła tu liczba 800 tyś dzieci niedożywionych. Szczerze powiedziawszy nie wydaje mi się by ta liczba miała jakiekolwiek odbicie w rzeczywistości. Jest zapewne szacowana na podstawie ilości wydawanych posiłków i dzieci objętych akcjami dożywiania. Tak powszechne niedożywienie byłoby bowiem wyraźnie widoczne w zaburzeniach średniej wzrostu dzieci. (niekoniecznie w wadze – bo tzw. śmieciowe jedzenie, wszechobecne tłuszcze roślinne i wędliny nafaszerowane soją produkują ubogich grubasów).

Żywność jest dziś droższa niż za rządów PiS – kiedy to była w stosunku do zarobków najtańsza w historii. Ale nie dajmy się zwariować. Każdy kto gotował kaszę pęczak wie ile posiłków zrobić można z kilograma – a kilogram kosztuje …4 złote. Na wsiach problem głodu dzieci wynika tylko i wyłącznie z alkoholizmu lub niedorozwoju umysłowego rodziców. Tysiące hektarów nieużytków, zdziczałe sady miliona opuszczonych gospodarstw, chwast pleniący się na miedzach. Nawet przy bardzo szczupłych areałach własnych można trzymać kozy i króliki. Moi dziadkowie trzymali…

Dzisiejsza wieś jest przerażająco cicha. Prawie nikt nie trzyma krów – „bo się nie opłaca”. Nikt nie trzyma drobiu – czasem u jakiegoś staruszka biega kilka kur – siłą przyzwyczajenia… Nasze chłopstwo rozleniwiło się przerażająco. A dzieci? Dzieci niech karmi szkoła.

W miastach łatwiej wpaść w pułapkę bezrobocia i zadłużenia a możliwości produkcji pożywienia we własnym zakresie są o wiele skromniejsze… Ale ilość chleba poniewierajacego się po śmietnikach smuci. 

Słowo na niedzielę

Mam prawie 39 lat. Jestem cenionym specjalistą w niewielkiej firmie. Osiągnąłem status jaki miał ślusarz narzędziowy w przedwojennej fabryce. Gdybym w odpowiednim czasie uzyskał drobną pomoc pewnie skoczyłbym wyżej. Z drugiej strony – nie mam powodów do narzekań – większość moich rówieśników mimo czterdziestki na karku nadal nie odnalazła swojego miejsca w życiu. Wybrałem dobrą drogę. I wybrałem ją mając 11 lat. 

To proste

Jak powstrzymać zalew islamu? Metoda jest bardzo prosta. Banalna. Wystarczy skasować socjał zastępując dotacje do każdego dziecka ulgami podatkowymi na każde kolejne dziecko. Ci imigranci którzy myślą poważnie o życiu w Europie będą pracować. Pozostali po roku-dwu życia w kompletnej nędzy spakują walizki…

Głosując nogami

Patrząc na dzieje świata widzę prosty mechanizm – dokręcanie śruby w jednym miejscu zawsze powodowało głosowanie nogami – ludzie nie mogąc znieść ucisku uciekali jak zające. Nie powstrzymywało ich nic. Oceany, dzikie góry, nieznajomość języka. Umykano od wieków. Baptyści z Holandii spakowali się i ruszyli w poszukiwaniu lepszego jutra. Część dotarła do Polski, inni hurmem popłynęli do Ameryki (dając początek m.in. wspólnotom Amiszów). Uciekali polscy i rosyjscy chłopi pańszczyźniani – dając początek zaporoskiemu kozactwu. Umykali więźniowie łagrów, ale też zwykli mieszkańcy krajów totalitarnych. Ich celem były kraje że ludzie żyli pełniej, lepiej swobodniej, gdzie byli wolni.

Czasem oczywiście dochodziło do tragicznych pomyłek bo kraje te nie zawsze były takie jak sobie uciekinierzy wyobrażali. Ci których wymarzonym celem był ZSRR przekonali się o tym szczególnie boleśnie.

Do 1989-tego sytuacja była dość jasna. My tkwiliśmy w gównie po same uszy. Za żelazną kurtyną były kraje wolnego świata. Relacji krewnych i znajomych którzy stamtąd wracali słuchało się jak bajki. Krainy gdzie każdy ma paszport. Gdzie każdy ma samochód. Gdzie dobry używany samochód kupuje się za równowartość jednej pensji. Gdzie telefon zakładają w ciągu dwu tygodni. Gdzie po domach krążą nagabywacze usiłujący namawiać ludzi na zakup nowej pralki.

Po 1989-tym roku głosowanie nogami stało się w Polsce masową formą protestu. Wyjechały 2-3 miliony ludzi. Patrzę na to i zastanawiam się nad mechanizmem. Ten masowy ruch to suma drobnych niepowodzeń, strachu i lenistwa. Dwa miliony młodych zdeterminowanych ludzi zmiecie każdy złodziejski rząd i każdy złodziejski system. Przed taką masą władza może obronić się wyłącznie używając siły. Wyłącznie terrorem. Wyłącznie zabijając i mordując. O ile ma takie możliwości.

Jaruzelski uratował się przed Solidarnością internując kilka tysięcy przywódców ruchu i mordując około 300 powiązanych z solidarnością ludzi (tzw „lista Rokity”). Odsunęło to jego upadek o osiem lat. Komuniści mogli oprzeć się na wiernych pretorianach : liczba członków PZPR była zbliżona do liczby członków Solidarności. Po stronie władzy stało ok. 100 tyś milicjantów, 25 tyś funkcjonariuszy SB oraz armia około ćwierć miliona kapusiów jednej i drugiej formacji. W odwodzie było jeszcze Ludowe Wojsko Polskie.

Obecne władze obalić byłoby nieporównywalnie łatwiej. Obecna władza ma mniejszą liczbę pretorian i co więcej liczni z nich mają swój rozum i w obawie przez przyszłymi kłopotami odmówią wykonywania rozkazów lub będą je sabotowali. Obecna władza nie użyje broni bo wie że grozi to konkretnymi reperkusjami. Obecna władza zamiast tzw. „nieznanych sprawców” użyje „seryjnego samobójcy” – co budzi w ludziach wściekłość ale coraz mniej lęku. Dla obecnej władzy ogromnym problemem i kością w gardle jest jeden "Staruch" - nieformalny przywódca jednej niezbyt licznej grupy kibiców.  Może zatem te dwa-trzy miliony niepotrzebnie wyjechały? Może należało inaczej spożytkować chęć zmian? Czekamy na wodza. 

wow!

Na liczniku stuknęło 12 tysięcy odwiedzin. Czyżby aż tak liczne grona interesowała moja osoba? 

Jeden z "wyklętych"

                Na marginesie dyskusji nad zniszczonym pomnikiem „Inki” naszła mnie refleksja nad naszą historią. Za stalina powszechnie lansowano pogląd że AK i NSZ były bandą faszystów (a jednocześnie agenturą brytyjsko-amerykańską) i wrogiem wewnętrznym masakrującym bez litości tak polskich chłopów jak i bohaterskich komunistów. W latach 40-tych w wyklinanie „leśnych” umoczył się nawet tak dobry człowiek jak Julian Tuwim (dziś litościwie nie wznawia się pereł poezji które wówczas stworzył ku chwale NKWD i UB). Potem natarcie na froncie ideologicznym osłabło – socjaliści uznali że AK miała pewne zasługi w walce z hitlerowcami, oczywiście nie tak duże jak bohaterowie z AL i GL oraz dywersanci sowieccy. Walka Batalionów Chłopskich nie była szczególnie nagłaśniana a NSZ starano się zamilczeć na śmierć.

                Po 1989-tym role się odwróciły. Otwarcie zaczęto pisać o bandach morderców i podpalaczy spod znaku AL, na piedestał postawiono AK, z pewnym poślizgiem należne miejsce w historii przywrócono ludziom z NSZ. Pojawił się też ponownie temat „żołnierzy wyklętych” – ludzi którzy po wojnie nie złożyli broni ale podjęli walkę z komuchami. "wybiórcza" zaczęła nawet jakby nieśmiało rehabilitować UPA. 

                W okolicy Wojsławic w czasie wojny działało oczywiście AK. Część mieszkańców okolicznych wiosek zasiliła też szeregi AL i BCh. Nasycenie partyzantką i konspiracją było znaczne – czego najlepszym dowodem jest bitwa o Wojsławice 17 kwietnia 1944 kiedy to zgrupowane siły partyzanckie nie dopuściły do pacyfikacji osady spuszczając regularnym wojskom niemieckim widowiskowy łomot.

                Po wojnie struktury czasu okupacji poszły w rozsypkę a Gmina stała się areną regularnych potyczek milicji, ORMO i KBW z bandami rabunkowymi nawiązującymi do tradycji partyzanckich. W tej niezbyt ciekawej sytuacji w nasze strony ściągnął Henryk Lewczuk „Młot” ze swoim oddziałem. I wziął towarzystwo ostro za mordę. Zażądał by wszyscy uważający się za partyzantów przeszli pod jego komendę. Następnie jego ludzie wystrzelali po lasach wszelkiego rodzaju bandziorów i zaprowadzili porządek. Oddział walczył na terenie powiatu chełmskiego do 1947-mego. Jedną z ważniejszych akcji było rozbicie wiezienia w Hrubieszowie dokonane we współpracy z upowcami. Potem „młotowcy” poddali się by skorzystać z amnestii. Sam Lewczuk wyemigrował do Francji gdzie działał w organizacjach polonijnych a do kraju wrócił już po upadku komuny. Został senatorem a przed śmiercią z rąk Lecha Kaczyńskiego otrzymał Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Piękny życiorys bohatera godnego pomników.

                Problem w tym że gdy rozmawia się z miejscowymi – i to bynajmniej nie ze zwolennikami komuny – wyłania się obraz nieco odmienny. Zdaje się oddział przejmując kontrolę nad miejscowymi zaabsorbował zbyt dużo pseudopartyzanckiego elementu bandziorskiego – bowiem w rozmowach przewijają się wątki i rozstrzelania chłopa który odmawiał oddania „młotowcom” słoniny i Żyda imieniem Icek który przetrwał okupację w ukryciu a został schwytany i zastrzelony przez partyzantów tylko dla tego że nie miał przy sobie pieniędzy by się im opłacić. Mówi się też o haraczach zdzieranych z okolicznych gospodarzy i o pogwałconych dziewczynach i o milicjantach spalonych żywcem… Są i tacy którzy mimo wszystko twardo bronią Młota twierdząc że po prostu nie mógł wszystkich swoich ludzi upilnować. A i tacy którzy uważają że życie pod jego okiem było ciężkie ale i tak lżejsze niż za okupacji no i komuchy się go bali i nie darli z miejscowych swoich kontyngentów. Nawet jego przeciwnicy przyznają że w gminie się bardzo poprawiło. Ale są i głosy że szaleńcza akcja rozbicia więzienia w Hrubieszowie podyktowana była chęcią ratowania ludzi którzy za dużo wiedzieli, a bohater do kraju wrócił dopiero gdy zmarli najważniejsi świadkowie jego "dokonań".

                Część tych opowieści to zapewne odbicie kolportowanych przez władzę ludową plotek – czarna legenda partyzantki. Problem w tym że część to niestety surowa prawda.

                Ukraińcy mają problem z weteranami UPA. Są wśród nich bohaterowie walczący z niemcami i sowietami. Są dezerterzy z SS-Galitzien którzy mają na koncie walkę z sowietami ale …u boku hitlerowców. Są te odrażający mordercy kobiet i dzieci. UPA mordowała nie tylko Polaków - jej ofiarą padło też 40-80 tysiećy Ukraińców. Podejmowane próby prześwietlania życiorysów przyniosły efekty tak ponure że w końcu zarzucono ten trud. Ukraińcy po prostu rozpaczliwie potrzebują wzorców postawy patriotycznej i legend państwowotwórczych. A nie bardzo mają materiał by je tworzyć. Więc forsownie gloryfikują UPA - tym mocniej im mniej żyjących świadków. 

                Patrząc na przykład „Młota” boję się czy nie popełniamy tego samego błędu. Był bohaterem wielkiego formatu. Zarazem poełnił szereg czynów niegodnych. Czy nie przesunęliśmy wajchy za daleko w prawo. Może zanadto przymykamy oko na rozmaite mniejsze i większy błędy naszych „wyklętych”? Może warto by przyjrzeć się uważniej i zamiast przygarniać do łona Ojczyzny wszystkich jak leci bohaterską legendę mocniej oprzeć na pokazaniu jednostek naprawdę nieskazitelnych? Takich jak „Inka”.

Na froncie propagandy

W necie kolejna burza – kandydat na papieża kardynał Peter Turkson stwierdził że pedofilia w kościele to efekt homoseksualizmu niektórych duchownych. Oczywiście z miejsca wylano na niego kubły pomyj. Kardynał nie twierdził że każdy homoseksualista jest pedofilem, nie zaproponował nawet wykluczenia gejów ze stanu kapłańskiego. Zwrócił uwagę na problem – niektórzy geje w sutannach dobrali się do dzieciaków. Co wcej 80-90% pokrzywdzonych to chłopcy. Nerwowa reakcja siepaczy politycznej poprawności wskazuje że dotknął ich bardzo czułego punktu.

                Cała medialna nagonka w ramach ostatnich dwu pięciolatek antyreligijnych miała wyrobić w ludziach przekonanie że księża to banda pedofili, ale jednocześnie drugi departament przekonuje nas że absolutnie wszyscy geje są ok. Istnienia homo-pedofili tak jakby nie przewidziano i teraz ich „wyczyny” strasznie utrudniają całą propagandową operację… Przypomina to trochę podobny wygibas z rozmywaniem odpowiedzialności za wojnę – „niemcy są ok. źli byli naziści”. Afery bostońska i irlandzka, gdy człowiek wczyta się relacje pokazują dość smutną rzeczywistość. Zdecydowana większość przypadków uwodzenia molestowania i gwałtów na nieletnich dotknęła chłopców, zaś sprawcami są homoseksualiści w sutannach, stanowiący nikły (ok 0,2%) odsetek duchownych… Tymczasem z jednej strony lansuje się tezę że Kościół poprzez swoich „pracowników” gwałci ministrantów i chórzystów, a jednocześnie wylewa krokodyle łzy że ta zacofana homofobiczna instytucja dyskryminuje biednych gejów którzy marzą o dostaniu się do seminarium…    

                Spod poprawnościowej otoczki bije marksistowska próba pogodzenia ognia i wody w myśl schematu teza-antyteza-synteza-dialektyka… Czy propaganda jest w stanie urobić społeczeństwo do tego stopnia by łyknęło ten kit? Niestety nie da się tego wykluczyć. Po wybuchu Rewolucji Francuskiej szaleństwu oparł się departament Wandei. Na wieść o straceniu monarchy wybuchło tam katolicko-rojalistyczne powstanie. Republika rzuciła do tłumienia rebelii znaczące siły wojskowe. W efekcie dokonano rzezi. Wymordowano około ¼ mieszkańców zbuntowanej prowincji. Był oto chyba pierwsze w dziejach Europy zaplanowane i realizowane wedle ścisłych wytycznych ludobójstwo. Minęło 200 lat z małym okładem. W Wandei obchodzi się uroczyście rocznicę rewolucji. Lokalni politycy noszą odznaki legii honorowej – którą ustanowiono by odznaczyć najbardziej gorliwych morderców i podpalaczy…

Miliard godzin

Cały mój kontakt z urzędasami to na szczęście tylko kilka godzin w roku. Złożyć PiT (cholera wie po co skoro mają kopie wszystkich?) czasem przedłużyć paszport, lub wyrobić jakiś dokument. Przyjmijmy że jeden obsługuje mnie w okienku a pracy dwu nie widzę bo ganiają po zapleczu - do archiwum, sprawdzają teczki etc. Przyjmijmy że wszyscy oni poświęcają mi łącznie cztery roboczogodziny rocznie. Uważam to za rozsądne. Tj. w tym czasie załatwiam i spawy ważne i te z mojego punktu widzenia kompletnie zbędne (np. zmień wszystkie dokumenty skoro się przeprowadzasz). Na jakość obsługi nie narzekam – trzeba odstać w kolejce ale reszta idzie w miarę sprawnie.

Ustawowy tydzień pracy to 40 godzin. Rok ma przeważnie 52 tygodnie. Od tego należy odjąć 4 tygodnie urlopu i jeszcze ze dwa tygodnie na różna święta. Przyjmijmy zatem że rok pracy to 46 tygodni czyli łącznie 1840 godzin. Wszyscy urzędnicy w naszym kraju – a jest ich 700 tyś pracują łącznie miliard dwieście osiemdziesiąt osiem milionów godzin.

Sprawna obsługa statystycznego obywatela – czyli mnie - zajmuje jak wspomniałem 4 godziny. Obsługa 38 milionów obywateli to 152 miliony godzin. Wliczając przerwy na kawę i papierosa urzędnikom pozostaje do zagospodarowania jeszcze miliard godzin pracy. Skoro to z moich podatków cieawi mnie na co konkretnie te pieniądze idą...