BLOG

wedrowycz banner1

Tekst z 2010-tego

ale nadal aktualny. Ukazał się na portalu weryfikatorium jako kontrapunkt dyskusji o tym że być pisarzem w Polsce to tragedia i trzeba zacząc od publikacji w USA

*

Ja to widzę tak: te wszystkie dyskusje o wydawaniu za granicą sprawdzają się do jednego:

                Siada sobie gostek lub koleżanka i zaczyna biadać pt. "jak mi potwornie źle że mieszkam w Polsce", "A jakbym się urodziła w USA to wtedy..." tak jak nasze aktoreczki co nie umieją zagrać, a chcą do hollywood.

               Mnie to wkurza bo najczęściej ci co najgłośniej skamlają mają zerowe sukcesy zawodowe. I wyjazd do USA w niczym by im nie pomógł.

                Całe to pieprzenie o USA to samo usprawiedliwianie się i nic więcej. Marudzicie zamiast pracować. a ja tracę czas by próbować Wami trochę potrząsnąć. Był tu wątek zatytułowany "parę groszy" czy jakoś tak. Dawałem radę jak zacząć zarabiać artykułami. Minęły ze dwa miesiące chyba albo i lepiej. Czy ktoś z wielbicieli amerykańskiego rynku wydawniczego może mi podesłać skan pierwszej zarobionej pisaniem stówki?

                Kupa Polaków pojechała pracować na zachodzie. Kto coś umiał w Polsce jakoś się tam zaczepił, porobił za połowę stawki tubylca i wraca z kasą. Większość nie umiała nic, porobiła byle co, albo nie znalazła żadnej roboty, i wraca marudząc że kapitalizm jest zły. Kupa pojechała do Anglii nie znając nawet angielskiego pomieszkała pod mostem i wraca na koszt konsulatu.

                Ludzie to jak z biznesem. Siedzi banda idiotów i marudzi że nie ma pieniędzy na początek. Ale jakby przypadkiem je dostali to by je rozpieprzyli. (vide mój kumpel co jak sie wreszcie dorwał to kasy to wtopił 40 tyś bo mu się wydawało że da sie na czymś zarobić a tu się okazało że jednak się nie da).

                Jeśli ktoś się do czegoś nadaje to pieniądze ma. Pracuje odkłada, inwestuje, pomnaża, w międzyczasie zdobywa doświadczenia które pozwalają zrobić krok do przodu. Czasem ma za mało by rozkręcić interes od razu - ale stopniowo w kilka lat dochodzi tam gdzie chciał, albo bierze kredyt i robi duży skok do przodu - bo wie jak coś zrobić i na ile może zaryzykować. Jak ktoś zaczyna od kredytu to zostanie z długami. Sorry. Życie.

               Na szczęście większość wiecznych malkontentów kredytu nie dostanie. Banki chroniąc swój interes przy okazji ratują różnych frajerów przed upadkiem...

                Maszynopisy to Wasz kapitał. Przy odrobinie szczęścia wymienicie je na pieniądze. Może kiedyś wymienicie je na dolary.

                Jak ktoś umie pisać to pisze i wydaje. Tu w Polsce. Sprawdza się. Uczy się nowych technik. Zdobywa doświadczenie. Zdobywa umiejętności. I z czasem jest gotów zrobić krok dalej. Albo tu albo gdzie indziej.

                Na naszym forum siedzi banda i skamle "jest nam źle bo nie mieszkamy w USA". Dobra. ja też nie mieszkam w USA. I...? Ok. W USA może zarobiłbym dziesięć-dwadzieścia razy więcej. Albo by przyszła wściekła feministka z karabinem i wywaliła mi dziurę w czole za łamanie zasad politycznej poprawności.

                Przyjmijmy że za pięć-dziesięć-piętnaście lat otworzy się możliwość wydawania w USA. Z moich 20-30-40 książek będę mógł wybrać 2-3-4 najlepsze i sprzedać im prawa. Przyjmijmy że na gwałt zechcą wydawać Polaków. Co wtedy zrobią? popatrzą co się w Polsce najlepiej sprzedaje. Jest szansa że moje książki będą na tyle wysoko w rankingach że zostaną zauważone.

                A wasze? Czy będą już w ogóle napisane?

               W przypadku wielu użytkowników tego forum będzie to wyglądało inaczej: jest szansa - w USA zaczęli publikować Polaków. Hurrra. To ja siadam i piszę... Eeee... Tak właściwie jak sie to robi? Ok. już po dwu latach mam napisaną powieść. Hurra. o jak to już moda minęła? I pojawi się kolejne samousprawiedliwienie: "to wszystko wina tych wrednych Pilipiuka-Sapkowsiego-Dardy to przez ich wypociny nie miałem szansy z moim dziełem..."

                Sądzicie że z amerykańcami będzie łatwo? Czy sami przyjdą (wątpię). czy do nich się pójdzie trzeba mieć argument. Jakikolwiek argument. 10 wydanych tytułów. Wysoki nakład. Tłumaczenie na języki krajów regionu. etc.

                Może być inna możliwość. Może szansa wydania w USA nie pojawi się nigdy. Co wtedy? Ja będę sobie wydawał książki w Polsce, Czechach, Rosji, może i Bułgarii. Będę z tego żył, kiedyś postawię dom, jak zechcę popływać jachtem to sobie kupię lub wyczarteruję.

                90% użytkowników tego forum będzie w tym czasie siedzieć na kasie w biedronce i pielęgnować w sobie poczucie straszliwej krzywdy spowodowane tym że nie zostali pisarzami bo nie mieszkają w USA. Potem będzie to już tylko poczucie krzywdy spowodowane tym że nie siedzą na kasie w USA. A potem zestarzeją się i umrą zostawiając wnukom teczkę z wydrukiem kawałka powieści której nigdy nie skończyli bo wredny świat nie pozwolił im rozwinąć skrzydeł...

               Miejsce zamieszkania niewiele zmienia. Tzn. jak się mieszka w Somalii to ma się przechlapane - ale pobudka - żyjemy w Polsce w najlepszym okresie historii naszego kraju. Żyjemy w świecie o którym 25 lat temu mogłem sobie pomarzyć. Rozumiecie? Rynek wydawniczy też mamy taki że 10 lat temu mogłem sobie o czymś podobnym pomarzyć.

               Gdzie tam... Nie rozumiecie. Większość z Was ma naście - dwadzieścia parę lat.

               Okres komuny to dla Was w najlepszym razie przedszkole. Nie wiecie jakie to uczucie nie mieć paszportu, i oglądać w Pewexie radiomagnetofon za 120 dolarów ze świadomością że taką Kwotę wasz Ojciec zarabia przez pół roku, albo zestaw klocków lego za 40 zielonych czyli dwa miesiące harówy z nadgodzinami i dyżurami. Jak potrzebujecie telefonu to go kupujecie w kiosku. bez czekania 20 lat i pisania podań do urzędasów. etc.

                Część z Was zaczęła czytać książki już po rewolucji którą zrobiła Fabryka Słów.

                Od dekady mamy normalny rynek. Ja korzystam, wy marzycie o USA.

               Janusz A. Zajdel czekał 3-4 lata od napisania książki do jej wydania. dziś czeka się 3 miesiące. Nienacki - za komuny autor topbestselerów multimilioner miał na koncie ze 3 miliony złotych czyli w walucie wolnego świata jakieś - bu ha ha ha ...sześć tysięcy dolarów. I był farciarzem, władza wiedziała że nie ucieknie, dawała mu paszport na kraje kapitalistyczne więc sobie parę razy jeździł do Francji i RFN.

                Dziś żyjemy w wolnym kraju. A jak nam się nie podoba mamy paszporty w szufladach. I możemy napisać co chcemy i wydać gdzie chcemy bez konieczności kiwania smutnych panów z ulicy Mysiej i bez czekania latami na przydział papieru. Możemy napisać wszystko, dostać za to prawdziwe pieniądze, kupić co chcemy i pojechać gdzie chcemy.

                A wy marudzicie jakbyście mieszkali w jakiejś Somalii.

                USA daje większe możliwości? ok. A Polska daje większe możliwości niż Somalia. Ale jak ktoś jest cienias to czy w Somalii, czy w Polsce czy w USA będzie podobnie wegetował. A jak ktoś jest dobry to sobie poradzi i tu i tam a czasem jednocześnie i tu i tam.

               W Holywood pełno jest ludzi którzy przyjechali zostać aktorami i im się nie udało. Mieszkają w kanałach i wynajmują się do sprzątania ulic by zarobić na bilet z powrotem do domu. A przecież żyją w USA - w tym USA które Wam się śni po nocach.

               Ktoś tu chciał promować polską prozę na zachodzie? pisałem już o tym: żeby móc rozmawiać z zachodem trzeba mieć argumenty. Pokazać czarno na białym że maszynopis który się przyniosło to bestseler w pięciu krajach Europy Środkowej. a lepiej przynieść pulę bestselerów dziesięciu top-autorów.

                Jak się idzie do polskiego wydawcy to trzeba pokazać że ma się 15 opowiadań wydanych w czasopismach. Tak jest wszędzie. W każdej robocie. Tak działa świat. Jak się idzie pracować w stolarni to pokazuje się dyplom ukończenia zawodówki stolarskiej, opinie rzemieślnika u którego odbyło się staż, zdjęcia z własnych realizacji etc. jak się chce zostać piratem w Somalii też trzeba pokazać ze umie się walić z kałacha.

                Niedocenieni geniusze? Nie ma niedocenionych geniuszy. Sorry. no dobra może są - 1% pechowców potwierdzających regułę. Ale - z całym szacunkiem - to raczej nie Wy. Czasem trzeba obejść 15 wydawnictw jak Rowling. Czasem mieszka się parę lat w przyczepie kempingowej jak St.King. Ale wysiłek się akumuluje.

                London, King czy Dick się nie załamywali odmowami tylko pisali nowe rzeczy. Gdy pojawiły się opcje na druk po postu składali opowiadania w zbiory i puszczali. A wy? Jeśli zapali się światełko ile zbiorów opowiadań złożycie z tego co macie w szufladach?

               Gdy przyszli do mnie z Fabryki Słów miałem 1200 stron maszynopisu gotowe.

               12 lat temu robiłem awanturę w Fenixie bo spóźniali się z wypłatą honorarium a ja akurat podarłem ostatnie spodnie i potrzebowałem dwie dychy żeby kupić nowe u chińczyka. I nie było wówczas żadnych szans wydania książki. Ale pisałem na zapas. I gdy pojawiła się szansa capnąłem ją jak rotweiler. Bo miałem zęby. Wy w większości tracicie czas na dywagacje o straconych szansach. A macie w ogóle zęby by w razie czego szansę chapnąć?

               Przestańcie zatem pieprzyć farmazony tylko weźcie się do roboty. Wtedy jest szansa ze za 10 lat wydacie coś i w USA. A na razie spróbujcie coś opublikować "w tym małym parszywym kraiku gdzie mieszkamy". I cieszcie się ze nie jesteście pisarzami w Somalii.

Wizja

Każdy ma swoją wizję tego kraju.

Moja jest prosta - trzeba stworzyć fajne miejsce gdzie każdemu Polakowi będzie w miarę dobrze. Bez nadmiernego faworyzowania mniejszości narodowych.

Gdzie o wartości człowieka będzie decydowało o kim jest i czy umie pracować. (w granicach rozsądku nie wymagajmy od inwalidów by zasuwali przy kopaniu rowów jak zdrowi)

Gdzie cwaniactwo i pasożytnictwo będą się spotykać a automatycznym ostracyzmem. (coby kolo wyłudzający rentę albo zasiłek nie był postrzegany przez krewnych i znajomych jak człowiek sukcesu tylko jak leszcz i śmierdziel)

z normalną walutą opartą np. na złocie bez sztucznego zaniżania i ustalania kursów (wedle tzw. koszyka euro powinno kosztować max. 2 zł tylko że wtedy dupnie cały nasz eksport)

Bez dopłat do eksportu i dotowania obcych firm z budżetu!

z normalną gospodarką wolną od ograniczeń i koncesjonowania (w 1989-ty 4 koncesje, dziś ponad 300 - w tym wiele nieznanych nigdzie indziej na świecie).

Z wolnością religijną w granicach rozsądku. (islam i te sprawy)
Z obecnością religii tradycyjnych dla regionu w przestrzeni publicznej.
Z konkretnymi karami za bluźnierstwa (zamiast "obrazy uczuć" - co nie znaczy nic).

Z oparciem prawa karnego i administracyjnego o systemy wartości wywodzące się z tych religii. (np. penalizacja kazirodztwa)(i żadnych elementów szariatu).

Gdzie ad definitione mieszkańcom tego kraju będzie lepiej albo co najmniej tak samo dobrze jak cudzoziemcom. Albo chociaż nie gorzej niż obcym...

(mam na myśli m.in. te wszystkie zwolnienia podatkowe dla "inwestorów" dzięki którym siec zagranicznych sklepów wykańcza szybko sklepiki tubylców...)

z wykluczaniem kłamców z przestrzeni publicznej (np. greenpeace i inne eko-naziole)

z wykluczeniem chamów i chamskiego języka z życia publicznego.

z procedurą śmierci cywilnej dla urzędasów-przekrętasów i dziennikarzy-łgarzy (np. sprawa Jedwabnego)("Wprost" właśnie odkrył niemieckie łuski karabinowe o których było wiadomo od 2002-giego).

I gdzie agresywne mniejszości dostaną po uszach po równo. (tzn. komuszki będą miały przechlapane na równi z naziolami)

bez fetyszyzacji demokracji - bo uważam że głos profesora przy urnie powinien liczyć się bardziej niż głos licealisty (choć jak patrzę na środę i resztę tych od gender studies to mam wątpliwości...) a głos rzemieślnika bardziej niż głos urzędasa.

i gdzie prawa głosu nie mają kryminaliści i bezrobotne cwaniaczki. (chodzi o to żeby o wydawaniu pieniędzy decydowali ci którzy je wypracowali)

bez cenzury i bez procesów karnych za użycie własnych definicji zjawisk ("luksemburgizm") Ale jednocześnie by żaden leszczyk nie ośmielił się zakładać strony chwalącej NKWD za Mord Katyński nawet jak jest synalkiem pani marszałek sejmu

i z sukcesywnym rugowanie wszelkich układów z przestrzeni publicznej. Jeśli ktoś ma dziadków ubeków to do stołka powinien konkurować na równych prawach z tym kto miał po drugiej stronie barykady. (oczywiście jeśli dziadków chwali lub chroni to nie ma mowy o żadnych stołkach).

z ochroną dzieci i młodzieży przed demoralizacją. (np homopropaganda skierowana do nieletnich, ale też przyjrzenie się rozmaitym treściom w programach edukacyjnych).

Z surowym prawem i konkretnymi karami dla oszustów i bandziorów.

zastanawiające

Filozofia gender studies zakłada że płci czy orientacje seksualne nie są warunkowane biologicznie lecz kulturowo. Wedle tej doktryny dziewczynki bawią się lalkami a chłopcy samochodami bo to narzuca im otoczenie. Działacze uparcie twierdzą że umysł ludzi jest plastyczny i dopuszczają szeroką swobodę jeśli chodzi o autoidentyfikację płciową.

Te same gremia dostają piany na ustach gdy tylko ktoś ośmieli się podjąć próby zmiany orientacji homoseksualistów…

Gardząc robolami...

                Polska wyprawa wyruszyła na Broad Peak. Wyprawa zasadniczo była udana – Polacy wdarli się na górę zimą i postawili nogę na szczycie. Problem w tym że dwaj powrócili szczęśliwie do bazy a dwaj inni - obecnie uznani za zaginionych - najprawdopodobniej zginęli przy próbie zejścia. Piszę najprawdopodobniej bowiem koledzy nie pofatygowali się sprawdzić.

                Czytam doniesienia i nie bardzo chce mi się wierzyć w to co widzę: Kierujący ekspedycją miał kontakt radiowy tylko z jednym schodzącym który „był bardzo słaby” i usiłował dostać się na przełęcz. Pogoda była niezła więc dziś próbowano wypatrzyć go na ścianie przez lornetki. Bez skutku. Drugi himalaista prawdopodobnie odpadł od ściany i zginął. A poza tym ekspedycja już się zbiera, likwidują bazę, a zwłoki (sic!) prawdopodobnie odnajdzie jakaś letnia ekspedycja. Zaginionych Polaków próbowali szukać Pakistańczycy – bez skutku.

                Po lekturze kilku książek opisujących początki ruchu alpinistycznego w Polsce byłem przekonany że nadal obowiązują dawne szlachetne zasady. Nikt nie zostanie porzucony w górach, grupa nie rozdziela się, pomoc nadejdzie zawsze, jeśli koledzy dotrą za późno zwłoki zostaną zniesione na dół…

                Ta wyprawa to zaprzeczenie tych zasad. Czterej poszli na szczyt. Dwaj zeszli. Dwaj zostali na górze. Przy zejściu też się rozdzielili. Tylko jeden miał radio. Próba ratunku? Brak. Tylko wypatrywanie przez lornetkę oznak życia. Szef ekspedycji zwija obóz. Bo z doświadczenia wie że tamci nie mieli szans. Choć pogoda jest dobra. Czarną robotę poszukiwawczą niech odwalą Pakistańczycy.

                Zdaje się wyleczyłem się z wiary w kolejny mit. Wspinaczka wysokogórska to najwyraźniej dziś sport uprawiany przez bogatych cyników-pragmatyków, który zatracił gdzieś szlachetne idee z czasów Jerzego Żuławskiego i generała Zaruskiego - leżące u podstaw ruchu.

                A jednocześnie Pakistańczycy – pogardzani „ciapaci”, w dodatku zapewne muzułmanie ruszyli szukać naszych. Dotarli na przełęcz. Niestety szukali bez skutku.

                *

                Ojciec opowiadał mi o praktykach odbywanych w kopalniach Wałbrzycha w latach 50-tych. Zasady panujące wśród braci górniczej były proste i surowe. Ilu zjedzie pod ziemię tylu wraca na powierzchnię. Kolegów szuka się do skutku. W razie gazów czy zawału poszukiwania można przerwać na trochę – gdy mija bezpośrednie zagrożenie – natychmiast zostają podjęte. Jeśli pomoc się spóźni na powierzchnię wynosi się zwłoki. Górnik odcięty przez zawał 800 metrów pod ziemią musi walczyć by utrzymać się przy życiu – bo wcześniej czy później koledzy przyjdą. ZAWSZE PRZYJDĄ. Akcji ratunkowej nie kończy się nim ostatni który zszedł pod ziemię nie znajdzie się na powierzchni. W latach 70-tych do jednego z zasypanych górników w skrajnie ciężkich warunkach przebijano się przez 7 dni. Ratownicy szli wydobyć zwłoki – ale uratowali go żywego.

                Zestawmy surowo przestrzegane zasady świata prostych górników, z nonszalancją bogatych inteligentów zdobywających Himalajskie szczyty…

O flakach

Normalne kraje mają Elity. Gorsze kraje mają elyty. My mamy u władzy florę jelitową…

Taki sobie projekt

                Pamiętam głębokie zdumienie które przeżyłem w 1999-tym roku. Odwiedziłem z Ojcem Norwegię. Trasa naszej podróży zahaczyła oczywiście o Oslo. Jak Oslo to oczywiście muzeum statków Wikingów. A że bilety autobusowe sakramencko drogie a my w kieszeniach mieliśmy głównie płótno z półwyspu Bydgoy do miasta poszliśmy „z buta”. Po drodze nadłożyliśmy ciut drogi by trafić na park rzeźb Vingelanda.

                Miejsce to jest „fajne okrutnie” na powierzchni ok 3 hektarów ustawiono kilkadziesiąt rzeźb w granicie i brązie, oraz mostki, fontanny kute ogrodzenia i kolumnę na pagórku. Sam Gustaw Vingeland rzeźbił to wszystko malutkie, a jego uczniowie powielali w szlachetniejszych surowcach i w odpowiednim powiększeniu. Całe założenie ukończono w trzy lata. Polecam każdemu zainteresowanie tematem, a jeśli droga zawiedzie do Oslo – warto obejrzeć to na własne oczy.

                I tu naszła mnie refleksja. Park ten odwiedzają setki tysięcy turystów rocznie. Dzięki temu nazwisko mało znanego rzeźbiarza z „prowincjonalniej” Norwegii zasłynęło na cały świat. A my? Jak zwykle sto lat w tyle za murzynami…

                A gdyby tak urządzić gdzieś w Warszawie podobne założenie? Mamy jednego rzeźbiarza o światowej renomie i niezwykle bogatym różnorodnym dorobku – Stanisława Szukalskiego. Wiele jego rzeźb przepadło w czasie wojny, ale myślę że to nie jest wielki problem. Zachowały się zdjęcia rysunki i innego rodzaju dokumentacja. Można wykonać kopie. Mussolini upozowany na wilczycę kapitolińską. Jan Paweł II jako nagi kulturysta z cepem… Park rzeźb Szukalskiego z pewnością przyciągnąłby znacznie liczniejsze rzesze turystów niż park Vingelanda.

Dziś o pomnikach

Ponieważ przyśniło mi się że oglądam rzeźby St.Szukalskiego dziś będzie o pomnikach.

                Nie milkną burze wokół pomnika Czterech Śpiących – monumentu upamiętniającego polsko-radzieckie braterstwo broni a stojącego dawniej na placu koło dworca Warszawa-Wileńska. Hania-nasza-kochana prezydent Warszawy wyłożyła ciepłą rączką 2 miliony złotych na jego konserwację.

                Sprawa jest kontrowersyjna na bardzo wielu płaszczyznach. Po pierwsze bohaterscy sowieci stali na …ukradzionym postumencie. Cokół z czerwonego Trawertynu był bowiem przygotowany przed wojna pod pomnik ks. Ignacego Skorupki – bohaterskiego kapelana poległego w 1920-tym pod Ossowem. Po drugie – nie bardzo wiadomo kto go wyrzeźbił przez długie lata jako autorów podawano zespół: dwu rzeźbiarzy sowieckich miało zaprojektować całość a grupa polskich rzeźbiarzy – wykonać. Na pocz. lat 90-tych do autorstwa rzeźby przyznał się Stefan Momot – „nasz człowiek”, ukrywający się podczas wojny w Wojsławicach, partyzant z Uchań. Po trzecie pomnik miał być zburzony już w 1992-gim roku – wybroniono go wówczas… Ciekawy jest też materiał z którego odlano figury – brąz pozyskano bowiem z zapalników niemieckiej amunicji przywiezionych z Berlina.

                Obecnie pojawił się szereg inicjatyw co dalej z tym zrobić. Co do cokołu różne grupy postulują by oddać go „prawowitemu właścicielowi” – tzn. postument wróci na miejsce a na nim stanie pomnik ks. Skorupki. Są też tacy którzy chcieliby umieścić na nim bohaterską „Inkę” – Danutę Siedzikównę. Rzeźby sowietów trafiłyby w tym przypadku do muzeum komunizmu w Kozłówce.

                Doceniając tak walory artystyczne pomnika, jak i ofiarę życia różnych nieszczęsnych sołdatów poległych na naszej ziemi w walce z niemcami, uważam że dobrym rozwiązaniem pośrednim byłoby umieszczenie figur na cmentarzu-mauzoleum żołnierzy Armii Czerwonej przy ul. Żwirki i Wigury.

                Na zwolnionym cokole wedle pierwotnego projektu widziałbym bohaterskiego kapelana, a „Ince” pomnik też postawić trzeba – placów i skwerów w Warszawie na szczęście dostatek.

Doradzając USA

                Przede wszystkim amerykanie to DURNIE. Obecnie prowadzone wojny kosztują ich niewyobrażalne kwoty. Finansują to z rezerw, deficytów i co gorsza podatków. Gospodarka dostała już ostrej zadyszki rośnie bezrobocie – ale nikt w Pentagonie nie powie wprost że kraju na wojnę już nie stać. Że kosztuje ona za drogo.

                Ja bym na miejscu prezydenta USA powiedział wprost: mamy zbyteczny kontenerek - 20 milionów dolarów w używanych banknotach - i chętnie wręczymy go nieznajomemu przyjacielowi za dostarczenie osamy/fidela castro/kim-dong-któregośtam pod wskazany adres. Sorry - nie możemy dać zaliczki. Jasne - tysiąc "nieznanych przyjaciół" spoczęłoby w nieznanych mogiłach próbując - ale ten tysiąc pierwszy zadanie by wykonał. A jaka oszczędność kasy, organizacji i zapewne czasu

                Podobnie - zamiast wysyłać armię - co kosztuje krocie - wysyłać kontenery pieniądzorków. Za 1% tego co kosztuje wysłanie wojska znajdą się na miejscu chętni by wieszać władze na latarniach. Tylko trzeba dobrze wybrać komu kaskę przekazać - żeby nie było jak z osamą którego najpierw szkolili, wyposażali i opłacali a potem musieli rozpętać wojnę żeby to odkręcić.

*

                Zadłużenie to jest problem. ja na miejscu USA zrobiłbym tak: puściłbym maszyny drukarskie na 3 zmiany nadrukował dolarów ile wlezie, spłacił nimi od ręki wszystkie długi, wykupił wszystkie obligacje i zrobił z nich ognisko. Do tego zapisany w konstytucji zakaz zadłużania się państwa i jego agend. A od pierwszego kolejnego miesiąca do obiegu weszłyby nowe dolary. Oparte na historycznym parytecie 20 dolarów - uncja złota pr. 900. Oczywiście do obiegu przywracamy wszystkie złote monety wybite przed 1933 rokiem. Do tego bezwzględny zakaz druku banknotów. I pozamiatane. A jak komu się za granicą nie podoba obskoczy atomówą po łbie.

*

                Oczywiście w Polsce to się nie uda... Po pierwsze nasze rezerwy złota są za małe po drugie przechowujemy je w ...Anglii. Po trzecie nie wiadomo czy one tam jeszcze są, po czwarte nie wiadomo czy nie podmienili ich na bloczki wolframu zatopione w kruszcu… A o złocie to jeszcze napiszę. 

O nauce

Stan polskiej nauki jest fatalny z kilku powodów. Po pierwsze kadra. Powiem brutalnie: Spory odsetek moich wykładowców z archeologii powinien kopać rowy a nie stanowiska archeologiczne.

                Drugi powód to materiał ludzki - ergo studenci. Powinny być drakońskie egzaminy wstępne, także ze znajomości języków obcych. Jesteś za głupi - spaaaadaj. Przyjmiemy 10 najlepszych z rocznika. 50 osób na miejsce? Ok. a potem egzaminy co semestr. Z limitami - dalej przechodzi np. 8 którzy zdadzą najlepiej. Aż zostaną ci którym naprawdę zależy. I ci którzy popchną daną naukę do przodu. Brak znajomości języków obcych był dla mnie straszną bolączką na studiach a jednocześnie – mimo tak ewidentnych braków udało mi się je ukończyć.

               Powód trzeci to kasa – ale nim zajmiemy się dokładniej kiedy indziej.

*

                Co z tego że będziemy mieli jak ZSRR milion uczonych (mam tak albumik z 1979-tego gdzie się chwalą ze tylu mają "wuzowców"). Mieli. Cool. I nie byli to głupi ludzie. Tyko nie uczono ich języków a w bibliotekach brakowało zachodniej literatury naukowej. I nauka ZSRR dublowała ogromna masę rozwiązań zachodnich (albo kradła technologie jeśli szpiedzy się przyłożyli do roboty). Liczy się jakość a nie ilość. lepiej mieć 1000 prawdziwych uczonych niż pół miliona nieprawdziwych.

               I z drugiej strony - kształcenie studentów - nawet na tak skrajnie dziadowskim poziomie jak dziś kosztuje. Może zatem pieniądze te przekazać na badania, zakup literatury, sprzętu, etc. Wykształcić 20 uczonych zamiast 500, ale za to takich którzy będą potem pracować w zawodzie a nie na kasie w tesco. Powiedzcie mi proszę: Po cholerę nam np. 150 magistrów archeologii rocznie jeśli robota jest dla 1-2 czasem 3. Czy nie lepiej byłoby wyszkolić 3 archeologów i 147 dajmy na to szewców?

                Europa stawia na masowość edukacji. Dlaczego? Bo zainfekowała się bakcylem egalitaryzmu. Równość jest cool, powszechny dostęp do studiów jest cool - tylko że dziwnym trafem dzisiejsza magisterka znaczy mniej niż przed wojną matura. A tzw. brać studencka to coraz częściej kompletne bydło. Gdy ja studiowałem zaczynały się na uniwersytecie kradzieże - wcześniej absolutny ewenement...

                Przedwojenny maturzysta miał 18 lat a dzisiejszy magister 24. Żeby cokolwiek znaczyć w nauce i mieć szanse na pracę w większości zawodów trzeba mieć doktorat - zatem nauka do 30-tego roku życia…? Wtopiona państwowa kasa, zmarnowany czas wykładowców, zmarnowane lata życia ludzi którzy gdyby siedli na kasie mając 16 lat to w wieku 24 mogliby być już kierownikami zmiany w markecie. Kształćmy najlepszych a za 20 lat będziemy mieli prawdziwe elity.

*

                Do tego masa ludzi nie idzie do pracy tylko "studiuje" - żyjąc na garnuszku rodziców, biorąc stypendia etc. A przypomnę ze w Polsce nadal brakuje 3 miliony mieszkań. w "kaczystowskim" programie "rodzina na swoim" zbudowano tylko 150 tyś. Program "kaczorów" - uwłaszczenie działkowiczów i automatyczne odrolnienie wszystkich gruntów w obrębie granic administracyjnych miast - przepadł w Sejmie.

                Może zatem przeszkolić niedoszłych studentów w machaniu kielnią i posłać ich do roboty na budowy?

Wybite zęby Cejrowskiego

Rusza nowy program Wojciech Cejrowskiego – „Po mojemu” ma być poświęcony rodzinie i wychowaniu dzieci. Khm… z całym szacunkiem: Małżeństwo pana Wojciecha się rozleciało z hukiem, a dzieci własnych z tego co wiadomo nie posiada.

Pamiętam WC-kwadrans – program niezwykle błyskotliwy gdzie W.C. walił w komuchów aż wióry leciały, ale nie przekraczając subtelnej granicy dobrego smaku. Wydaje mi się że dostał od naszych mediów parę razy za dużo po głowie – programy które robi obecnie to marny cień tamtego. Wybili mu zęby i spiłowali pazury. Przegrał i został zmielony.  Próbuje się odgzyzać - ale to już nie to. Nie on jeden został tak zniszczony…Błyskotliwość zamieniła się w paskudny cynizm… Szkoda.