BLOG

wedrowycz banner1

Smutna rocznica

                Nadeszła kolejna rocznica „nocy teczek” vel „nocnej zmiany” – bezprecedensowego zamachu na legalnie działający rząd… Obudziłem się rano nieświadomy tego że nocą coś się stało. W wybiórczej tego ranka był jakiś bełkotliwy artykuł o uniknięciu destabilizacji. W warunkach totalnej kontroli mediów, przy braku internetu, nastolatek taki jak ja wówczas nie wiedział nawet że ubecka agentura dokonała nocą zamachu stanu… Książki „Przerwana Premiera”, „Lewy czerwcowy” i film „Nocna Zmiana” pojawiły się zbyt późno a ich odziaływanie było zbyt słabe. To co najbardziej mnie zdumiewa to dwa fakty.

                Po pierwsze narada nad obaleniem rządu była zupełnie otwarcie filmowana. Ci ludzie nie wstydzili się tego co robią. Nie zadbali nawet by nagranie nie wyciekło.

                Po drugie – w każdym normalnym kraju każdy z polityków zamieszanych w taką akcję były dożywotnio skończony. U nas jeden z siedzących przy tamtym stole jest obecnie premierem.

Podzwonne dla Beginaży

                Parę miesięcy temu zmarła ostatnia na świecie beginka. Tym samym na naszych oczach umarła tradycja licząca sobie 700 lat. Osobom niezorientowanym wyjaśniam że ruch beginek było to żeńskie stowarzyszenie skupiające kobiety samotne i wdowy – przeważnie starsze wiekiem. Beginki zamieszkiwały razem, składały śluby czystości ubóstwa i posłuszeństwa, nosiły też specjalne stroje – nie były jednak siostrami zakonnymi. Mogły opuścić zgromadzenie czy np. ponownie wyjść za mąż. Zajmowały się modlitwą ale też pomagały w różnych dziełach miłosierdzia, opiekowały się ubogimi, tkały i haftowały czym zarabiały na swoje utrzymanie i kontynuowanie misji. Reguła panująca w beginażach była znacznie luźniejsza niż zakonna.

                Tak na logikę w dzisiejszych czasach ruch beginek powinien przeżywać rozkwit. Starszych pań owdowiałych lub samotnych, a przy tym pobożnych niekiedy do przesady mamy nieprzeliczone mrowie. Nie wszystkie słuchaczki Radia Maryja mają ochotę od razu wstępować o klasztorów – luźniejsza reguła zgromadzeń, z jednoczesnym zapewnieniem opieki duszpasterskiej wielu by odpowiadała. Beginaże funkcjonowały na zasadach podobnych co dziś wspólnoty mieszkaniowe. Wspólne zamieszkanie –– zapewniłoby znacznie niższe koszta utrzymania, co przy żałośnie niskich emeryturach nie jest bez znaczenia… Działalność charytatywna też pozwoliłaby zabić nudę emeryckiego życia – i to z większym pożytkiem niż robi to telewizor…

I nawet tu chwalą...

http://fantasybook.idl.pl/modules.php?name=Reviews&rop=showcontent&id=710

Tu też chwalą...

http://trojmiasto.miastokultury.pl/22,2062,275,,trojmiasto-gdansk-wampir-w-prl-u-wampir-z-mo-andrzeja-pilipiuka.html

Wampir z MO - recenzja

Wampir z MO

Zbiorem opowiadań „Wampir z MO” Andrzej Pilipiuk wraca na hawirę warszawskiej nekroferajny. Tytuł sugerowałby, że nasze swojskie wampiry poszły na współpracę z władzą tzw. ludową, ale nie: nawet zagorzały komunista Igor aż tak nisko nie upadł. Tylko biedny ślusarz Marek padł ofiarą prowokacji. Autor ze swoistym, charakterystycznym dla swojej twórczości, ale też gorzko-ironicznym poczuciem humoru przypomina (młodszym czytelnikom: przedstawia) warunki życia w PRL. Polecam wszystkim miłośnikom pamiątek minionego (?) okresu do kolekcji: metody działania UB, sposoby przeprowadzania prowokacji z udziałem ZOMO, nieliczenie się ze zwykłym człowiekiem, pranie mózgu pokrętną dialektyką, nieustające braki w zaopatrzeniu… Rzecz jasna, tamte czasy przefiltrowane zostały przez konwencję fantastyki bliskiego zasięgu na wesoło, ale opisy dreszcz budzą. W takim świecie przedstawionym egzystują sobie (bo nie żyją…) spokojne, nikomu nie wadzące byty bionekrotyczne: arystokracja wśród umarlaków – wampiry (choć różnej kategorii, wieku i pochodzenia społecznego), zombiaki i – na doczepkę – wilkołak, choć ten akurat z grobu nie powstał. Znani z tomu „Wampir z M3” bohaterowie i w tym zbiorze muszą poradzić sobie z problemami, ogólnie rzecz biorąc, banalnymi, ale w tamtych nieodległych czasach prawie nierozwiązywalnymi. No bo jak przygotować uroczyste przyjęcie na cześć francuskiej wampirzej hrabiny, dysponując niedużym mieszkankiem o standardzie socjalistycznym i prawie żadną gotówką? Spiętrzenie absurdalnych problemów i – uwaga: modne słowo – kreatywnych sposobów ich rozwiązania to gotowy przepis na imprezę „zastaw się a postaw się” w czasach kryzysu. Obyśmy nie musieli traktować tej książki jako poradnika…

„Sąsiedzi” to z kolei sposób na niechcianych nowych lokatorów, konfidentów lub pracowników UB, zajmujących lokal po wysiedlonej starszej pani. W piersiach praskich wampirów biją… no dobrze, tkwią miękkie serca, więc pomagają miłej sąsiadce. A czerwoną zarazę traktują jak zarazę właśnie: trzeba zlikwidować ognisko zapalne, zwłaszcza gorejące we własnym domu. A propos: znany nam już Radek, brat nastoletniej wampirki Małgosi, uroczego pustaka, kapuś na usługach tajnego wydziału UB, awansował do roli samodzielnego bohatera, wykonującego niezwykle ważne misje. Starcie z siostrą – niewykluczone…

Pilipiuk już wcześniej dał się poznać jako postmodernistyczny kucharz przygotowujący smakowite dania z elementów kultury masowej. Dla miłośników Lovecrafta ponownie smaczek – „Wyprawa” ślusarza Marka do od lat nieodwiedzanej części fabryki, która uzyskała autonomię i swoiste formy bytu. A wejścia strzeże Kot Karola Wójcika. Pamiętamy z poprzedniego tomu wzmiankę o niezwykłych anomaliach w opuszczonych halach fabrycznych – teraz dowiemy się, jakie przedwieczne zło tam się czai. A do czego możemy wykorzystać czarnowłosą dziewczynkę z „Kręgu”, dowiemy się z opowiadania „Sąsiedzi”. Może młode czytelniczki zachęcę wzmianką, że w jednym z opowiadań pojawiają się Cullenowie? Konkretnie – jeden z nich przybywa do Polski, by odwiedzić nasze wampiry. A co z tego wyniknie – przeczytajcie sami.

Agnieszka Dumańska

Płaczę

Płaczę nad Szwecją. Budzi się we mnie złość i żal… Burdy z imigrantami nadal trwają. W dodatku politycy zamiast brać się do roboty i gnać nierobów batem, bredzą o tolerancji i walczą z islamofobią. Media podały że już ¼ mieszkańców Malmo to muzułmanie. Tam też zamieszki. Żal mi ślicznego Malmo, pełnego uroczych kamieniczek tonących w różach i krętych uliczek, które przedreptałem z Ojcem w 1999 roku… Żal mi Szwedów – pamiętam paczki żywnościowe które dostaliśmy od nich w kryzysowym roku 1982 - gim. Pamiętam piękne niebieskie buty z żółtymi sznurówkami którym nie straszne były zimy epoki Wojciecha Ślepaka…

O tym by nie fikać "kościółkowym"...

...ale jak już się fika to trza być twardym do końca!

fragment książki Jana Krystyjańczuka "Przeklęci dziedzice" - będącej pierwszym - mocno amatorskim - opracowaniem dziejów Wojsławic. 

*

Pan dziedzic Henryk Trzeciewski wybudował dom duży, w którym umieścił szpital i przytułek dla ubogich starców i kalek. Na utrzymanie szpitala i przytułku dał pas gruntu z łąkami i lasami — szerokości od miasta druga miedza, blisko kaplicy, która stoi wprost pałacu.

Fundator oddał to wszystko pod zarząd kościoła. Traf jednak zrządził, że dom ten, zwany szpitalem, w czasie pożaru spalił się doszczętnie, bo był drewniany. Zarząd kościelny i zarząd szpitalny z funduszów kościelnych i ze składek parafialnych zbudowali dom nowy murowany, dużo większy. Były tam duże sale na szpital i ochronkę i mieszkania dla zarządu szpitalnego.

Hrabia Alojzy zabrał cały ten dom na swoją własność. Od strony miasta założył karczmę, od strony kościoła — warsztaty swoje dworskie; rymarskie, stolarski i stelmarski, a od strony gościńca sprzedał na sklepy żydom! Nie uważał na testament ś, p. kasztelanowej słońskiej, hrabiny Potockiej, złożony w archiwach dworskich, a tylko żydów do Wojsiawic wpuścił!

A te staruszki, ubóstwa i kaleki porozwoził po innych szpitalach. Nie uważał na płacze i lamenty.
A w niedługim czasie zabrał własność kościelną — kawałek łąki. wszystkie budynki fabryki sukiennej, w której pracowało kilkaset ludzi.

Proboszcz Szczepański z parafianami pozwali pana hrabiego przed sąd. Ostatnia sprawa odbyła się w Krasnymstawie. Parafianie przegrali, a jeszcze sąd przysądził do tego 500 złotych polskich kosztów, które parafianie musieli zapłacić.

Wtedy ksiądz Szczepański przepowiedział, że za to, że majątek ten którego kościołowi nie odbierał ten, co dał, ani ojciec jego, hrabiego Alojzego Bóg osądzi.

W którąś uroczystość weszedł na ambonę i nakazał w całej parafii, trzydniowy post od którego wolni byli tylko chorzy starcy i małe dzieci w kolebkach... I z ambony rzucił klątwę na hrabiów Poletyłłów. Alojzy hrabia Poletyłło był natenczas w kościele, ale majątków nie oddał. Ale po tym wprost szaleństwa dostawał. Chodził w nocy sam po rozmaitych tych miejscach, do Uchań — nic się nie bał. Choć ludzie w tych czasach bali się rozmaitych widmów i strachów.

Ksiądz Szczepański umarł i pochowany w Wojsławicach, a po nim nastał ks. Garlicki. Nie mógł on patrzyć na takie życie hrabiego i poradził mu, aby jechał do Rzymu, do Ojca św. z prośbą o zdjęcie klątwy. Jeździł hrabia Alojzy do Rzymu i przywiózł ofiarności duże do kościoła; Na duży Ołtarz Krzyż z Chrystusem Panem, dwie osoby (statuy) obok Krzyża, obraz ś w. Trójcy w srebrnej szacie na Ołtarz, obraz św, Franciszka na Ołtarz, obraz św. Teresy na Ołtarz, Monstrancję, żyrandol, kilka ornatów, lampiony, trybularz...

Ale... majątku zabranego nie oddał.

Diabłu Ogarek

Doczytałem "Diabłu Ogarek" K.T.Lewandowskiego do strony 30-tej i coniebądź zniesmaczony przerwałem lekturę. Fabuła do tego miejsca była w sumie ok. pan Lawendowski, woźny trybunalski zawiózł doręczyć pozew drobnemu warchołowi. Ponieważ warchoł pozwu przyjąć odmawiał dzielny urzędnik wziął mu szturmem dwór, zmasakrował służbę i wysadził drzwi baryłką prochu.

Coool akcja.

Następnie woźny wraca do domu (tzn do urzędu) i tam zastaje swojego podwładnego którego próbują ratować inni podwładni. Chłopak pojechał doręczyć inny pozew, a pozwani wytarzali go w smole i pierzu co biedak prawie przypłacił życiem. (pomogło wysmarowanie masłem co zaordynował szef i opłacił ze swojej kiesy).

Potem imć Lawendowski udaje się do karczmy i widzi warchołów co mu podwładnego sponiewierali. Pozew im doręcza i wypomina łagodnie że trochę go to masło kosztowało, na co oni wyjaśniają że to tylko niewinny żart był i zapraszają do kompanii na co ten ochoczo przystaje.

Sorry - zemdliło mnie. Bratać się przy stole ze świniami które prawie wykończyły naszego człowieka!? No i mam dylemat - czytać dalej czy nie...

O gimnazjach

                Znowu rozgorzała dyskusja o likwidacji gimnazjów. Jak bym to widział? Pozostawić 6 klasową podstawówkę. Po niej 3 klasowe liceum. Matura jak za cara - w wieku 16-17 lat. Magisterka w wieku 21-22 lat. Osoba z maturą uważana jest w świetle prawa za pełnoletnią z wszystkimi prawami i obowiązkami które z tego wynikają. Osobnik bez matury pełnoletni jest gdy ukończy 18 lat. Kto się nie kwalifikuje do liceum – dla tego szkolnictwo zawodowe. Obowiązek szkolny zachować do 14-tego roku życia. Powyżej – obowiązek nauki lub pracy. Nie nadajesz się do szkoły, nudzisz się, przeszkadzasz, jesteś za głupi – niech OHP będzie twoim nowym domem. Znieść obowiązek posiadania matury – uczelnie są autonomiczne – same decydują o systemie rekrutacji. Chcą – biorą maturzystów. Nie chcą przyjmują na podstawie wyników egzaminów wstępnych.

o Schengen

                Gdy byłem mały żyłem w kraju zamkniętym. Zdobycie paszportu i wyjazd za granicę graniczyły z cudem. Jednocześnie miałem świadomość że coś tu nie gra. Ociec wrócił w 1979-tym roku z wypadu do Szwecji. Pojechał do Szwecji ale …udało mu się też zobaczyć kawałek Norwegii. Opowiedział o zdumiewającej rzeczy – granica między tymi krajami była tylko kreską na mapie. Jej przekroczenie w dowolnym miejscu nie stanowiło żadnego problemu. W 1986-tym poznałem chłopaka który wrócił z palcówki w RFN. Zjeździł z rodzicami kawał Europy zachodniej. Potwierdził że tam także przekroczenie granicy jest formalnością. Że od Łaby na zachód można jechać przed siebie aż po Gibraltar nie napotykając żadnej kontroli granicznej.

                Gdy Polska weszła do strefy Schengen ziściło się moje dziecięce marzenie. Znalazłem się w świecie otwartych granic. W rzeczywistości gdzie można ot tak - pojechać na lotnisko i przelecieć się samolotem za granicę. Bez paszportu, bez pisania podań i skamlana o łaskę urzędasów i przydział dewiz.

                Czy ta swoboda podróżowania zdoła się utrzymać? Kraje strefy Schengen przebąkują ostatnio o konieczności przywrócenia kontroli granicznych… Nie chcę po raz kolejny dowiadywać się że lepsze jutro już było…

                Będąc dzieckiem wymarzyłem sobie ucieczkę. Byłem przekonany że skończę liceum i gdzieś u progu dorosłości, któregoś wieczora zepchnę kajak na morze i powiosłuję stronę Bornholmu. Nie liczyłem nigdy że uda mi się wyjechać ot tak – legalnie. Droga ku krainom wolnego świata miała być trudna. Byłem pewien że dla wolności trzeba będzie zaryzykować życie…