BLOG

wedrowycz banner1

Prowokacja...

Przez Warszawę przeszedł kolejny marsz Niepodległości. W tym roku bez udziału J.Korwina-Mikke (cóż prowokował, przeginał, aż przegiął definitywnie…). Jeszcze przed marszem organizatorzy i ludzie deklarujący uczestnictwo byli zastraszani i szykanowani. Kolejny raz dokuczliwymi kontrolami usiłowano zniechęcić liczne zorganizowane grupy jadące do Warszawy.

W czasie marszu kolejny już raz doszło do ewidentnej prowokacji ze strony policji, która nie tylko użyła zamaskowanych bojówkarzy ale i ostrzelała uczestników z broni gładkolufowej. W ruch poszły też petardy, pałki i gaz łzawiący. Tylko dzięki interwencji chronionych immunitetem posłów PiS uniknięto ataku sprzętem rodem z arsenałów ZOMO - armatek wodnych. Zatrzymano ponad setkę uczestników i domniemanych uczestników pochodu.

Szkoda że organizatorom nie udało się schwytać żadnego z prowokatorów – ale są zdjęcia. Zdjęcia szokujące. Widać na nich zamaskowanych bojówkarzy przenikających swobodnie przez kordon policji. Widać elementy policyjnego umundurowania wystające spod rozchełstanych kurtek.

Martwi mnie ta sytuacja. Nie tylko w policji trafiały się moralne śmieci gotowe wydawać rozkaz blokowania legalnego przemarszu czy atakowania spokojnie demonstrujących ludzi ale znaleźli też dla tych (nielegalnych przecież) rozkazów posłusznych wykonawców. Jest przyzwolenie władzy by bić i szykanować ludzi świętujących najważniejszą rocznicę związaną z istnieniem naszego (czy jeszcze naszego?) państwa. Co dodatkowo niepokoi brak „sprawiedliwych” którzy usłyszawszy na naradzie tego typu polecania zawiadomili by prasę i prokuraturę.

Po 1989-tym ludzie stopniowo przestali bać się mundurowych. Wymieniały się kadry. Część milicjantów poszła na zieloną trawkę (np. ojciec mojego szkolnego tzw. „kolegi” niegdyś, za komuny, Pan Milicjant Postrach Dzielnicy - potem już tylko niegroźny załamany pijaczek). Przyjmowano młodych, z roku na rok coraz lepiej wykształconych absolwentów szkół policyjnych. Ponure odium ciągnące się za tą formacją od 1944 roku powoli słabło. Nawet dowcipy o policjantach straciły jakby na jadowitości. Policja stałą się normalną służbą demokratycznego państwa – i zasadniczo czepiała się tylko tych których czepiać się trzeba (a i to nie zawsze). Moje nieliczne kontakty z tą służbą przebiegały bezkonfliktowo i zostawiły raczej pozytywne wrażenie. 20 lat to niemal całe pokolenie funkcjonariuszy. Mimo kilku kuriozalnych wpadek widać było tę zmianę na lepsze.

Zaczęło się od warszawskiej Straży Miejskiej. Funkcjonariusze zgarniający łopatami palące się znicze i wyrywający ludziom wiązanki kwiatów nieodwracalnie splamili mundur swojej formacji. Policja wykazała się szokującą biernością podczas burd pod Krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. Wreszcie ubiegłoroczny Marsz Niepodległości po którym nie zdołała nawet wydalić ze swoich szeregów zwyrodnialca wielokrotnie kopiącego przypadkowego uczestnika w twarz. I dzień wczorajszy dopisujący się do listy policyjnej hańby. Na naszych oczach ten zbudowany przez 20 lat pozytywny etos służby jest niszczony. Smutne.

Pojawia się jeszcze jedno pytanie: Ta burda była władzy potrzebna. Gazety przez kilka dni będą opisywać co się stało. Jaką ważną informację mają przykryć te doniesienia? Dziś w nocy odbyły się kolejne 2 ekshumacje „Smoleńskie”. Do redakcji Rzeczpospolitej zgłosił się też ponoć Amerykanin z wynikami badań wraku samolotu prezydenckiego.

O zimujących upowcach

W drodze do Wojsławic przestudiowałem „Gazetę Polską” i jakby dla równowagi wspomnienia dowódcy sotni UPA St.Stebelskiego - Chrinia – „Zima w bunkrze”. Jest to druga część jego zapisków – po wyparciu upowców z Łemkowszczyzny sotnia przedarła się na teren Zakierzonia – czyli na treny zajęte przez ZSRR. Obraz – niezwykle smutny, przejmujący i tragiczny. Przywodzący na myśl wstrząsający film „Wiśniowe noce”. Dalece bardziej ponury niż ten opisany przez Om.Płeczenia w książce „9 lat w bunkrze”.

Upowcy rozbici na niewielkie grupki usiłowali przetrwać zimę 1947/1948. Wegetowali w słabo zamaskowanych kryjówkach – co więcej na dość gęsto zamieszkanym i słabo zalesionym terenie. To już nie były gęsto zalesione niedostępne Bieszczady. Tu tropiono ich bez litości i likwidowano siłami NKWD i wojsk MSW. To już agonia ukraińskiego podziemia ruchu narodowego. (choć ostatni 3 osobowy oddział UPA zlikwdoany zostanie dopiero w 1961 r.)

Bojownicy obdarci, głodni, utrzymujący stałe pogotowie bojowe, dręczeni przez nerwice, żywiący się surowym mięsem, osłabli i napuchli od siedzenia pod ziemią. Przejmujący obraz bezlitosnego wyniszczania dzielnych ludzi którzy walcząc z bronią w ręku za swój kraj, często od lat nie widzieli swoich rodzin… Z jednej strony zrozumiały żal że dzielni ludzie wyniszczeni zostali przez sowietów – którzy posuwali się nawet do profanowania ich grobów. Z drugiej strony trudno zapomnieć że czytamy wspomnienia naszych wrogów. Że zaledwie cztery – pięć lat wcześniej z rąk UPA zginęło 80-200 tyś Polaków żyjących na Wołyniu i Podolu. Że autor tych wspomnień dowodził rzezią co najmniej dwu polskich wiosek w Bieszczadach i na Rzeszowszczyźnie, a teren na który go wyparto to ziemia Samborska – „oczyszczona” z Polaków kolejno przez sowietów, szkopów, upowców i znowu sowietów.

Patrzę na to teologicznie, porządkuję układam w głowie: Bohaterstwo poszczególnych jednostek w walce z miażdżącą przewagą wroga jest niewątpliwe. W książce podano wiele przykładów. Cel – niepodległa zjednoczona Ukraina był wzniosły i szlachetny. Jednak metoda jego osiągnięcia – bezlitosne ludobójstwo Polaków-autochtonów (oraz Ukraińców sceptycznych wobec planów OUN) była plugawa. Życie zaszczutej zwierzyny które pędził Chriń i jego podwładni, jego śmierć rok później przy próbie przedarcia się bo Bawarii, oraz odsunięcie niepodległości Ukrainy o przeszło czterdzieści lat to KARA.

Żal tylko że nasze narody stojąc w obliczu wspólnego wroga zamiast się natychmiast dogadać i współpracować poszły na udry co ułatwiło krwawą robotę i hitlerowcom i sowietom.

Zdziczały piątek

Piątek ganiany – najpierw poranek w TV („Kawa czy herbata?”) (no i w końcu nie wiem - ja tam w barku piłem colę…) . Że się nie bali takiego ekstremisty jak ja puścić na żywca w TV… Wieczorem impreza na stacji metra. Zobaczyłem kilkoro znajomych – niestety wir obowiązków pochłonął niebawem bez reszty. Wydaje mi się że fajnie wyszło.

O niewypałach...

Marek Poznański – archeolog – członek ruchu poparcia człowieka z plastikowym sobowtórem zabłysnął na łamach onetu jako ekspert od trotylu. Twierdzi że kopiąc w Smoleńsku znajdował w glebie zapalniki pocisków artyleryjskich i odłamki. (dowodów – np. zdjęć znalezionych artefaktów oczywiście nie przedstawił). Jego zdaniem trotyl znajdowany na fragmentach wraku pochodzi zatem z okresu II wojny światowej. Nawet Onet szybko zdjął tę informację ze strony głównej. Osiągnęliśmy już prawie dno ostateczne. Następnym krokiem będzie ogłoszenie że Tupolew uległ zniszczeniu skutkiem lądowania na hitlerowskim niewypale…

Przekazuję szczere wyrazy współczucia dla mojego niegdysiejszego wykładowcy profesora A.Buko że badając wrakowisko musiał współpracować z takimi ludźmi…

Złość i żal

Obama wygrał wybory miażdżącą przewagą 3/5 głosów. Dla USA oznacza to kolejne 5 lat brnięcia w socjalizm. Co oznacza to dla Polski i naszych stosunków z Rosją? Wolę nie zgadywać. 

Kres legendy

Do wczoraj mogłem głosić, że to ja jestem przewidzianym przez Wieszcza "Mężem 44", a na dowód przedstawić listę 44 wydanych książek. Dziś poczta dostrczyła mi "Truciznę" - dwudziestą szóstą książkę opublikowaną pod nazwiskiem - zatem pora westchnąć w duchu i odwiesić rząd dusz na kołek. Mickiewicz najwidoczniej miał na myśli koś innego niż ja.

Ale zagram w lotto - na pocieszenie. 

o "szczurach"

Witrualna Polska ubolewa nad „wyścigiem szczurów” który zaczyna się już od znalezienia lepszego gimnazjum. Sam artykuł jest trochę mylący – bowiem mało kto zauważa że stanowi przedruk z niemieckiego ( tam dzieciaki idą do gimnazjum po 4 latach realschule) . Komentarze tak pół na pół.

Jako absolwent szkół kompletnie tragicznych uważam że posyłani dzieci do szkół lepszych nie jest żadnym wyścigiem tylko przejawem zdrowego rozsądku. Środowisko kształtuje. Rozwija. Podciąga. Jeśli w szkole panuje wysoki poziom kultury osobistej i dba się o poziom intelektualny to dzieciak z gorszego środowiska ma szanse się podciągnąć. Gdy bystrzak trafia do klasy złej to jako „kujon” będzie prześladowany. Mi w wieku 11-19 lat zabrakło punktów odniesienia. Sądziłem że jeśli jako jedyny w klasie czytałem „Asfaltowy saloon” W.Łysiaka i kilka książek z serii „ceramowskiej” to już jestem wybitnym intelektualistą. Zabrakło wyzwań – zabrakło codziennego porównywania się z lepszymi i podnoszenia porzeczki sobie. Zabrakło środowiska rówieśników z którymi można by podyskutować. Za dużo czasu i nerwów zżarło egzystowanie w środowisku durni, żulii i początkujących bandziorków.

Fakt że jakoś tam poradziłem sobie w życiu to wyłącznie dziki fart i odcinanie kuponów od nietuzinkowego hobby poparte ciężką pracą. Inteligentem (w przedwojennym znaczeniu tego słowa) nie jestem i już nigdy nie będę. Widziałem też tę drugą stronę medalu sensowne dzieciaki z tzw. dobrych domów które zła szkoła zmieliła i zamieniła w kompletne łajno.

Ale już wielki przyjaciel dzieci i autentyczny autorytet pedagogiczny – Janusz Korczak – pisał wprost: istnieją dzieciaki zdegenerowane które należy po prostu izolować. U nas lansuje się lewacką wizję radosnej integracji jabłek zdrowych i robaczywych. Jestem ofiarą tej wizji. Widziałęm inne ofiary. Widziałem przypadki kompletnie tragiczne. Wyścig szczurów wydaje mi się sensowną alternatywą.

Dzieci milicjantów!?

Na Onecie zamieszczono drugą część wywiadu z Andrzejem Gwiazdą. Powiedział parę prostych prawd m.in. że katastrofę smoleńską powinna badać międzynarodowa komisja. Oczywiście z miejsca rozszczekało się onetowe gówniarstwo. Co szczególnie szokujące – z większości komentarzy przebijała kompletna nieświadomość kogo opluwają…

Piątek w Pradze

Dworzec kolejowy w Pradze przypomina jako żywo berliński haupbanhof. Gigantyczny budynek zabudowany sklepami – aż się człowiek zaczyna zastanawiać czy tu jeszcze można przejechać się pociągiem… Metro głębokie, mocno sklepione tunele. Od razu czuje się że budując je myślano o wojnie atomowej…

Mala Strana to cosik jakby centrum Krakowa – kamienice i kamieniczki, sklepików z badziewiem dla turystów, ogromne stada ruskich, wycieczka za wycieczką – zupełnie jakby tam nie było kryzysu… Gdy żona zajmowała się swoimi badaniami w muzeum połaziłem trochę uliczką w stronę zamku. I szczerze powiedziawszy szybko się znudziłem śmiertelnie. W każdym sklepiku dokładnie to samo. Na każdej wystawie jubilera – identyczny wybór biżuterii – ładnej np. złoto z granatami – ale po pierwszym zachwycie człowiek zauważa powtarzalność. Wieczorem dopiero na jednej z witryn błysnęło coś ciekawszego – biżuteria z wełtawitów. W sklepach monopolowych absynt robiony na nasionach konopii.

Muzeum muzyki ciekawe. Ekspozycja urządzeń grających – bardzo interesująca i z dobrymi opisami po czesku i angielsku. Instrumentów nie tak wiele – ciekawe – ale w porównaniu z muzeum instrumentów w Berlinie wypada raczej skromnie. Kilka ciekawych egzemplarzy: Orfika, podwójne skrzypce. Mają też fortepian na którym grywał Mozart. Kolekcja chyba porównywalna z muzeum w Stockholmie – ale bez działu dla dzieci.

Przejście przez most Karola – trudne – tłumy ludzi przeważnie rosyjskojęzyczne, widać też homeopatyczną domieszkę Japończyków. Na Starym Mieście – podobnie tłumy ludzi sklepiki z badziewiem… Trudno wybrać coś ładnego. Odwiedziliśmy ekspozycję dzieł Alfonsa Muchy – sporo rysunków, etykiety produktów z epoki. Ciekawe – ale wszystko jakby na jedno kopyto. Zwiedziliśmy też muzeum gastronomii – skromniutkie ale chyba się rozwinie.

Praga nie jest już tanim miastem – ceny ewidentnie „pod niemca” – poszły cztery stówki na obiad, kawę wejście do 3 muzeów i garstkę drobiazgów. Wszędzie widać alkohol i to mocny – więcej punktów dystrybucji niż u nas – ale meneli jakby znacznie mniej. W księgarni na dworcu mają już „Wampira z M3”.

W głównym holu - wyprzedaż płyt DVD. Liczyłem że trafi się „Trup w każdej szafie” ale niestety… Była za to „Policyjna opowieść” z Jackie Chanem – ale chyba poczekam na polską wersję. Aczkolwiek żałowałem poniewczasie że nie kupiłem ekranizacji „Pamiętników Fanny Hill” – oglądanie pornosa z czeską ścieżką dźwiękową musi być przeżyciem jedynym w swoim rodzaju…

Asy w rękawie?

Zastanawiam się nad swoim poprzednim wpisem. Pamiętam że niebawem po Tragedii Smoleńskiej kupiłem sobie albumik (wydany bodaj przez „Fakt”) kilkadziesiąt stron na kredzie – w tym wiele zdjęć przedmiotów osobistych ofiar, zniszczone mundury gen. Błasika i adm. Karwety. Rzeczy utytłane w smoleńskim błocie, nadpalone, poszarpane… Te zdjęcia wykonano w Polsce. Coś z tego zestawu przekazano muzeum na Jasnej Górze.

Nasi śledczy nie dysponowali dostępem do wraku. Nie było dostępu do większości oryginałów nagrań rejestratorów. Władza zakazała otwierania trumien. W tej sytuacji byłem prawie pewien że komisja parlamentarna pod kierownictwem p. Macierewicza pójdzie tym właśnie tropem.

Było dla mnie oczywiste że ubrania i drobiazgi, praktycznie jedyny dostępny materiał pochodzący z wrakowiska, zostaną zbadane na obecność niedopalonych resztek materiałów wybuchowych. Na obecność węglowodorów nie pochodzących z paliwa lotniczego. Że wykonana zostanie analiza mechanoskopowa śladów na tkaninach – czy rozerwało je przeciążenie, fala uderzeniowa czy może poszarpały odłamki konstrukcji samolotu. Na tkaninie już po tragedii przez wiele godzin osiadał opadający z nieba pył – mogły więc zachować ślady substancji użytych do wytworzenia domniemanej sztucznej mgły.

Trop wydał mi się o tyle obiecujący że Rosjanie jeszcze w Moskwie nalegali na spopielenie ubrań. Niestety - komisja, w ogóle się nimi nie zajęła. A przecież są w kraju prywatne laboratoria analityczne. Można było fragmenty rozesłać do innych krajów – rozesłać przez podstawionych „słupów”, zatajając źródło i tym samym uzyskać dane całkowicie obiektywne.

Teraz dwa i pół roku po tragedii nagle wyszła sprawa trotylu. Jeśli wierzyć mediom znaleziono go na wraku i na pasie bezpieczeństwa pochodzącym z samolotu. Dlaczego trotyl? Nie wiem. Dlaczego dopiero teraz?

Dla PiS i komisji moment ataku jest idealny. Po ekshumacjach wiadomo już o zamianie i zbezczeszczeniu przynajmniej niektórych ciał. Na konferencji w ubiegłym tygodniu przedstawiono szereg dowodów eksplozji. W niewyjaśnionych okolicznościach zginął jeden z kluczowych świadków. Wy tym momencie wyłożenie na stół najmocniejszej karty – żelaznego dowodu pozyskanego z próbek tkanin mogłoby zdmuchnąć nie tylko rząd ale i całą PO… Czy tego dowodu brak czy komisja ukrywa asa w rękawie – a jeśli tak – czy ryzyko nie jest zbyt duże?

Car Aleksander II miał na biurku projekt konstytucji dla Imperium Rosyjskiego. Planował go podpisać i wprowadzić w życie. Odkładał to kilka dni. Wreszcie podjął decyzję: wieczorem! I pojechał na przejażdżkę z której już nie wrócił – zginął od bomby ziemlowolców. Nowym carem został prymitywny mięśniak – Aleksander III a konstytucję odłożono ad acta.

Tajny aneks do raportu o likwidacji WSI – dokument zawierający śmiertelnie niebezpieczne informacje – także został przetrzymany. Leżał w sejfie śp. Prezydenta Kaczyńskiego. Prezydent wahał się czy ujawnić tę wiedzę. A potem zginął a władzę przejął człowiek będący być może głównym bohaterem opracowania.

Jeśli komisja ma w rękawie jakieś asy powinna je wyłożyć TERAZ. Chyba że nie ma…