BLOG

 

upior-w-ruderze

Po złoto albo tylko przygodę...

Jako że czterdziestka zbliża się nieubłaganie, postanowiłem dokonać szeregu bohaterskich czynów, których powinien dokonać mężczyzna w tak poważnym wieku, by mieć co wspominać na starość. Z lektur czytanych w młodości wynika, że mam do wyboru:

  1. Wojnę
  2. Występki przeciw ogólnie pojmowanej moralności
  3. Podróże
  4. Uśmiercanie lub chwytanie dzikich zwierząt
  5. Szukanie złota

Wojen powszechnych nasz kraj chwilowo nie toczy. (prowadzimy wprawdzie operacje militarne, ale daleko i chyba trzeba być zawodowym żołnierzem by się na nie załapać)(i po co migałem się przed WKU?). Tak więc nie wybieram się na front.

Moralności nie zamierzam naruszać. Są przyjemniejsze sposoby spędzanie czasu niż rozwody, leczenie syfilisu, czy powolne zdychanie na HIV.

Podróże – eto eszczio uspiejem. W planach na lato mam skromniutkie objechanie Bałtyku wokoło. A jak dalej – kto wie.

Polowanie jakoś nie wydaje mi się trendy & dżezi. Zwłaszcza że na Allegro niedawno mieli skórę kuca szetlandzkiego ufarbowaną „na tygrysa” – więc „trofea myśliwskie” można sobie sprawić równie łatwo co dyplomy nieistniejących amerykańskich uniwersytetów.

Pozostało szukanie złota. Ponieważ amerykańce nie znieśli nam jeszcze wiz i ciężko dostać się na Alaskę ograniczę się chyba do szukania na Śląsku. (przy okazji nie jest to daleko no i nie będzie problemów z językiem).

Pobieżna kwerenda netu wykazała niestety, że poszukiwacze pilnie strzegą swych tajemnic. Niby trochę o tym jest – ale tak naprawdę niewiele z tego wynika. Długa zima przedemną, a i po bibliotekach muzę swoje odsiedzieć – dedukuję zatem że będzie niejedna okazja sięgnąć do materiałów historycznych i geologicznych które do dziś nie doczekały się „usieciowienia”.

Niby w necie jest wszystko – ale jak coś konkretnie potrzeba nadal trzeba czytać mądre księgi albo szukać mistrzów którzy oświecą…

Problem filozoficzno-kulinarny

Gdyby Żyd stał się wampirem - czym by się żywił? Wysysanie krwi - odpada - kompletnie niekoszerne... 

To tak na marginesie prac nad dwrugim tomem "Wampira z M3"

Tove

Na warsztacie biografia Tove Janson. Gruuuba, ciekawa ale potrwa zanim się przegryzę. Jeśli pojadę latem na planowną wyprawę wokół Bałtyku kupię sobie jakiś album z jej grafikami...  Biografię Astrid Lindgren przeczytałem po łebkach. O Slemie Lagerlöf wiem tyle co z wikipedii. Mam braki. Cholerne braki ciągnące się za mną jak cień...

Należało chyba olać liceum, zarabiać pisaniem do gazet i zająć się pracą samokształceniową oraz pisaniem prozy, a na wykłady uniwersyteckie chodzić jako wolny słuchacz. Z drugiej strony to co osiągnąłem to i praca łasne i życzliwość ludzi i niewyobrażalny fart. Nie musiało tak być. No i czasu się nie cofnie. 

Samokształcenie wymaga systematyczności - a tego mi brakuje. By iść tą drogą w wieku 16-17 lat potrzebowałbym kogoś kto wskazałby kierunki. Nawet dziś,- 20 lat później - nie znam nikogo takiego. Więc pewnie bym sobie z tym nie poradził. 

GMO?

Co wiemy o GMO? De facto …NIC. Zwolennicy i przeciwnicy karmi nas swoją propagandą. Autorytety naukowe wypowiadają się raczej niechętnie. (jest w sieci jakaś konferencja naukowców z SGGW w Warszawie)(oni są przeciw – a występują z imienia i nazwiska).

Wedle zwolenników GMO to przyszłość rolnictwa – zboża wysoko wydajne, bardzo odporne na warunki klimatyczne, zachwaszczenie, pasożyty i szkodniki. Szansa wykarmienia Afryki – bo Murzyna nie stać na nawozy sztuczne, pestycydy i herbicydy a tu dostanie (tzn. kupi sobie) ekstra ziarno. Czy można im wierzyć? Hmm… Mają interes w handlu swoim produktem. Cóż – dążenie do zysków nie musi od razu oznaczać, że produkt jest zły. Czy można im ufać? Nikomu nie można ufać. Tyle dobrego, że w przeciwieństwie do producentów pseudoekologicznych żarówek spece od GMO nie żądają wycofania z rynku produktów konkurencyjnych.

Wedle przeciwników GMO to koniec ludzkości, jest rakotwórcze, wywołuje alergie etc. Problem w tym, że ci przeciwnicy to nasi „kochani” pseudoekolodzy – agresywna lewicowa hołota, która za główny cel stawia sobie depopulację planety i zniszczenie kapitalistycznej cywilizacji białego człowieka (oraz fizyczne wyniszczenie ras „kolorowych”). To eko-naziści doprowadzili do największej hekatomby XX wieku – zakaz stosowania DDT przez 60 lat doprowadził do śmierci 50-100 milionów ludzi w krajach trzeciego świata. W porównaniu z Rachel carson w dziedzinie ludobójstwa hitler był żałosnym nieudacznikiem.

Dla wielu „ekologów” ludzkość to pleśń i nowotwór niszczący planetę. W latach 70-tych propagowali w Europie zachodniej urzędową kontrolę urodzin (na szczęście bez skutku) i przekonywali ludzi by w interesie przyrody ograniczać liczbę dzieci. (tu osiągnęli tu spory „sukces”). Działacze hiszpańskiego greenpeace m.in. zaatakowali tamtejszą pielgrzymkę obrońców życia. (w Polsce organizacja jest ostrożniejsza – u nas nie propagują wprost aborcji)…

Z drugiej strony ustawę dopuszczającą GMO przepchnęły w sejmie i w senacie partie całkowicie i nieodwracalnie skompromitowane znane z licznych przekrętów oraz manipulacji. Przepchnięto ustawę po cichu, zapewniając możliwie mocne „przykrywki” medialne. Ustawa przeszła bez podstawowego zabezpieczenia, jakim był postulat obligatoryjnego oznakowania produktów zawierających GMO.

Tak więc mamy dylemat. Wprowadzenie nowych upraw może być zagrożeniem tak dla nas jak i dla ekosystemu. Może też być szansą dla naszego rolnictwa. Przeciwnicy GMO to wyjątkowo podejrzana i parszywa banda. Wiemy że to kłamcy. Tylko że zwolennicy to też paskudna banda! Ja zalecałbym daleko posuniętą ostrożność. Najpierw niech sprawdzą to inni, za 20-30 lat gdy poznamy ewentualne skutki uboczne będzie można pomyśleć…

Radzieckie diamenty też są wieczne?

Podczytuję sobie jednym okiem monografię G.Motyki „Ukraińska partyzantka 1942-60”. Nie rozumiem zarzutów naszych „prawicowców” wobec autora – pisze moim zdaniem bardzo obiektywnie, dokumentuje swoje twierdzenia, a upowców przecież też nie oszczędza. Muszę sobie odświeżyć to i owo zanim wgryzę się na dobre w pracę „za to że jesteś Ukraińcem”. Drugim okiem zagłębiam się w biografię Tove Janson. Mało czasu mam na lekturę, ale przecież trzeba. Odczuwam głód wiedzy, głód czytania, potrzebę pracy samokształceniowej… Stos publikacji do przeczytania niestety zmniejsza się szalenie wolno…

Z innych nowin: Kupiłem sobie via allego tubkę radzieckiej pasty diamentowej. Powstała ewidentnie przed 1989-tym – ale tłuszcz zżarł nadrukowaną datę. Została tylko informacja „trwałość 15 lat”. Ergo: najpóźniej w 2004-tym pasta ta się przeterminowała. Ale spoko, najwyżej olej zjełczał – przecież diamenty są wieczne. Poprzednia którą się posługiwałem była jeszcze bardziej przeterminowana. Swój drogą to ciekawe – ale nie sposób kupić świeżej. Przestali produkować?

Sen pryska...

Trafiłem tam przypadkiem, na początku studiów. Przy ulicy Górnośląskiej mieściła się klinika dla studentów UW w której oprócz porad psychiatrycznych przyjmowano też inne przypadki i wykonywano RTG płuc. (wiecie – rozumiecie – niby oświecone lata 90-te a tu na uniwersytecie w stolicy epidemia …gruźlicy!!!). Chyba usiłowałem skrócić sobie drogę i wyjść na Park Ujazdowski. Szlaban w poprzek cichej uliczki. Ominąłem… Nieoczekiwanie znalazłem się w enklawie jakby innego świata. Ukryte wśród drzew urocze drewniane domki otoczone trawnikami. Płotki jeśli gdzieś były to jak na zachodzie – do kolan. Szedłem w głąb dziwnego osiedla i naraz poczułem mrowienie na karku. Było kompletnie nierzeczywiste. Przecież znajdowałem się niemal w ścisłym centrum stolicy!

Tajna dzielnica rządowa – pomyślałem. Szlaban… Cholera… Zaraz ktoś mnie zwinie. Ale szedłem twardo naprzód udając swojaka i nic się nie działo. Dotarłem do gościnnie otwartej furtki w parkanie parku i po chwili byłem na przystanku autobusowym. Pozostało mi nieuchwytne wrażenie otarcia się o jakąś grubszą tajemnicę. Wyobraźnia rysowała pod każdym z domków schron przeciwatomowy… Kto mógł tam mieszkać? No cóż – ulica Wiejska i Sejm znajdowały się o rzut beretem. Zapuściłem się tam jeszcze dwukrotnie. Kolonia nie była specjalnie duża – kilkadziesiąt domków. Cztery uliczki na krzyż.

Potem dopiero dowiedziałem się że dziwne osiedle powstało zaraz po wojnie a prefabrykowane domki trafiły nad Wisłę z Finlandii via ZSRR. Nadal pojęcia nie mam kto tam mieszkał – ale mniemam że nie byle kto. Dziś ze smutkiem dowiedziałem się że miejsce to już de facto nie istnieje. Mieszkańców dawno wysiedlono. Pozostało tylko 8 domków czekających na rozbiórkę.

chwała i chała...

Obejrzałem sobie „Ga, ga, chwała bohaterom” Szulkina. Cóż – dzieło trochę dziś trąci już myszką. Fabuła jest jak na obecne standardy odrobinę zbyt prosta, choć z drugiej strony gdyby ciut podkręcić zakończenie byłoby jeszcze zupełnie ok. Dialogi nie zestarzały się ani trochę, nadal bawią do łez.

Zadumałem się za to nad czym innym. W latach osiemdziesiątych kino fantastyczne w Polce miało się całkiem nieźle!!! Kręcono solidne produkcje sf. Na wesoło jak np. „Seksmisja”, czy na poważnie - ekranizacja „Paradyzji” wg. powieści J.A.Zajdla. Postała komedia „Kingsajs”, jakby zaczątek kina eksplorującego klimat socjalfiction. Regularnie na ekrany kin wchodziły nastrojowe horrory jak „Medium” „Widziadło”, „Wilczyca”… Z fantastycznym rozmachem powstała ekranizacja „Pierścienia i róży”. Za wypadek przy pracy należy uznać „Klątwę doliny węży” – aczkolwiek gdyby reżyser trzymał się pierwowzoru literackiego, to przy tym budżecie mogło powstać dzieło naprawdę wybitne. Wydawać się mogło że to się rozwinie, rozkwitnie.

Potem padła komuna. Oczywiście nasi pseudomęczennicy - reżyserzy którym „władza nie pozwalała rozwinąć skrzydeł” jakoś nie byli wstanie wyciągnąć z szuflad ukrywanych przed cenzurą scenariuszy, podobnie jak „prześladowani” literaci nie zasypali rynku ukrywanymi przez lata powieściami.

Można było jednak na bazie zdobytych doświadczeń i w oparciu o zapasy rekwizytów nakręcić kolejne filmy – już bez skrępowania cenzurą, może z wyższym budżetem, z wykorzystaniem zachodnich technik i bez liczenia się z każdym centymetrem deficytowej taśmy. Niestety zamiast rozkwitnąć wszystko jakoś przygasło. Coś tam jeszcze siłą rozpędu próbowano zdziałać, ale nad arcydziełami „Wirus” czy „Operacja koza” może lepiej spuśćmy zasłonę milczenia. W międzyczasie przyszła jeszcze mega klapa z „wiedźminem” która na co najmniej dwie dekady pogrzebała polskie kino spod znaku fantasy.

Siedzę i boleję nad straconą szansą… Bo przecież zapowiadało się naprawdę nieźle…

Szukając złota

Skracam sukcesywnie kolejkę tekstów do przeczytania. Poszłoby trochę szybciej gdybym miał choć trochę więcej czasu. Teksty lepsze i gorsze – ale średnia jakość nie powala – w większości brak tego „błysku”. Umiejętność składania zdań w tekst literacki jest chyba rzadsza niż przypuszczałem. Myślę o płukaniu złota – szlam, miska i godzin spędzone nad strumieniem w oczekiwaniu że wśród ciemnych drobin błyśnie żółty okruch szlachetnego kruszcu. A przecież trzeba.

Buty bez szwu...

Tak ma marginesie opowiadania "Bunt szewców" - kliknijcie sobie w link - grupa zapaleńców odtwarza zapomnianą technologię produkcji butów z jednego kawałka skóry. 

http://macaronitomato.natemat.pl/15619,lot-sikory-czyli-w-poszukiwaniu-swietego-graala

Stosik "do przeczytania"

Doczytałem „Demona Ruchu” Grabińskiego. Opowiadania w warstwie fabularnej nieco się zestarzały – ale nadal bronią się godnie – choć to już raczej fantastyka historyczna. Sukcesywnie obniżam stos książek „do przeczytania”.

Patrzę wstecz i stwierdzam że właściwie nigdy nie miałem wystarczającej ilości czasu na lekturę. W podstawówce czas kradła mi na potęgę szkoła. Wtedy jednak czytałem chyba najwięcej. Z drugiej strony często wracałem do ulubionych książek zamiast iść do przodu. Brakowało mi też rozpaczliwie wskazówek co warto czytać. Sam poszedłem kilkoma ciekawymi tropami poznając Nienackiego, Szklarskiego, Edigeya, Verna, potem Zajdla, Bułyczowa (że wymienię najważniejszych) – ale np. nie odkryłem prozy Aleksandra Grina – choć zachwyciło mnie jedno z jego opowiadań zamieszczone w miesięczniku literackim „Fikcje i fakty”. Do niektórych pozycji o których słyszałem po prostu nie miałem dostępu. Innych nie miał mi kto wskazać.

Liceum było jedną czarną dziurą. Po przełomie w 1989-tym zaczęły się ukazywać tłumaczenie wielu niedostępnych wcześniej pozycji ale brakowało czasu by się w nie wgryźć, do tego brakowało pieniędzy by je kupować a wiecznie niedoinwestowane biblioteki w tym okresie ograniczały zakupy. W dodatku ogromną ilość czasu pochłaniała nauka pisania, to mozolne zaczernianie kolejnych stron zeszytów które zaprocentowało dopiero po latach. Na studiach też było kuso z czasem… I dziś też mam go mniej niż bym chciał i potrzebował. 20 książek czeka na przeczytanie (mniej więcej pół na pół naukowych i beletrystyki). Muszę znaleźć na to czas…