BLOG

wedrowycz banner1

Sharyń

Wojsławice podczas okupacji były jak na ówczesne warunki nieomal oazą spokoju. Po wsiach - AK, BCh i AL - spore siły partyzanckie pod bronią. Niemcy szczególnie nie dokuczali – w miasteczku posterunek zakładali sporadycznie. Z większych tragedii odnotować można pacyfikację wsi Olszanka, wysiedlenie Żydów i dwie lub trzy egzekucje schwytanych. A miejscowi Ukraińcy stanowiący 25-30% mieszkańców gminy zaczepki z Polakami nie szukali.

Na wschodzie - w Uchaniach była już trudniejsza sytuacja - bo stały punkt kontrolny niemiecki i trochę kwaterowało tych z SS-Hałyczyna. A im dalej na wschód i południe tym gorzej - jedni drugich tłukli a nocami na przemian płonęły gospodarstwa polskie i ukraińskie. W Hrubieszowskiem czy w okolicach Tomaszowa były problemy z UPA - regularnie od 1942 roku. W tej części Ziemi Chełmskiej mieszkało po wsiach tak do 30% Ukraińców - bywały też rodziny mieszane. Wiosek czysto ukraińskich albo czysto polskich prawie nie było - wszystko wymieszane. Narodowość gospodarzy po psach się poznawało - u Polaków pies był na łańcuchu przy budzie - żeby szczekał. U Ukraińców biegał luzem - przyuczony by w razie czego biec do pana... (nie zawsze - przeważnie) We wspomnieniach wojsławickich partyzantów są informacje że prowadzono posterunki regularne obserwacje ze wzgórz na południu gminy - w stronę Grabowca - czy nie nadciąga jakieś zagrożenie.   

Na zachód - już inaczej - bo Bończa to była ostatnia wieś w której stała cerkiew - potem dopiero w Krasnymstawie trochę prawosławnych i unitów. Zasięg języka ukraińskiego historycznie sięgał po Krasnystaw właśnie. 

Na wschód i południowy wschód od naszej gminy działo się nieciekawie. Upowcy niejedną zbrodnię tam popełnili – do nas też się parę razy zapuścili (jest pomnik w Turowcu - kilkadziesiąt ofiar...)(moi dalecy krewni też). Nasza okolica to styk pagórów chełmskich i działów grabowieckich. Typowa wyżyna lessowa Lasy, zagajniki, wąwozy, pagórki - każda partyzantka czuła się tam jak ryba w wodzie. Każdy przysiółek można było swobodnie odwiedzić albo napaść z zaskoczenia - zależnie od intencji... I samotnych chat trochę było.

*  

W naszej okolicy (tj. w promieniu kilkunastu kilometrów) były dwie wsi ze znaczną przewagą ludności ukraińskiej – Wierzchowiny (na północ od Wojsławic) i Sahryń (na południe od Hrubieszowa). Obie zostały spalone a mieszkańców wybito niemal do nogi. O Wierzchowinach już pisałem. Sprawa z nimi jest zagmatwana i wymaga dalszych badań – włącznie z konieczną ekshumacją ofiar. Oficjalnie mieszkańców – ponad 100 osób wymordował oddział NZS Pazderskiego (ps. „szary”) istnieje jednak dobrze udokumentowana hipoteza że była to robota KBW.

W Sahryniu sytuacja jest jasna – w marcu 1944 wieś zrównała z ziemią i mieszkańców wymordowała AK. Sahryń na cel ataku wybrano nieprzypadkowo - wedle informacji wywiadu dla Ukraińców osada ta stanowiła punkt z którego dało się kontrolować sytuację na ziemi Hrubieszowskiej. Były "koszary" UPA na wypadek mobilizacji większych sił - po ataku w kilku stodołach znaleziono przygotowane piętrowe prycze dla 150-200 ludzi. Odpowiada to sile trzech sotni (stonia to teoretycznie 100 ludzi ale z reguły nie miały pełnego składu). Wywiad AK miał informacje o przemieszczaniu się oddziałów UPA wycofujących się na zachód w ucieczce przed zbliżającym się frontem. Spodziewano się powtórki wydarzeń z Wołynia.

Uderzono na wieś ogromnymi jak na ówczesne warunki siłami - partyzanci zostali zmobilizowani z kilku gmin łącznie około 500 ludzi - spodziewano się umocnień i zaciętej bitwy ze znacznymi siłami UPA. Plan strategiczny prosty - pośle się do piachu kilkuset upowców - co pozwoli odzyskać kontrolę nad Hrubieszowem i okolicą – oraz pokaże się Ukraińcom że na zachód od Bugu nie mają czego szukać. Tylko że upowców nie zastano - pewnie byli na kwaterach na wschodzie albo w okolicach Tomaszowa Lubelskiego.

Opór stawiło około 60-70 ludzi – miejscowa samoobrona (podległa UPA), posterunek ukraińskiej policji, oraz grupa dezerterów z SS. Partyzancie nie brali jeńców – każdy schwytany z bronią w ręku był zabijany na miejscu. Strzelano też do cywilów w tym kobiet i dzieci. Po zdławieniu oporu wysadzono podziemne bunkry, oraz spalono zabudowania.

Łącznie liczbę ofiar szacuje się na 260-400 (ukraińskie źródła podają nawet 600-800). Można groby rozkopać i policzyć dokładnie. Tylko po co naruszać spokój zmarłych?

Jak to widzę:

Po pierwsze - w takiej partyzanckiej wojnie trudno powiedzieć kto cywil a kto nie... Mój dziadek w konspiracji nie był - ale woził do lasu i jedzenie dla Żydów i kartofle dla partyzantów i jak karabin trzeba było naprawić każdy w okolicy wiedział że jest rusznikarzem... Ergo: i był cywilem i zarazem nie był. I przecież wiedział kto jest partyzantem a kto nie. 

Nasz obraz partyzantki ukształtowały filmy – dzielni chłopcy z lasu, ziemlanki na polanach… Rzeczywistość była trochę inna. N naszym terenie partyzanci udawali spokojnych rolników. Gdy przychodził czas akcji wyciągali ze skrytek karabiny i szli nocą na akcję by rano znów udawać spokojnych rolników. 

W Sahryniu polska partyzantka najwidoczniej uznała że „wieś jest upowska” rozróżnić kto upowiec a kto nie się nie da – trzeba zabijać jak leci. Wojna… W oddziałach byli ludzie którzy stracili domy i rodziny. Byli uciekinierzy w Wołynia. Wielu atak na Sahryn potraktowało jako okazję do zemsty za osobiste krzywdy…

*

Brudna chłopska wojna toczona przez dwa bratnie narody nie przyniosła nikomu chluby. Korzyści mieli z niej wyłącznie niemcy i sowieci. Dochodzi tu do głosu stara rzymska zasada: „divide et imperia” – „dziel i rządź” póki niewolnicy biją się między sobą panowie mają spokój… Ludzie w hrubieszowskiem zabijali się nawzajem zamiast wspólnie tłuc niemców a potem Ruskich. Zabijali się z różnych powodów. Czasem odwetowo, czasem sąsiad do sąsiada miał o coś pretensje. Czasem wieś do wsi. Były spory o lasy, pastwiska etc. To że niektórzy mieszkańcy okolic byli innej religii i mówili innym językiem spowodowało jedynie eskalację konfliktu i ułatwiło wybuch - po prostu łatwiej było ustalić kto "nasz" a kto "wróg" rozciągnąć odpowiedzialność na pewną zbiorowość. 

Stawianie znaku równości między zbrodnią wołyńską a podobnymi akcjami odwetowymi nie ma moim zdaniem sensu. Zabijali jedni i drudzy. Tylko że jak policzymy jednych i drugich wychodzi że przy porównywalnych siłach konspiracji polskich cywili wedle najostrożniejszych szacunków zginęło dziesięciokrotnie więcej. To pokazuje różnicę podejścia, różnicę w sposobie prowadzenia wojny.

Moim zdaniem - nie ma sensu grzebać w tych sprawach. Za późno. Ścigać kogokolwiek można było 25 lat temu. Dziś? Kogo znajdziemy? kilku dziadków po sto lat? (jak w 1942 miał 16 to dziś 92) ci którzy decydowali i wydawali rozkazy byli starsi... Sprawcy którzy nie wpadli w łapy NKWD i UB już nie żyją. Ofiarom życia nie wróci - można co najwyżej zadbać o pamięć - postawić pomniki. Możemy się licytować szczegółami, drastycznością zbrodni etc. Po co? Tak było i tego nie zmienimy. My urodziliśmy się dziesiątki lat później. Nas te sprawy dotyczą już w minimalnym stopniu. Gdzieś tam tkwią w głowie - nadal trują - ale nie tak jak zatruły myśli księdza Zaleskiego... 

Trzeba w sposób konkretny i czytelny napiętnować zbrodnie. Pokazać i uświadomić ludziom zło. Pokazać tamte ponure czasy i dokonane wówczas złe wybory. Żeby się to więcej nie powtórzyło. Zwykli ludzie się dogadują. W Polsce pracuje 800 tyś Ukraińców. Nie sprawiają kłopotów. Z reguły postrzegani są jako odpowiedzialni i wartościowi pracownicy. Jest to ogromna zmiana w porównaniu z latami 90-tymi. Nie obawiamy się też ich masowej migracji – widać wyraźnie że oni tu nie zostaną. Część pojedzie dalej na zachód, cześć wróci do domów.

Politycy próbują coś z tego sporu mieć. Ale moim zdaniem politycznie nic się na tym nie ugra. Na konflikcie polsko-ukraińskim wygra tylko rosja...

O Alfredzie Szklarskim

Tu jest link do ciekawego filmu o Nim:

https://www.youtube.com/watch?v=0DtoMsWMoVc 

Czytałem też wywiad-rzekę w "ekspresie reporterów" - było kiedyś takie pismo. Niestety brak dobrej biografi tego pisarza. 

Zastanawiają mnie kwestie - dlaczego pisał do nazistowskich gadzinówek. Co tam popisał skoro po wojnie wlepili mu aż 5 lat więzienia i jak to było że potem mu odpuścili i pozwolili pisać dla młodzieży.  

o reserchu

Zasadniczo najlepiej mieć jakieś zainteresowania - w miarę możliwości ciekawe i nietuzinkowe ale na tyle normalne by w razie czego ludzie zechcieli o tym poczytać. Potem wystarczy bazując na nich snuć ciekawe opowieści. 

napisałem "Raport z północy" - książkę w której zawarłem swoje ponad 30-letnie zainteresowania historią, nauką i kulturą Skandynawii. W zasadzie wiedziałem wszystko co w niej zawarłem - bo mnie to kręciło i przez te wszystkie lata z jednej strony grzebałem by doczytać o miejscach które odwiedziłem, z drugiej w kilka miejsc pojechałem - bo wcześniej o nich coś wygrzebałem. 

Research do tej pozycji to było głównie sprawdzanie w skandynawskich wikipediach dat, pisowni nazwisk, dat publikacji konkretnych książek. Wiedziałem że na plebani w Nas ok 70 lat przed Astrid Lindgren mieszkała inna pisarka - to sprawdziłem kim była co napisała... Wiedziałem że szwagier Astrid też był pisarzem - to poczytałem coś o nim. Nadrobiłem braki - żeby obraz był pełniejszy czytałem dzienniki i listy pisarki. 
Czytając biografię Tove Jansson trafiłem na odnośnik do twórczości J.Bauera. Poszedłem za ciosem i znalazłem historię z parowcem wydobytym z dna. 

Z kolei podczas pisania rozdziału o Gangu Olsena nie tylko obejrzałem sobie raz jeszcze 14-tą część ale szukałem też artykułów wspomnieniowych po duńsku i niemiecku. Wcześniej wiedziałem że to byli nieprzeciętni kolesie - teraz jechałem po nazwiskach szukając ciekawostek nie tylko o trzech głównych bohaterach.

Zawsze kręciło mnie Bergen w 2013-tym odwiedziłem wreszcie Muzea Uniwersyteckie - doczytałem o badaniach Nansena prowadzonych w tym miejscu - szukałem związków między Hansenem i Nansenem. Znalazłem. Przy okazji grzebnąłem głębiej - kto zakładał te muzea i ujrzałem kolejne znajome nazwisko. A odpryskowo wspominana była anegdota o kuriozalnym pogrzebie Daniela Danielsena. Była jak wisienka na torcie do tego rozdziału.

Ergo: wiedziałem gdzie grzebać. Znałem ogólnie pewne zagadnienia, musiałem je sobie uszczegółowić, także dla własnej radochy, a podczas rycia obok trufli czasem trafiał się okruch złota...

Do Radka...

Do Radka:

Może nie da się wyłapać wszystkiego – ale:

Po pierwsze: admin serwera ma chyba dostęp do tego co się u niego dzieje?  

Po drugie: można chyba robić regularnie wyrywkowe kontrole treści.

Po trzecie: dostęp do takich treści może być przez linki ale bardziej prawdopodobne jest wyszukiwanie ich przez zainteresowanych za pomocą wyszukiwarek. Admin serwera nie może przeczesać własnego w ten sposób? 

Po czwarte: ktoś za miejsce na serwerze płaci – w razie wyłapania treści np. pedofilskich można iść za tym tropem.  To robota dla organów ścigania – ale doraźnie można stworzyć czarną listę podmiotów nie obsługiwanych.  

*

Powiem tak: internet jest tak nieprawdopodobnie zalany falami wszelakiego gówna że warto by coś zacząć z tym robić. 

Zadanie dla feministek?

Na warszawskiej Białołęce istniał  kiedyś dom samotnej matki „Bajka”. Zajmował 6 zaadaptowanych baraków. W 2009 roku władze ośrodek wyburzyły. Powód? Pojawiły się roszczenia do gruntu. (to ciekawe bo to chyba jedyny znany przypadek gdy władza stołeczna wyburzała cokolwiek aby oddać ziemię!).  Pensjonariuszki zlikwidowanego ośrodka zajęły wówczas stojącą opodal ruinę nigdy nie wykończonego bloku, jakoś tam doraźnie wyremontowały i sobie mieszkają. Mieszkają nielegalnie. Sam budynek przeznaczony jest do wyburzenia (władza dopatrzyła się ze to samowola budowlana). Mieszkanki składały wnioski by miasto im ten obiekt wydzierżawiło – ale propozycje ugody władza odrzuca.

W oderwaniu od mas...

Z okazji 8 marca w Warszawie manifestowały feministki i lesbijki. Żądania – wciąż te same – aborcja, bliżej niesprecyzowane prawa kobiet, kolejny raz sprofanowano znak Polski walczącej. Łącznie „siostrzyce” zdołały skrzyknąć zaledwie ok. 2 tyś uczestników – z czego dedukuję że poparcie systematycznie im spada. Hasła na transparentach rozmaite „Aborcja nie policja” (eee…!?) „Aborcja jest Eko”, „Praca seksualna to praca” (czyżby związek zawodowy prostytutek?), „Każda władza nam przeszkadza”, „Lubię moją cipkę”. Była grupka gejów – nieśli transparent „Pedały z kobietami”. „solidarne z uchodźcami”. Tradycyjnie atakowano kościół i wyszydzano religię. Byłby to wszystko bardzo zabawne gdyby nie fakt że to wszystko jest na poważnie… 

                Zabrakło tego co ważne, tego co naprawdę poprawiło by kobietom komfort życia, rodzenia i wychowywania dzieci. Nie było nawet haseł typowo socjalnych – z czego dedukuję ze feministki to głównie dziunie z bogatych domów żyjące i innej rzeczywistości finansowej niż te w imieniu których „walczą”, nie znające i nie rozumiejące problemów zwykłych kobiet. 

 *

Marzec'68

Prezydent Andrzej Duda przemawiając z okazji rocznicy Marca’68 przeprosił „wypędzonych” wówczas z Polski Żydów.

Po pierwsze – uważam za kompletną bzdurę by prezydent WOLNEJ POLSKI przepraszał kogokolwiek za represje doznane w PRL. Jeśli ktoś ma przepraszać – to komuchy które wtedy rządziły ewentualnie ich sowieccy mocodawcy.

Po drugie – nie życzę sobie zakłamywania historii. Wydarzenia marcowe dotknęły przede wszystkim środowisk studenckich i inteligencji w mniejszym stopniu środowisk robotniczych. To studentów bito, masowo usuwano z uczelni i wcielano do wojska. To naukowców wyrzucano z pracy. Tylko nieliczny odsetek z nich miał żydowskie pochodzenie. Bunt inteligencji był dla władzy jedynie wygodnym pretekstem do załatwienia własnych porachunków.     

Po trzecie – nagonka antyżydowska zaczęła się grubo wcześniej – już na pocz. Lat 60-tych i trwała jeszcze długo po Marcu. Była to zwykła walka frakcyjna w łonie PZPR w której poszkodowana została jedna z sitw. Przyjrzyjmy się też konkretnym osobom które wyjechały a znajdziemy na tej liście rzeszę komunistycznych zbrodniarzy, ubeckich oprawców etc.  Ich też mamy przepraszać? Skopał ich ustrój który sami zbudowali łamiąc kości i rozwalając czaszki polskim patriotom.

(normalnym żydom oberwało się przy okazji - ale tak to już jest za łajdactwa żydowskiego lichiwarza czy fabrykanta ciepieli szewc i krawiec...) 

Po czwarte - nie negując poczucie krzywdy i represyjnego charaktertu wymuszonej emigracji - przypominam że opuszczający Polskę udawali się do USA, Izraela i krajów Europy Zachodniej. Wszędzie gdzie dotarli otrzymali azyl a po kilku latach obywatelstwo. Stali się wolnymi obywatelami wolnego świata. Opuszczali zaś kraj zrujnowany o rozpaczliwie niskiej stopie życiowej… W tym samym czasie miliony Polaków nie mogły nawet marzyć o paszporcie. Za próbę nielegalnego przekroczenia granicy groziło wieloletnie więzienie. Rodziny uciekinierów były represjonowane…

Pierwsze 10 książek

I jeszcze jeden wyimek:

***********************************************************************************************************************************************

Miałem to przy pisaniu samochodzika. Termin goni trzeba siadać do roboty. Nie idzie. I ta świadomość przede mną - 200 stron znorn. (circa 400 k znaków do wklepania). a potem ulga - zrobiłem to już 10 razy i dałem radę. No to zrobię po raz jedenasty. Dziesięć czy jedenaście to żadna różnica. 

Bo czym ten dzień różni się od tamtych? co najwyżej tym że dziś wprawy mam ciut więcej.

Kazali napisać książkę to napiszę. Trzeba oddać za trzy tygodnie bo jeden z autorów nawalił i jest obsów - to będzie za trzy tygodnie. może być w dwa tygodnie - ale to będzie siedzenie po 12-14 godzin dziennie - musicie coś dorzucić ekstra. Ślusarz narzędziowy ratuje plan kwartalny...

Myślę że doświadczenie przy każdego rodzaju pracy budzi w człowieku swoistą pewność siebie (nie mylić z nonszalancją!). Każą to się napisze i tyle. Pierwsze książki to przeżycie, emocje - mimo drobnych niedoskonałości. Najpierw wrażenie szaleńczego porwania się z motyką na słońce. człowiek myśli "Pisarze to Chmielewska, Łysiak, Szklarski, Wernic. Gdzie ja się pcham. To nie jest moje miejsce". Później idzie lżej. Piszemy, czytamy, redakcja autorska nadajemy szlif - stwierdzamy: dobra. Może lepsza od poprzedniej. Na pewno nie gorsza. No to filiżanka kawy i piszemy następną. I nagle człowiek widzi że jest dla niego krzesło - gdzieś przy końcu stołu... 

Myślę że ta pierwsza dziesiątka to granica za którą człowiek czuje się już spokojnym profesjonalistą "oświeconym i zjednoczonym ze wszechświatem". Zyskuje świadomość swoich ograniczeń, wie komu nie podskoczy pewnie nigdy, a komu podskoczy za 5 lat, ale konieczność wklepania kolejnych 500 k znaków przestaje być ograniczeniem. 

*

Kryterium 300 godzin - by umieć wykonywać daną robotę dobrze. 
(kasa w biedronce...)


Kryterium 10 tysięcy godzin - by osiągnąć poziom majstra. 
(tyle trzeba wtopić by nauczyć się dobrze grać na skrzypcach).
 

Reszta życia by zostać mistrzem. Lub nie. 

Fachowość i płynąca z niej pewność siebie. 
Tego musicie nabyć. 

*

Słoń jest kilkadziesiąt razy silniejszy od człowieka i ma masę rzędu 4 ton. W ruchu nie da zatrzymać. To jak próbować zatrzymać czołg. Pocisk nitro expres jest w stanie powalić słonia - ale nawet precyzyjnie trafiony nie zatrzyma się tak zupełnie w miejscu.

W ZOO Boras (Szwecja) młody pracownik słoniarni był uzbrojony w elektryczny ankuz z ładunkiem zdolnym w razie czego oszołomić słonia. (coś tam milion wolt i wysoki amperaż)(trasery używane na ludzi mają bodaj 200 tyś volt). Facet lubił te zwierzaki ale raczej unikał wchodzenia na wybieg. 

Mój Ojciec stary wyjadacz w warszawskim ZOO zaganiał słonie a potem hipopotamy uzbrojony miotłę 

Taka różnica

Pierwsza książka to Wasz pierwszy dzień na słoniarni. 

Te bydlaki są DUŻE. Ruszają się. 
Czujecie że przydałby się wam ktoś z rusznicą przeciwpancerną jako ubezpieczenie. 

Potem stwierdzacie że w sumie może wystarczy ankuz walący milionem wolt.
Bo w Szwecji takie noszą. Rąbniemy słonia trąbę jelektryką, on odskoczy w tył a my w drugą stronę i chodu...
Może nie dogoni... 

Przyjdzie dzień gdy zrozumiecie że TO już jest w was. 
 

Że w sumie i gołymi rękami można. Że potrzebna Wam tylko brzozowa miotła jako zewnętrzny atrybut wewnętrznej siły.

*

Wydaje mi się że ta granica to 10 książek. Może dla kogoś mniej. Może dla kogoś więcej.

 

O Resrerchu

Wyimek z dyskusji na Weryfikatorum.

**************************************************************************************************************************************

Powiedzmy tak: 

Żeby dobrze pisać - pewnych rzeczy należy doświadczyć. I poprowadzić samochód i przespać noc w szałasie i stanąć za sterem jachtu. 
By dobrze opisać miejsce - nawet jak opis jest dość zdawkowy - warto to miejsce zobaczyć. Na zdjęciach, na filmach, a najlepiej osobiście. 
Sprawić by punkt na mapie stał się czymś bardziej realnym. 

Warto czytać stare gazety i to od A do Z - z ogłoszeniami drobnymi i komunikatami urzędowymi włącznie. To dużo mówi o tamtych ludziach. Warto oglądać zdjęcia i obrazy z lupą w ręce. notować w pamięci detale które wrzucone w tekst nadają potem polor autentyzmu. Warto czytać pamiętniki z epoki a jeszcze lepiej dzienniki ludzi. Takie pisane na gorąco dzień po dniu. 

Są cenniejsze poznawczo - bo wspomnienia spisane po wojnie przechodzą przez pewien filtr - ludzie opisują to co było ważne, to co dało skutki w przyszłości. Pomijają "duperelki", wreszcie zapominają - wydarzenia ważniejsze wypierają te mniej ważne... 

Pisząc "Wielbłądzie masło" korzystałem z wiedzy która miałem z dzienników wojennych Zenona Waśniewskiego - malarza z Chełma. Notował nie tylko niemieckie zarządzenia ale też np zasłyszane w kolejkach i przez radio plotki. 

Pisząc z kolei drugie opowiadanie okupacyjne "Wilcze leżę" wykorzystałem wspomnienia p.Zofi Joszt - które przygotowywałem do druku. wziąłem z nich informację że w czasie okupacji ludzie wywoływali duchy by pytać kiedy skończy się wojna, oraz okupacyjny sposób picia kawy. 

Sam pomysł ukrywania się w norze wykopanej w lesie tez jest autentyczny - dokładnie to robili wojsławiccy Żydzi - w okolicznych debrach mieli lepiej gorzej zamaskowane kryjówki. Grupa mieszkańców nosiła im jedzenie. Niektórzy dotrwali do końca wojny. Tropiący uciekinierów leśniczy-kanalia też jest inspirowany takim jednym szkopskim sługusem.

Ogólnie rzecz biorąc oba teksty mają bardzo ciężki i duszny wojenny klimat - ale różnych wspomnień okupacyjnych naczytałem się sporo.

Added in 17 minutes 6 seconds:
Odnośnie detali - archeologia jest nauką w której oglądając rzecz wydobytą z ziemi zadajemy sobie pytania: co to jest, do czego służyło, jak się tego używało, dlaczego wykonane jest tak a nie inaczej. 

W jednym z opowiadań o Robercie Stormie (bodaj "Szewc z Lichtenrade") bohater posługuje się neolitycznym krzemiennym nożykiem. Opisałem po prostu taki nożyk który osobiście znalazłem na boisku przy osiedlu "Złocień" w Krakowie. 

 http://pilipiuk.com/index.php/galeria/rone (druga fotka)

do opowiadania "Wujaszek Igor" czytałem podręczniki kolejarskie z lat 50-tych. Nie miałem dostępu do parowozu, ale analizowałem schematy, zdjęcia, doczytałem że wokół kotła są zworki, że lokomotywa ma piaskarkę, dowiedziałem się co może się zepsuć, jak to naprawić i na czym polega ruszanie na cudzej parze. 

w opowiadaniu "2586 kroków" (napisane jesienią 1999) wykorzystałem fakt że zwiedziłem muzeum trąd w Bergen urządzone w dawnym leprozorium. widziałem pokoiki chorych, kuchnię, pomieszczenia na piętrze (chyba dla personelu), widziałem sprzęt którym dysponował Gerhard Armauer Hansen - w tym mikroskop którego użył do odkrycia bakterii. Do tego po powrocie do kraju duuuużo odczytałem. I podręczniki chorób tropikalnych i coś z historii medycyny i wspomnienia zakonnika który to draństwo złapał... 

dzięki temu mogłem opisać i próby stosowania kompletnie dzikich kuracji (chininowo arszenikowa...) i test pilokarpinowy.

W kontynuacji - opowiadanie "Reputacja" (eee? 2014 chyba) miałem już znacznie lepsze korzystałem z google-tłumacza by poczytać trochę norweskich artykułów naukowych, sprawdzałem sobie na zdjęciach z archiwum uniwersytetu czy stały już konkretne budynki, dogrzebałem się informacji czy do miasta docierała już linia kolejowa i linia telefoniczna... 

Ogrom pracy której 90% czytelników nie dostrzeże.

Added in 19 seconds:
Odnośnie detali - archeologia jest nauką w której oglądając rzecz wydobytą z ziemi zadajemy sobie pytania: co to jest, do czego służyło, jak się tego używało, dlaczego wykonane jest tak a nie inaczej. 

W jednym z opowiadań o Robercie Stormie (bodaj "Szewc z Lichtenrade") bohater posługuje się neolitycznym krzemiennym nożykiem. Opisałem po prostu taki nożyk który osobiście znalazłem na boisku przy osiedlu "Złoceń" w Krakowie. 

do opowiadania "Wujaszek Igor" czytałem podręczniki kolejarskie z lat 50-tych. Nie miałem dostępu do parowozu, ale analizowałem schematy, zdjęcia, doczytałem że wokół kotła są zworki, że lokomotywa ma piaskarkę, dowiedziałem się co może się zepsuć, jak to naprawić i na czym polega ruszanie nie cudzej parze. 

w opowiadaniu "2586 kroków" (napisane jesienią 1999) wykorzystałem fakt że zwiedziłem muzeum trąd w Bergen urządzone w dawnym leprozorium. widziałem pokoiki chorych, kuchnię, pomieszczenia na piętrze (chyba dla personelu), widziałem sprzęt którym dysponował Gerhard Armauer Hansen - w tym mikroskop którego użył do odkrycia bakterii. Do tego po powrocie do kraju duuuużo odczytałem. I podręczniki chorób tropikalnych i coś z historii medycyny i wspomnienia zakonnika który to draństwo złapał... 

dzięki temu mogłem opisać i próby stosowania kompletnie dzikich kuracji (chininowo arszenikowa...) i test pilokarpinowy.

W kontynuacji - opowiadanie "Reputacja" (eee? 2014 chyba) miałem już znacznie lepsze korzystałem z google-tłumacza by poczytać trochę norweskich artykułów naukowych, sprawdzałem sobie na zdjęciach z archiwum uniwersytetu czy stały już konkretne budynki, dogrzebałem się informacji czy do miasta docierała już linia kolejowa i linia telefoniczna... 

Ogrom pracy której 90% czytelników nie dostrzeże.

O bezwolności

Zastanawia mnie problem internetu. Przestępczość w sieci to temat rzeka. Fabryki trolli, serwery z pirackimi plikami, infekowanie komputerów wirusami, fałszywe strony banków i lipne sklepy internetowe umożliwiające kradzież pieniędzy z kont i kart kredytowych. W necie można kupić narkotyki, broń, uzyskać instrukcje budowy bomb. Zboczeńcy różnych orientacji posiadają własne serwisy z wykupionymi domenami, gdzie udostępniają za darmo lub odpłatnie wszelkie odmiany pornografii – w tym najbardziej zwyrodniałej. To wszystko jest do znalezienia w kilka minut w „oficjalnej” części sieci. Do tego dochodzą zamknięte grupy dyskusyjne, wymiana plików bezpośrednio pomiędzy komputerami etc.

Przecież to wszystko dało by się stosukowo łatwo wyczyścić. Wystarczy wprowadzić zasadę choćby minimalnej odpowiedzialności właścicieli serwerów i serwisów za zamieszczane na nich treści stricte nielegalne. Nie pilnujesz co się dzieje na twoim podwórku – to bulisz, albo idziesz siedzieć. Dlaczego nikt tego nie robi? 

Co mi to przypomina? Działania naszej policji i służb. Ileż to razy po aresztowaniu bandyty lub terrorysty dowiadujemy się że "był znany organom ścigania". Był znany... Zatem wiedzieliście że to bandzior. I co? I nic...