Oko Jelenia, Tom III - Drewniana Twierdzadrewniana twierdza

 

Nie odkryję Ameryki stwierdzeniem, że im większy i cięższy pociąg, tym się dłużej rozpędza, ale kiedy już osiągnie właściwą prędkość – siła jego pędu jest olbrzymia. Taką maszynę niełatwo jest wtedy zatrzymać. Czytając pierwsze dwa tomy Oka Jelenia, miałem wrażenie, że akcja powoli i dość ociężale nabiera prędkości. To nasunęło mi porównanie do pociągu. Kiedy w łapy trafił mi tom trzeci, okazało się, iż całkiem słusznie.

Bohaterów zastajemy w tej samej, niezmiernie trudnej sytuacji, w jakiej rozstaliśmy się z nimi na końcu Srebrnej Łani – Hela i Staszek marzną pośród śniegów gdzieś w górach Norwegii, liżąc rany po walce z wilkami, a Marek leży ze strzaskaną głową w domu hanzeatyckiego kupca w Bergen. Jednakże już po paru stronach okazuje się, że wcale nie było tak źle, bo prawdziwe problemy dopiero teraz się zaczynają. Wszystko, co do tej pory wiedzieliśmy okazuje się być tylko czubkiem góry lodowej, a cała historia ma jeszcze drugie – a może nawet i trzecie – dno.

Co mam na myśli? Nie zdradzę, aby nie psuć Ci, drogi Czytelniku, niespodzianki. Powiem tylko, że na scenie pojawia się siła, która przewyższa wszystko, co do tej pory bohaterowie spotkali, wykonując swą misję w szesnastowiecznej Norwegii. Siłę potężną i bezwzględną. I w dodatku bynajmniej niemającą wobec nich przyjaznych zamiarów.

Wir akcji wciąga postaci i czytelnika z zawrotną szybkością w coraz to gorsze kłopoty i za każdym razem, kiedy wydaje się nam, że trafiliśmy do matni, okazuje się, iż… może być jeszcze gorzej. Choć oczywiście fabuła nie składa się z jednego pasma upokorzeń – są też chwile wytchnienia, które pozwalają złapać oddech przed kolejnym ciosem (na przykład Marek spotyka kobietę, w której się zakochuje). Pod tym względem Autor bardzo dobrze zachował równowagę, co sprawia, że od książki naprawdę trudno jest się oderwać.

Podobnie, jak w poprzednich tomach, mocną stroną Drewnianej Twierdzy jest jej klimat. Tym razem wprawdzie opisów mających wprowadzić nas w świat średniowiecznej Norwegii było znacznie mniej (aczkolwiek były bardzo udane), ale jest to raczej plus tej książki – kto czytał poprzednie dwa tomy i tak jest już w ten klimat wprowadzony, a kto nie czytał… cóż, niech przeczyta.

Na pochwałę zasługuje też kreacja postaci, rozwój ich charakterów. Ci ludzie żyją, przeżywają swoje wzloty i upadki, miewają humory i słabości – to wszystko pozwala nam się z nimi utożsamiać i przeżywać ich emocje.

Cechą charakterystyczną twórczości Andrzeja Pilipiuka są częste autorefleksje i przemyślenia bohaterów – zresztą bardzo trafne – na różne tematy. Zachęcają one również czytelnika do zastanowienia się nad sobą, nad rzeczywistością. Przyznam się, że miałem momenty, w których przerywałem lekturę i przez parę minut dumałem nad różnymi kwestiami. Oczywiście bywały też chwile (i to całkiem często), kiedy – ku przerażeniu współpasażerów w pociągu – wybuchałem nad książką radosnym rechotem. Wszak nic w tym dziwnego – poczucie humoru Andrzeja Pilipiuka jest nam znane nie od dziś.

Pora na kilka słów krytyki. To, co pierwsze rzuciło mi się w oczy, to napis z tyłu książki. Państwo z Fabryki Słów – wybaczcie – ale której części stwierdzenia „nie pasuje” nie rozumiecie? Pisałem o tym już dwukrotnie i powtórzę jeszcze raz: ten napis NIE PASUJE do klimatu książki! Zwłaszcza rażący jest fragment o biurze podróży Pilipiuk Travel. Po drugie, udało mi się wyłapać pewne nieścisłości popełnione przez autora, które umknęły uwadze redakcji. Jest ich zaledwie kilka, ale jednak są i jak się ktoś uprze, to będzie w stanie je wypatrzyć. Wiem, czepiam się…, lecz w końcu od tego tu jestem.

Na pocieszenie powiem, iż wydanie jest naprawdę solidne i po prostu ładne, czyli takie, jakie być powinno. Okładka (wyjąwszy napis z tyłu), zdobienia i ilustracje dobrze współgrają z atmosferą treści. Autora ilustracji jednakże chciałbym tutaj upomnieć, że szpinet wygląda ciut inaczej, niż narysował.

Podsumowując, Drewnianą Twierdzę oceniam wyżej, niż dwa poprzednie tomy, bowiem – mimo gorszego „doszlifowania” ostatecznych jej rysów – jest książką o znacznie żywszej akcji i jeszcze bardziej wciągającą. Wielopłaszczyznowość i zawirowania fabuły to właśnie to, czego brakowało Drodze do Nidarosi Srebrnej Łani z Visby. Saga się rozwija, a to bardzo dobrze – miejmy nadzieję, że każdy kolejny tom będzie coraz bardziej porywający. Przy tej tendencji wzrostowej tom siódmy (bo zapowiada się na siedmioksiąg) będzie istnym majstersztykiem. Prawdziwego mężczyznę wszak poznaje się po tym, jak kończy, a nie jak zaczyna. Dlatego życzę autorowi, sobie i – przede wszystkim – Tobie, drogi Czytelniku, aby kolejne tomy Oka Jelenia wprawiały nas w coraz większy zachwyt.

 

Autor: Oskar „woskar” Wachowski

Recenzja pochodzi z serwisu valkiria.net, przedruk za zgodą Autora