Oko Jelenia, Tom II - Srebrna Łania z Visbysrebrna lania

 

Kiedy ukazał się pierwszy tom Oka Jelenia większość osób niecierpliwie go wyczekujących musiała nieco zweryfikować swoje wyobrażenie o powstającej sadze hanzeatyckiej. Jedni (do których zaliczam się również ja) oczekiwali, że będzie to największe dzieło Andrzeja Pilipiuka, które stanie się zupełnie nową jakością w kręgu polskiej literatury fantastycznej. Inni liczyli na kolejne proste, lekkie i przyjemne czytadło w stylu Jakuba Wędrowycza. Ani jedni, ani tym bardziej drudzy nie mieli racji, bowiem zamiast historycznej powieści fantastycznej otrzymaliśmy… fantastyczną powieść historyczną. Wzbudziło to niemałe kontrowersje, jedni oceniali Drogę do Nidaros pozytywnie, inni – wprost przeciwnie. Jeśli sam wstęp do sagi (a takowym właśnie tom pierwszy był) zasłużył sobie na tak rozbieżne opinie, to ciekawe, jak będzie z resztą siedmioksięgu…

Fabuła Srebrnej Łani z Visby zaczyna się dokładnie w tym punkcie, gdzie zostawiła nas część poprzednia. Peter Hansavritson ląduje w Nidaros (zwanym teraz Trondheim), a Marek i Staszek, uciekają z wykradzioną katu, nieprzytomną i w zasadzie nagą szlachcianeczką Helą. Nagle trafiają na tajemniczego jegomościa, który wyciąga ich z opresji. Przedstawia się on jako pan Nils, z zawodu introligator, choć - jak się okazuje – nie poprzestaje na tej działalności, lecz jest też członkiem enigmatycznego Bractwa Świętego Olafa. Tym samym nasi bohaterowie coraz bardziej się wplątują w konflikt między protestanckimi Duńczykami, a katolickimi Norwegami, pragnącymi odzyskać niepodległość. Ta sytuacja powoli zacieśnia się wokół nich, niczym pętla szubienicy na szyi skazańca.

Aby nie było zbyt łatwo – niedługo potem dowiadujemy się, iż życie Heli nie jest wcale takie bezpieczne, jak się do tej pory wydawało. Wprawdzie udało się ją wyrwać z rąk kata, ale zagraża jej nadal wróg, zapewne jeszcze groźniejszy, a na pewno bardziej podstępny. Ale jaki – nie zdradzę.

Całą sprawę już zupełnie komplikuje łasica Ina, która chce bohaterów zmusić do posłuszeństwa w wypełnianiu misji sposobem cokolwiek absurdalnym – poprzez tortury psychiczne i fizyczne. Z oczywistych względów przynoszą one marne efekty, a każde jej pojawienie się stawia ich w śmiertelnym zagrożeniu ze strony mieszkańców ówczesnej Norwegii. Trzeba bowiem wiedzieć, iż uznają oni łasicę za demona, a co się robi ze sługami demonów – powszechnie wiadomo.

Naprawdę ciekawie robi się, kiedy bohaterowie dostają polecenie rozdzielenia się i wyruszają w nieznane, każdy swoją drogą. A bynajmniej nie są to drogi pozbawione niebezpieczeństw…

Ogólnie rzecz ujmując, fabuła się rozkręca i powoli przyspiesza. W porównaniu do tomu pierwszego, w którym bieg wydarzeń zaczął się od potężnego szarpnięcia, ale potem rozpędzał się dość ślamazarnie, w Łaniakcja przybiera prędkość już całkiem zadowalającą. Chociaż nadal czujemy, że jeszcze nie osiągnęła pełni swoich możliwości. Porównać ją można do lokomotywy z wiersza Tuwima (jak mniemam, wszystkim doskonale znanego), która z początku jedzie powoli i ociężale, ale po chwili już pędzi tak, że nie sposób jej zatrzymać. Mam nadzieję, że przyszłe tomy potwierdzą to moje porównanie. A wszystko na to wskazuje.

Niewątpliwie wydarzenia, w których uczestniczą bohaterowie potrafią przykuć do książki na długie godziny. Mamy wrażenie, że wypadki porywają naszych podróżników w czasie (a nas z nimi) niczym wir – losy ich wplatają się w wydarzenia historyczne i nieubłaganie pędzą w nieznane. Wszystko to daje niepowtarzalny klimat, znany nam już z części pierwszej, wzmocniony wyważonymi – czy wręcz nieco surowymi (i słusznie) – opisami. Autor świetnie oddał w ten sposób twardą i siermiężną rzeczywistość tamtych czasów, nie zanudzając nas przy tym ani na chwilę.

Pochwalić muszę sposób, w jaki zostały przedstawione postaci. Każda z nich ma swój niepowtarzalny, a przy tym bardzo naturalny charakter – sprawiają wrażenie żywych osób. Z jednej strony nie są to przeciętniaki, z drugiej – nie ma w nich jakiejś sztucznej heroiczności. W dodatku w miarę rozwoju fabuły coraz bardziej pogłębia się nasze poznanie ich osobowości, które także ewoluują. Szczególnie przypadła mi do gustu postać Heli oraz jej alter ego – Żydówki Estery. Im bardziej je poznajemy i więcej o nich wiemy, tym więcej pytań się nam nasuwa. Przemyślenia i życie wewnętrzne bohaterów stanowi tu dosyć istotny element powieści, będąc przy tym okraszone wieloma ciekawymi konkluzjami autora odnośnie psychologii i antropologii.

Andrzej Pilipiuk nie byłby sobą, gdyby nie wplótł w swoje dzieło mnóstwa ciekawych informacji z różnych dziedzin. Tak więc przy okazji czytania mamy okazję podszkolić się nieco z zakresu historii, biologii, techniki itd. Co więcej, poprzez zestawienie niektórych faktów historycznych w całość, autor dochodzi do interesujących – czasem wręcz zaskakujących – wniosków. Zaserwowane przez niego teorie być może są tylko spekulacjami, ale – szczerze powiedziawszy – brzmią bardzo prawdopodobnie, więc mogą jednak okazać się prawdą.

Co do samego wydania – nikogo zapewne nie zaskoczę, kiedy powiem, że Fabryka Słów znowu pokazała klasę i zadbała o wizualne wrażenia czytelników. Okładka prezentuje się bardzo ładnie, zdobione i barwione strony wpasowują się w atmosferę powieści, a naprawdę niebrzydkie ilustracje dopełniają całości (choć przyznam się, że inaczej sobie wyobrażałem bohaterów). Niestety zgrzytem, na który już w poprzedniej recenzji zwracałem uwagę, jest opis z tyłu książki. Pasuje on stylem do powieści niczym pięść do oka (bynajmniej nie jelenia). W tekście zauważyłem też parę drobnych błędów, które wymknęły się redakcji. Nie rzucają się one wprawdzie w oczy, ale jednak da się je zauważyć.

Reasumując – mamy oto książkę będącą bezpośrednim przedłużeniem tomu pierwszego, a przy tym sporo od niego ciekawszą. Akcja, choć jeszcze nie rozpędzona w pełni, już nabiera atrakcyjnych kształtów i naprawdę wciąga. Powieść trochę przypomina stylem dzieła Juliusza Verne’a, nadto jest mocno osadzona w realiach szesnastowiecznej Norwegii oraz przyprawiona charakterystycznym dla Andrzeja Pilipiuka poczuciem humoru, pomysłowością i pikanterią tajemnicy. Srebrną Łanię oceniam zatem jako pozycję bardzo dobrą i na pewno godną polecenia, aczkolwiek nie wybitną. Z niecierpliwością też oczekuję kolejnych tomów, które dadzą nam odpowiedzi na wiele pytań – między innymi dowiemy się, kim jest tajemniczy Kozak Maksym i jaki jest jego związek z resztą fabuły. Ale o tym przeczytamy już w tomie trzecim pt. Drewniana Twierdza, który ukazał się w zeszły piątek.

 

Autor: Oskar „woskar” Wachowski
Recenzja pochodzi z serwisu valkiria.net przedruk za zgodą Autora