Rzemiosło

Andrzej Pilipiuk

Rzemiosło.

Pisanie to rzemiosło. Zasadniczo nie różni się niczym od garncarstwa, ciesielstwa czy snycerki artystycznej. Jest klient, jest zamówienie, bierze się materiał i tworzy to co trzeba. W średniowieczu i okresach późniejszych rzemieślnicy, aby uzyskać lepszą pozycję w walce z patrycjatem, skupiali się w cechy. Cech miał strukturę hierarchiczną. Na dole byli uczniowie – terminatorzy. Wykonywali zasadniczo czynności pomocnicze, sprzątali w warsztacie, przygotowywali materiał. Było ich dużo, znacznie więcej niż potrzebowano. Spośród kilku–kilkunastu uczniów rzemieślnik wybierał jednego–dwu, którzy wykazywali odpowiednią pilność i smykałkę do danego zawodu. Ci mogli awansować i zostawali czeladnikami. Spośród kilku czeladników jeden, czasem dwu stawało do egzaminów cechowych – majstersztyku. Jeśli zdali go pomyślnie mogli zostać samodzielnymi rzemieślnikami – majstrami. Na czele cechu stał starszy cechu lub cechmistrz. Co jakiś czas odchodził na emeryturę i wówczas następowała pomiędzy majstrami ostra walka o jego stanowisko. Zdobywał je ten, kto wykazał się najlepszym opanowaniem profesji.

Wśród pisarzy jest podobnie. Gdy pracowałem w “Fenix’ie” jako “ten koleś, który czyta to wszystko co kochani czytelnicy wyknocą i nam podeślą” przez moje ręce w ciągu kilku miesięcy przepłynęły teksty około 60 początkujących autorów. Mamy więc grupę uczniów. Statystyki były nieubłagane. Na 10 tekstów nadesłanych notowaliśmy średnio jeden nadający się do publikacji, dwa lub trzy których autorzy wydawali się rokować pewne nadzieje. Reszta szła do kosza. Ten jeden autor miał szanse na publikację. Z mrowia terminatorów podnosiliśmy go do godności czeladnika. Żałuję ogromnie, że nie zapisywałem wówczas nazwisk, sądzę jednak że chyba nikt spośród tych, którym odmówiliśmy zgody na druk nie podjął kolejnej – tym razem udanej próby.

Środowisko czeladników też jest zróżnicowane. Czasem pojawia się genialne opowiadanie. Ktoś błyśnie pomysłem, włoży w niego ogrom wysiłku i gaśnie. Publikacja jednego lub kilku opowiadań zaspokaja jego potrzeby emocjonalne, choć wdać jak na dłoni, że byłby naprawdę dobry. Niekiedy ktoś napisze dwa, trzy teksty i wypala się. Wyobraźnia przestaje mu pracować i spada z powrotem w otchłań bezimiennych uczniów, którzy nigdy nie zostaną mistrzami... Wreszcie niektórzy czeladnicy są w stanie utrzymać się na powierzchni. Pracują przez kilka lat publikując po kilka opowiadań, zdobywają grono fanów i stają przed swoim majstersztykiem. Muszą napisać powieść. Wydanie pierwszej książki czyni ich samodzielnymi rzemieślnikami pióra.

Czeladnik cechu garncarzy w XVI-wiecznym Krakowie jako majstersztyk musiał wytoczyć na kole, a następnie wypalić, garnek o pojemności jednego garnca – czyli circa 60 litrów. Garnek napełniano wodą, sprawdzano czy doklejone ucho wytrzyma taki ciężar. W cechu piwowarów egzamin był jeszcze ciekawszy. Piwo uwarzone przez aplikanta wylewano na dębową ławę. Siadali na niej mistrzowie w skórzanych portkach i jedli kolację. Gdy wstawali od stołu, ława musiała wstać razem z nimi – dobre piwo przylepiało ją do majstrowych zadków...

Przed dwu laty miałem okazję skonfrontować wiedzę wyniesioną z uczelni z relacjami samych rzemieślników. Podczas Arraconu odwiedziliśmy bowiem warsztat prawdziwej garncarskiej dynastii – rodziny Neclów. Na pytanie, zadane bodaj przez Ewę Białołęcką, ile czasu trzeba uczyć się tego fachu, padła odpowiedz: dwa lata żeby być z siebie zadowolonym. Gliniane dzbany rodziny Neclów nie pomieszczą 60 litrów cieczy – przypuszczam, jednak że ci z nich którzy mają za sobą te dwa lata nauki i kilka lat doskonalenia kunsztu zdaliby XVI-wieczny krakowski majstersztyk.

Podstawowym błędem początkującego pisarza jest przekonanie o własnej genialności. Sam przez to przechodziłem. Gimnazjalista lub licealista siedzi w ławce i skrobie w kajecie ósmy tom przygód Wiedźmina z Cymmerii. I myśli tłuką mu się od czaszką: “Piszę. Tylko ja jeden z całej mojej klasy, albo i szkoły mam takie hobby. Jestem niezwykły, jestem genialny”. Następnie wysyła swoje dzieło do redakcji. W redakcji siedzę ja i czytam opowieść o kierowcy tira, który jedzie przez opanowane przez zombiaki USA. Frapująca akcja, zaczerpnięta niemal żywcem z filmów stanowiących klasykę tego podgatunku, okraszona miałkimi opisami i drętwymi dialogami. Oczywiście trafić musi tam gdzie trzeba - do kosza...

Ktoś siadł i postanowił zostać genialnym pisarzem. Z marszu. Od razu. Skompilował kilka wątków znanych mu z kultury masowej, ciut poprzekręcał albo i nie. Ruszył do ataku i poległ, odszedł w niesławie. Nie zrozumiał, że pisanie jest rzemiosłem. Tu nic nie ma na łapu-capu. Jeśli nie ma się wrodzonego talentu (spotkałem w życiu tylko jeden taki przypadek) trzeba przejść długą drogę terminowania... Ze szkoły młody człowiek nie wynosi praktycznie nic. Poza nielicznymi przypadkami wychodzi z niej ze znajomością języka ojczystego w stopniu podstawowym. Umie mówić po polsku na tyle, by dogadać się z kumplami, w sklepie, czy w urzędzie. Tymczasem pisanie jest rzemiosłem. Garncarz poświęca na opanowanie swojego zawodu dwa lata. Przez siedemset dni wstaje o świcie, przez godzinę lub dwie międli glinę w fasce, potem przygotowuje sobie odpowiednie pacyny, uruchamia silnik koła garncarskiego (w dzisiejszych czasach jest to zmechanizowane, dawniej musiał ręcznie obracać...) i zabiera się do dzieła. Garnki powstają lepsze i gorsze, przeciągnięte, za grube, za cienkie, zapadnięte, krzywe... Aż wreszcie pojawia się pierwszy udany. Potem jest po klika udanych w każdej serii. Wreszcie wszystkie są udane...

Podobnie jest z językiem. Ten, kto chce zostać pisarzem, na początek czeladnikiem, musi nauczyć się urabiać polszczyznę jak garncarz glinę. Musi opanować ją w stopniu ponadpodstawowym. Pomyślcie jaki to szmat czasu: 700 dni po 6-8 godzin siedzenia przy kole garncarskim i patrzenia w wirujący placek gliny. Na szczęście pisarza wykształcić łatwiej. Można niekiedy iść nieco na skróty, korzystać z doświadczeń kolegów po piórze. Ile czasu trzeba poświęcić na nadrobienie zaległości szkolnych?

Na początku był sen o hotelu-mordowni. Chodziłem do piątej klasy. Miałem 12 lat. Postanowiłem napisać książkę na kanwie tego snu. Potem były trzy bardzo ciężkie lata. Fatalna klasa, bardzo zła szkoła. Marzenia i ucieczka w pisanie. Nowy pomysł – “Norweski Dziennik”. Potem było liceum, jeszcze gorsze, jeszcze bardziej dobijające... I świadomość, że dwie pierwsze wersje są do niczego. Wersja trzecia. Zawód miłosny, rok totalnej depresji czwarta wersja – ok. 2000 stron maszynopisu... Wreszcie po drugim roku studiów spotkanie z Pawłem Siedlarem i zachęta żebym może napisał coś krótszego. Pisząc pierwszego Wędrowycza miałem za sobą około 9-10 lat prób literackich. Moje doświadczenie wynosiło 2000 stron, które prawie spełniały wymogi drukowalności oraz około 1000 stron wprawek i pierwszych prób. Innym terminatorom konkurującym ze mną o stopień czeladnika mogłem przeciwstawić swoje doświadczenie.

2000 stron maszynopisu to około 500 godzin pracy. Sądzę, że ktoś obdarzony większym talentem, lub korzystający z pomocy doświadczonego redaktora, jest w stanie osiągnąć porównywalne efekty szybciej.

Często pada pytanie, jak ja to robię, że żyję z pisania. Często zadają mi je - o zgrozo! - koledzy i koleżanki po fachu. Odpowiadam: to jest mój zawód. Polska literatura SF ma to do siebie, że tworzą ją hobbyści. Opowiadania i powieści powstają w wolnych chwilach, podczas ferii, wakacji, urlopów, weekendów. Kosztem czasu poświęconego na odpoczynek, lekturę, sen... Chwała ludziom, którzy dla nas zrezygnowali z wielu drobnych radości życia. Jednak czy to dobra droga? Czy potrafimy sobie wyobrazić garncarza, który jest z zawodu, powiedzmy, księgowym, a naczynia lepi w wolnym czasie? Niestety, w życiu nie ma łatwo. Jeśli chce się osiągnąć naprawdę wymierne efekty, trzeba dokonać wyboru. Mogłem zostać stolarzem, archeologiem, lub masztalerzem na fermie kucyków. Stwierdziłem, że najbardziej interesuje mnie pisanie.  

Zadebiutowałem, potem przyszły lata pracy – czeladnikiem byłem niezłym, a moje garnki, tfu, opowiadania wychodziły na tyle zgrabne, by znaleźli się nabywcy. Załapałem się do pisania kontynuacji przygód Pana Samochodzika. Wydano mi 4 zbiory opowiadań – zarówno publikowanych wcześniej, jak i zupełnie świeżych. Na bazie dwu opowiadań machnąłem powieść pt. “Kuzynki”. I ciągle miałem wrażenie, że to jeszcze nie jest majstersztyk. Że samodzielnym rzemieślnikiem dopiero będę.

Gdy zaczyna się walka o fotel cechmistrza, każdy majster lub mistrz danego fachu staje na uszach, by stworzyć coś wstrząsającego, dzieło swego życia. To jak kolejny egzamin cechowy, ale skala trudności niepomiernie większa. Bo tu już nie ma sentymentów. Trzeba zmierzyć się z ludźmi, którzy nie poprzestali na dwu latach nauki, ale którzy doskonalili kunszt przez całe dorosłe życie. Stanąć naprzeciw mistrzów i ulepić gar, jakiego dotąd świat nie widział. 120 litrów, 180... A ścianki mają mieć 3 milimetry grubości. Bo jeśli damy więcej, przegramy z człowiekiem, który na kole obok lepi z jednego kawałka gliny wazon wysoki na półtora metra... Warto zwiedzić choćby muzea cechów zegarmistrzowskiego i szewskiego w Warszawie. Tam mają efekty zmagań mistrzów. Zegarki, których wskazówki chodzą w różne strony, buty zrobione z jednego kawałka skóry i szereg innych nieprawdopodobnych cudów ludzkiej pomysłowości popartej doświadczeniem liczonym w tysiącach godzin...

Tej wiosny skończyłem pisać powieść pt. “Księżniczka”. Od chwili debiutu w 1996 roku napisałem około 7 tysięcy stron maszynopisu. 4 tomy Wędrowycza, kilkanaście opowiadań i mikropowieści, 19 tomów kontynuacji przygód pana Samochodzika, 2 nie wydane tomy “Operacji Dzień Wskrzeszenia”, dwa tomy ostatecznej wersji “Norweskiego Dziennika”.

W “Księżniczce” zawarłem to co wiem, i to co umiem. Mój marniuchny talent i potworne doświadczenie zebrane w ciągu 8 lat katorżniczej pracy. Liczę, że tą książką znajdę się w gronie najlepszych pisarzy naszego getta. A gdy tron cechmistrza pod Sapkowskim zachwieje się, będę mógł o niego walczyć jak równy z równymi...

Drużyna

W chwili gdy w prasie ukazały się pierwsze moje opowiadania sytuacja na rynku polskiej książki fantastycznej była tragiczna. Istniały trzy wydawnictwa: Jedno płaciło autorom absolutne gorsze. Drugie twierdziło, że zapłaci jak sprzeda książki po czym konsekwentnie robiło wszystko, by dochód ze sprzedaży nie przekroczył groszowych zaliczek. Wreszcie trzecie które obiecywało zapłacić ale dziwnym trafem nikomu prawie nie zapłaciło, za to w międzyczasie kilkukrotnie zmieniało nazwę. Od czasu do czasu ukazywało się kilka książek wydanych przez nikomu nieznane spółki lub zgoła sumptem własnym autora. Ja także miałem takie plany...

Nowe tysiąclecie przyniosło tu rewolucyjne zmiany. Na rynek weszły niemal jednocześnie trzy nowe wydawnictwa. Układ sił nieco się przetasował... Pojawiły się nowe serie książkowe. Autorzy których przez lata z różnych przyczyn nie publikowano nagle dostali swoją szansę i w wielu przypadkach skwapliwie z niej skorzystali. Kilku wydawców którzy dotąd czuli głębokie obrzydzenie do polskich nazwisk nagle się wyleczyło.

Jednak tak naprawdę nie zmieniło się prawie nic. Nakłady ciągle są niskie, uzyskiwane honoraria najczęściej stanowią tylko miły dodatek do pieniędzy zarabianych w krwawym trudzie gdzie indziej. W dodatku wraz z każdą reformą naszego kochanego rządu dziwnie kurczy się liczba czytelników. Dla autorów do podziału pozostaje coraz mniejszy kawałek tortu...

Ogień który niesie w duszach wielu młodych ambitnych i początkujących pisarzy rozbija się w zderzeniu z rzeczywistością. Książki nawet te najlepsze tylko niekiedy uzyskują pięciocyfrową liczbę sprzedaży. Za ponure memento uchodzi tu “Narerturm” A. Sapkowskiego. Sztandarowe dzieło człowieka okrzykniętego królem polskiej fantastyki wydano w nakładzie 50 tyś egzemplarzy. Autor może za to przeżyć od biedy trzy lata.

W Polsce rocznie drukuje się około 160 milionów książek. (w tym encyklopedie, albumy, poradniki, przewodniki, podręczniki etc.). Jaki ich procent stanowią książki polskich pisarzy SF i Fantasy? policzmy: Co roku ukazuje się w najlepszym razie 20 tytułów naszych autorów. Średni nakład wynosi zapewne ok. 2 tyś... Przyjmijmy że rocznie sprzedaje się 40 tyś sztuk. Ile to jest? 0,025%.

Oto obnażona nędza polskiej fantastyki. Czwarta część już nawet nie procenta ale promila – oto nasz udział w rynku. Z punktu widzenia statystyki nie istniejemy.

Prawdopodobnie przeciętny czytelnik fantastyki kupuje w ciągu roku 4 książki polskich autorów. Oznacza to że takich zagorzałych wielbicieli gatunku mamy ok. 10 tyś. To znowu ćwierć promila populacji naszego kraju. W konwentach klubach i innych tego typu zorganizowanych formach percepcji fantastyki uczestniczy może 2 tyś osób. Tu darujmy już sobie procenty.

Gryzło mnie od dawna pytanie dlaczego tak to wygląda. I widzę tu dwa problemy. Pierwszym, bardzo poważnym, jest brak czytelników. Drugim jeszcze bardziej dramatycznym jest brak pisarzy. Zatem od pierwszego zaczniemy. Plany operacyjne sformułowałem na przełomie tysiącleci. Istniała wówczas “Asocjacja Polskich Pisarzy Fantastyki” skupiająca około pół setki ludzi. Jako członek tego gremium wystosowałem list do kolegów po piórze wzywając do podjęcia działań na rzecz upowszechniania gatunku wśród dzieci i młodzieży. Działania te planowałem rozpocząć od wystosowania listów do komisji MEN ustalającej kanon lektur. Chodziło mi o to żeby młodzi ludzi na początku swojej drogi przez literaturę nie zniechęcali się do naszego gatunku. Drugim posunięciem było by stworzenie serii książek fantastycznych skierowanych do młodego czytelnika. Zanim sienie po ociekające krwią dzieła typu “Achai” trzeba go przygotować... Wprowadzenie na rynek 20 książek rocznie skierowanych do czytelnika w wieku 9-12 lat pozwoliłoby stopniowo “wychować” odpowiednią populacją ludzi zainteresowanych fantastyką... Przykład książek o przygodach Harrego Pottera pokazuje potencjalne możliwości “młodego” rynku. Zaproponowałem by każdy ze zrzeszonych w Asocjacji napisał w ciągu roku jedną powieść dla tej grupy wiekowej. W odpowiedzi na moje apele otrzymałem dwa listy, jeden z ostrą kpiną drugi nieco łagodniejszy, ale też krytykujący...

Po sukcesie 3 tomu przygód młodego czarodzieja zaatakowałem raz jeszcze sugerując wprost, że czas jest najwyższy. I znowu nic... Pojawiły się klony Pottera tłumaczone z języków obcych. A powinny powstawać tu w kraju...

Zajmijmy się teraz problemem od drugiej strony. Ile osób zajmuje się w Polsce pisaniem fantastyki? Wbrew pozorom jest to liczba znikoma. Pisarzy publikujących kilka tekstów rocznie mamy nie więcej niż 40-tu. Pozostali to twórcy okazjonalni lub debiutanci poddający się po opublikowaniu 2-3 opowiadań... Uznani literaci jeżdżący regularnie na konwenty to w wielu przypadkach ludzie, którzy od lat nic nie napisali... Klęska mojego pomysłu serii dla dzieci pokazuje potworną słabość tej grupy zawodowej. Wśród 40 ludzi zajmujących się pisaniem (przynajmniej teoretycznie) nie było ani jednego, który zdecydowałby się poświecić odrobinę czasu i zaryzykować napisanie 200 stroniczek...

Nowi czytelnicy przyłączają się do nas w sposób przypadkowy. Czasem ktoś ma na półce książki po wujku, czasem ktoś ma mądrego ojca, który czyta fantastykę albo starszego brata który pokaże jakie to fajne. Czasem ktoś znudzony grami RPG sięgnie po książkę. Niewątpliwie Heniek Portier i ostatnie widowiskowe ekranizacje dzieł Tolkiena mogą podziałać tu trochę jak reklama. Nadal jednak przełożenie tych zjawisk na kondycję polskiej SF czy fantasy będzie znikome...

Co zatem należy zrobić? Widziałbym to następująco. Należy zebrać drużynę. 15-20 młodych ambitnych debiutantów o plastycznej wyobraźni. Powinni pochodzić ze małych miasteczek i wsi – regionów o strukturalnym bezrobociu. Muszą to być ludzie tacy jak ja, twardzi, o kapitalistycznym podejściu do życia, gotowi ciężko i wydajnie pracować. Gotowi obudzić w sobie geniusz, byle tylko wyrwać się z bagna. Należy zorganizować im kilkutygodniowe regularne brutalne szkolenie – porównywalne z wojskową unitarką – pokazać co knocą i jak to poprawić. Najbardziej obiecujących poddać dalszemu wszechstronnemu treningowi. Z 20 kandydatów uda się drogą selekcji uzyskać 4-5 zawodowych pisarzy. Oczywiście zaraz należy przystąpić do szkolenia kolejnej grupy.

Co powinien umieć kandydat do naszej drużyny po przejściu szkolenia? Na przykład napisać cykl powieściowy na zadany temat. I powinien uzyskiwać przy tym średnią wydajność 4-6 książek rocznie. Nierealne? Ja tak pracuję...

Popatrzmy jak wygląda sytuacja książki młodzieżowej obecnie. Owszem bytuje sobie w tej niszy kilka wydawnictw. z reguły zajmują się z grubsza tym czym kiedyś zajmowały się wydawnictwa publikujące SF – coś tam niby robią, ale zasadniczo drukują rzeczy sprawdzone – bestsellery tłumaczone z języków obcych, tudzież dzieła “uznanych twórców” polskich, przeważnie straszliwe ramotki powstałe dziesiątki lat temu. Nowych autorów drukuje się niechętnie i często pod anglosaskimi pseudonimami. Stawki są zazwyczaj żenująco niskie np. swojego czasu jedno z takich wydawnictw zaproponowało mi 6,13 zł za stronę maszynopisu płatne jednorazowo... 1226 zł za napisanie książki i oddanie jej w wieczyste użytkowanie zamawiającemu – a sądziłem, że po 6 latach w zawodzie nic mnie już nie zdziwi.

Zastrzyk świeżej krwi postawiłby ten rynek na głowie. W ciągu kilku lat weszło by tam 15-20 nowych autorów kpiących pomysłami, młodzieńczą energią, a przy tym zdyscyplinowanych i zmotywowanych ekonomicznie do walki. Układ rozsypałby się natychmiast jak domek z kart... Co można wówczas osiągnąć? Co roku mimo zapaści demograficznej rodzi się ok. 400 tyś dzieci. Interesuje nas grupa 4-5 roczników – czyli ok. dwa miliony potencjalnych klientów. Sukces serii o przygodach Heńka Pottera bez odpowiednich nakładów na reklamę będzie trudny do odtworzenia. Ale wyniki tej serii pokazują nam jakby drugie dno problemu.

Bzdurą jest twierdzenie że współczesne dzieciaki nie lubią czytać. Owszem w niektórych przypadkach jest to kwestia wychowania przez rodziców troglodytów, oraz druzgoczący psychikę wpływ szkoły i listy lektur. Ale najczęściej one po prostu mają totalny deficyt literatury – dobrej literatury dla nich przeznaczonej. Utarło się jakoś wśród wydawców przekonanie ze książka dla dzieci nie powinna mieć więcej niż 100 stron. Wiele podobnych szkodliwych mitów funkcjonuje na co dzień... Pani Rowling podeszła do zadania na poważnie (nie ma w tym momencie znaczenia czy pomagali jej spece od psychologii dziecka i public relations). Potraktowała młodego czytelnika jak równorzędnego partnera. I wygrała. Żadne polskie wydawnictwo nie przyjęło tej strategii do wiadomości.

A zatem przyszłość należała będzie do tego kto pierwszy zmontuje odpowiednią drużynę i wyciągnie wnioski z cudzych sukcesów ale i błędów. Jeśli zrobi to ktoś od nas – może spokojnie zarazić 100 tyś dzieciaków miłością do fantastyki. Może oswoić je z polskimi nazwiskami, z książkami które dzieją się w naszej rzeczywistości, tylko umagicznionej czy ufantastycznionej. Na dzień dobry (tzn. w ciągu kilku lat) zdobędzie 100 tyś wiernych klientów którzy kupią powiedzmy cztery książki rocznie. Na szlaku jego drużyna zdobędzie skarby. Wysokie nakłady, uznanie czytelników, niezłe zarobki. Być może wydawcy uda się wypromować bestsellery na miarę Pottera. Ostatecznie za komuny książki Szklarskiego i Nienackiego schodziły w nakładach o jakich wydawcy Harrego mogą dziś tylko marzyć. Dzieci dorastają szybko. Po dziesięciu, może piętnastu latach polska “dorosła” fantastyka zdobędzie już nie 0,025% ale powiedzmy 1% rynku. Tam też będzie miejsce dla “nowych”. Chcę mieć taką drużynę. Chcę wyruszyć na wyprawę po łupy. Osiągnę to, albo polegnę. Ale polegnę w walce.

***

1) Zamiast bujać w obłokach i tracić czas na forach piszemy opowiadanko lub powieść. Jak napiszemy być może to wydrukują. Jak nie napiszemy na pewno nie wydrukują. Jak wydrukują to pewnie coś tam zapłacą. Ale jak nie napiszemy to na pewno nie zapłacą. Jak napiszemy to może będziemy kiedyś sławni. A jak nie napiszemy to będziemy sławni co najwyżej wśród 50-ciu użytkowników forum. Piszemy dla czytelników. Najlepiej pisać coś co samemu chciałoby się przeczytać.

 

2) Wydawnictwa i gazety żyją z tego że wydają teksty. I stale pożądają nowych tekstów. Tylko nie wszystkich a wyłącznie dobrych. To nie jest tak że trzeba mieć nazwisko i kilka publikacji na koncie by coś gdzieś wydrukować. Owszem to pomaga. Aby przeskoczyć mur starych wyjadaczy, kumpli redaktora, zaufanych współpracowników etc. musicie po prostu napisać coś takiego żeby im kopary opadły. I żeby opadły czytelnikom.

 

3) Jako że znane nazwisko się przydaje zabawę w bycie literatem rozpocząć należy od publikacji w czasopismach. Przy okazji mają one nakład większy niż wiele książek co oznacza dotarcie do większej liczby potencjalnych czytelników, którzy być może kiedyś naszą książkę kupią. Atakować można wszystkie czasopisma – choć przy takich które nie płacą trzeba się zastanowić czy warto.

 

4) Opowiadanie preferowane przez czasopismo fantastyczne to od 15 do 45 tyś znaków. (10-30 stron znormalizowanego maszynopisu). Książka, czy to zbiór opowiadań, czy to powieść to ok. 500 tyś znaków co przekłada się na 300+ stron druku. Należy to oddać w postaci w miarę czytelniej – tak aby na stronie było mniej więcej 30 linii po 60 znaków. Taka tradycja. Nie bawimy się w ozdobne czcionki i strony tytułowe. Word nie podkreśla wszystkich błędów więc jakby co zapytajcie mamusię.

 

5) Kto myśli w kategoriach „napiszę jedno opowiadanie” albo „napiszę powieść” - ten przegrał. Trzeba pisać dużo a przy tym dobrze. Wciskać gdzie się da. Zdobywać grono fanów. Zaprocentuje to po wydaniu pierwszej książki. Tak to jest wyścig szczurów. Jak całe życie.

 

6) Pierwsze opowiadanie to sukces – ale tylko pod warunkiem że szybko dobijemy je kolejnym – jeszcze lepszym. Pierwsza książka to sukces ale jeśli nie pójdą za nią szybko kolejne to będzie klęska. Trzeba walić serią ciosów jak w boksie. Ciężko znokautować jednym ciosem. Może się uda – ale raczej nastawcie się na ostrą rąbaninę.

 

7) Pisanie to nie gra w totolotka. Tu nie ma natychmiastowych wygranych. Jeśli chcecie się tym zajmować nastawcie się na mozolne budowanie kariery – jak w każdym innym zawodzie. Trzeba planować nie w kategorii lat ale dekad. Powiedzcie sobie – za dziesięć lat będę pisarzem/pisarką. Rozplanujcie. Zrealizujcie.

 

Kasy nadzwyczajnej też z tego nie ma i fanki na widok pisarza też nie ściągają majtek przez głowę. Może lepiej zostańcie muzykami, sportowcami, celebrytami, aktorami etc. – tam są większe szanse na kasę i fanki.

 

9) „Wielu jest powołanych ale niewielu wybranych”. Masa ludzi coś pisze albo próbuje. Część nie kończy nigdy i z czasem przestaje. Z tekstów nadsyłanych do czasopism do druku nadaje się nie więcej niż 10%. Masa ludzi publikujących w czasopismach nigdy nie wydaje książki. Spośród ludzi wydających książki tylko część dociera na szczyt. Powiedzcie sobie: idę na szczyt i zacznijcie od 15-20 dobrych opowiadań.

 

10) Teksty do publikacji muszą być świeże. Teksty do zbioru opowiadań też powinny być świeże – ja daję 1/3 publikowanych i 2/3 niepublikowanych. To dolna granica normy. Teksty publikowane w necie uważajcie za bezpowrotnie spalone.

 

11) Wszelkie pomysły z zarabianiem na e-bookach to chwilowo bzdury. Wydawanie sumptem własnym to swego rodzaju porażka. (no i trzeba mieć na to kasę). Skoncentrujcie się by wydać na papierze. Tłumaczenia zagraniczne nie są lekarstwem na to że ktoś w Polsce nie chce Was drukować Sorry za granicą jest równie ciężko a w dodatku nie znacie języka.

 

12) spotkacie na swojej drodze wielu ludzi. Jedni będą wabić perspektywą kursów. Inni perspektywą wydania. Jednych i drugich należy weryfikować bez litości. Chcą uczyć? niech pokażą że umieją pisać. Chcą wydawać – niech przedstawią listę publikacji. I popatrzcie czy ich książki widać w księgarniach – tzn. wydać umie byle frajer. sekretem sukcesu jest dystrybucja.

 

część II

 

O wydawcach.

 

1) Wydawcy zasadniczo istnieją po to żeby zarabiać kasę na wydawaniu książek. Tylko bardzo nieliczni są na tyle bogaci by wydać książkę co do której od razu widać ze się na niej nie zarobi. Nie można na to liczyć. Zatem to co dostarczacie musi być jakości takiej by zaryzykowali. Wydawca przeważnie nie jest cudotwórcą i z knota nie zrobi bestsellera. A nawet jak to potrafi to na to nie liczcie.

 

2) Do debiutanckiej ksiązki wydawca przeważnie dokłada – i nie są to sumy małe ale ciężkie tysiące i (czasem) dziesiątki tysięcy złotych. Dlatego wydawcę interesują autorzy perspektywiczni – tacy którzy napiszą tych książek dużo, dobrych i we w miarę krótkim czasie. Albo tacy którzy już napisali dużo i mają w szufladach materiał np. na 4 książki.

 

3) Optymalnym punktem wyjścia do rozmów jest przyniesienie wydawcy 3 DOBRYCH maszynopisów i konspektów kilku kolejnych książek. Ponieważ mamy udawać profesjonalistów warto by te maszynopisy maksymalnie dopieścić. Dać do przeczytania jakiemuś fanatykowi ortografii. Przeczytać parę razy na głos. Może zlecić komuś doświadczonemu ich redakcję. W zalewie tekstów do przeczytania powinny zalśnić.

 

4) Pierwsza książka to ogromne ryzyko wtopy – więc idąc do wydawcy powinniście mieć już trochę sytuację „rozpoznaną bojem” – tzn. kilka – kilkanaście opowiadań puszczonych w czasopismach branżowych i dostrzeżonych przez czytelników. Wskazane jest zdobycie nagród lub nominacji – powoli zaczyna to być zauważane. Sława zdobyta na publikacjach internetowych się nie liczy. Może kiedyś będzie się liczyła ale raczej jeszcze nie w tej dekadzie.

 

5) Na rynku nie ma cudów. Wydawnictwa przeważnie cienko przędą i nie mają kasy na reklamę. Zwłaszcza nie mają kasy na promocje książek debiutantów. Opowiadania w gazetach to nie tylko argument za wydaniem książki ale też namiastka reklamy. Bez nich być może książka będzie wydana. Ale uderzy w próżnię – sprzeda się może kilkaset sztuk – jeśli kogoś zainteresuje okładka...

 

6) Wydawcy są ludźmi i popełniają błędy – niekiedy kuriozalne – czego dowodem są dzieje publikacji w Polsce I tomu Harrego Pottera. Jednak jeśli kilka wydawnictw pod rząd odrzuca maszynopis to znaczy że prawdopodobnie coś jest z nim nie tak.

 

7) W wielu redakcjach i wydawnictwach panuje totalny burdel i rozmamłanie. Dlatego trzeba ich trochę ponękać by przeczytali. Ponieważ proces selekcji trwa długo maszynopis książki warto wysłać do kilku potencjalnych wydawców. Opowiadania natomiast wysyłamy na raz tylko do jednego czasopisma.

 

Powtórzę: nie ma co liczyć na kokosy. Ale nie jest to zła robota. Przede wszystkim – koszta własne są niskie. Na początek wystarczy dostęp do byle jakiego kompa. Tu pracuje się głównie głową. Nie traci się dwu godzin dziennie na dojazdy do roboty. Jeśli jesteście uczniami lub studentami to dorobicie sobie pisaniem opowiadań po kilkaset zł co parę miesięcy. Ale jeśli mają być z tego pieniądze umożliwiające przeżycie Musicie pisać dużo dobrze i wydawać często.

 

9) Wasz program na nadchodzące trzy lata wygląda tak: 15 dobrych opowiadań sprzedanych do czasopism. Do tego jeszcze 30 w szufladzie. PO 2-3 latach od debiutu można zacząć przymierzać się do wydania pierwszej książki. Potem dwie – trzy książki rocznie przez pierwsze dziesięć lat – to jest Wasza droga od zera do bohatera. (ale bynajmniej nie do milionera, na to trzeba jeszcze z dziesięć lat więcej). Moja droga wyglądała podobnie tylko była bardziej pod górkę bo nie było wydawców na książki. Gdy pojawi się okazja do publikacji musicie być gotowi zadać miażdżący cios.

 

10) Konkurencja istnieje. Na początku Waszym konkurentem jest każdy kto pisze lepiej. Czasopisma to wąskie gardło – tu by puścić jedno opowiadanie musicie być najlepsi. Publikuje jak pisałem wyżej – „jeden z dziesięciu”. Podobnie jest z pierwszymi książkami. Wydawca musi poczuć że chce wydać Was a nie tamtych. Z chwilą gdy pewnie staniecie na nogach i macie na koncie wydanych np. 5 książek ta presja maleje. Macie już swoich czytelników i jeśli nie narobicie głupot nie stracicie ich. A każda dobra książka (nawet napisana przez innych) liczbę czytelników zwiększa. Chodzi o to by dosypać ile się da mąki bo im tort większy tym więcej da się z niego wykroić.

 

11) Pisarz to zawód szczególnego zaufania społecznego. Dlatego należy się ładnie ubierać (tzn. stringi nie powinny wystawać jak się wypinamy), umyć, uczesać, nie należy chlać (a w żadnym razie nie publicznie i nie przed spotkanie autorskim), nie obrażać czytelników, nie bzykać cudzych dziewczyn (ani chłopaków). etc. Bo wy także budujecie prestiż tego zawodu. I jeśli się ześwinicie to psujecie opinię wszystkim z branży.

 

część III

 

O tym co pisać.

 

1) Zasadniczo piszemy po to żeby ludzie czytali. Żyjemy z tego że kupują ksiązki NASZE a nie Sapkowskiego. Więc trzeba napisać tak żeby czytało im się przyjemnie. Żeby NASZE wypociny czytało im się przyjemniej niż to co napiszą inni. Oczywiście żadnego płaszczenia się i schebiania gustom bydełka. Piszemy dla takich jak my.

 

2) Większość początkujących boryka się z problemem totalnej nieznajomości masy realiów. Nie umieją prowadzić samochodu wiec piszą o prowadzeniu promów kosmicznych. Nie pracowali nigdy w fabryce więc piszą fantasy. W efekcie powstaje czysta sztampa powielająca najbardziej oklepane zgrane schematy.

 

3) Człowiek który jest nudny, miałki i nie ma żadnych zainteresowań napisze co najwyżej nieudolne klony tego co przeczytał lub obejrzał w kinie. (tak „szajnis” to o Tobie). Na szczęście większość takich gości jest zarazem leniwa i rozmamłana więc nic nie napisze.

 

4) Masz zainteresowania, hobby, byłeś w ciekawym miejscu, OPISZ TO. Pokaż coś prawdziwego, nietuzinkowego, opartego na wiedzy i doświadczeniu – nawet niewielkim, ale nie płódź w nieskończoność gniotów w stylu „jak mały Jaś wyobraża sobie Amerykę”.

 

5) Jeśli czegoś nie wiesz a koniecznie chcesz o tym napisać to się najpierw dowiedz. Przeczytaj o danym zagadnieniu nie jedną książkę ale dziesięć. Poczytaj teksty źródłowe. Stare gazety, wspomnienia, listy. Zapytaj fachowca o szczegóły. Pooglądaj graty w muzeach. Obejrzyj film o tym jak się lepi garnki. Przeczytaj stary podręcznik czyszczenia lokomotyw. I rozprawę astronomiczną z XIX wieku. Spróbuj zdekodować sposób myślenia innych ludzi. Weź stare narzędzie lub urządzenie do ręki i zrozum jak to działa.

 

6) Jeśli chcesz być dobrym pisarzem musisz zgromadzić doświadczenie życiowe. Siedząc przed kompem go nie zdobędziesz. Jedź w góry, prześpij noc w namiocie lub szałasie. Prześpij noc przy ognisku. Kup na targu kurę i spróbuj ją oskubać i wypatroszyć (nie zapomnij przedtem zarżnąć!). Przejdź 40 kilometrów w jedną noc. Podłap staż przy produkcji – postój przy taśmie. Pomachaj łopatą w towarzystwie prostych roboli. Jedź jako wolontariusz na wykopaliska. Masz paszport w kieszeni – zobacz chociaż te sąsiednie kraje. Jak koniecznie musisz pisać fantasy to zapisz się do bractwa rycerskiego żeby wiedzieć jakie są efekty kwadransa machanie mieczem.

 

7) Szukaj własnych dróg. Zawsze. Podpatruj cudze rozwiązania fabularne i nie kopiuj tylko ulepszaj! W składaniu literek nie masz być tak dobry jak Sapkowski tylko lepszy.

 

Szukaj zapomnianych skarbów ludzkiej cywilizacji. Fascynujących miejsc. Nieistniejących już cywilizacji. Wymarłych zawodów. Niezwykłych ludzi. Bohaterskich czynów przykrytych już mgłą zapomnienia. Szokujących rytuałów. Zrobisz z tego wszystko. I fantastykę historyczną, i horror, i po przeróbkach nawet -tfu!- fantasy czy science fiction. Szukaj oczywiście w źródłach naukowych a nie w beletrystyce.

 

część IV

 

 

 

1) Pisanie książek jest zawodem jak każdy inny. To znaczy: najpierw się uczymy, w miarę możliwości szukamy sobie zajęć będących praktykami zawodowymi, potem szukamy sobie roboty na poważnie, a jak ją znajdziemy to zapieprzamy i być może z czasem awansujemy. Albo okaże się że jesteśmy za ciency, ewentualnie że inni są od nas lepsi i )*( zbita. Jak w każdej innej robocie przeważnie ile włożymy z siebie tyle wyjmiemy. Jeśli potraktujemy robotę olewacko to dostaniemy koooopa. Jeśli na poważnie to może coś z tego będzie. Szczęśliwie trafy trafiają się na tyle rzadko że możemy je sobie z czystym sumieniem odpuścić jako przedmiot rozważań.

 

2) Jeśli ktoś sądzi że od pierwszego strzału napisze (i wyda!) bestselera, zarobi furę kasy, kupi willę i gablotę, a piszczące nastoletnie fanki na jego widok ściągną majtki przez głowę to pomylił zawody i powinien szybko poszukać czegoś innego zanim zrobi sobie krzywdę lub zestarzeje się i zgorzknieje... W tym zawodzie sorry – na przysłowiowe „furę, skórę & komórę” trzeba będzie pozapieprzać ładne parę lat. Osobiście znam tylko jednego pisarza który mieszka w wilii (ale to willa mamusi więc się chyba nie liczy). A takich piszczących fanek nie spotkałem nigdy. Ale może jestem za gruby i za brzydki.

 

Jeśli ktoś sądzi że wyda książkę i zrobi karierę pisarską w USA, choć nie opublikował jeszcze nic w Polsce to powinien szybko poszukać dobrego psychiatry. Na pomoc psychologa jest już za późno.

 

3) Fakt że udało się coś wydrukować uskrzydla ale de facto nie znaczy NIC. To pierwsza wyrwana cegła z grubego muru który trzeba przebić waląc głową. W tym zawodzie awans przypomina wspinaczkę kamienistym żlebem. Kto się zatrzyma – zginie. Każdy krok może być ostatnim. Trzeba przeć pod górę. Każdy talent można rozmienić na drobne, każdą pozycję stracić, każdy sukces zaprzepaścić. Znam szereg przykładów gdy po olśniewającym sukcesie zabrakło sił-chęci-motywacji do wykonania kolejnego kroku. np p. D.Masłowska. Sprzedała debiutancką książkę w nakładzie podchodzącym zapewne pod 200 tyś egz. Dostała własny felieton w „Przekroju”. (czytaj 1200-może nawet 2500zł miesięcznie za powiedzmy 2 dni robocze pracy – ergo stałe źródło utrzymania na lata umożliwiające spokojne życie i pisanie książek!) W tym momencie miała jedno zadanie: nie skiepścić felietonów. a raz na pół roku pisać dla zdobytych fanów kolejną powieść i trzepać KASĘ o jakiej ja sobie mogę z zawiścią pomarzyć. I co z tym zrobiła? Nic. I drugi przykład p. Kalicińska – wydała już ładnych parę tomów „Domu nad rozlewiskiem” i fanów ma i zapewne kasę jaka mi może się chwilowo tylko przyśnić. Bywa też że katastrofa przychodzi po kilku dobrych książkach. (przykład K.T.Lewandowskiego), bardzo rzadko bywają triumfalne powroty po latach (A.Ziemiański). Zatem udany debiut to i tak dopiero wstęp do prawdziwej orki.

 

ps. „Domu nad rozlewiskiem” ani „wojny” jak do tej pory w USA nie wydano. A obie autorki mają na to nieskończenie większe szanse niż ja, że o Was nie wspomnę...

 

4) „Wielu jest powołanych ale niewielu wybranych”. Tzn. Masa ludzi pisze. Niektórzy wysyłają swoje u-tfu!-ory do czasopism, nieliczni są w nich drukowani. Z tych którzy drukują opowiadania nieliczni wydadzą książki. Jakiś odsetek z nich zajmie się tym zawodowo. W redakcji czasopisma do druku kwalifikuje się ok 10% nadchodzących tekstów. Podejrzewam że podobnie jest z książkami. Musicie być lepsi. Jeśli nie podbijecie rynku arcydziełami pozostaje Wam moja droga: tworzenie z morderczą regularnością solidnych czytadeł i mozolne zdobywanie przestrzeni krok po kroku. Aby podbijać krok po kroku trzeba niestety te kroki stawiać. Czyli zasuwać. Pisać. Wstawać godzinę lub dwie wcześniej. Wydawać i pamiętać – brak kroku do przodu to w rzeczywistości krok do tyłu. Bo konkurencja nie śpi. Trzeba gonić tych lepszych i biec tak szybko by nie zadeptali ci którzy biegną z tyłu.

 

5) Żeby zając się pisaniem na poważnie musicie coś sobą reprezentować. Trzeba mieć trochę oleju w głowie. Napchać mózg wiadomościami. Wyciągnąć z nich wnioski. Być może wyciągnąć wnioski inne niż wszyscy. (czy to utrata Bergen ostatecznie zniszczyła hanzę?) Trzeba przeczytać coś więcej niż tylko Tolkiena... Do pisania fantasy musicie wiedzieć choćby tyle że najpierw się konia odwiązuje od drzewa a potem wsiada na siodło, albo że balii mieszczącej bohatera i dwie dziewczyny nie napełni się w ciągu 5 minut wodą, zwłaszcza jeśli trzeba zagrzać ją na piecu i wnieść na piętro. Do pisania sf trzeba liznąć choć odrobinę fizyki bo potem pojazdy będą wydawać dźwięki w próżni. Przydało by się Wam pospać w namiocie albo szałasie przy ognisku, oskubać i wypatroszyć kurę do pieczenia etc. A wiedzy o tym jak wygląda goła kobieta/goły facet nie czerpcie z gazetek bo obrazki tam są poprawiane fotoschopem.

 

Żeby pisać ciekawe felietony dopiero trzeba mieć „łeb jak szafa”. I przeczytać (oraz zapamiętać) multum coby mieć w głowie obfite złoża cytatów i swobodnie żonglować analogiami historycznymi oraz kontekstami kulturowymi. Felietony p. Masłowskiej już się w „Przekroju” nie ukazują – choć nie znam przyczyn.

 

6) Istnieją różne drogi w literaturze. Jest ich multum i wiele prowadzi do efektów które można uznać z czystym sumieniem za olśniewające:

 

a) człowiek robi coś fajnego, czymś się pasjonuje, potem chwyta za pióro i to opisuje. Jeśli robił coś przez długie lata może powstać naprawdę fascynująca lektura – bo z tysięcy różnych przygód wybierze setkę takich że czytelnikom buty pospadają. Przykłady? James Heriott „wszystkie stworzenia małe i duże”. Facet był przez jakieś 60 lat weterynarzem w Szkocji. Potem siadł i to opisał w bodaj siedmiu tomach. Ta książka to absolutne arcydzieło. Fantastyczny humor, niebanalne przygody, ogromna wiedza autora i zapis świata który dziś jest już od dawna unicestwiony. Dałbym pośmiertnie literackiego Nobla – gdyby ta nagroda była jeszcze coś warta...

 

b) Ktoś się czymś pasjonuje a potem dzieli się wiedzą. np. „Czekając na Herchora” wybitnego egiptologa prof. Andrzeja Niwińskiego. Pierwsza część to opis badań Egiptu od zarania dziejów do współczesności. Malownicza galeria świrów, rabusiów i uczonych oraz ich zdziczałe pomysły (np. wyłupywanie fresków do muzeum dynamitem) i niebanalne przygody. Druga część to Jego badania – bez dynamitu i niewolnic gotujących obiad dla uczonych, ale też fascynują.

 

c) Ktoś może nie przeżył osobiście szalonych przygód ani nie rozkopuje grobowców, ale fascynuje się jakąś dziedziną nauki i potem rozproszone informacje zbiera do kupy i z uzasadnioną dumą pokazuje co wygrzebał. Przeczytajcie „stulecie chirurgów” Thorwaldsena to będziecie wiedzieli o co mi chodzi

 

O takie trzy przykłady z wielu. Podsumowując: bądźcie niebanalni. Szukajcie. Badajcie. Składajcie zebrane informacje w atrakcyjne bukiety i machajcie nimi czytelnikom przed nosem.

 

7) Jeśli zostaniecie pisarzami macie dwie drogi – albo pozornie malowniczy żywot zdegenerowanej cyganerii artystycznej albo potraktowanie swojej profesji jako zawodu szczególnego zaufania społecznego. W pierwszym przypadku czeka Was morze wódy, prochy, rozwiązłość moralna etc. Z perspektywy nastolatka może to nawet wyglądać atrakcyjnie. Problem w tym że chyba szkoda życia. Bo niestety bohema żyje może intensywnie ale krótko, a wypalenie zawodowe przychodzi przeważnie jeszcze szybciej niż malownicze wyrżnięcie o dno. No i koniecznie trzeba mieć majątek do przepuszczenia lub znajomości wśród milionerów (ewentualnie urzędasów od kultury) którzy będą dawać kasę i sponsorować wydanie tego co na kacu wypłodzicie.

 

Druga droga jest może nudniejsza. Nie bzyka się nieletnich fanów płci obojga, nie męczy człowieka kac, a objawy hifa & syfa poznajemy z podręczników medycznych nie zaś patrząc w lustro. Ale za to kasy jest więcej i dłużej się żyje. I zamiast zachwytów ze strony oczadziałych od wódy krytyków i rozmaitych wykształciuchów wpatrzonych w artystyczne menelstwo jak w tęczę, zyskuje się szacunek normalnych ludzi. A to chyba więcej warte...

 

Zarabia się po to żeby wydawać a nie po to aby kasę rzucać w błoto, Te pieniądze czytelnicy często wysupłali z bólem – szanujmy to.

 

Stosunek do czytelników powinien być stanem swoistej równowagi. Czytelnicy to kolesie z których kasy żyjemy, zatem nasi swego rodzaju chlebodawcy (na początku raczej czerstwo-chlebodawcy). Tu znowu mamy dwie możliwości. Można spróbować zagrać na najniższych instynktach. Potraktować głosy czytelników jako wyrocznię i dostarczyć to czego sobie życzą. Przeważnie wyniknie z tego niewiele – krótkotrwała fascynacja nastoletnich onanistów. To taki sam problem jak z niemal każdą demokracją – ludzie mają niestety tendencję do wybierania rozwiązań łatwiejszych, wymagających mniej wysiłku. Druga droga jest trudniejsza – piszemy wówczas bardziej jak dla siebie a czytelnicy nas polubią albo nie. Można oczywiście od czasu do czasu puścić do czytelnika oko. Chodzi jednak o to by ludziom służyć a nie płaszczyć się przed nimi.

 

9) Opinie zawodowych krytyków literackich olewamy. To przeważnie bydło.

 

10) Obcowanie z czytelnikami to już mniejszy problem. Generalnie jak podpisujemy książki na targach nie należy robić 20 minutowych przerw na papierosa. Zwłaszcza jak ludzie czekają w ogonku. Na spotkaniach trzeba być trzeźwym, czystym, porządnie ubranym, w miarę miłym i kulturalnym. Warto wiedzieć o czym się mówi. Fakt że wiele bibliotek boi się zapraszać pisarzy od fantastyki ma niestety swoje źródło w „niezatartym wrażeniu” jakie wywarł pewien kultowy pisarz z naszego getta. Dbałość o prestiż zawodu jest tu obowiązkiem zbiorowym - jeden buc narobi bydła po pijanemu, porzuca mięchem, napieprzy głupot, okaże się komuchem i rzuci rasistowskimi „dowcipami”, a odbija się potem na wszystkich...

 

11) Robienie sobie nieplanowego dziecka z nieletnią czytelniczką czy ze świeżo poznanym krytykiem literackim jest moim zdaniem nadmiernym spoufalaniem się pisarza/pisarki ze społeczeństwem. (oba przykłady z życia niestety...). Ogólnie z ludźmi należy uważać. Lepiej mieć łatkę nadmiernie cnotliwego mohera niż tę drugą. I raczej unikać sytuacji dwuznacznych. B.Pawlikowska opisuje drastyczny przykład. („W dżungli życia” bodaj) Nie dała się bzyknąć redaktorowi i nie wydali jej pierwszej książki. Uważam że wybrała słusznie. Poświęcamy dla pisania wystarczająco dużo...

 

12) Pisząc przyjmujecie nie siebie cholerną odpowiedzialność. Pisanie to grzebanie w głowach czytelników. Musicie wiedzieć o czym piszecie by nie powielać bzdur i stereotypów, oraz wymysłów propagandy. Pisarzowi nie wolno ulegać modzie, być „pożytecznym idiotą” wspierającym swym piórem np. ekonazistów od globalnego ocieplenia.. Musicie grzebać, drążyć tematy, konsultować z fachowcami i szukać Prawdy. We wszystkim o czym piszecie. Tylko wtedy zachowacie wiarygodność i szacunek do samych siebie. Może się przytrafić sytuacja że jakieś męty przyjdą do Was z kasą i propozycją walki w swoich szeregach... Zachowajcie się tak by Dziadkowie nie napluli Wam w twarz a Rodzice nie musieli się wstydzić.

 

Szklanka tłucze się raz. Są wiersze których szymborska nie wznawia od 50-60 lat a mimo to ludzie je znają. Podobnie jak znają nie wznawiane od lat wiersze Tuwima opluwające AK-owców. Wszystko wcześniej czy później wychodzi na jaw. I konfabulacje i wymysły i donosicielstwo (np. r.kapuścińki).

 

Żyjcie i pracujcie tak by za 60-80 lat móc spokojnie patrzeć w lustro i widzieć w nim nadal twarz uczciwego człowieka.

 

Resume dla mniej kumatych:

1) Trzeba coś wiedzieć lub coś umieć, a potem można to opisać.

2) Trzeba zapieprzać i to na trzeźwo.

3) Nie obrażać czytelników

4) Nie bzykać byle kogo i samemu nie dać się byle komu bzyknąć.

5) Nie pomagać mętom i nie dać się ześwinić za kasę.

 

część V

 

Pisanie zawodowe tzn. czy warto.

 

a) Zalety

 

-nienormowany czas pracy. Chcesz dzień wolny to sobie bierzesz. Chcesz pracować w nocy – pracujesz. Chcesz w dzień – nie ma problemu. Można się wyspać. Albo pisać 18-20 godzin bez przerwy. Zachoruje dziecko/dziewczyna/żona nie musisz skamlać o zwolnienie.

Sam zachorujesz nie musisz żebrać o L4.

 

-brak konieczności dojazdu do roboty – znaczna oszczędność czasu. Z łóżka do miejsca pracy – np. 2 metry. To dodatkowe dwie – trzy godziny dziennie na pracę, rozwój, wypoczynek, rozrywkę. (w praktyce na pracę).

 

-po kilku-kilkunastu latach orki pojawiają się niezłe zarobki - zwłaszcza jeśli ma się na koncie sporo wydanych pozycji, ukazują się wznowienia lub jeśli uda się coś zekranizować.

 

-Prestiż i szacunek ze strony społeczeństwa (wprawdzie połowa Polaków nic nie czyta ale...), a jednocześnie pisarze nie są celebrytami więc unika się konieczności czytania o sobie w brukowcach i kolorowych tygodnikach.

 

-miejsce pracy masz tam gdzie siądziesz i położysz laptopa. Nie interesuje cię problem że w Twojej gminie bezrobocie sięga 30%. Nic cię nie interesuje. Jeśli masz źródło zasilania do laptopa możesz mieszkać w szałasie pośrodku lasu. Twoje miejsce pracy to głownie wnetrze Twojej czaszki.

 

-obracasz się wśród elit intelektualnych. np na konwenty miłośników fantastyki jeździ masa młodych ludzi którzy jeszcze czytają ksiązki i o dziwo lubią o tym pogadać. (konwent daje więc namiastkę wieczorków literackich).

 

-można twórczo wykorzystać swoje zainteresowania i jeszcze zarobić na tym że ma się nietuzinkowe hobby. Jeśli ktoś lubi czytać dziwne nietuzinkowe lektury ma dodatkowe bonusy.

 

b) wady

 

-ta robota wymaga cholernej samodyscypliny. Nikt nie stoi nad tobą z kijem ale zrobione być i tak musi. Na termin, przed terminem, w wariackim tempie.

 

-Ciężko się przebić, ciężko budować karierę, ciężko się utrzymać na górze.

 

-na początku trzeba harować a efekty są znikome. Potem trzeba nadal harować a efekty są niewiele lepsze. Dopiero po latach coś z tego wyniknie. Albo nie. Czasem pisze się kompletnie na ślepo nie wiedząc czy ktokolwiek zechce to czytać.

 

-czasem po napisaniu kilku książek pojawia się wypalenie. Jeśli ktoś poświęcił kilka lat na to by coś osiągnąć i nagle się potyka to jest tragedia. I może się źle skończyć. Czasem od nadmiaru myślenia zaczyna odwalać i koleś zamiast pisać zaczyna odczuwać „cierpienia świata” i gasi je gorzałą.

 

-kasa niektóre słabsze jednostki demoralizuje. I może być tragedia. Brak kasy – typowy dla początków tego zawodu też demoralizuje i też może być tragedia.

 

-wpływy są zazwyczaj bardzo nieregularne. Bywa że dziewczyny/żony etc. mają dość i odchodzą z dzianymi kolesiami w dresikach którzy „zapewnią im stabilizację”. Niekiedy teściowie robią piekło – uważając „artystę” za złą partię.

 

-karierę buduje się powoli, dziesięć lat to norma. Wygrywają nie najlepsi tylko najbardziej uparci. Tacy którzy walą w klawiaturę aż mur się zawali. Tacy którzy nie boją się roboty. Tacy którzy gotowi są poświęcić masę czasu na ćwiczenia.

 

-dziewczyny które czytają książki przeważnie mają więcej oleju w głowie od tych które tylko słuchają muzyki więc nie dają się bzykać nawet ulubionym pisarzom.

 

cz. VI

 

Znowu w punktach żeby było łatwiej zrozumieć.

 

1) Stawiam tezę że pisarz powinien być wszechstronnie oczytany i bez tego pisarzem nie zostanie – ewentualnie zostanie ale maaarnym. Po co czytamy:

 

a) dla rozszerzenia sobie zasobu słownictwa. By od biedy porozumiewać się w danym języku wystarczy zasób 800-2000 słów. Szekspir używał w swojej prozie 16 tysięcy – a był to wiek XVI. Tak – nawet jeśli ktoś pochodzi z rodziny wykładowców uniwersyteckich powinien czytać, by poznać zwroty i określenia spoza specjalizacji Rodziców. Przy okazji czytając utrwalamy sobie prawidłowe związki frazeologiczne. Widzimy jak się wyrazy łączy w zdania...

 

b) czytamy dla zaznajomienia się z tradycją piśmienniczą i dokonaniami naszych poprzedników. Tradycje SĄ WAŻNE. Przykład: jeśli ktoś chce pisać o wampirach i w tym celu przestudiuje tylko „Zmierzch” to wyjdzie z tego kupa. Czytamy także po to, żeby nie odkrywać po raz setny koła. No i oczywiście zdobywamy w ten sposób wiedzę, którą możemy spożytkować (np. by bohaterowie rzucali aluzjami do klasyki).

 

c) czytamy by się nie zbłaźnić. By nie doszło do katastrofy w rodzaju recenzji: „coś podobnego napisał już Grzędowicz pięć lat temu a w dodatku znacznie lepiej”.

 

d) czytamy w poszukiwaniu tropów. Bywa tak że jakiś autor prześlizgnął się po danym temacie i da sobie spokój. Nikt inny nie poszedł w tę stronę. W takim przypadku pewne idee można odkurzyć. (nie mam tu na myśli plagiatowania ale odkurzenie!)(zobaczcie jak nawiązałem do prozy Aleksandra Grina w opowiadaniu „Samolot do dalekiego kraju”)

 

e) Czytamy żeby się nauczyć pisać. I tym się dziś zajmiemy.

 

2) ksiązka posiada:

 

a) tło

b) bohaterów

c) fabułę

d) przesłanie.

 

W przypadku moich opowiadań bezjakubowych, powieści z cyklu „Oko jelenia” czy „Operacja dzień wskrzeszenia” najpierw znajdowałem fajne miejsce i epokę, potem wymyślałem fabułę, a potem dobierałem sobie bohaterów „przez których”, - za pośrednictwem których to opowiadałem.

 

Tak by czytelnik mógł spojrzeć na tamte czasy ich okiem.

 

Aby harmonijnie połączyć te cztery elementy używamy całego wachlarza wrednych chwytów których zadaniem jest wstrząśnięcie czytelnikiem i wydrenowanie jego kieszeni. Przy okazji możemy spróbować wyprać mu mózg wtłaczając od głowy nasze przesłanie. Zazwyczaj to nie działa - telewizja jest pralką mózgów wyposażoną jeszcze w wirowanie i wyżymanie.

 

3) Czytając dzieła innych autorów podpatrujemy ich chwyty.

 

Zazwyczaj są proste – wręcz prostackie. Garść przykładów?

 

a) skopanie bohatera na dzień dobry – poczytajcie opowiadania M.S.Huberatha – robi to po mistrzowsku i wiele się od Niego nauczyłem. Podobny zabieg zastosował Ł.Orbitowski w „Tracę ciepło”. Bierzemy bohatera i mu dowalamy. Czytelnik to przeżywa, zaczyna współczuć, interesuje się losem postaci etc. (chyba że trafi się socjopata).

 

b) wprowadzenie teamu – grupy o wąskich specjalizacjach i zdefiniowanych funkcjach. Nauczyłem się tego z „Tajemniczej Wyspy” Julesa Verne. Schemat? Wszechwiedzący inżynier. Jego prawa ręka - poddający pomysły Dziennikarz. Bystry Młodzieniec który geniusz Inżyniera przekłada na polecenia zrozumiałe dla Marynarza i Murzyna. Przy okazji różni czytelnicy utożsamią się z różnymi postaciami. „Dzieci kapitana Granta” – podobny schemat, podobny chwyt! Zróżnicowanie wiekowie. „Księga urwisów” Niziurskiego etc. (dokładnie ten sam zabieg stosuje się w większości seriali familijnych). Podobnie zbudowany jest Harry Potter – mamy ludzi w różnym wieku funkcjonujących na różnym poziomie i mających różne zadania fabularno – dekoracyjne. I też można się z tego sporo nauczyć.

 

c) gra na archetypach. Najprostsza sztuczka to wyprowadzenie bohatera z ciemności w światło. Znaczy się jak go/ją przeczołgamy zmaltretujemy, zgwałcimy, zagłodzimy i zamrozimy to zaczynamy robić dobrze, najlepiej nagłym przeskokiem. Weźcie sobie pierwszy tom „Sagi o ludziach lodu” M.Sandemo. Gdy poznajemy bohaterkę zdycha z głodu i ma w perspektywie rychłe zamarznięcie. A potem spotyka dobrych ludzi dostaje dach nad głową i łóżko (i nawet jej w tym łóżku nie gwałcą...) a do tego jak już się obudziła to i jedzonko było akurat ugotowane.

 

d) Sztuczki wredne. Czytaliście „Kontrolę” W.Suworowa? Są tam dwa bardzo dobre chwyty.

- Klasyczny przykład tzw. „klamry” w wykonaniu ekstremalnym. Historia która zatacza swego rodzaju koło. Koniec ksiązki nawiązuje silnie do początku. Podpatrzeć to mógł w powieści „12 krzeseł” Ilfa i Pietrowa lub „drodze do nikąd” A. Grina ale znacznie udoskonalił. „Kontrola” zaczyna się sceną ...egzekucji głównej bohaterki. Reszta jest retrospekcją. Dziewczyna wstępuje w szeregi stalinowskich siepaczy, dostaje niewykonalne zadanie... Pod koniec gryzłem ze zniecierpliwienia oparcie krzesła.

- „błyski” czyli wrzucamy po kawałeczku elementy aby czytelnika podpuścić i pozwolić mu się domyslić. Dziewczynę w pierwszej scenie, charakterystyczną spluwą rozwala koleś w lśniących oficerkach. Kawałek dalej widzimy kolesia w oficerkach jak odwala zadanie. Potem dziewczyna ćwiczy a na balkonie skrzypią lśniące oficerki kolesia który ją obserwuje. Wreszcie dziewczyna kolesia spotyka i po porcji uprzejmości zadaje mu pytanie czy jego piękna spluwa to TEJ MARKI SPLUWA.

 

ergo:

Korzyści z czytania:

1) utrwalanie literackiej formy języka.

2) zdobywanie zasobu aluzji

3) poznanie wrednych chwytów do pognębienia czytelników.

 

cz. VI

 

Ok. zatem mamy problem: chcemy zarobić trochę kasy

Zakładamy że na ewentualne inwestycje mamy kilka – kilkanaście złp.

Najprostszym źródłem wierszówki są gazety. (takie papierowe co w kioskach leży). Dzielimy je zasadniczo na: plotkarskie, komputerowe, naukowe i pozostałe. Jeśli mieszkacie koło znanej aktorki, macie aparat z teleobiektywem i odpowiedni brak hamulców możecie nacykać fotek jak bierze prysznic i iść do plotkarskich. Jeśli posiadacie nietuzinkowe zainteresowania naukowe, dorobek, prowadzicie ciekawe badania, dokonaliście odkrycia - idziecie do naukowych. Jak znacie się na komputerach, programowaniu, i umiecie coś czego nie umie reszta zwykłych obsługiwaczy idziecie do komputerowych. Zapewne jednak waszym celem będą gazety pozostałe.

Dzielimy je szereg grup i typów. To nie istotne. mają oczywiście swoją specyfikę. Jesli piszemy artykuł rocznicowy do miesięcznika to trzeba go oddać 2-3 miesiące wcześniej. jak do tygodnika wystarczy miesiąc wcześniej., KAŻDA gazeta potrzebuje świeżych odkrywczych i przełomowych tekstów. Każda posiada grono współpracowników – jednak przewie żadna nie jest hermetyczna. Wasze zadanie to wejść do grona współpracowników i doprowadzić do możliwie regularnej publikacji Waszych tekstów. Robi się to tak że pisze się dobry artykuł i zanosi. Generalnie aby się ukazał musi być lepszy niż artykuły pozostałych. Jeśli dotyczy tematów aktualnych musi być ciekawszy i lepiej napisany niż inne które trafią na biurko w tym samym czasie. Dodatkowym atutem będzie materiał ilustracyjny – czyli zdjęcia, lub obrazki do których macie prawa autorskie lub których prawa autorskie wygasły. Redakcje zazwyczaj posiadają archiwa fotograficzne ale nie zechce im się w nich grzebać by zilustrować tekst kogoś z ulicy. Kilka pomysłów na teksty:

1) teksty rocznicowe.

Siadacie i przeglądacie kalendarz na najbliższe pół roku. sprawdzacie jakie rocznice ważne dla Waszej okolicy przypadają niebawem. Potem idziecie do biblioteki i gromadzicie informacje. Przykład: do waszego miasta w 1915-tym wkroczyły wojska. sięgacie do ówczesnej prasy i macie czarno na białym kto wkroczył, jak wkroczył i co na to ludność. zdobyty materiał warto uzupełnić zdjęciami z wkraczania, albo aktualnymi zdjęciami miejsc gdzie poprzednie wojska stawiały opór, zdjęć pomników upamiętniających etc. sięgacie też do pamiętników wkraczających, zmykających i miejscowych. wrzucacie co smakowitsze cytaty. Zanosicie do redakcji z odpowiednim wyprzedzeniem. Możecie łowić daty mocno już zapomniane – np. z czasów powstania styczniowego, potopu szwedzkiego etc. im bardziej ważne a przy tym mocno zapomniane tym lepiej!!! Optimum to znaleźć ważną datę i machnąć o tym artykuł zanim ktokolwiek z pozostałych współpracowników redakcji pomyśli. Najlepiej znaleźć wydarzenie o którym nikt inny nawet nie pomyśli. Możecie pisać teksty w rocznicę urodzin lub śmierci wybitnych (a zapomnianych) postaci z Waszej okolicy.

2) teksty „obiektowe”

Opisujecie jakiś ciekawy obiekt w Waszej okolicy, starając się przybliżyć jego dzieje, sylwetki ludzi z nim związanych etc. domy, grobowce, parki, pomniki, cmentarze mniejszości religijnych lub etnicznych, obiekty archeologiczne.

3) reportaże

Wujek zajmuje się odlewnictwem dzwonów, bractwo rycerskie trenuje w ruinach, archeolodzy kopią, geolodzy prowadzą zwiad geologiczny, nauczyciel założył teatr etc. - to wszystko może być ciekawe jeśli się to odpowiednio opisze. Ginące zawody są ostatnio trendy. I dużo fotek

4) podróżnicze/krajoznawcze

Byliście w Gruzji lub Etiopii, odwiedziliście zniszczony cmentarz w Bieszczadach, przejechaliście rowerem szlak oddziału z powstania styczniowego, września 39 etc. (można powiązać z rocznicowym, reportażem, opisać obiekty które były świadkami wydarzeń etc. etc. etc.

Stawki są różne. redakcje czasem płacą mniej początkującym. Minimum to jakieś 20 zł/str znorm. niektóre dołożą parę zł ekstra za ilustracje - ale szczególnie bym na to nie liczył. Doradzałbym zacząć od gazet lokalnych. Tam gdzie można iść osobiście. Ustalamy do kogo idziemy. Duża redakcja? - szef interesującego nas działu. Mała redakcja - sekretarz redakcji. Nie piszemy jednego artykułu - piszemy cykl. Sprawiamy wrażenie kompetentnych, inteligentny, kulturalnych, PERSPEKTYWICZNYCH. Męczymy, dręczymy wpadamy raz w tygodniu z nowymi dobrymi tekstami. Nie obrażamy się jak polowa wypadnie (jeśli rocznicowe poprawiamy i przydadzą się za rok nie tu to gdzie indziej). Nie piszemy dla jednej gazety po udanym (lub nieudanym) natarciu na jedną redakcję szturmujemy kolejną. (oczywiście unikamy sytuacji gdy piszemy o tym samym dla konkurencji). Zatem notes, aparat, karta biblioteczna i do roboty. Wasze 300-500-700 zł miesięcznie właśnie czeka żebyście je zarobili.

*

A byłbym zapomniał. Piszcie też czasem opowiadania

*

Publikacja za oceanem.

Wszystkie dyskusje o wydawaniu za granicą sprawdzają się do jednego: siada sobie gostek lub koleżanka i zaczyna biadać pt. "jak mi potwornie źle że mieszkam w Polsce", "A jakbym się urodziła w USA to wtedy..." tak jak nasze aktoreczki co nie umieją zagrać, a chcą do Hollywood.

Mnie to wkurza bo najczęściej ci co najgłośniej skamlają mają zerowe sukcesy zawodowe. I wyjazd do USA w niczym by im nie pomógł. Całe to pieprzenie o USA to samousprawiedliwianie się i nic więcej. Marudzicie zamiast pracować. a ja tracę czas by próbować Wami trochę potrząsnąć. Był tu wątek zatytułowany "parę groszy" czy jakoś tak. Dawałem radę jak zacząć zarabiać artykułami. Minęły ze dwa miesiące chyba albo i lepiej. Czy ktoś z wielbicieli amerykańskiego rynku wydawniczego może mi podesłać skan pierwszej zarobionej pisaniem stówki?

Kupa Polaków pojechała pracować na zachodzie. Kto coś umiał w Polsce jakoś się tam zaczepił, porobił za połowę stawki tubylca i wraca z kasą. Większość nie umiała nic, porobiła byle co, albo nie znalazła żadnej roboty, i wraca marudząc że kapitalizm jest zły. Kupa pojechała do Anglii nie znając nawet angielskiego pomieszkała pod mostem i wraca na koszt konsulatu.

         Ludzie to jak z biznesem. Siedzi banda idiotów i marudzi że nie ma pieniędzy na początek. Ale jakby przypadkiem je dostali to by je rozpieprzyli. (vide mój kumpel co jak sie wreszcie dorwał to kasy to wtopił 40 tyś bo mu się wydawało że da sie na czymś zarobić a tu się okazało że jednak się nie da).

         Jeśli ktoś się do czegoś nadaje to pieniądze ma. Pracuje odkłada, inwestuje, pomnaża, w międzyczasie zdobywa doświadczenia które pozwalają zrobić krok do przodu. Czasem ma za mało by rozkręcić interes od razu - ale stopniowo w kilka lat dochodzi tam gdzie chciał, albo bierze kredyt i robi duzy skok do przodu - bo wie jak coś zrobić i na ile może zaryzykować. Jak ktoś zaczyna od kredytu to zostanie z długami. Sorry. Życie. Na szczęście większość wiecznych malkontentów kredytu nie dostanie. Banki chroniąc swój interes przy okazji ratują różnych frajerów przed upadkiem... Maszynopisy to Wasz kapitał. Przy odrobinie szczęścia wymienicie je na pieniądze. Może kiedyś wymienicie je na dolary.

         Jak ktoś umie pisać to pisze i wydaje. Tu w Polsce. Sprawdza się. Uczy się nowych technik. Zdobywa doświadczenie. Zdobywa umiejętności. I z czasem jest gotów zrobić krok dalej. Albo tu albo gdzie indziej. Na naszym forum siedzi banda i skamle "jest nam źle bo nie mieszkamy w USA". Dobra. ja też nie mieszkam w USA. I...? Ok. W USA może zarobiłbym dziesięć-dwadzieścia razy więcej. Albo by przyszła wściekła feministka z karabinem i wywaliła mi dziurę w czole za łamanie zasad politycznej poprawności.

         Przyjmijmy że za pięć-dziesięć-piętnaście lat otworzy się możliwość wydawania w USA. Z moich 20-30-40 książek będę mógł wybrać 2-3-4 najlepsze i sprzedać im prawa. Przyjmijmy że na gwałt zechcą wydawać Polaków. Co wtedy zrobią? popatrzą co się w Polsce najlepiej sprzedaje. Jest szansa że moje książki będą na tyle wysoko w rankingach że zostaną zauważone. A wasze? Czy będą już w ogóle napisane?

         W przypadku wielu użytkowników tego forum będzie to wyglądało inaczej: jest szansa - w USa zaczęli publikować Polaków hurrra. To ja siadam i piszę... Eeee... Tak właściwie jak sie to robi? Ok. już po dwu latach mam napisaną powieść. Hurra. o jak to już moda minęła? I pojawi sie kolejne samousprawiedliwienie: "to wszystko wina tych wrednych Pilipiuka-Sapkowsiego-Dardy to przez ich wypociny nie miałem szansy z moim dziełem..." Sądzicie że z amerykańcami będzie łatwo? Czy sami przyjdą (wątpię). czy do nich się pójdzie trzeba mieć argument. Jakikolwiek argument. 10 wydanych tytułów. Wysoki nakład. Tłumaczenie na języki krajów regionu. etc. Może być inna możliwość. Może szansa wydania w USA nie pojawi się nigdy. Co wtedy? Ja będę sobie wydawał książki w Polsce, Czechach, Rosji, może i Bułgarii. Będę z tego żył, kiedyś postawię dom, jak zechcę popływać jachtem to sobie kupię lub wyczarteruję.

90% użytkowników tego forum będzie w tym czasie siedzieć na kasie w biedronce i pielęgnować w sobie poczucie straszliwej krzywdy spowodowane tym że nie zostali pisarzami bo nie mieszkają w USA. Potem będzie to już tylko poczucie krzywdy spowodowane tym że nie siedzą na kasie w USA. A potem zestarzeją się i umrą zostawiając wnukom teczkę z wydrukiem kawałka powieści której nigdy nie skończyli bo wredny świat nie pozwolił im rozwinąć skrzydeł...

         Miejsce zamieszkania niewiele zmienia. Tzn. jak sie mieszka w Somalii to ma się przechlapane - ale pobudka - żyjemy w Polsce w najlepszym okresie historii naszego kraju. Żyjemy w świecie o którym 25 lat temu mogłem sobie pomarzyć. Rozumiecie? Rynek wydawniczy też mamy taki że 10 lat temu mogłem sobie o czymś podobnym pomarzyć. Gdzie tam... Nie rozumiecie. Większość z Was ma naście - dwadzieścia parę lat.

Okres komuny to dla Was w najlepszym razie przedszkole. Nie wiecie jakie to uczucie nie mieć paszportu, i oglądać w Pewexie radiomagnetofon za 120 dolarów ze świadomością że taką Kwotę wasz Ojciec zarabia przez pół roku, albo zestaw klocków lego za 40 zielonych czyli dwa miesiące harówy z nadgodzinami i dyżurami. Jak potrzebujecie telefonu to go kupujecie w kiosku. bez czekania 20 lat i pisania podań do urzędasów. etc.

Część z Was zaczęła czytać książki już po rewolucji którą rozbiła Fabryka Słów. Od dekady mamy normalny rynek. Ja korzystam, wy marzycie o USA. Janusz A. Zajdel czekał 3-4 lata od napisania książki do jej wydania. dziś czeka się 3 miesiące. Nienacki - za komuny autor topbestselerów multimilioner miał na koncie ze 3 miliony złotych czyli w walucie wolnego świata jakieś - bu ha ha ha ...sześć tysięcy dolarów. I był faciarzem, władza wiedziała że nie ucieknie, dawała mu paszport na kraje kapitalistyczne więc sobie parę razy jeździł do Francji i RFN.

Dziś żyjemy w wolnym kraju. A jak nam sie nie podoba mamy paszporty w szufladach. I możemy napisać co chcemy i wydać gdzie chcemy bez konieczności kiwania smutnych panów z ulicy Mysiej (czyli urząd cenzury) i bez czekania latami na przydział papieru. Możemy napisać wszystko, dostać za to prawdziwe pieniądze, kupić co chcemy i pojechać gdzie chcemy. A wy marudzicie jakbyście mieszkali w jakiejś Somalii.

         USa daje większe możliwości? ok. A Polska daje większe możliwości niż Somalia. Ale jak ktoś jest cienias to czy w Somlaii, czy w Polsce czy w USA będzie podobnie wegetował. A jak ktoś jest dobry to sobie poradzi i tu i tam a czasem jednocześnie i tu i tam.

         W Hollywood pełno jest ludzi którzy przyjechali zostać aktorami i im się nie udało. Mieszkają w kanałach i wynajmują się do sprzątania ulic by zarobić na bilet z powrotem do domu. A przecież żyją w USA - w tym uSA które Wam się śni po nocach.

         Ktoś tu chciał promować polską prozę na zachodzie? pisałem już o tym: żeby móc rozmawiać z zachodem trzeba mieć argumenty. Pokazać czarno na białym że maszynopis który się przyniosło to bestseller w pięciu krajach Europy Środkowej. a lepiej przynieść pulę bestsellerów dziesięciu top-autorów.

         Jak się idzie do polskiego wydawcy to trzeba pokazać że ma się 15 opowiadań wydanych w czasopismach. Tak jest wszędzie. W każdej robocie. Tak działa świat. Jak się idzie pracować w stolarni to pokazuje się dyplom ukończenia zawodówki stolarskiej, opinie rzemieślnika u którego odbyło się staż, zdjęcia z własnych realizacji etc. jak się chce zostać piratem w Somalii też trzeba pokazać ze umie się walić z kałacha.

         Niedocenieni geniusze? Nie ma niedocenionych geniuszy. Sorry. no dobra może są - 1% pechowców potwierdzających regułę. Ale - z całym szacunkiem - to raczej nie Wy. Czasem trzeba obejść 15 wydawnictw jak Rowling. Czasem mieszka się parę lat w przyczepie kempingowej jak St.King. Ale wysiłek się akumuluje.

         London, King czy Dick się nie załamywali odmowami tylko pisali nowe rzeczy. Gdy pojawiły się opcje na druk po postu składali opowiadania w zbiory i puszczali. A wy? Jeśli zapali się światełko ile zbiorów opowiadań złożycie z tego co macie w szufladach?

         Gdy przyszli do mnie z Fabryki Słów miałem 1200 stron maszynopisu gotowe. 12 lat temu robiłem awanturę w Fenixie bo spóźniali się z wypłatą honorarium a ja akurat podarłem ostatnie spodnie i potrzebowałem dwie dychy żeby kupić nowe u chińczyka. I nie było wówczas żadnych szans wydania książki. Ale pisałem na zapas. I gdy pojawiła się szansa capnąłem ją jak rottweiler. Bo miałem zęby. Wy w większości tracicie czas na dywagacje o straconych szansach. A macie w ogóle zęby by w razie czego szansę chapnąć?

         Przestańcie zatem pieprzyć farmazony tylko weźcie się do roboty. Wtedy jest szansa ze za 10 lat wydacie coś i w USA. A na razie spróbujcie coś opublikować "w tym małym parszywym kraiku gdzie mieszkamy". I cieszcie się ze nie jesteście pisarzami w Somalii.

*

„To nie talent lecz chęć szczera produkuje bestsellera” (red. M. Parowski)

Piszemy Bestsellera cz. I

Od czasu do czasu na konwentach spotykam się z młodymi ludźmi którzy nieoczekiwanie poczuli gwałtowny przypływ olśnienia. Ofiara przebudzonych mocy twórczych z reguły usiłuje coś napisać albo narysować, lub połączyć jedno z drugim tworząc komiks.

        Ci którzy zdecydują się pisać po spłodzeniu kilku lub kilkunastu stron wpadają przeważnie na pomysł że trzeba to gdzieś opublikować. Wysyłają tekst do redakcji któregoś z branżowych pism i z reguły na tym kończy się ta przygoda. Redakcje odpowiedzi udzielają z reguły bardzo niechętnie i przeważnie jest to odpowiedź negatywna. Niniejsza rubryka ma na celu zmniejszenie liczby ofiar, tfu. To znaczy chciałem, powiedzieć tu będziecie mogli poczytać o tym co zrobić żeby zwiększyć swoje szanse w przebijaniu się przez rzeczywistość. Postaram się w szeregu felietonów zawrzeć wskazówki które w pewien sposób ukierunkują Waszą twórczą energię.

        A zatem: Co zrobimy z napisanym tekstem, który naszym zdaniem nadaje się już do publikacji? Ano trzeba go zanieść potencjalnemu wydawcy. Do redakcji czasopisma wpadamy zazwyczaj miedzy 12 a 15-tą – wówczas mamy największe szanse złapania kogoś na miejscu. Przestrzegać należy drogi służbowej. Wachmana w drzwiach informujemy że chcemy się widzieć z redaktorem od prozy polskiej, jeśli jest nieobecny, z sekretarzem redakcji, sekretarką, tylko w ostateczności wręczamy manuskrypt wachmanowi z prośbą by położył redaktorowi na biurku. Jeśli redakcja znajduje się daleko od naszego miejsca zamieszkania – np. drugim końcu kraju wysyłamy nasz utwór pocztą. Co się z nim dzieje dalej?

        Przed kilku laty gdy jeszcze istniało czasopismo Fenix pełniłem w nim zaszczytną funkcję człowieka zajmującego się obsługą korespondencji. Do moich zadań należało czytanie listów początkujących grafomanów, o pardon, twórców, studiowanie dołączonych do listów opowiadań, oraz pisanie z tego wyciągów dla redaktora naczelnego. Z grubsza rola sprowadzała się wyszukiwania w zalewie makulatury tekstów nadających się do druku. Robota miała swój urok, bowiem przy okazji poznałem szereg naprawdę wstrząsających płodów ludzkiej myśli... Zacznijmy zatem od listów, potem omówimy sobie kilka przykładów natchnionych tekstów...

        Jeśli zdecydujemy się wysyłać gdzieś nasz tekst, obojętne czy drogą elektroniczną, czy tradycyjnie, w kopercie, warto dołączyć do niego świstek papieru lub kilka bitów informacji po co właściwie wysyłamy... Pierwszym generalnym błędem jest złe zaadresowanie listu. Większość zaczyna się od słów “Szanowni Państwo”, ewentualnie bardziej odkrywczo “Hej Redaktorzy” (najemnicy, kolesie, panowie, mordercy, mistrzowie etc., etc.). To pierwsze potknięcie. List do redakcji kierujemy i adresujemy do redaktora naczelnego lub redaktora zajmującego się prozą polską. (Jego nazwisko bierzemy sobie ze stopki redakcyjnej). Pisać trzeba w miarę zwięźle. Kluczem do sukcesu jest unikanie kilku typowych potknięć. A zatem nie piszemy że:

1) napisaliśmy ten tekst wiele lat temu, jak byliśmy młodzi i jeszcze nie umieliśmy za dobrze pisać – wysyłanie młodzieńczych bazgrołów bez ich napisania od nowa i starannej redakcji mija się z celem. Jeśli chcemy żeby nam to opublikowano musimy napisać najlepiej jak umiemy i doszlifować wszystko co tylko się da doszlifować. Nie wysyłamy czegoś co leżało w szufladzie i miesiącami porastało kurzem. Wysyłamy coś nad czym popracowaliśmy przed wysłaniem.

2) Mamy jeszcze w szufladzie znacznie lepsze kawałki. Reakcja redaktora jest natychmiastowa. Spadaj palancie, przyślij te lepsze. Po go głowę zawracasz, dawaj najlepsze co masz.

3) Napisaliśmy jeszcze kilka tekstów które wysłaliśmy do konkurencji. To także doprowadzi czytającego do szewskiej pasji. Lepsze dla konkurencji dla nas odpadki? A niedoczekanie twoje drogi autorze, niech cię wydaje konkurencja.

4) umiemy napisać lepiej – jak umiecie to udowodnijcie, a na razie nie będziemy tego czytać. .

Czytając stosy listów zauważyłem pewną prawidłowość. Dobre teksty zazwyczaj opatrzone były krótkimi i zwięzłymi listami. Teksty słabe - w epistoły pełne ozdobników. Tu problem kolejny. Redakcje zazwyczaj stosują jedną stawkę – wierszówkę – określoną kwotę którą płacą za stronę tekstu i jeśli człowiek nie nazywa się Sapkowski to nie zdoła wydrzeć więcej niż wierszówka wynosi (nawet mi się nie udało...). W przypadku dobrych tekstów autor podawał zazwyczaj adres zwrotny, czasem numer telefonu – poczta elektroniczna była jeszcze w powijakach. Autorzy tekstów słabych załączali wszystkie swoje dane osobowe – niezbędne ich zdaniem do sporządzenia umowy. Autorzy najsłabszych dodawali numery kont bankowych, na które należy przelać honoraria. Autorzy tych zupełnie dennych podawali numery kont i wysokość kwot które należało ich zdaniem przesłać za prawa publikacji ich wypocin.

Od tej reguły w zasadzie nie ma wyjątków toteż widok pełnych danych i numer konta u większości redaktorów wywoła z miejsca odruch wymiotny, lub przypływ paniki... A nie o to przecież chodzi. Zostawmy problem listów i przejdźmy do natchnionych dzieł do nich załączonych.

Jaki powinien być idealny wydruk? Od czasów gdy obowiązywało składanie utworów w postaci tego co wystukało się pracowicie na maszynie utarł się zwyczaj by zachować standard tak zwanego znormalizowanego maszynopisu. Co to oznacza? Na stronie powinno być 30 linijek po 60 znaków. Wydruk powinien być jednostronny. Strony musza być ponumerowane. Na pierwszej stronie umieszczamy swoje imię i nazwisko. Obok namiary – adres, mail, numer telefonu. Dane te warto powtórzyć na ostatniej stronie – pod tekstem. (bywa i tak że pierwsza strona ulega zgubieniu). Czcionka powinna być czytelna, prosta i miła w czytaniu (np. times new roman ce). Unikać należy jak ognia wszelkich ozdobnych. Należy pamiętać o wcięciach akapitów i przy dialogach. Jeśli nie rozumiecie o co chodzi obejrzyjcie sobie stronę z książki i postarajcie się odtworzyć jej układ...

Maszynopis nie powinien nosić ręcznych poprawek, śladów czytania przez poprzednich redaktorów, młodsze rodzeństwo, w wannie czy w kiblu. Powinien być dziewiczo czysty – wydrukowany specjalnie na ta okazję specjalnie dla tego redaktora. Innymi słowy musi być ładny optycznie.

Bardzo złe wrażenie robią błędy ortograficzne i interpunkcyjne. Rękopisy w ogóle nie są czytane.

Co do treści, cóż... z reguły 90% powstających utworów nie nadaje się do niczego. Statystyka jest tu nieubłagana. Na dziesięć tekstów spływających do Fenixa do druku nadawał się jeden Nadawał, ale nie zawsze był publikowany! Standardową praktyką stosowaną np. w redakcji “Fantastyki” jest układanie tekstów na stosik. Te które spełniają kryteria drukowalności gromadzone są w piramidkę. Najlepsze trafiają na górę. Średnie wtyka się w środek. Najgorsze – ale jeszcze nadające się do druku podkłada się pod spód. Przy kompletowaniu zawartości numerów zawsze bierze się teksty od góry – najlepsze. Długa posucha sprawia że warstwa najlepszych kończy się odsłaniając warstwę gorszych. Te najsłabsze z dna stosu nie mają w zasadzie większych szans na druk. Te które nie zakwalifikowały się na stosik trafiają do kosza i wracają do czytelnika wyłącznie w postaci papieru toaletowego.

Standardową praktyką redakcji jest nawiązywanie kontaktu jedynie z autorami których teksty zakwalifikowano do publikacji. Jeśli redakcja nie udzieli odpowiedzi w ciągu miesiąca można zadzwonić i się dopytać. Redakcja odrzuconych tekstów nie odsyła, nie opatruje komentarzami, nie podaje decyzji dlaczego zostały odrzucone, ani co można by poprawić... Polityka to moim zdaniem bzdurna – gdyż czasem trafiały się nam w poczcie teksty które miały niezły pomysł, tylko napisane były nieco nieporadnie. Wyeliminowanie błędów było możliwe, jednak redaktorzy woleli pracować nad tekstami od razu dobrymi. Cóż, nie ja tam byłem naczelnym, moje rady ignorowano.

        Jakie pierdoły trafiają w ręce redaktorów? W czasie mojego kilkumiesięcznego urzędowania trafiło mi się kilka takich kwiatków że głowa mała. Na przykład: opowiadanko bodaj pod tytułem “Przygody fajnego faceta w fajnym kraju”. Tekst zaczynał się od brzydkiego wyrazu na “k”. Mimo iż jest to wyraz rodzaju żeńskiego stanowił imię głównego bohatera(!). A więc tenże k*** budzi się na kacu w zdemolowanym pokoju, a potem idzie przez miasto demolując nie wiadomo po co napotkane sprzęty a na zakończenie wycieczki wymiotuje do kiosku. Inspirujące, prawda? Ciekawe swoją drogą po co to przesłano akurat do Fenixa bo w tekście nie było ani grama fantastyki.

        Inny kwiatek poraził mnie głębią niewiedzy historycznej. Oto dwaj “partyzanci” w stylu iście filmowym skaczą z gałęzi na przejeżdżających pod drzewem Krzyżaków i rozszczepiają ich zręcznie ...krzemiennymi siekierami(!!!). No cóż wprawdzie na studiach uczyłem się ze epoka brązu zaczyna się na naszych ok. 1800 roku p.n.e. ale widać trafiła się jakaś zapóźniona o 3600 lat osada...

Następny wstrząsający utwór zaczynał się sceną od której opadła mi szczęka. Król Popiel wypija szklankę wódki i przykłada rozpalone czoło do szyby w oknie... Co mi się tu nie spodobało? Po pierwsze wódka – dotrzeć mogła na nasze ziemie wraz z zakonnikami najwcześniej w XI wieku. Po drugie szklanka – najstarsza – “szklanka nyska św. Jadwigi” została przywieziona przez jej ojca z wyprawy krzyżowej i była tak wspaniałym przedmiotem, że ofiarowana w XIII wieku klasztorowi w Nysie została a miejsca, po dodaniu srebrnej oprawy, przerobiona na kielich mszalny... (a wygląda jak szklanka po nutelii mniej więcej). Trzecim detalem nie pasującym do epoki była szyba w oknie. Wenecjanie jako pierwsi zaczęli robić szkło taflowe. Było to w XV wieku. Do nas dotarło dwa stulecia później...

Tego typu błędy powodują oczywiście natychmiastową dyskwalifikację tekstu. A zatem drodzy czytelnicy przed podjęciem decyzji wysyłać czy nie wysyłać – warto się chwilę zastanowić a może i pewne szczegóły sprawdzić w uczonych księgach...

Piszemy Bestsellera cz. II

W poprzednim odcinku roztoczyłem przed Wami, drodzy przyszli pisarze, ponurą wizję tragicznego losu waszych rękopisów. Wizja te nie byłaby pełna gdybym pominął problem redaktora. A zatem kto to taki? Z Waszego punktu widzenia redaktor to koleś który weźmie do ręki Wasze dzieło i skrzywiwszy się po przeczytaniu siepnie je do kosza. Jednak jeśli nie stać Was na założenie własnej gazety celem publikacji swoich utworów jesteście skazani na kontakty z takimi typkami. Nie ważne co piszecie, czy są to artykuły do gazet, felietony, opowiadania czy powieści – zawsze traficie na redaktora.

Skąd biorą się redaktorzy? Przeważnie z przypadku. Trafiłem w życiu na kilku różnych. Byli wśród nich niedoszły biolog, technik urządzeń chłodniczych, dentysta, świadek Jehowy, grafik komputerowy, artysta od sztuki nowoczesnej, były tłumacz, technolog żywności, magister archeologii... – jak widać aby zostać redaktorem nie jest konieczne specjalne wykształcenie. Od razu zaznaczę że wśród wyżej wymienionych trafili się zarówno fachowcy jak i totalni partacze. Jak odróżnić fachowca od partacza? Fachowiec umie ocenić i zredagować tekst, partaczowi wydaje się ze umie.

Redakcji tekstu nie można się nauczyć w zasadzie nigdzie. Podstawy poznałem w czasie warsztatów organizowanych przed laty przez “Klub Tfurców”. To była jednak tylko pewna ogólna podstawa. Dalsze umiejętności zdobyłem dokonując szczegółowej analizy gramatycznej różnych rodzajów błędów językowych. Przypuszczać należy że redaktorzy którzy cośkolwiek wiedzą o tej robocie kształcą się systemem cechowym – starsi i bardziej doświadczeni szkolą swoich uczniów – zachowując atoli dla siebie najważniejsze sekrety fachu, co sprawia że uczniowie nie są w stanie zagrozić w przyszłości ich pozycji.

Partacze nie uczą się wcale, wydaje im się że wiedza wyniesiona z liceum wystarczy. Ano niestety nie wystarczy. Gramatyki uczy się u nas w sposób kompletnie skandaliczny – zmuszając uczniów do kucia formułek i odwalania głupich ćwiczeń, zamiast położyć nacisk na rozumienie zasad i umiejętność ich zastosowania. Kilka zagadnień z dziedziny wyższej gramatyki postaram się Wam przybliżyć w przyszłości.

Najgorszym rodzajem redaktora na jakiego możecie trafić jest niespełniony pisarz. Gość godzinami zastanawia się nad tym dlaczego nie jest w stanie nic spłodzić. Po kilku latach takich rozmyślań staje się zgorzkniały i cyniczny. Kontaktując się nim narażamy się na to że z dziką radochą uwali nasz tekst tylko dlatego że napisaliśmy go nieźle – lepiej niż on sam by potrafił. Oczywiście prawdziwy “Wielki Redaktor” nie uwala tekstów od tak, on musi znaleźć sobie powód. Tu nie wystarczy sama nienawiść do nas – trzeba ją podbudować odpowiednim uzasadnieniem.

A zatem redaktor taki będzie z ołówkiem w ręce liczył ile mamy znaków w linijce i ile linijek na stronie. Z satysfakcję będzie zaznaczał gdzie zapomnieliśmy postawić przecinka po czym odrzuci tekst z uwagi na “rażące niedoróbki formy”. Dla niego natrafienie w naszym tekście na literówkę jest jak wydłubanie z muszli dorodnej perły, a każdy błąd ortograficzny, niczym piękny diament znaleziony po wielu dniach pracy. Człowiek taki będzie analizował tekst pod kontem jego odrzucenia. Teraz rozumiecie dlaczego tyle miejsca poświeciłem w poprzednim felietonie na wbicie wam do głów jak powinien wyglądać dobry maszynopis? Tego typu sukinsynowi nie możemy dać żadnej formalnej okazji do uwalenia z miejsca naszego tekstu. Większość redaktorów oceniających opowiadania jest w porządku, jednak ostrożność i tu nie zawadzi.

Praca redakcji zazwyczaj wygląda następująco: Na czele stoi redaktor naczelny. Czasem jednocześnie pełni funkcje redaktora prozy polskiej. Podlega mu redaktor graficzny – który zajmuje się obrazkami (on na nie interesuje, chyba że uprze się by dać jakieś bazgroły jako ilustracje naszego tekstu), oraz sekretarz redakcji. Redakcja zazwyczaj liczy od dwu do 5 osób, do przeszłości odeszły kilkunastoosobowe składy...

A zatem redaktorski grzech główny – lenistwo. Lenistwo naczelnego sprawia że całość działa bardzo niemrawo. Człowiek który sam przeżywa życie w półśnie nie jest w stanie zdopingować podwładnych do roboty. Rozmamłanie faceta od prozy polskiej powoduje że nasz tekst może zostać przeczytany po tygodniu od nadesłania, lub po miesiącu. Bywa że wcale nie zostanie przeczytany. Jeśli słodka błogość nieróbstwa dotknie sekretarza redakcji sytuacja jest tragiczna – gdyż to od tego gościa zależy czy i kiedy dostaniemy naszą forsę...

Leniwy redaktor nie zechce nic poprawiać, wyrzuci nasz utwór do kosza. O ile frustrata ciężko pokonać, o tyle rozanielonego można przeskoczyć dość łatwo. Wystarczy napisać na tyle dobrze by przełożył tekst na kupkę tych do wydania i zapadł w dalszą drzemkę...

Niekiedy lenistwo redaktorów powoduje skutki zgoła dramatyczne. Na przykład w pewnym wiodącym wydawnictwie naszej branży spiętrzył się stos około stu(!!!) maszynopisów nadesłanych powieści. Stos ten narasta od lat. Tworzą go głównie maszynopisy debiutantów, w tym jeden – 700 stron autorstwa niżej podpisanego... Tekst ten złożyłem bodaj w 1998 roku. Do dziś dzień nie został przeczytany i pewnie nie zostanie bo z dobrze poinformowanych źródeł wiem że z racji grubości został użyty do podparcia konstrukcji regału...

Inną wadą redaktorów jest bałaganiarstwo. Redaktor potrafi zgubić wszystko. Nasze dane, nasz tekst, nasze umowy, nawet nasze honoraria. Tu na marginesie uwaga psychologiczna. Chaos panujący na biurku i w otoczeniu redaktora zazwyczaj jest dokładnym odbiciem stanu jego myśli. Ludzie zorganizowani utrzymują wokół siebie porządek i z reguły nie gubią ważnych papierów...

Wspominałem poprzednio o podpisywaniu maszynopisów z obu stron. W pewnej redakcji widziałem niezły stosik tekstów które w zasadzie kwalifikowały się do druku, ale podpisane zostały jedynie imieniem i nazwiskiem. Autor dane pozwalające na nawiązanie kontaktu zawarł w liście lub umieścił na kopercie – i niestety zostały one zagubione w redakcyjnym bałaganie.

Ponadto redaktorzy posiadają swoje specyficzne narowy. Po prostu pewna tematyka im się podoba inna nie. Jak poznać gust takiego typa? Ano analizując co też dopuścił do druku. Oczywiście dużo ciekawsze byłoby zbadanie czego nie dopuścił – ale to niestety w naszych warunkach jest niewykonalne. (chyba że wiemy do którego zasobnika z makulaturą trafiają odrzucone przez redakcję maszynopisy). Miejscem gdzie możemy dokonać rozpoznania redaktora są konwenty miłośników fantastyki. Warto wybrać się na spotkanie z redakcją i posłuchać o czym i w jaki sposób będą mówili zaproszeni redaktorzy.

W zasadzie na konwentach nie należy wręczać im swoich maszynopisów. Wysoce prawdopodobne jest że zostaną one zgubione. Cóż impreza taka trwa kilka dni i kilka nocy, częste zmiany knajp... Jeden z redaktorów zgubił nawet komplet kart kredytowych, więc maszynopis lepiej wręczać w budynku redakcji. W żmudnym procesie poznawania narowów redaktora ważne może okazać się zasięgnięcie opinii u autorów którzy już coś w danym piśmie puścili. Starszy kolega po piórze może być kopalnią ciekawych informacji, zwłaszcza jeśli postawimy mu piwo i pociągniemy za jezyk. Dowiemy się wówczas rozmaitych rzeczy które pozwolą nam starannie zaplanować strategię.

Pośród cech charakteru redaktorów warto wymieć jeszcze jedną – zaborczość. Bywa i tak, że po szczęśliwym debiucie redaktor uzna nas za swoja wyłączną własność i alergicznie będzie reagował na próby publikacji gdzie indziej. Tak było w przypadku pewnego autora. Złożył w wydawnictwie dwa maszynopisy – powieści i zbioru opowiadań. Zbiór został odrzucony z wstrętem powieść skierowana “do produkcji”. Autor nie przejmując się odmową zaniósł opowiadania do konkurencji gdzie zostały przyjęte przychylnie i oddane szybko do druku. Niebawem ukazały się w postaci sympatycznej książeczki. Na wieść o tym, pierwszy wydawca wpadł w szał i nie wydaną jeszcze powieść wykreślił z grafiku. Autor nie zrażony pokazał mu figę i udał się tam gdzie wydali jego powiadania. Niestety redaktorom powieść się nie spodobała i niestety musiało minąć coś ze cztery lata zanim wreszcie doczekała się publikacji jeszcze gdzie indziej. Mamy tu więc zaborczość połączoną z mściwością...

W przypadku czasopism nie jest to aż tak ostro, choć pamiętam, że jako autor “ze stajni” Fenixa do redakcji “Fantastyki” po raz pierwszy szedłem z duszą na ramieniu... Z przypadkami zaborczości nie spotkałem się w aż tak ostrej formie, choć z redaktorem Grzędowiczem miałem umowę że opowiadania o Wędrowyczu puszczam tylko u niego. Dopiero gdy pokłóciliśmy się o honoraria (konkretnie poszło nie o wysokość tylko dlaczego z czteromiesięcznym poślizgiem) tytułem ostrzeżenia puściłem jeden tekst o Jakubie w “Magii i Mieczu”.

Najłagodniejszą formą tego narowu jest dumne głoszenie wszem i wobec że autor debiutował właśnie w piśmie kierowanym przez danego redaktora, lub że “debiutował u konkurencji ale te naprawdę wartościowe teksty poszły u mnie”. Albo “coś tam chałturzył w tych fanzinach a ja go nauczyłem pisać”...

W przypadku wydawnictw książkowych umowa na wyłączność lub pierwokup jest usprawiedliwiona jeśli wydawca inwestuje w reklamę i promocję autora.

I wreszcie na zakończenie. Jak poznać dobrego redaktora? Taki koleś zaprosi nas do redakcji pokaże nam nasz maszynopis tu i ówdzie pokreślony na czerwono a potem wyjaśni nam szczegółowo jakie kropnęliśmy błędy i jak należy je skorygować... Prawdziwy redaktor powinien być nie tylko fachowcem w swoim fachu ale także porządnym i życzliwym człowiekiem. Niewielu dziś takich ale trzeba szukać.

Piszemy Bestselera cz. 3

W dzisiejszym odcinku postaram się napisać wreszcie coś na temat – czyli jak zabrać się do pisania. Pierwszym i najważniejszym elementem naszej prozy jest Bohater. Tego etapu nie przeskoczymy choćbyśmy się z kichali. Dobrze wymyślony – wyciągnie nam utwor uratuje nawet w przypadku niedoróbek fabuły (za dowód może posłużyć cała niemal moja proza ;-P). dal odmiany kiepski bohater położy nam opowiadanie lub książkę na amen. I nie pomoże najgenialniejsza fabuła...

Jeśli przywołujemy na myśl najwybitniejsze dzieła literackie w każdym znajdujemy wyraźnie zarysowana postać, Conana, Wiedźmina, Hannibla Lectera etc. A zatem garść rad.

        Istniej coś co fachowo nazywa się targentem – to grupa docelowa czytelników, czyli kolesie i koleżanki którzy będą czytali to co naskrobiemy. Jeśli piszemy powieść dla młodzieży robimy to nieco inaczej niż gdybyśmy kierowali ją do dorosłych. Jeśli piszemy dla dziewcząt – oczywiście będzie inna niż dla chłopców etc. Nasz bohater powinien zasadniczo być w wieku potencjalnego odbiorcy. Dlaczego? Ano głównie dlatego że przygody rówieśnika przeżywamy najmocniej. Identyfikujemy się z nim, z jego problemami. Bardzo ładnie zrobił to Niziurski w “Księdze Urwisów”. Mamy tam grupe chłopców bardzo niejednolitą wiekowo. Są w niej trzecioklasiści i siódmoklasiści... to pozwala rozciągnąć targent szerzej na grupę w wieku 9-14 lat.

        Metodę tę twórczo rozwinął Nienacki tworząc postać Pana Samochodzika. Mamy tu wybitnego fachowca którego z reguły otacza masa bachorów – “przypadkiem” w wieku potencjalnych czytelników. Dużo gorsze są tu powieści np. Alfreda Szklarskiego z cyklu o przygodach Tomka Wilmowskiego – za szybko sukinsyn dorósł...

        Oczywiście czytelnik polubi bohatera lub nie polubi. Tu znowu kilka ciekawych trików. Bohaterowi warto na dzień dobry dać kopa w zad żeby się nogami nakrył. Wdeptać w ziemię i przydusić. Potem dopiero stopniowo poprawiać mu los. Ładnie to pokazał Marek S. Huberath choćby w opowiadaniu “Kara Większa”. Gdy gnębimy naszą postać czytelnik zaczyna jej współczuć. Dla odmiany jeśli opiszemy przygody supermana któremu wszystko idzie jak z płatka w efekcie uzyskamy coś na kształt cyklu o przygodach “Dzikiej Mrówki” wydawanego w połowie lat osiemdziesiątych a dziś kompletnie już zapomnianego. Dzika Mrówka był synem marynarza, dziwnym trafem władza ludowa dawała mu paszport by z kumplami płetwonurkami powłóczył się a to po Jugosławii a to po Andach. Rzygać się chciało – tak mu wszystko szło jak z płatka. W efekcie minęło 15 lat i książki te zostały równo zapomniane. Po prostu bohatera zbyt trudno było polubić. A zatem zagrajmy na współczuciu czytelnika. I kopmy naszego frajera w tylną część ciała. Im częściej i mocniej, tym lepiej.

        Trik kolejny równie prosty. Sam bohater to nie wszystko. Należy dostarczyć mu świat w którym będzie funkcjonował. Im świat będzie ciekawszy tym lepiej. Oczywiście każdy początkujący autor fantasy zaczyna od wyrysowania mapki, ponazywania ziem, czasem nawet na mapce się kończy. Tolkien, Sapkowski i Kres osiągnęli wielkość nie dlatego że rysowali sobie mapki ale dlatego że potrafili zbudować w swojej wyobraźni kompletne światy, istniejące zarówno na płaszczyźnie świadomości jak i podświadomości czytelnika. Mi osobiście kreowanie od podstaw jakichś krain wydało się zadaniem ponad moje siły – dlatego wziąłem krainę realnie istniejącą i odrobinę wykoślawiłem jej opis... Jakub żyje sobie na Lubelszczyźnie, która jest odrobinę bardziej malownicza niż ta realna. Osadzanie akcji opowiadania czy powieści w innych epokach historycznych niesie ze sobą ryzyko pewnych błędów – co sygnalizowałem już wcześniej. Z tym trzeba naprawdę uważać. Szerzej o kreacji epok zamierzchłych – w jednym z kolejnych odcinków. Kończąc temat daję następującą radę: świat wokół bohatera musi być po pierwsze kompletny, po drugie ciekawy. Czytelnik widzi go oczyma naszej wyobraźni. Pamiętajmy by coś kryło się w cieniu, niedopowiedziane – jak u Kresa czarty gatunek istot inteligentnych który z tego co wiem był parę razy sygnalizowany ale jeszcze się nie objawił.

        Oczywiście ciekawe otoczenie to nie wszystko. Postać nasza musi w nim funkcjonować – najlepiej zajmując się jakąś ciekawą działalnością. Tu znowu odwołam się do mojego bohatera. Jakub Wędrowycz jest wprawdzie dużo starszy od czytelnika ale intelektualnie z racji zacofania technicznego stoi bardzo nisko – w wielu sprawach jego poczynania są iście dziecinne. Otoczenie ma całkiem niezłe – tu bimbrownia tam skład partyzanckiej amunicji tu bimbrociąg przez granicę... Do tego wszystkiego dołożyłem mu parę kopniaków od losu (aczkolwiek trzeba było mocniej) i dałem ciekawą robotę.

        Kolejnym chwytem jaki stosujemy jest wyposażenie bohatera w wady. Popatrzmy na znany powszechnie komiks o Kajku i Kokoszu. Kajko jest strasznie papierowy, odważny uczciwy do przesady, waleczny i sprytny. Papierowy, nieprawdizwy. Kokosz podobał mi się bardziej. Jest gruby, głupszy od kumpla, lubi żreć i ma przez to kupę kłopotów. Jest dużo bardziej prawdziwy. Jeśli opiszemy anioła pozbawionego wad pozbawimy go także życia. Komu się zechce czytać o tak świetlanej postaci? Kilka drobnych przywar wystarczy by dodać mu smaku, jak szczypta soli zmienia smak talerza zupy. Jakub akurat składa się głównie z wad – ale to akurat w tym przypadku nie jest dobry przykład. Więcej Kokoszy, mniej Kajków.

        Oczywiście tu uwaga naczelna – bohater musi wiedzieć dokąd idzie. Bardziej szczegółowo omówię to w przyszłości tu tylko zaznaczę. Nasza postać musi realizować jakieś zadanie albo szukać możliwości jego realizacji. W przypadku Pana Samochodzika bohaterowie szukają skarbów, lub wydzierają je konkurencji. U Szklarskiego łowią rzadkie gatunki zwierząt. Pierwsze powieści są lepsze, wyżej określono w nich stawkę a tym samym działaniu bohaterów został nadany dogłębny sens.

        Jeszcze jedna uwagą – niby oczywista a jednak ważną. Czytelnikowi musimy w czytelny sposób zasygnalizować kto jest głównym bohaterem - przeciwnym razie wyjdzie nam coś takiego jak powieść Nikołaja Breszko- Breszkowskiego “Córka wielkiego księcia” – co się człowiek do kogoś przyzwyczai przychodzą bolszewicy i go mordują... Początkowo jest to zabawne ale w trzecim tomie zaczyna nużyć...

        Oczywiście nasza postać nie działa samotnie. Wcześniej czy później pojawia się problem bohaterów drugo- i trzecioplanowych. Oczywiście można stworzyć ich postaci na kilka różnych sposobów. Zacznijmy jednak od określenia ich liczby. Jeśli sięgniemy do powieści Elizy Orzeszkowej “Nad Niemnem” lub do “Pana Tadeusza” natkniemy się na legion rozmaitych typków. Kim są co robią skąd się wzięli niby wiadomo ale snują się ich takie stada że szybko się w tym totalnie gubimy.

        A zatem jeden – dwu bohaterów pierwszoplanowych, do tego powiedzmy do czterech - pięciu – drugoplanowych, reszta to elementy tła. Podczas budowy sceny, zwłaszcza jeśli prowadzony jest dialog nie należy używać więcej niż trójki bohaterów na raz – po prostu czytelnikowi poplącze się co kto mówi. Zasadniczo nie należy mnożyć bohaterów ponad potrzebę.

        Jak ustawiać hierarchię postaci? To bardzo proste. Na wstępie opisujemy dość dokładnie bohatera głównego. “drugi sort” umieszczamy dalej i opisujemy znaczni mniej dokładnie. Bohaterowi głównemu poświęcamy najwięcej miejsca w każdej ze scen w których występuje. Ludzie maja zakodowane że jak coś jest dokładnie omawiane – to znaczy że ważne.

        Warto przyjrzeć się funkcjom bohaterów. Znowu sięgnijmy do klasyki. W Panu Samochodziku mamy oczywiście tytułowego Pana Tomasza oaz towarzyszących mu harcerzy (mówię tu o klasycznych pozycjach Nienackiego a nie tej imitacji którą współtworzę). Pan Samochodzik jest tym który zjadł wszystkie rozumy i szereg rzeczy tłumaczy swoim młodym pomocnikom. Owszem przeżyją rozliczne przygody – ale to on jest tu siłą porządkującą rzeczywistość. Czasem nawet taki geniusz jak on czegoś nie wie – jeśli sięgniemy do tomu “Wyspa złoczyńców” znajdziemy tam archeologów którzy z radością służą mu informacjami.

Wprowadzenie w poczet bohaterów jednej postaci mało kumatej ma dla dzieła zbawienny wpływ. Takiemu osiołkowi wszyscy będą tłumaczyć co bardziej zawiłe kwestie a wraz z nim dowie się też średnio rozgarnięty lub niedouczony czytelnik. Gdzie można to dobrze podejrzeć? Znowu odsyłam do klasyki – książka J. Verna “Tajemnicza Wyspa”. Postaci i relacje miedzy nimi budowane są wedle bardzo przejrzystego schematu.

Na czele piątki rozbitków stoi Inżynier. Wszechstronny geniusz. Wiernie sekunduje mu dziennikarz który przekłada polecenia na zrozumiały język. Bratanek (lub siostrzeniec) dziennikarza jest tym któremu należy tłumaczyć kwestie bardziej zawiłe – przeznaczone dla średnio rozgarniętego czytelnika. Wreszcie na dole hierarchi stoją dwaj robole od czarnej roboty – Marynarz i Murzyn. Ich postaci są niezbędne aby otaczać inżyniera kultem i poprzez nich tłumaczyć pewne rzeczy już kompletnym idiotom. Powieść ta powstała przez 120 laty, ale schemat nadal jest żywy i można go nie tylko wykorzystać ale i twórczo rozwijać.

Sięgnijmy do książkach o przygodach niejakiego Heńka Garncarza (Harrego Pottera jeśli ktoś nie lubi tłumaczeń ;-P). Mamy tu skopiowanie schematu identyfikowalne natychmiast. Jest mało rozgarnięty Harry, któremu podstawowe sprawy świata magii trzeba łopatologicznie tłumaczyć. Zajmuje się tym przeważnie Hagrid, rzadziej Ron Weasley. Rolę inżyniera odgrywa dyrektor tej wesołej szkółki. To on jest tu fontanną mądrości i opoką na której opiera się wszystko. Wraz z Harrym wkraczamy w świat czarodziejów. On zadaje pytania które cisną mam się na usta, on poznaje i eksploruje nowy ląd...

Warto omówić jeszcze jedną kwestię. Bohaterowie zasadniczo dzielą się na pozytywnych i negatywnych. Fabuła opiera się zazwyczaj na walce dobra ze złem, rzadziej na walce zła z jeszcze gorszym złem, do absolutnych curiosów należy przypadek gdy mamy do czynienia z pokojową rywalizacją pozytywnych bohaterów.

Najczęściej mamy więc relacje miedzy naszym bohaterem głównym, a jego antytezą – wrogiem. Wróg przeważnie bywa bardzo inteligentny – czasem wręcz bardziej niż bohater. Starcie tych dwu wyznacza nam oś akcji. Zarówno bohater jak i jego wróg maja swoich przyjaciół wspólników i pomocników. Hierarchię układamy podobnie. Wśród bohaterów pozytywnych jest jeden najważniejszy, wśród negatywnych także najczęściej jeden zostaje namaszczony na wodza prowadzącego spragnione krwi hordy...

W powieściach Nienackego pojawia się jego wróg niejaki Jerzy Batura. Jest ot typek niebezpieczny głownie dzięki temu że jego inteligencja nie ustępuje inteligencji głównego bohatera. Starcie jest bardzo trudne, a efekt końcowy – choć do przewidzenia – to jednak zwycięstwo okupione zostaje wysiłkiem i porażkami.

W przypadku wczesnych powieści Verna wroga w zasadzie nie ma. Bohaterowie zmagają się głownie nieujarzmioną przyrodą, czasem z dzikimi tubylcami traktowanymi jako żywioł. Wrogowie z krwi i kości pojawiają się w utworach późniejszych – przeważnie są to szaleni wynalazcy, lub pozbawieni skrupułów dorobkiewicze.

Od czasów Verna przeszliśmy daleką drogę. Spójrzmy zatem na ten problem na przykładzie dzieł bardziej współczesnych. Zalecałbym tu lekturę “Milczenia Owiec” i “Hannibala” (film skopali niestety totalnie...). W “Milczeniu...” mamy klasyczną sytuację – dobra policjantka walczy z maniakalnym mordercą, doktor Lecter stanowi tu element tła, kontakty z nim to punkty zwrotne dla całej akcji. Nie bierze udziału w starciu dobra ze złem, stoi ponad tym, i z uśmiechem spogląda z boku na starcie dwu sił. W “Hannibalu” sytuacja ulega zmianie. Wykolejony milioner dyszący żądzą zemsty poluje na doktora. Klasyczne starcie zła i jeszcze gorszego zła, pokazane częściowo oczyma Clarise Starling, która tu znajduję się głownie na pozycji obserwatora. Warto sobie do tego zajrzeć i poszukać elementów klasycznej vernowskiej hierarchii i ustawienia ról bohatera.

Hannibal zajmuje stanowisko inżyniera – wie wszystko, policjantka to zagubione dziecko – jej oczyma patrzymy na tę rzeczywistość. Jej przełożony czasem z uśmiechem wyjaśnia że doktorek wcale nie jest taki sprytny za jakiego usiłuje uchodzić – i znajduje proste wyjaśnienia jego paradoksalnych i profetycznych pomysłów...

Skopiowanie tego schematu – a jeszcze lepiej twórcze rozwinięcie go pozwoli nam uzyskać względną zwięzłość akcji bez konieczności stosowania kilkustronicowych przypisów.

       

Andrzej Pilipiuk

Piszemy Bestselera cz. 4.

W dzisiejszym odcinku zajmiemy się problemem psychologii postaci. Bohaterowie naszych dzieł powinni posiadać obok interesującego życia także ciekawe wnętrze. Zastanówmy się zatem jak to osiągnąć.

        Tym co determinuje nasze działanie jest doświadczenie. Działania bohatera wynikają z tego że w przeszłości przytrafiło mu się coś co zmieniło mu kilka połączeń w mózgu. W Milczeniu Owiec naćpany morderca widząc wykluwanie się ćmy z kokonu doszedł do wniosku, że jest w stanie przeobrazić się w kobietę. W moich utworach Jakub działa automatycznie jak człowiek ze wsi. Pojawia się problem, rozwiązuje go przy użyciu dostępnych narzędzi. Czy myśli? Nie ręczyłbym za to. Jednak on też miał w życiu chwile gdy dokonywał wyborów. I te wybory ukształtowały jego osobowość.

        Podobnie działamy my. Rozwiązujemy problemy tak jak nas tego nauczyło nasze życie. W moim opowiadaniu Księżniczka tytułowa bohaterka rozbiera sobie każdy problem po kolei, odnajduje praprzyczynę swoich kłopotów analizuje ją i zaczyna działać. Jest to zachowanie wyuczone. Musiała dawać sobie radę przez ponad 1000 lat życia... W sytuacji dynamicznego zagrożenia – zaatakowana przez dwu dresiarzy działa instynktownie – ale tez w sposób kontrolowany i wyuczony. Bez skrupułów zadaje im obrażenia które definitywnie wyłącza ich z walki na dobre.

        Nasz bohater w przypadku pojawienia się problemu będzie go rozwiązywał tak jak my mu każemy. Dlatego musimy zwrócić baczną uwagę na to by jego działania nie wydały się czytelnikowi niezrozumiałe. Wędrowycz jeśli pojawia się problem wypija słoik bimbru, zagryza pasztetem z kota i z siekierą lub pepeszą w dłoni bierze się do roboty. Gdyby zamiast tego wyciągnął laptopa i połączył się z satelitą – czytelnik może by to nawet i kupił, ale takie rozwiązania sytuacji fabularnej spowodowałoby poważny dysonans. Dlatego że używanie komputera nie mieści się w konwencji tej postaci. To człowiek ze wsi, ukształtowany bardziej przez instynkt niż rozum. Zachowania postaci wypływają więc z ich przeszłości i z wzorców ich osobowości które utrzymujemy w mózgu gdy piszemy.

        Wzorzec musi być konsekwentnie utrzymywany w stanie homeostazy. Trwały, niezmienny lub powoli i świadomie ewoluujący. Opisując czyny bohatera skupiamy się na ułamku jego “życia” – ale cala reszta – może okazać się potrzebna. Jeśli oglądaliście serial nie-brazylijski “nieśmiertelny” – w każdym odcinku bohaterowie przechodzą kilka retrospekcji. Fragmenty ich wspomnień pomagają im się odnaleźć w analogicznej choć odmiennej czasowo sytuacji.

        Siłą rzeczy konstruując osobowość bohatera wcześniej czy później dotkniemy kolejnego problemu. Obcości. Nasz bohater w chwili gdy czytelnik się z nim poznaje może robić rzeczy niezrozumiałe. Nasza rola polega na znalezieniu dla nich wyjaśnienia. Czasem może to być trudne dzieciństwo, czasem głęboko skrywana tajemnica z przeszłości. W “Milczeniu owiec” zachowanie bohaterki determinuje śmierć jej ojca policjanta. Wstępując do FBI powtarza niejako jego drogę realizuje ambicje których nie dane mu było wypełnić. Jednocześnie wspomnienie rzezi owiec kładzie się cieniem na jej życiu. W powieści “20000 mil podmorskiej żeglugi” J. Verna Kapitan Nemo topi niewiedzieć czemu statki brytyjskie. Jego historie poznajemy dopiero w zupełnie innej książce – ale ona tam jest ukryta w niedopowiedzeniach... Postępowanie kapitana z razu całkowicie niezrozumiałe – wraz z odkrywaniem kolejnych warstw fabularnych staje się coraz bardziej pełne – śmiertelnej - logiki.

Jeśli w naszym opowiadaniu pojawiają się elementy naprawdę obce – na przykład ludzie wychowani w zupełnie innej kulturze miedzy nimi a bohaterami dochodzić może do bardzo poważnych dysonansów. Niekiedy porozumienie okazuje się niemożliwe. Doktor Lecter lubi jeść ludzkie mięso. Jak mu to wyperswadować? Nie da się... Jeśli chcemy stworzyć postać naprawdę oryginalną musimy naznaczyć ją niezmywalnym piętnem obcości. Musi myśleć inaczej niż czytelnik. Odmienność możemy podbudować ukazując warunki które ukształtowały jej psychikę.

Musimy jednak uważać by nie odsłonić jej do końca. To co całkowicie zrozumiale – taje się przewidywalne i naturalne – a tym samym znacznie mniej ciekawe.

Bardzo dobrą lekturą która zaleciłbym dla zbadania psychiki diametralnie innej niż nasza jest książka Duglasa Locwoda “Ja, Australijczyk”. Jest to pamiętnik australijskiego Aborygena, pisany beż żadnych właściwie wyjaśnień. Żonę bohatera zapładnia tęczowy wąż, uprawianie seksu nie ma z tym nic wspólnego. Magia istnieje realnie czarownik jest stanie dosięgnąć swojego wroga nawet gdy ten przed laty uciekł do miasta... Polecam. Jednocześnie jest to książka która pozwala podejrzewać że jakiekolwiek porozumienie z przedstawicielami innych cywilizacji okaże się całkowicie niemożliwe. Aborygeni żyjący na ziemi są obcy do tego stopnia że nie da się z nimi dogadać, a co dopiero małe zielone ludziki....       

        Postępowanie bohaterów obok ich przeszłości tworzy także teraźniejszość. Akcja i reakcja są dość proste do zrozumienia. Jednak zachowanie zdeterminowane jest także przez psychikę i otoczenie. Zdajemy sobie sprawę z presji jaką na nasze życie wywierają inni ludzie. Poruszamy się w gąszczu stosunków międzyludzkich, przepisów etc. pisząc zróbmy bohaterowi to samo. Przeszłość i charakter postaci zdeterminowany przez wcześniejsze upadki zderzmy ze skałą teraźniejszości. Za każdym razem gdy Harry Potter łamie regulamin obawia się jednego odesłania do świata mugoli. Wyrzucenie z Hogwartu to dla niego koniec wszystkiego. W dodatku cały czas grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo ze strony Lorda Voldemorta. Jego zachowanie determinować będzie strach i konieczność nieustannego udowadniania sobie własnej odwagi. To popchnie go w stronę zachowań ryzykownych (oraz sportów ekstremalnych z użyciem mioteł ;-P) Jego wróg dla odmiany dyszy żądzą zemsty za swoje urojone krzywdy. Harry ukształtowany przez stosunki panujące w mugolskiej rodzinie trafia do zupełnie obcego świata – musi uczyć się go na nowo, musi dojrzeć, otworzyć się na nowe. Żył pod potężną presją więc będzie to okres rozwoju. Książka ta opiera się na bardzo starych instynktownych zachowaniach. Dlatego została bardzo dobrze przyjęta. Strach, nienawiść, ambicja... Ludzie lubią o tym czytać.

        Miłość, pieniądz, żądza władzy, w tym utworze prawie nie występują – ale warto o nich wspomnieć. Na nich opierają się relacje między ludźmi. Oraz wszelkie knowania które popychają nam akcję do przodu. Planują bohatera musimy wiedzieć które z jego cech behawioralnych – ukształtowanych przez przeszłość wywołają reakcje w teraźniejszości.

        Jeśli sięgniemy do dramatów Szekspira znajdziemy tam to wszystko w pięknej czystej klasycznej postaci. Jego utwory usystematyzowały mapę ludzkich instynktów. Z drugiej strony istnienie tych dzieł rzuciło długi cień na cała współczesną literaturę. Niezależnie od tego co piszemy, jeśli tylko będzie to odrobinę bardziej skomplikowane oprze się na którymś z Szekspirowskich rozwiązań fabularnych. W zasadzie nie ma sensu z tym walczyć. Trzeba tylko zastanowić się dobrze jak ten szkielet wypchać nowym mięchem.

        Sięgnijmy do jeszcze innego przykładu. Książki z serii Harlekina. De facto mamy w nich trzy schematy fabularne. Ona chce a on nie, on chce a ona nie, albo chcą oboje ale okoliczności im to utrudniają. (aż się “Romeo i Julia” przypomina...). A zatem instynkt i spełnienie. Oczywiście od nas zależy co z tym zrobimy. Schematy są bardzo pojemne. Samotna wyspa, na niej zamczysko i blondynka która nie lubi facetów, o skalisty brzeg rozbija się jacht przystojnego milionera. Blondynka zmienia zdanie... Jakub Wędrowycz umizguje się do bibliotekarki, ta go nie chce, ale odkrywa że Wędrowycz umie czytać i zmienia zdanie. To oczywiście tylko przykłady.

        A zatem podsumowując. Musimy mieć kompletnego bohatera – z psychiką, przeszłością i teraźniejszością. Nie musimy pokazywać tego wszystkiego a nawet nie powinniśmy tego robić. Sięgamy po pokłady jego duszy w miarę potrzeb. Ale powinniśmy mieć po co sięgnąć.

        Czytelnikowi najpierw pokazujemy czyny niezrozumiałe lub nawet szalone – potem wyjaśniamy – najlepiej starannie porcjując wyjaśniania żeby rozpalić jego ciekawość do czerwoności. Im ciekawszą osobowość uda nam się stworzyć tym lepiej.

        Powodzenia.

Piszemy Bestselera cz. 5

W dzisiejszym odcinku opowiemy sobie o realiach historycznych i fantastycznych których zachowanie ma nadać naszemu dziełu polot intelektualnej przygody.

Załóżmy sobie że chcemy umieścić nasze dzieło dajmy na to w XVII stuleciu. A zatem, skoro już jestem magistrem archeologii i specjalizuję się w tej właśnie epoce, zapraszam na spacer po późnośredniowiecznym mieście. Przekraczamy gościnnie otwarte bramy. Jeśli nie mamy przy sobie towarów nie zostaniemy zatrzymani. W przeciwnym razie skierują nas prawdopodobnie do komory celnej i na wagę... Zbliża się wieczór, po upalnym majowym dniu. Pierwszą rzeczą którą poczujemy będzie porażający smród. Pierwszym pytaniem jakie sobie zadamy będzie: co tu taj śmierdzi. Rozbijmy je na czynniki. Rynsztoki. Zapach starej uryny fermentującej sobie pomalutku na słoneczku. Nocniki wylewa się przez okno. Do rynsztoków spycha się wszelkie inne odpadki. Należy uważać żeby w to nie wdepnąć. Należy jednocześnie patrzyć pod nogi i uważać co leci z góry. Wprawdzie w większości miast były specjalne żółte godziny kiedy nocniki wylewano, ale nie zawsze tego przestrzegano. Czuć skondensowany zapach zwierzęcych odchodów. Przez miasto pędzi się bydło, stada świń, konie ciągną wozy. Wszystko to sra pod siebie. Zwłaszcza świński kał ma ogromne tendencje do nawonniania powietrza. Ludzkimi odchodami też tu jedzie – tylko jakby dyskretniej – zapachy dochodzą z bram kamienic. Czyżby ktoś tam srał? Nawet nie. Posesja miejska stanowiła przedłużenie gospodarstwa wiejskiego. Kamienica od frontu była częścią miasta – podwórze już niekoniecznie. W komórkach porykują krowi, kwiczą świnie, gdaczą kury, a obok w kącie znajduje się dół do którego załatwiają swoje potrzeby wszyscy mieszkańcy posesji. To z niego tak jedzie. A zatem zagadka rozwiązana wracamy na ulicę. Wiaterek z bocznej uliczki przynosi upojną woń trupiarni – mają tam swoje jatki rzeźnicy, a może to garbarze wyprawiają skóry? Na wszelki wypadek nie będziemy tam zaglądali. Chodźmy dalej – na rynek. Woń tłumu czujemy już z daleka. Polacy byli w tym czasie dzięki wpływom wschodnim narodem stosunkowo czystym. Chętnie chodzili do łaźni, czasem nawet raz na dwa - trzy tygodnie. Uczęszczali tam także obowiązkowo przed świętami. Mimo to ich smrodek przywodzi na myśl zapach trolli z Dworca Centralnego w Warszawie. Nie ma się czemu dziwić. Epoka dezodorantów zaczęła się dopiero po II wojnie światowej... Co tak kręci w nosie? Woń dziegciu – białej smoły destylowanej na sucho, używanej do smarowania butów. Koło kościoła znowu jakby padlina. Tym razem jednak to prawdziwy trup. Trochę za płytko zakopali...

Warto by coś przetrącić, udajmy się zatem do miłego i szykownego lokalu. Tłum spoconych jegomościów oblewa swoje interesy, nie będziemy im przeszkadzać. Wolny stolik, drewniana ława. Blat lepi się od brudu, ale nie martwmy się tym – możemy rozłożyć własny obrus. Co tak piecze w oczy? Dym z kuchni. Obsługi coś nie widać zatem pofatygujmy się sami. Paleniska znajdują się na nalepach – czymś w rodzaju stołów wymurowanych z cegieł. Garnki stawia się bezpośrednio na podłożu i okłada chrustem naokoło. Płonące szczapki powoli podnoszą temperaturę zawartości. Obok widać jeszcze patelnię – glinianą michę na trzech nóżkach... Menu nie jest specjalnie wyszukane, kartofle jeszcze do Polski nie dotarły, bierzemy kaszę ze skwarkami i kapustę. Aha. Obowiązują własne sztućce. Kasza jest ciut niedogotowana, ale to nic, przeżyjemy. Skwarki podejrzanie zajeżdżają zjełczałą słoniną. Cóż w tej epoce nie ma jeszcze lodówek a w taki upał wszystko się psuje. To może coś innego? Ryby nie polecam. Przywozi się je zasolone w beczkach, podróż trwa z reguły trzy-cztery tygodnie... Gliniana lub drewniana miska trochę się lepi i trochę śmierdzi. Tłuszcz dostał się w pory i teraz jełczeje. Ług jest zbyt drogi by myć nim zastawę. Warto czymś ugasić pragnienie. Do wyboru mamy wodę ze studni i piwo. No to może piwo? Mętne gęste, gorzkie, kwaśne... Ale bezpieczniejsze to niż woda. Wprawdzie przepisy zabraniają kopania dołów kloacznych w pobliżu studni sąsiadów ale czasem coś przesiąknie...

Zostaniemy tu kilka dni wiec pora wynająć pokój w zajeździe. Akurat jest miejsce. Czteroosobowe lokum, dwa łóżka, będziemy spać z jakimś obcym facetem, ale nie mamy się czego obawiać w tej epoce homoseksualizm karany jest śmiercią więc nic nam z jego strony nie grozi... może poza wonią czosnku i niemytego ciała. Coś jednak nie daje spać. Drapie, gryzie, swędzi... W świetle kaganka zanalizujmy co też ciekawego drepta po łóżku. Małe, białe, podobne do kalafiorków to wszy. Bytują sobie w szwach ubrania. Żywią się nasza krwią przenoszą tyfus i ze dwadzieścia innych chorób. Dzielą się na dwa rodzaje pospolite i łonowe, ale ponieważ nie odwiedziliśmy jeszcze domu uciech, prawdopodobnie to te pierwsze.

Wszy przydadzą nam się gdybyśmy chcieli zostać tu dłużej i uwieść jakaś pannę. Wzajemne iskanie tego draństwa z włosów jest tu zabawą o silnym wydźwięku erotycznym. Ej, nie wymiotujcie na swój komputer, może się wam jeszcze przydać.

Czarny skaczący drobiazg to oczywiście pchła ludzka. Płaskie brązowe paskudztwa to pluskwy, mieszkające w szparach łóżka. Małe jakby kropelki krwi na nóżkach to ich dzieci. Jak z draństwem walczyć? Wszy rozgniata się miedzy paznokciami. Podobnie młode pluskwy. Dorosłe osobniki posiadają jednak znaczną wytrzymałość na urazy. Kładziemy je na stole i rozwałkowujemy butelką. Dość tej zabawy pora wreszcie spać. Nad łóżkiem jest baldachim. To bardzo miłe, w nocy nie będą nam robale spadać na twarz... Co znowu? Chcecie iść do właściciela z awanturą o to robactwo? Wolne żarty. Wszy i pchły ma tu każdy. Pluskwy trafiają się nawet w płacach. Gdybyśmy zarazili się świerzbem – o to byłby powód do wszczynania awantury...

I znowu mamy dzień. Coś jednak po wczorajszej kolacji zaległo na żołądku. Zawroty głowy, gorączka... Ups i leżymy na ziemi. Sraczka totalne wymioty ani chybi czerwonka. Oczywiście nie poleżymy długo w błocie to epoka cywilizowana. I już dwaj pachołkowie miejscy odstawiają nas do szpitala. Nie zabraliście książeczki usług medycznych? A co za problem? Opieka zasadniczo jest bezpłatna. Ale jeśli zapłacimy będzie im miło... Ładna sala na sześćdziesięciu chorych, prycze wąskie jak w obozie koncentracyjnym, śmierdzi potwornie ale ból żołądka zagłusza wszystko. Zaraz pojawia się felczer i zbadawszy nas pobieżnie aplikuje zagadkowo pachnącą miksturę po której ból przechodzi jak ręką odjął a we łbie zaczyna się kręcić. Co nam zaaplikowano? Wywar z niedojrzałych makówek. Świetny środek przeciwbólowy na niemal wszystkie dolegliwości, działa niestety tylko objawowo. Dlaczego przestało boleć? Ano ten specyfik w składzie przypomina kompot narkomanów – zawiera do 25% czystej heroiny. Ale nie martwcie się jest znacznie bardziej toksyczny niż produkty narkomanów więc nie pożyjecie dość długo by miało to większe znaczenie. Zrobiło się błogo, nic nie śmierdzi, przestał nam przeszkadzać fakt że leżymy we własnych gównach. Przyjdą zakonnicy opiekujący się chorymi podłożą nam świeżą słomę. A zatem pora nawiązać znajomości. Sąsiad po lewej właśnie wykańcza się na gruźlicę. Sąsiad po prawej odwalił kitę i szczury obgryzają mu palce u nóg. Naprzeciw felczer aplikuje staruszkowi kompocik z maku, dziadek cierpi na ból zębów. Zostały mu tylko cztery lub pięć ale na skutek wieloletniego spożywania mąki mielonej na żarnach zeszlifował żeby prawie do dziąseł i teraz bolą go otwarte komory. Zresztą wdało się już zakażenie i niedługo wykituje. Obok chorych jest tu cała masa emerytów, ci którzy jeszcze jakoś łażą co rano idą na miasto kwestować na utrzymanie szpitala. Dostają też przeterminowane produkty które trafia do szpitalnego kotła. Przeterminowane oczywiście wedle tutejszych norm, niewiele mających wspólnego z ISO 2000. “Zdrowsze ubóstwo usługuje mdłemu”.

Jedna ściana sali wychodzi na kaplicę. Rozmowy milkną zaraz zacznie się msza w intencji księcia pana który zasponsorował nam opiekę medyczną... Dobra zaraz po nabożeństwie znikamy z tej dziury zanim gryzące nas wszy towarzyszy niedoli zrażą nas czymś naprawdę poważnym.

Jak więc widzicie przy pisaniu dzieł historyczno przygodowych, jeśli stawiamy na realizm uwzględnić musimy wiedzę której raczej nie znajdziemy w podręcznikach...

 

Piszemy Bestsellera cz. VI

W poprzednim odcinku odwiedziliśmy naszych przodków w XVII wieku, (osobom które wymiotowały podczas czytania składam niniejszym przeprosiny) może pora więc zastanowić się nad problemem zasadniczym. Nie każdy jest z wykształcenia archeologiem lub historykiem, a każdemu z was zaświtać może ochota by jednak wypłodzić dzieło którego akcja rozgrywać się będzie w przeszłości...

A zatem skąd czerpać informacje o realiach i sposobie myślenia naszych przodków?

Gdy zacząłem prace nad cyklem “Operacja Dzień Wskrzeszenia” (wiem, wiem, jeszcze się nie ukazał ale jestem dobrej myśli), w pierwszym tomie posłałem bohaterów do XVII wieku. W tomie drugim trafili z grubsza tam gdzie powinni - do Warszawy ok. 1880 roku. Szerzej o tym za chwilę.

Istnieje kilka kategorii źródeł przydatnych nam przy poznawaniu epoki w której osadzimy akcję. Pierwszym i najczęściej używanym są opracowania popularno - historyczne. Czy należy im ufać? I tak i nie. Musiałem osadzić akcje powieści w okresie zaborów. Jeśli sięgniemy do rozmaitych wspomnień z końca XIX wieku dowiedzieć się możemy że panowała totalna rusyfikacja a uczniom nawet podczas przerw nie wolno było mówić po polsku. Jest to ogólnie rzecz biorąc prawda, tylko że nie do końca. Zdecydowana większość naszych pisarzy przeszła przez szkoły państwowe. I spora ich część naukę podjęła w okresie rządów generała Hurki – namiętnego rusyfikatora...

Zakazy mówienia po polsku obowiązywały wyłącznie w krótkich okresach “zaostrzonego kursu”. Z reguły po kilku latach następowała liberalizacja. Szkoły dzieliły się na państwowe i prywatne. W państwowych zarządzenia wprowadzano natychmiast, w prywatnych niekoniecznie. Państwo nie wtrącało się zasadniczo do ich działalności. Panienka z dobrego domu uczęszczająca na prywatną pensję mogła uzyskać średnie wykształcenie bez czynnej znajomości rosyjskiego. Podręczniki z tej epoki wydawano prawie bez wyjątku w języku polskim, także nauczyciele byli przeważnie Polakami. Zarządzenia omijano, a w razie kontroli uruchamiano fundusz łapówkowy. Władza zasadniczo niewiele mogła na to poradzić. Próbowano tylnymi drzwiami wprowadzać rosyjski – na przykład nauczyciele którzy prowadzili lekcje wyłącznie w tym języku dostawali wyższe uposażenie...

Skąd o tym wiemy? To bardzo proste. Wiedza to rozproszone okruchy zatopione w szarej magmie ludzkiej głupoty. Większość książek piszą ludzie którym wiele rzeczy się wydaje. Nie należy wierzyć im bezkrytycznie. Dla uzyskania prawdziwego obrazu należy poczytać opracowania, pamiętniki przodków, prace naukowe, prasę codzienną, spisy podręczników. Dopiero wtedy zaczyna wyłaniać się w miarę prawdziwy obraz.

Jest jeszcze jedna kwestia na którą warto zwrócić uwagę. W tej błogosławionej epoce istniał już obowiązek szkolny, jednak restrykcyjne prawo nakazujące by każdy uczeń uczęszczał do świątyń edukacji póki nie ukończy 18-tego roku życia nie przyszedłby naszym przodkom do głowy! Na studia szło się gdy zdobyło się wiedzę niezbędną do przedarcia się przez egzaminy wstępne. Człowiek mający za sobą dwie klasy szkoły gminnej, miał prawo uiścić opłatę i przyjść na egzamin... Spośród naszych sław np. Eliza Orzeszkowa i Maria Dąbrowska zdobyły spora część swojej wiedzy droga samokształcenia... Ciekawy jest także inny życiorys. Maria Skłodowska - Curie ukończyła w wieku 16 lat naukę. Przez rok pracowała jako nauczycielka zbierając pieniądze na wyjazd do Francji. W wieku 17 lat zaczęła studiować w Paryżu. W szkole zasadniczo się jej nie podobało, bowiem swoje córki edukowała w domu. W efekcie starsza z nich Ewa niebawem dołączyła do grona noblistów...

W antykwariatach możemy znaleźć książki z serii “Życie codzienne...” Zaczęto wydawać ją bodaj w latach 60-tych i do tej pory ukazało się chyba ponad dwadzieścia tomów. Jest to niezłe opracowanie, niestety tomy wydane “za komuny” mogą zawierać pewne nazwijmy to nieścisłości wywołane koniecznością dostosowania historii do ideologii. Trzeba zatem uważać.

Oczywiście opracowania daj nam pewien wycinkowy obraz rzeczywistości. Reszta to kwestia naszej dociekliwości. I jak wspomniałem wyżej składania wszystkiego z okruchów informacji. Jak zatem rekonstruowałem rzeczywistość w drugim tomie? Ano właśnie z detali.

Przeglądając gazety codzienne z lat 1898-1900 natrafiłem na reklamę ...składanych wanien niezbędnych w podróży. Cóż to był za diabeł? Płachta z gutaperki (specjalnego płótna nasączonego kauczukiem, zaopatrzona w składany metalowy lub drewniany stelaż. Owalną ramę mocowało się do płachty i opierało na dwu krzesłach. Na środek lalo się wodę. Powstawało w ten sposób coś w rodzaju przenośnego baseniku o wymiarach metr na półtora i głębokości około pól metra. Człowiek posiadający nawyki higieniczne mógł sobie urządzić przyjemną kąpiel np. w pokoju hotelowym. Z drugiej strony informacja ta pokazuje nam jakby drugie dno tej rzeczywistości. W tamtejszych hotelach i zajazdach nie było łazienek. Każdy pragnący pomoczyć się w wannie musiał zabrać ją ze sobą.

Inny przykład. Jak zajrzeć do mieszkania robotniczego? Pamiętników tej grupy społecznej zachowało się niewiele, trochę informacji zamieścili pisarze działający w tym okresie a opisujący ogólnie rzecz biorą nędzę ludzką. A zatem gdzie szukać źródeł? Znowu pomocna może okazać się prasa. W jednym z numerów “Kuriera Warszawskiego” trafiłem na informację o założeniu fundacji Wawelbergów – rodzina bankowców przypływie altruizmu zdecydowała się postawić osiem nowoczesnych kamienic dla ubogich robotników. Gazeta zamieściła opis udogodnień. W zatem higieniści poproszeni o opinię w trakcie opracowywania projektu orzekli kategorycznie że na jednego mieszkańca przypadać musi minimum osiem metrów sześciennych powietrza. To pozwala nam precyzyjnie ocenić stopień zagęszczenia w tych mieszkaniach! Domy fundacji posiadać miały bieżącą wodę – co sprowadzało się do tego iż na każdym piętrze umieszczony był kran. Prawdopodobnie w każdym mieszkaniu był także kibel – do spłukiwania własnoręcznie wiadrem – bowiem oglądając te budynki nie zauważyłem typowych dla tego okresu ubikacji w podwórzu. Miary luksusu dopełniał budynek socjalny – zawierający pralnię, suszarnię, ochronkę (czyli coś na kształt przedszkola) oraz salę klubową gdzie robotnicy po pracy mogli zajmować się grą w karcięta, lub socjalizmem, z dala od swoich ośmiu metrów sześciennych na głowę... co jeszcze warto wiedzieć?

Kamienice były nowoczesne, stawiane około 1900 roku a zatem musiały posiadać oświetlenie. Jakie? Oczywiście gazowe. Jak wyglądały lampy w tej epoce? Ano z innych artykułów i reklam wiem sobie że istniał aparatus ze szklanym kloszem. Podchodziło się do niego, w odpowiednią szczelinę wrzucało 20 kopiejek i przekręcało zawór. Urządzenie dawało za tę sumę określoną ilość stóp sześciennych gazu świetlnego, który paląc się w kloszu dawał przyjemne dla oka jasne światło. Jaki to był gaz? Sięgnijmy do encyklopedii Trzaski i Ewerta. Raz na jakiś czas przychodził inkasent z kluczem który otwierał skrzynkę i wygarniał z niej monety. Jeśli kamienice fundacji były nowoczesne – łatwo można wyobrazić sobie poziom życia w tych mniej nowoczesnych.

I jeszcze jedno zmyślne urządzenie. Nasi przodkowie posiadali taksometry. Oczywiście nie w taksówkach – samochodów w 1900 roku mieliśmy w Warszawie może kilkanaście, ale w dorożkach. Skąd o tym wiemy? Znowu sięgnijmy do gazet. Można tam znaleźć zarządzenie o obowiązku instalacji takowych...

Kolejny zabawny detal – rowery były wówczas dość popularnym środkiem lokomocji. Na reklamach można je sobie obejrzeć. Co ciekawe już wówczas wyposażano je w lampki do jazdy w nocy. Elektryczność już znano, ale żarówki były modna nowością. Baterie występowały w handlu w postaci stulitrowych beczek z kwasem... Czym zatem rowerzyści oświetlali sobie drogę? Na ówczesnych ulicach pełnych dziur i kocich łbów używanie nafty byłoby bardzo niebezpieczne. Świecili więc sobie karbidówkami. Ówczesne światełko do roweru składało się z metalowej puszki do której sypano karbid, zbiorniczka z wodą, oraz dyszy kończącej się w reflektorku. Całość zaopatrzona była w kilka pokręteł do regulacji. Woda wchodziła w reakcję z karbidem uwalniając acetylen. Gaz dyszą trafiał do reflektorka, gdzie palił się ładnym jasnym płomieniem. Dla regulacji jasności przekręcało się pokrętło zwiększając lub zmniejszając dopływ wody. Wynalazek ten strasznie fajny można czasem nabyć jeszcze na targach staroci. Problem tylko z karbidem...

Tak więc przy badaniu danej epoki w której przyjdzie nam osadzić naszą prozę przydatne będą po pierwsze opracowania, po drugie pamiętniki tamtych ludzi, po trzecie prasa codzienna. Czasem warto też przejść się do muzeum lub antykwariatu i obejrzeć sobie rozmaite przedmioty codziennego użytku. Sporo szczegółów zaobserwować możemy także na starych fotografiach. Sporo dowiemy się z testamentów i inwentarzy.

A jeszcze lepiej wydać paręset złotych i nabyć sobie stary rosyjski samowar. Nasypać węgla drzewnego, nalać wody, samodzielnie rozwikłać zasady działania czy sposób rozpalania. Od wujka z kopalni skombinować trochę karbidu i uruchomić przyniesioną z targu staroci lampkę rowerową... Ściągnąć ze strychu żelazko na węgiel drzewny i wypróbować na jakimś niepotrzebnym już ubraniu zasady jego działania. Doświadczenie jest lepsze niż najlepszy opis.

Jak jednak sięgnąć do czasów gdy nie było jeszcze prasy codziennej, aparatów fotograficznych, a umiejętność czytania i pisania znajdowała się w powijakach? Tu znowu pomoc może nam archeologia. Przykład z życia wzięty. Szpital pod wezwaniem św. Ducha we Fromborku. W czasopismach archeologicznych znaleźć możemy sporo informacji na temat prowadzonych tam wykopalisk i analizy tego co znaleziono. Z przyszpitalnego ogrodu pobrano próbki ziemi i zanalizowano zawarte w niej pyłki roślinne. (są w stanie przetrwać setki lat...). Dzięki temu określono co mnisi zajmujący się chorymi tam siali. Z poprzedniej lekcji wiemy już że siali głównie mak. Natrafiono jednak na pyłki także innych pożytecznych roślinek. Sięgnijmy teraz do zielnika Symeona Syreniusza wydanego w 1613 roku (w oryginale go do ręki nie dostaniemy ale od czego są mikrofilmy?) Tam dowiemy się do czego stosowano poszczególne roślinki. Są zresztą reprinty i opracowania dawnych receptariuszy.

W szpitalu tym natrafiono także na znalezisko znacznie cenniejsze. Kilku co znaczniejszych chorych pogrzebano w trumnach. Zawartość ich została bardzo starannie zbadana – bowiem chorego w wyrka zgarniano do trumny razem z posłaniem. Z rozmaitych śmieci wyizolowano kolejne resztki roślin, oraz na przykład pancerzyki pluskiew i nóżki pcheł. Przyszpitalny śmietnik dostarczył kości zwierzęcych dzięki czemu wiadomo jak i czym karmiono chorych. Na śmietniku archeolodzy znaleźli także resztki naczyń stołowych i sztućców. Zachowały się wreszcie regulaminy takich instytucji. Kolejne informacje pozwalają poskładać do kupy obraz w miarę kompletny. I jeszcze coś. Zdrowsi pensjonariusze mieli obowiązek kwestować (mówiąc po ludzku żebrać) na rzecz szpitala, a zebrane groszaki oddawać do szpitalnej kasy. Archeolodzy podczas badań postanowili rozebrać szpitalną podłogę – w szparach pomiędzy cegłami znaleźli ponad setkę drobnych monet – a zatem nie każdy wykwestowany grosz trafiał do wspólnego mieszka...

I jeszcze jedno – z tych szczątków dowiedzieliśmy się dużo, ale jak zajrzeć do wspólnych sal i przyjrzeć się ich urządzeniu? Z braku fotografii musimy zdać się na inne metody utrwalania rzeczywistości. Grzebiąc w albumach poświeconych sztuce znajdziemy bez większego trudu reprodukcje XVI wiecznych grafik i obrazów przedstawiających scenki z życia codziennego... Znajdziemy na nich wszystko czego potrzebujemy. Zajrzymy do szpitala, warsztatu, kuchni, sypialni, salonu. Poznamy sposoby szklenia okien, dzielenia mięsa, rodzaje pieców. Obejrzymy XV wieczne poduszki, stroje, koszyki, lichtarze. Dowiemy się kiedy pojawia się kiełbasa – wystarczy wypatrywać jej na obrazach przedstawiających uczty i kompozycje martwej natury.

Jeśli wykażemy się odpowiednią dociekliwością nasi przodkowie niewiele zdołają przed nami ukryć.

Piszemy Bestsellera cz. VII

        Drodzy kandydaci na grafo... tzn. drodzy przyszli pisarze. W dzisiejszym odcinku zanalizujemy sobie problem jak pisać aby wypociny nasze wzbudziły określone zainteresowanie naszych czytelników. Swojego czasu u zarania nauk o ludzkiej duszy... Hmmm źle to ująłem. U zarania okresu gdy duszą ludzką obok teologów zajęli się psycholodzy Jung wymyślił pojecie archetypu. Co to takiego i do czego może nam się przydać?

        Archetyp to mówiąc naukowo zespół wyobrażeń wynikających ze zborowej podświadomości społeczeństwa a uruchamiany za pomocą zbitki słów kluczowych. W słownikach znaleźć można też inne definicje. Dokonajmy teraz przekładu wyjaśnienia na język zrozumiały dla białego człowieka.

A zatem: Istnieją wyrażenia które od razu odpalają w umyśle czytelnika cale ciągi skojarzeń. Jeśli w pierwszej scenie naszego utworu akcja dzieje się w karczmie to czytelnikowi na dźwięk słowa “karczma” z miejsca przypomni się akcja 30 filmów i 15 książek których fragmenty rozgrywają się w takim przybytku. Czytelnik przeczyta dwa zdania opisu, a jego wyobraźnia odtworzy natychmiast całą resztę – setki elementów. Bohater wszedł do karczmy a czytelnik już wyobraża sobie belkowany sufit, porznięte nożem stoły, brodate krasnoludy, pijanych kolesi gotowych do bitki. Co więcej uruchomienie tego procesu myślowego działa też na piszącego. Sceny w karczmach znajdują się w co drugiej powieści fantasy i z reguły podobne są do siebie jak krople wody – mogą różnić się szczegółami.

Archetypów jest oczywiście cała masa. Wymieńmy kilka najważniejszych. Droga – pylisty trakt który przemierzają bohaterowie wędrujący w misji lub w poszukiwaniu przygody... (przy drodze oczywiście karczmy, żeby było gdzie tę przygodę znaleźć). Las – a zwłaszcza las o zmroku... Ognisko na polanie, drużyna układa się do snu, ogniki wilczych oczu w ciemności, krzaki pełne rozbójników.

Jesteśmy mieszczuchami, tylko niewielki procent czytających te słowa spędził noc przy ognisku w lesie. Wystarczy wprowadzić te dwa elementy, ciemność i las, by uruchomić w mózgu czytelnika pokłady atawistycznego lęku przed otwartą przestrzenią. Kolejny archetyp: Dom – bezpieczne schronienie, miejsce gdzie mieszkają rodziny bohaterów a oni sami mogą odpocząć po trudach wyprawy. Pięknie archetyp domu wykorzystała Tove Janson w “Muminkach” – cokolwiek się stanie można wrócić do domu. Tam znajdzie się bezpieczne schronienie, spokój, dobry obiad i zasłane łóżko. Czasem dom jest zagrożony i trzeba, jak w pewnej powieści, wyruszyć i wrzucać pierścienie do wulkanów...

Nieco inną odmianą jest refugium – to nadal dom, ale obwarowany, przygotowany na mający nadejść atak wroga. Popatrzmy na opis dworu w powieści “Wilcze Gniazdo” Jacka Komudy. Kamienna podmurówka która przetrwała już niejeden pożar. Na niej ściany z grubych dębowych belek, nieduże okna opatrzone solidnymi okiennicami, dach kryty gontem – bardziej odpornym na ogień niż strzecha... Od drzwi przez cały budynek biegnie sień, jej ściany zawieszone są bronią. w razie alarmu tu zbiegną się domownicy by chwycić co jest pod ręką i odeprzeć atak. Jeśli twierdza padnie archetyp zostanie zdeptany, dom rodzinny zbezczeszczony przez wroga. A w umyśle czytelnika pojawią się fale silnych emocji. I o to nam chodzi. Sukinsyn czytelnik ma nasze dzieło przeżyć, a nie tylko przeczytać!

        A tak na marginesie. Istnieje teoria mówiąca że ogromne sukcesy serialu o czterech pancernych i psie wzięły się z umiejętnego splecenia dwu archetypów. Czołg “Rudy” to jednocześnie bezpieczne schronienie, dom rodzinny i narzędzie sprawiedliwego odwetu.

        Grając na archetypach i zachowaniach wywołujących silną reakcję czytelnika sprawimy że książka zostanie dobrze zapamiętana. To najważniejsza zasada – na niej opiera się literatura.

        A teraz zobaczmy sobie jak rzecz na się w praktyce. Otwórzmy pierwszy tom “Sagi o Ludziach Lodu” Margid Sandemo.

        Trondheim w Norwegii koniec XVI wieku. Późna jesień. W mieście panuje zaraza. Zapada wieczór, 17 letnia dziewczyna błąka się zaułkami, znajduje zagubioną 3 lenią dziewczynkę, której rodzicie prawdopodobnie umarli. Zabiera ją ze sobą i idzie za miasto, by ogrzać się przy ogniu na którym pali się ciała zmarłych. Tam znajduje jeszcze porzucone niemowlę, które też przygarnia. Do rana prawdopodobnie umrą we trójkę z głodu i zimna. Wreszcie spotyka mężczyznę, udziela mu pomocy a on z wdzięczności zabiera ją ze sobą na wieś i pozostawia we dworze pod opieką przyjaciół.

        W sumie scena ta zajmuje może kilkanaście stron, ale jest potwornie silna, przekuwa uwagę czytelnika, zmusza go do wygryzienia się w książkę. Dlaczego?

        Autorka w mistrzowski sposób zagrała na archetypach! Samotność. Samotna dziewczyna – pozbawiona domu i schronienia. Na dnie egzystencji. Bezdomność – jako zaprzeczenie tego wszystkiego co daje dom! Jej rodzina umarła wygnano ją z chaty, dom został zbezczeszczony! Nasze przywiązanie do posiadania domu wywołuje u nas z miejsca współczucie dla niej. Jest ciemno, miasto jest obce i wyludnione – zaczynamy się o nią bać. Ciemność to dla nas zagrożenie! A to jest ciemność nachodzącego zimowego wieczoru. W Trondheim szaleje zaraza i to nie byle jaka – dżuma. A więc znowu element budzący instynktowny lęk. Ciemność, samotność, zimno, głód, zaraza – Kostucha spogląda zza każdej linijki tego fragmentu. Autorka odsuwa ją, nigdzie nie pisze wprost o śmierci – ale czujemy ze to samooszukiwanie się. Dziewczyna nie ma szans. Jeszcze idzie ale jest już martwa. Tylko cud może ją uratować i czytelnik zaczyna na ten cud rozpaczliwie liczyć.

Pamiętacie co kiedyś pisałem o kopaniu bohatera w tyłek? Tu bohaterka obrywa solidnie – trafia w nią wszystko to czego boimy się najbardziej. Dziewczyna idzie do lasu, na spotkanie śmierci, w nocy... Tam spotyka obcych – i to w sytuacji dość dramatycznej. Jednak trzy dobre uczynki odmieniają jej los. Trafia między życzliwych ludzi. Do domu który zapewni jej opiekę. We wsi gdzie zaraza wygasła. Zasypia pod ciepłą kołdrą. A więc bohaterka została wyrwana nieomal z otchłani śmierci i poprowadzona do bezpiecznego miejsca. Z ciemności ku światłu. Proste jak drut i przy tym świetnie działa. Czytelnik z jednej strony uczy się przez współczucie lubić bohaterkę, z drugiej odbywa wraz z nią podróż od śmierci do nowego życia... I jest świadkiem cudu.

        Oczywiście istnieją tez archetypy postaci. jeśli napiszemy że główny bohater jest magiem lub alchemikiem – czytelnik niejako automatycznie uwierzy że to mądry gość. Wystarczy potem jedna scenka na potwierdzenie. Postaci archetypicznych jest cała masa... Wiejski medyk, kat, Indianin, uczeń skrytobójcy etc. Autorka cytowanej wyżej powieści też umiała to nieźle rozegrać - bohaterka jest sierotą – co z miejsca przywołuje nam kalki myślowe i rodzi automatyczne współczucie, po drugie ma 17 lat – a więc jest jeszcze dzieckiem... (oczywiście w XVI wieku byłaby to dorosła kobieta i to poważne zagrożona staropanieństwem...)(autorka słabo opanowała realia epoki!). Do tego jest ładna, pełna ciepła i ma dobry charakter, a gdy trzeba zdobywa się na odwagę...

        Archetypy postaci tworzą się i zmieniają bardzo szybko. Omówmy to sobie na przykładzie wampirów. W klasycznych powieściach grozy wampir to istota diaboliczna, napędzana przez bardzo zwierzęce instynkty. Wampir jest dla tego straszny że choć wygląd ma człowieka jego charakter jest doskonałym zaprzeczeniem człowieczeństwa. Był człowiekiem ale zrezygnował. Odrzucił dar jakim jest zbawienie, za cenę potępienia kupił sobie nową egzystencję. Nie stracił ludzkich cech, oddal je świadomie. Dziś spojrzenie na wampira od strony teologii wydać się może śmieszne ale 150 lat temu gdy trafił do literatury czytelnicy patrzyli na to inaczej. Przez kolejny wiek siał zrozumiałą grozę... Obecnie niestety postać ta została w potworny sposób skażona filmidłem “Wywiad z Wampirem”. Dzisiejsze wampiry są nieszczęśliwe, zakompleksione żyją w jakichś spelunach... Brak im radości życia. Przeżywają depresję z powodu utraty człowieczeństwa... Utraciły cechy charakteryzujące mężczyznę – stały się rozlazłe, ciapowate, melancholijne. Ssą krew bo muszą a nie dlatego że chcą.

Archetypy powstają i zmieniają się przechodząc ewolucje – należy o tym pamiętać. Czasem kilka nowych filmów lub książek niszczy wcześniejsze zbiorowe wyobrażenia. A ja bym chciał poczytać coś o wesołym wampirze którzy lata i z radością wysysa krew z głupich blondynek. I niech ten wampir wysysa krew ssawką którą wedle legend z Siedmiogrodu, Rusi i Bałkanów ma pod językiem, a nie zębami które narodziły się w umysłach XIX wiecznych zachodnich grafomanów.

Skoro już jesteśmy przy tym temacie – istnieją utwory będące punktami zwrotnymi w literaturze czy sztuce. Dzieło oryginalne a przy tym odpowiednio nagłośnione jest w stanie zburzyć stereotypy. Czasem wyrwanie danej gałęzi literatury z utartych kolein bywa pożądane, czasem przynosi nieprawdopodobne szkody. Obok wampirów drugim przykładem są zombie. Kilka lat temu w Fantastyce ukazało się rewelacyjne, genialne, opowiadanie “Pracusie z parku sztywnych” w którym właściciel zakładu remontowego dla uniknięcia haraczu na ZUS zatrudnia zombiaków. Napisane dowcipnie z werwą, spotkało się z dobrym przyjęciem. Niestety kolejne części “Nocy żywych trupów” zepchnęły ten podgatunek w inne koleiny. Do Feniksa w ciągu kilku miesięcy przyszło sporo opowiadań – wszystkie sztampowe, odtwórcze, powielające schemat – świat opanowany przez zombie, nieliczna garstka ocalonych szatkuje je jak kapustę... Rozpacz. Publikacja tego oczywiście nie miała sensu, ale fakt tworzenia tego śmiecia odsłonił głębszy problem. Powstał nowy archetyp – jeśli w utworze są zombie to autor będzie opisywał jak walczą z ludźmi, a dla czytelnika oczywistym staje się że zombie to zły potwór wyżerający mózgi.

Hollywood rozpieprzył w drobny mak wszystko... Zombie zachowuje się jak ghul, działa trochę jak dawny wampir. Wampir to zakompleksiony kretyn, ghule zachowują się jak wcześniej zombie... Doktor Lecter jest fajny, ale jeśli spojrzeć dokładniej to ten koleś zachowuje się tak jak 30 lat temu zachowywał się filmowy wampir... Jeśli spróbujemy odwołać się do wcześniejszych wyobrażeń nagle okaże się że mówimy w próżnię. Nastąpiła zmiana – ludzie wchłonęli i zaakceptowali zmianę.

A zatem postulat kolejny. Z archetypów należy umieć korzystać i jednocześnie nie pozwalać by archetypy korzystały z nas. I w żadnym razie nie trzymać się niewolniczo tego co wymyślili inni. Używajmy archetypów, ale niszczmy je gdy zaczną przekształcać się w stereotypy. Jeśli zbitka kilku tworzy utartą kalkę fabularną nie wahajmy się jej zniszczyć, ośmieszyć, lub sparodiować. Od nas zależy jak to będzie wyglądało za 20 lat. Możemy podporządkować się modzie i płodzić historyjki o wampirach w depresji albo możemy się przeciwstawić i narzucić ludziom nasz punkt widzenia. W pierwszym przypadku tekst będzie łatwiej przyswajalny – bowiem odwołamy się do archetypów, stereotypów i identyfikowalnych kalek fabularnych, w drugim uzyskamy oryginalność a z czasem może i wielkość. Pierwsza droga jest wygodna i szeroka, druga jest wąską ścieżką pnącą się ku oblodzonym szczytom. Co z tego wynika i którą wybrać dopytajcie księdza na lekcji religii.

W powszechnym mniemaniu wampiry są groźne, nieśmiertelne i przepełnione melancholią? No to piszmy o wesołych krwiopijcach którzy wyssawszy panienkę na dyskotece złapali HIV-a. Zombie łażą jak muchy w smole i wyżerają ludziom mózgi? To może opiszmy zombiaka który zgłasza się do chirurga plastycznego bo szuka pracy w reklamie i chce poprawić wygląd. Albo takiego który wygląda jak człowiek, ale charakteryzuje się “na zombie z filmów” bo chce nastraszyć teściową.

Co warto wiedzieć ponadto? Ano czytelnik dysponujący pewnym oczytaniem męcząc się nad naszym utworem nagle dokonuje odkrycia. Ten schemat fabularny już gdzieś mu przed oczyma przemknął. Jasne – to pomysł wykorzystany już przez Szekspira w Hamlecie.

Tymczasem możecie przysięgać na wszystkie świętości że nawet nie czytaliście “Hamleta” i kojarzycie tylko że to jakieś sztuczydło gdzie aktor nosi w ręce czaszkę i zastanawia się nad bytem i odbytem... Dlaczego tak się dzieje? Istnieje skończona liczba fabuł i nieskończona liczba ich wariantów. W gruncie rzeczy wszystkie zachowania człowieka sprowadzają się do silnych i podstawowych uczuć. Miłości, nienawiści, obojętności, lojalności, zdrady, zemsty... I niewiele da się tu wymyślić. Czytając “Harrego Pottera” nasz angielski rówieśnik natrafi na odniesienia do np. “Oliwiera Twista” a francuski w rywalizacji grup chłopców i bezpodstawnej nienawiści między nimi znajdzie echo powieści “Dwa lata wakacji”.

Jeśli piszemy książkę rozwiązania fabularne staną się wcześniej czy później identyfikowalne dla odbiorcy. Cały dowcip polega na tym by zorientować się zanim skończymy pisać. Linia fabularna zrobiła się podobna do trzeciego odcinka “Gwiezdnych wojen”? Hmmm. tam skończyło się tak i tak, to my zrobimy inaczej. Dzięki temu czytelnik natrafiwszy na znajomy schemat będzie przekonany że odgadł zakończenie. a wtedy my pierdut wykańczamy głównego bohatera i niech teraz gryzie paznokcie z rozczarowania.

Można też zrobić sobie z tego totalne jaja. Stefan Oceten wydał ostatnio powieść w której załogę statku kosmicznego kompletował wyłącznie z bohaterów ukradzionych innym autorom. Każdemu zostawił oryginalne imię i nazwisko, oraz cechy charakteru. Zabawa wyszła z tego przednia... Albo podejść ze śmiertelną powagą jak japoński reżyser Akiro Kurosawa który przerobił sztukę Szekspira “Makbet” na bardzo udany film z życia samurajów pt. “Tron we krwi”.

Jednak opierając się na klasycznym pomyśle musimy uważać by nie przekroczyć granicy dzielącej zapożyczenie od plagiatu, oraz powinniśmy liczyć się z tym, że wcześniej czy później ktoś nam zarzuci “nadmierne podobieństwo”. Jeszcze parę słów podsumowania. Niezależnie od wszystkiego co zrobimy, co będziemy naśladowali a co wykorzystywali i zmieniali, musimy mieć świadomość że archetypy istnieją i czasem jedno zdanie może wywołać rozległ procesy myślowe w mózgu czytelnika, czy tego chcemy czy nie chcemy. Jeśli nauczymy się dobrze żonglować archetypami być może nie zdobędziemy literackiego Nobla, ale na pewno książki nasze będą chętnie czytane.

Piszemy Bestsellera cz. VIII

Studiując sobie podręcznik pisania tłumaczony z angielskiego dowiedziałem się że jako początkujący pisarz nie powinienem liczyć na zaliczkę wyższą niż 6 tysięcy funtów... Mój zamieszkujący w Anglii znajomy był długo przekonany ze jestem cholernie nadzianym gościem – w tym kraju pisarz inkasuje przeważnie od 1/3 do ½ ceny okładkowej swojej książki (a książki kosztują tam zazwyczaj po kilkanaście funtów). Także u nas pokutuje przekonanie że pisarze zarabiają krocie. W dzisiejszym odcinku omówimy sobie między innymi finansowe aspekty działalności literackiej. Wprawdzie gentelmeni nie powinni o tym rozmawiać – ale czuję się w obowiązku przestrzec tych z Was którzy sądzą że na pisaniu książek można się dorobić fortuny.

A zatem ile zarabia pisarz? Załóżmy że jesteście początkującymi twórcami którzy planują sprzedać gdzieś swoje pierwsze opowiadanie. Na co możecie liczyć? Posiadamy na rynku 3 pisma w których można debiutować – “Fantastykę”, “Science fiction” i Fantasy-Clika’a” (o ile ten ostatni nie upadł). do historii odszedł “Fenix” w którym debiutowałem ja. Stawki, wymagania redaktorów i poziom trudności w ich pokonaniu jest zróżnicowany. Najłatwiej debiutować w “Science fiction” - jednak – i tu uwaga – czasopismo to w ogóle nie płaci debiutantom. Jeśli chcemy zobaczyć nasz utwór w druku należy go skierować właśnie tam. Jeśli chcemy by się ukazał i jednocześnie uzyskać za to gratyfikację finansową musimy uderzać gdzie indziej. “Fantastyka” płaci wierszówkę rzędu 30 złotych za stronę znormalizowaną – u jednak debiutować jest dużo trudniej. Gazeta ta zamieszcza miej tekstów a jej redaktorzy szukają usilnie dzieł o wysokim stopniu wyrafinowania. Jeśli wpadniemy na naprawdę dobry pomysł i uda nam się zgrabnie to opisać mamy szansę. “Fantasy-Clik” posiada stawkę mniej więcej dwukrotnie wyższą, jednak by coś opublikować u nich należy posiadać tzw. nazwisko – tzn. praktycznie nie ukazują się tam utwory debiutantów.

Debiut w czasopiśmie jest najtrudniejszym elementem pierwszego etapu naszej kariery. Informacja że już się gdzieś coś publikowało stanowi silny atut w rozmowach o publikacji kolejnych utworów. Po zamieszczeniu w pismach kilku – kilkunastu opowadań jeśli spotkają się z przychylnym przyjęciem czytelników osiągamy stan pewnej stabilizacji. Już nas drukują. Opowiadanie liczące 20 stron może przynieść nam dochód od zera do ponad pięciuset złotych. Jako jednorazowy zastrzyk gotówki jest to sumka miła jednak jeśli zechcemy żyć z pisania może okazać się niewystarczająca.

Oczywiście pisma posiadają swoje określone moce przerobowe i nie należy oczekiwać że jeśli napiszemy 15 opowiadań rocznie wszystkie ukażą się drukiem. Zbyt częste eksponowanie jednego nazwiska na łamach gazety szybko nuży czytelnika. A zatem jeśli chcemy zostać zawodowcami musimy chcąc czy nie chcą sięgnąć po dłuższą formę. Musimy wydać książkę.

Z punktu widzenia wydawcy człowiek wchodzący z ulicy z maszynopisem powieści pod pachą to zbyt duże ryzyko. Wypromowanie autora jest działalnością trudną i często kosztowną. Trzeba zadbać o reklamę, uruchomić fundusz łapówkowy, przyszantażować lub przekupić recenzentów... A nakłady zwrócą się albo i nie. Dlatego debiutowanie książką jest niezwykle trudne i zdarza się nieczęsto. (aczkolwiek czasem się zdarza). I znowu prawo debiutu. Wydawca dużo chętniej rozmawiał będzie z człowiekiem posiadającym już jakiś dorobek i rozpoznawalnym przez fanów.

W moim przypadku wyglądało to następująco. Debiutowałem w 1996 roku. Na początku 1997 roku dysponowałem kilkunastoma opowiadaniami i mikropowieścią “Czarownik Iwanow”. W sumie było to 300 stron maszynopisu – czyli miałem materiał na książkę. Przez następne 5 lat maszynopis ten leżał w 3 różnych wydawnictwach, dwa nie zdecydowały się na jego publikację, trzecie zaoferowało termin wydania iście fantastyczny (w negatywnym tego słowa rozumieniu). W chwili gdy pukałem do drzwi pierwszego miałem na koncie kilka opublikowanych tekstów i 300 stron maszynopisu. Gdy wreszcie trafił mi się wydawca miałem za sobą dwie nominacje do Zajdla, nominację do Śląkfy, liczba opublikowanych opowiadań przekroczyła 40, a objętość maszynopisu sięgnęła 1200 stron.

Zainwestowanie we mnie jako autora w 1997 roku było pewnym ryzykiem. W roku 2001 zysk był pewny, a ryzyko znikome. Dlaczego? Promocję mojej prozy odwaliłem we własnym zakresie – pakując teksty gdzie tylko się dało zdobyłem grupę fanów. Pojawił się odbiorca który kupi choćby podstawowy nakład mojej pierwszej książki.

Ile można dostać za książkę? Wszystko zależy od wydawcy. Pewien wiodący wówczas koncern wydawniczy zaproponował mi w 1998 roku stawkę w wysokości ...70 groszy od sprzedanego egzemplarza, w dodatku rozliczane w pełnych tysiącach co sprowadzało się do tego że jeśli sprzeda się np. 1700 sztuk to zapłacą za 1000. Jedna z moich znajomych publikująca dla konkurencji zadowalać się musiała w tym czasie stawką ok. 60 gr. od sprzedanego egzemplarza. Kwoty te wołające o pomstę do nieba miałyby może uzasadnienie gdyby książki kosztowały po 12 zł i rozchodziły się w nakładzie ćwierć miliona sztuk. Tymczasem powszechna praktyką w drugiej połowie lat 90-tych było wydawanie minimalnego nakładu – rzędu 2 tyś sztuk, a w razie gdyby nie schodził przeceniania go i kierowanie do jatek czyli na wyprzedaż. Czystej wody niewolnictwo – wydawca inkasował na czysto sumę mniej więcej dziesięciokrotnie wyższą niż autor.

Przy bardzo optymistycznych założeniach książki sprzedało by się 2 tyś sztuk za co ja zainkasowałbym całe 1400 złotych. Dodruku by nie zrobiono – za duże ryzyko.

(Tu dygresja w sąsiedniej Rosji rzut wyjściowy wynosi przeważnie 10-15 tyś egzemplarzy a książki czołówki ichnich autorów sięgają zawrotnych nakładów po 300 tyś sztuk.).

Warto zauważyć że porównywalną kwotę co ja za napisanie otrzymałby redaktor za przygotowanie książki do druku oraz grafik za zrobienie okładki. Konkurencja nie istniała. Niewolnicy nie mieli dokąd uciec. Rynek podzielony był pomiędzy 3 wydawnictwa co sprzyjało monopolowi i równaniu stawek dla pisarzy. Równaniu w dół. Wydanie pierwszej książki było jednak dla mnie sprawą priorytetową – wychodziłem z założenia że nawet jeśli dostanę za nią marne grosze – będzie to swego rodzaju inwestycja w przyszłość. Na przełomie wieków na szczęście doszło do nagłego przetasowania. Pojawiły się wydawnictwa nowe, młode, agresywne, których właściciele wyszli z założenia że przy wydawaniu książek pisarz jest jednak najważniejszy.

Stawki nieoczekiwanie skoczyły w górę sięgając 5-7-10% ceny okładkowej. Nagle pojawiły się reklamy książek polskich autorów i równie nagle zastosowano wobec nas elementy promocji stosowane dotąd wyłącznie wobec zagraniczniaków. Zmieniło się też podejście autorów. Złamanie monopolu pozwoliło na zwiększenie szans publikacji a tym najlepszym umożliwiło wręcz targowanie się o wysokość honorariów. Do poziomu Anglii nadal mamy daleko, jednak jest to kolejny krok w dobrą stronę.

Ciekawy przykład dały nam pisarki głównonurtowe w rodzaju K. Grocholi czy J. Chmielewskiej. Kobiety te splunęły na wydawców i zajęły się osobiście wydawaniem swoich dzieł. W naszym światku podobną genezę miało wydawnictwo “Runa”... Obecnie mając na rynku 4-5 tytułów jednocześnie można już z tego żyć. I pozostaje mieć nadzieję że za kolejne 10 lat honoraria dojadą jakoś do średniej unijnej a nakłady do średniej rosyjskiej. Wtedy pisarze znajdą się w raju, o ile oczywiście jakiś Belka nie wpadnie na pomysł podniesienia nam podatków...

Piszemy Bestselera odc. IX

        Witajcie drodzy Grafomani. W dzisiejszym odcinku powiemy sobie kilka słów od tym jak zacząć i jak skończyć. A zatem: Wymyśliliśmy bohatera i sądzimy że gotów jest by pokazać go światu. Narysowaliśmy mapkę naszych krain, mamy pomysł na przygody. I co dalej?

W epoce około 1985 roku nieliczne komputery posiadali równie nieliczni milionerzy. Aczkolwiek śledząc filmy made in Holywood można się było przekonać że tam komputer to coś normalnego, naturalnego – jeszcze jeden sprzęt domowy... Maszyny do pisania były duże ciężkie, nie sposób było na nich korygować błędów, obsługa wymagała siły fizycznej a warunki pracy w ciągłym łomocie mechanizmu były dalekie od komfortu. W dodatku w tej epoce były problemy z papierem. Kochana władza dbała by dobro to – używane do druku ulotek – nie było powszechnie dostępne. Maszynę do pisania miałem w domu. Z papierem był problem. w dodatku napisanie czegokolwiek wobec braku biegłości trwało godzinami.

Zacząłem w zeszycie w linie. Pisałem długopisem. Przez następne 10 lat ręcznie napisałem około 2500 stron. Niektóre były rzadsze, inne gęściej pokryte literkami – ale przyjmuję że średnia wyszła taka sama 2500 stron znormalizowanego maszynopisu. Potem, dobrych kilka lat po nastaniu epoki kapitalizmu, przesiadłem się na komputer.

Na początku nie umiałem nic. Chciałem zapisać swoje myśli i marzenia. Odtworzyć krainę do której uciekałem od rzeczywistości. W dodatku nie sadziłem by ktokolwiek tę książkę kiedykolwiek wydał. opowiadała o buncie przeciw socjalizmowi – a ten wydawał się wówczas niezniszczalnym monolitem. Pierwszą wersję zniszczyłem – dziś trochę tego żałuję. Kilka cytatów pokazałoby Wam jak długą drogę musiałem przejść nim nauczyłem się formułować myśli w sposób przyswajalny dla drugiego człowieka.

A zatem weźmy ulubiony długopis, kajet i otwórzmy na pierwszej stronie. na grze piszemy tytuł. Poniżej pierwszy akapit. wydaje się to proste – ale wcale nie jest. Po co opowiadanie czy powieść ma tytuł? Otóż – zabrzmi to brutalnie - po to by zachęcić czytelnika. Tylko i wyłącznie. Człowiek który przyjdzie do księgarni z garścią uciułanych, często z trudem, pieniędzy nie wie na co się zdecydować. Jeśli koledzy nie powiedzą mu ze coś warto przeczytać stanie przed półkami na których leży tysiąc książek. I ma dylemat – co wybrać.

Przeważnie nasz przyszły czytelnik kieruje się wzrokiem – wybierze książki o najciekawszej okładce. Teraz jego wzrok pada na tytuły i zaczyna się głębszy poziom analizy. Tytuł obok okładki jest tym co ma skłonić go do sięgnięcia po nasze dzieło. Musi być prosty, w miarę zwięzły intrygujący, łatwy do zapamiętania.

“Milczenie Owiec” – jest tu dobrym przykładem. jeśli nie widzieliśmy filmu zaciekawi nas co to u licha jest? Powieść z życia pasterzy? I dlaczego te owce milczą zamiast beczeć? Albo “Czekając w ciemności” – kto czeka, na kogo, dlaczego po ciemku? – pytania cisną się czytelnikowi automatycznie. Inny przykład “wilcze gniazdo” – tu znowu czujemy że to jakaś metafora – wilki nie żyją przecież w gniazdach – wilcze gniazdo kojarz nam się z bandą rozbójników, powieścią łotrzykowską albo czymś podobnym. Rysunek pokancerowanego szlachetki na okładce tylko pomaga domyślić się w jakiej epoce rzecz się rozgrywa. Czasem tytuł może nam sporo zdradzić – np. powieść “Człowiek z Petersburga” – wydana został jeszcze w czasach gdy Petersburg nazywał się Leningrad. W tym przypadku tytuł wskazuje nam automatycznie nie powieść historyczną lub historyczno przygodową... O tytułach w rodzaju “Instrument rozkoszy”, “Słodkie kuzynki” czy “Wyznania chińskiej kurtyzany” – nie musze chyba wspominać. Tam mamy od razu kawę wyłożoną na ławę...

Zasadniczo nie należy używać w tytułach nazwisk – zwłaszcza takich które nikomu nic nie mówią... Powieść o tytule np. “Pan Wołodyjowski” potencjalny czytelnik ominie. Nie słyszał o gościu, nie obchodzi go. Ale już “Ogniem i mieczem” – może wzbudzić jego zainteresowanie.

Wiem. Moja pierwsza książka opublikowana pod nazwiskiem nosiła tytuł “Kroniki Jakuba Wędrowycza”. Zdecydowałem się na taki z bardzo prozaicznego powodu. Moje opowiadania na łamach Fenixa czytało ok. 15 tyś potencjalnych czytelników. Minęło kilka lat i obawiałem się że zapomnieli kto je napisał – natomiast nazwisko Wędrowycz jest na tyle charakterystyczne że powinno się skojarzyć.

Tytuł drugi “Czarownik Iwanow” – jest nietrafiony. Książkę tę ratuje wyłącznie znakomita okładka. Trzeci tom “Weźmisz czarno kure” – ma chyba najładniejszy tytuł. Wskazuje że będzie cos o magii, jednocześnie stylizacja językowa tworzy klimat - może zainteresować. Czemu weźmisz a nie weźmiesz... Zestawienie tytułu z obrazkiem dziwnie ubranego kolesia ostrzącego siekierą o jeden z głazów kamiennego kręgu działa jak cios maczugą.

Generalnie jednak najbardziej zadowolony jestem z tytułu nie książki ale opowiadania – “2586 kroków”. Dlaczego akurat tyle? Cholera wie, tyle mi się wymyśliło. Ale wygląda intrygująco i o to właśnie chodzi. Rozwikłani zagadki tytułu znajduje się u mnie głęboko w środku – podobnie jak długo musieli czekać czytelnicy “milczenia owiec”...

Miałem problem z powieścią “Kuzynki” tytuł odziedziczyła po opowiadaniu które weszło w jej skład. Z jednej strony było to znowu puszczenie oka do czytelników którzy je poznali i polubili. Z drugiej zaś mógł to być poważny błąd. Czy ktoś skusi się na sięgniecie po książkę o takim tytule? Nie wiedziałem – ale nie byłem w stanie wymyślić nic lepszego. Obawiałem się jeszcze jednego – nazwijmy to niezdrowych skojarzeń. “Kuzynki”, “Słodkie kuzynki”...

Z drugiej strony tytuł był krótki i dźwięczny – łatwy do powtórzenia. Zaryzykowałem. i znowu się udało.

W chwili gdy czytelnik skuszony tytułem sięgnie po książkę możemy sobie zanotować na koncie 10% sukcesu. W 9 przypadkach na 10 obejrzy zobaczy cenę i odłoży z powrotem na ladę. Ale ważne że weźmie ja do ręki. Narowy czytelników którzy podziwiają nasze dzieło zamiast od razu kłusować do kasy są bardzo ciekawe i różnorodne.

Musimy się nastawić że – potencjalny klient zechce się czegoś dowiedzieć – stąd na tylnej stronie okładki umieszcza się entuzjastyczne recenzje nieistniejących ale zagranicznych gazet, informacje o nominacji do nieistniejących nagród, opinie wieszczów i autorytetów moralnych etc. Ja dorzuciłem do tego garść fikcyjnych ogłoszeń drobnych. Innym chwytem jest zamieszczenie krótkiego dynamicznego fragmentu – kilkanaście linijek mających zaintrygować czytelnika.

Co jeszcze robi nasz przyszły czytelnik stojący w księgarni z naszym dziełem w dłoni? Obejrzawszy z przodu i tyłu może sobie otworzyć w środku i przeczytać kawałek – tu nie mamy wpływu na jego decyzje – otworzyć może gdziekolwiek. Trudno sprawić żeby cała książka była równie dobra we wszystkich miejscach... Ale trzeba się strać!

Krok kolejny – masa ludzi czyta najpierw pierwsze a potem ostatnie zdanie. (polecam – doskonała zabawa). Dla takich świrów można przygotować coś specjalnego. I tu przechodzimy do meritum dzisiejszej lekcji. Pierwsze zdanie pierwszy akapit, pierwsza strona. Tu kupujemy czytelnika. w tym miejscu przekonujemy go żeby wydał forsę na nasze dzieło a nie na najnowszą książkę Sapkowskiego. Pierwsze zdanie musi wgnieść go w ziemię, sprawić żeby żołądek zjechał mu do gatek, żeby z radości ściągnął majtki przez głowę... Sięgnijmy do “Zapisków oficera armii czerwonej” B. Piseckiego i co czytamy? “Noc była czarna jak sumienie faszysty, jak zamiary polskiego pana, jak polityka angielskiego ministra”. I co Wy na to? Ma to zdanie ciężar gatunkowy. Przeszło do historii literatury... “Jakub Wędrowycz drgnął nieznacznie gdy wystrzelona nie wiadomo przez kogo kula urwała mu kawałek ucha” – to do historii literatury nie przejdzie – ale może posłużyć za przykład. Albo “Tętniącym sercem Wenecji jest plac św. Marka wprawiany w nieustanne drżenie falującym tłumem turystów” – tak zaczyna się książka Petera Arnotta “Cywilizacja bizantyjska”. Zadanie jest piękne, poetyckie obiecuje ucztę intelektualną. Niestety otwiera ono 400 stronicową, nudną jak flaki z olejem, monografie naukową...

Pierwsze zdanie to nie wszystko. za nim muszą popłynąć kolejne. Jak zaczyna się “Kontrola” W. Suworowa? “A teraz całuj but” – mocne uderzenie celne miedzy oczy. Wiemy że mamy w ręce książkę nasyconą brutalną prawdą... A z następnych zdań wynika ze jesteśmy świadkiem egzekucji głównej bohaterki... Hickok napisał kiedyś jako poradnik dla filmowców że w pierwszej scenie filmu powinno być trzęsienie ziemi potem napięcie ma nieustannie rosnąc – pisząc książkę trzęsienie ziemi zawrzyjmy w pierwszym akapicie.

Pierwsza storna to wizytówka naszej książki. tu musimy dać z siebie wszystko – aby potencjalny czytelnik stojący przy księgarnianej ladzie doczytał ją do końca i przewrócił kartkę. W tym momencie możemy sobie pogratulować. – Złapał bakcyla. prawdopodobieństwo że książkę odłoży z każdą przeczytaną stroną jest coraz mniejsze.

Nawet najlepsza książka, wszechstronnie genialna etc. wymaga dopieszczenia – ostatecznego szlifu... Brylant oprawiamy w ramy którymi jest początek i zakończenie. Pierwsze i ostatnie zdanie. Pierwsza i ostania storna. Dobre wrażenie na początku, miłe wspomnienie po przeczytaniu ostatniej linijki. Powitajmy i pożegnajmy czytelnika godnie, gościnnie, po staropolsku. Kupuje naszą książkę za swoje z trudem zarobione pieniądze – okażmy mu szacunek.

Piszemy bestsellera odc. X

Witajcie drodzy kandydaci na grafomanów. W dzisiejszym odcinku zajmiemy się trudnym zagadnieniem jak pisać by czytelnik nie był w stanie oderwać się od naszego dzieła.

Zadanie to nie jest przesadnie trudne. Z przesadną skromnością (A pamiętajmy że przesadna skromność to naturalna cecha każdego prawdziwego grafomana) nadmienię że moje “dzieła” uchodzą za napisane lekkim piórem. Niniejsza więc garść porad wynikała będzie głównie z mojego doświadczenia.

Po pierwsze pisać należy językiem prostym. Co to oznacza? Czym jest język prosty w odbiorze?

Jeden z moich kumpli odbywający staż redakcji kolorowego pisemka dla blondynek zetknął się z fantastycznym programem komputerowym służącym do upraszczania tekstów. Program ten zaznaczał wszystkie słowa które nie mieściły się w słowniku standartowym i proponował ich prostsze wersje. Natrafiwszy w artykule na słowo “wykusz” podkreślał je i szukał synonimu zrozumiałego nawet dla idiotów – np. okno.

Czy mamy w ten sposób masakrować nasz tekst? W żadnym wypadku!!! Czym wiec jest tekst prosty w odbiorze? Jest to tekst który można łatwo pochłonąć i przyswoić. Który czyta się bez trudu – a zatem:

1) Unikamy zdań złożonych. Im więcej jest członów tym trudniej zrozumieć treść. Jeśli najeżymy tekst zdaniami wielokrotnie złożonymi wyjdzie nam fatalny w obiorze bełkot. Ogólnie rzecz biorąc im dłuższe zdania tym gorzej.

2) Starajmy się pisać w miarę możliwości jasno, bez dygresji, bez tworzenia skomplikowanych konstrukcji logicznych, których rozplątanie zabiera czas i kosztuje masę niepotrzebnego wysiłku. Piszmy konkretnie.

3) zastanówmy się 5 razy zanim użyjemy jakiegoś wymyślonego przez siebie neologizmu lub przenośni. Czy to co piszemy jest zrozumiałe tylko dla nas, tylko dla naszych kumpli czy też dla wsjech...

4) to samo tyczy się wstawek w językach obcych – tzw. makaronizmów. Rzucenie słowa czy zdania znanego czytelnikom z licznych filmów nie jest tu poważnym utrudnieniem percepcji. Jeśli wstawimy słowo czytelnikowi nie znane ale którego znaczenia może się domyślać przez kontekst – nie jest to szczególnie niebezpieczne. Byle nie było ich za gęsto. Jednak już umieszczania łacińskich sentencji długich na trzy linijki, lub fragmentów angielskich piosenek może być śliskie. Nie każdy ma w domu słownik , nie każdy zna język tych kolesi do hamburgerów i coca-coli. Nie każdemu wreszcie będzie się chciało sprawdzać. Jeśli dajemy przypisy zadbajmy by znalazły się u dołu strony a nie na końcu. Szanujmy czytelnika który nas utrzymuje.

5) Problem nazw krajów i nazwisk bohaterów. Jeśli tworzymy krainy własne zadbajmy o to by ich nazwy podobnie jak nazwy miast zaczynały się na różne litery. Słowa najczęściej rozpoznaje się bardziej po układzie graficznym niż czyta po kolei ich literki. Jeśli jeden władca będzie się nazywał Nabuchodonozor a drugi Cyrus – problemu nie ma. Jeśli jednak jednego nazwiemy Ascharodon a drugiego Assurbanipal to czytelnikowi poplącze się wszystko w trymiga. A jeśli mu się poplącze straci część przyjemności z lektury. Zamiast szybko ślizgać się wzrokiem strona po stronie – będzie pełzł z mozołem zastanawiając się o którego z bohaterów chodzi.

        Generalna uwaga jest taka: podobnie jak przy szukaniu błędów językowych napisany tekst trzeba koniecznie przeczytać na głos. Wsłuchać się w melodię swoich słów i w razie czego wyciągnąć wnioski.

        Mamy oto garść podstawowych wskazówek. Wiemy już z poprzednich lekcji że w naszym utworze musi być bohater i powinno coś się dziać. Co dalej?

        Sprawa jest jednocześnie prosta i skomplikowana. Nasz utwór, obojętne czy opowiadanie czy powieść zawierać musi jakąś akcję. Bohaterowie dążą do czegoś przeżywają przygody, walczą z wrogim i przeciwnościami losu. Zwarty tekst składa się z elementów składowych – czyli scen. Gdy Jules Verne w końcu XIX wieku pisał powieść “Rozbitkowie z Chancellora” stworzył w niej konstrukcję w której każda następna scena była mocniejsza i bardziej przerażająca niż poprzednia. Bohaterowie płynęli statkiem. Wybuchł pożar. W jego trakcie okazało się że w ładowni znajduje się kontrabanda – silny materiał wybuchowy. Jakby tego było mało wybuchł straszliwy sztorm. Wreszcie statek wyrzucony został na bezludną wyspę. naprawili go i ruszyli w dalszą drogę, ale zaczął tonąc. Zbudowali tratwę. skończyło się jedzenie, okazało się ze nie mają wody – w beczkach był roztwór siarczanu miedzi. Powiesił się ochmistrz. Został zjedzony. Nie było już nic do żarcia rzucili losy kto ma zostać zabity i pożarty przez resztę...

        Ciągłe podkręcanie napięcia niestety ma swoją wadę. Czytelnik powoli się przyzwyczaja. Dlatego w kolejnych scenach trzeba uderzać w niego coraz mocniej. To pomaga ale tylko do pewnego momentu.

        Dużo lepszą metodą jest przeplatanie scen dynamicznych, scen w których dużo się dzieje i scen statycznych. Kończymy rozdział efektownym wybuchem, następny zaczynamy opisem przyrody. Potem gdy czytelnik z jednej strony jest roztrzęsiony bo nie wie co się stało z bohaterami, z drugiej poziom adrenaliny opadł mu przy czytaniu ceny statycznej, – znowu wracamy do wydarzeń zapoczątkowanych, lub zakończonych eksplozją.

        Same sceny dynamiczne oczywiście nie składają się z samych fajerwerków. Znowu odwołam się do własnej prozy. Mamy to w powieści “Kuzynki” scenkę bijatyki z dresiarzami...

 

Zrzuciła szlafroczek i zaczerpnęła miskę wody. Przyjemnie poczuć na nagiej skórze uderzenie wiatru. Zmoczyła włosy i natarła je szamponem. W zimnej wodzie nie chciał się pienić, ale chwila tarcia i detergent zrobi swoje. Spłukała. Wodę wylała do dołka dwa metry od strugi. Szkoda truć rybki chemią. Zanurzyła się w rzeczce. Położyła w wodzie, pozwoliła by ją uniosła. Bliższy kontakt z mułem na dnie uznała za raczej niewskazany. Palce u stóp zaczęły drętwieć. A zatem koniec kąpieli. Wyskoczyła na pomost i starannie roztarła ręcznikiem. Zawiązała go na głowie w węzeł, lodowaty wiatr w połączeniu z mokrymi włosami może być niebezpieczny. Owinęła się w szlafrok i ruszyła do domku. Przyjemnie będzie dla odmiany zanurzyć się w ciepłe wnętrze... I w tym momencie ją dopadli.

Jak widzicie zacząłem od uśpienia czytelnika. Naga dziewczyna bierze kąpiel. wokoło “okoliczności przyrody”. Zasugerowałem chłód i czekające na nią schronienie – zagrałem na archetypach świata zewnętrznego i domu. Czytelnik rozpoznaje schemat – prowadzanie bohaterki od gorszych warunków ku lepszym. Z zimna w ciepło... Już sobie wyobraża jak dziewczyna zanurza się w chatce i w tym momencie wykonuję woltę...

Czterech osiłków o tępych gębach i mięśniach podhodowanych na sterydach. Wykorzystali krótką chwilę jej zamyślenia. Nie przewidzieli kilku szczegółów... Nie zdążyła sięgnąć po sztylet. Dwaj skoczyli jej na plecy, by przewrócić, wgnieć w trawę, wykręcić ręce. Cios łokciem w tył, w splot słoneczny. Trafiła, chrupnął mostek, co najmniej cztery żebra też poszły. Cios do przodu, drobną pięścią prosto w nalany dresiarski ryj. Chciała trafić tak by zawiasy wyrwanej szczeki uderzyły w węzły chłonne za uszami, jednak żuchwa złamała się od razu. Ech, dzisiejsza młodzież, kości jak z tektury...

Ano rzucili się na nią, mamy więc kawałek bardzo dynamiczny. całe 9 linijek. Czytelnikowi serce zaczęło mocniej bić, ciekaw jest co dalej – więc stosuję zwolnienie akcji. Wrzucam sobie beztrosko retrospekcję. Zawalniam, aby tym bardziej rozpalić jego ciekawość!

Kiedyś w górach Kaukazu wpadła w ręce gruzińskiego księcia – rozbójnika Ilika... To był prawdziwy twardziel, dopiero czwarty cios powalił go na kolana. A ci, jak z łajna ulepieni.

Czytelnik złapał oddech no to zasuwamy dalej z akcją.

Wyłamywane górne siekacze poraniły jej wierzch dłoni. Trzeci zdążył wykręcić jej przedramię. Szarpnął ostro do góry. Straciła równowagę. Krótki łuk i uderzyła czołem w kolano kolejnego. Aż ją na chwilę zamroczyło. Tymczasem ten najsprytniejszy ciągle trzymał jej nadgarstek. Jego kompan złapał podobnie. Na ułamek sekundy miała przed sobą udo napastnika. Za daleko dla zębów ale chlasnęła go ssawką.

I znowu trzeba dać opisik, który rozbije nam dynamiczną scenę na krótsze i łatwiejsze do przełknięcia kawałki.

Cóż, końska skóra jest grubsza niż ludzka, nawet okryta błyszczącym dresikiem. Ssawka zawsze trafia w najgrubszą żyłę lub tętnicę. Pokrywający ją śluz powoduje błyskawiczne zasklepienie rany, gdy nie jest już potrzebna. Chyba że wyrwie się natychmiast z powrotem. Wtedy w tkance powstaje dziura wielkości mysiej nory.

I wracamy znowu do sceny dynamicznej.

Splunęła z obrzydzeniem ludzką krwią i mięsem.

Tego typu zabawy grożą nam tym że czytelnik się wkurzy. On chce akcji, akcji, akcji a my dajemy mu placek, pół na pół mięcha i trocin. A jednak dzięki temu nasz tekst lepiej zapadnie mu w pamięć. Nie da się cały czas wytężać wyobraźni. nie da się w nieskończoność podkręcać dynamiki na coraz wyższe obroty.

Jeśli tak będzie Wam łatwiej wyobraźcie sobie sinusoidę, lub elektrokardiogram. Fala to na przemian akcje dynamiczne i statyczne. Każda scena dynamiczna składa się z maleńkich falek – elementów bardziej dynamicznych i przerywników.

        Na zakończenie jeszcze jedna uwaga – może najważniejsza z dzisiejszej lekcji. Sceny dynamiczne piszemy krótkimi jednoczłonowymi zdaniami. Po wojskowemu, konkretnie i surowo. To musi się czytać szybko! Natomiast ceny statyczne, opisu przyrody i temu podobne przerywniki, możemy pisać powolutku, rozwlekle, długimi złożonymi zdaniami. Oto wszystko co powinniście wiedzieć o robieniu złota.

Piszemy Bestsellera cz. XI

W dzisiejszym odcinku będzie o inwestycjach. W epoce wczesnego socjalizmu Bycie pisarzem było bardzo fajne. Każdy kto wykazywał choćby śladowy talent oraz wyznawał jednocześnie odpowiednie poglądy na rzeczywistość mógł liczyć na życzliwość władzy. Piewcy budowy socjalizmu otrzymywali wille, talony na samochody, prawo robienia zakupów w specjalnych sklepach za żółtymi firankami. W epoce późniejszego socjalizmu na pisarzy czekały już zdecydowanie mniejsze konfitury, niemniej jednak po kilku wydanych książkach można było liczyć na niezłe mieszkanie zachodni samochód lub bezpłatny talon na krajowy oraz inne dobra luksusowe. Honoraria wystarczyły na spokojne życie przez wiele miesięcy. Do tego pisarze liczyć mogli na skierowania do sanatoriów wycieczki zagraniczne oraz pobyt w tzw. Domach pracy twórczej, gdzie czas spędzano przeważnie na chlaniu wódy we własnym gronie, zaliczaniu cudzych panienek i podrastających córek kolegów oraz innych “godziwych” rozrywkach.

Oczywiście władza wydawała wszystkie te dobra oszczędnie i aby uzyskać szerszy do nich dostęp należało się umiejętnie podlizywać. Zapisywać do partii, podpisywać protesty intelektualistów, opluwać wskazanych osobników w listach otwartych do prasy etc. Władza oczekiwała służenia na dwu łapkach i radosnego merdania ogonkiem – czego wielu pisarzy błyskawicznie się nauczyło.

W sumie pisanie czegokolwiek schodziło na plan dalszy. Obok wszelkiego rodzaju stypendiów twórczych “literaci” liczyć mogli na wysokie zaliczki za nie napisane jeszcze książki, i niezłe honoraria za już opublikowane. Bywało i tak że dzięki odpowiednim układom po zainkasowaniu zaliczki książki pisać już nie było trzeba... Tempo pracy było żadne. Nowa książka powstawała z reguły przez kilka lat. Napisanie ślimaczyło się w nieskończoność. Ale gdzie panowie literaci mieli się spieszyć? Mieli za co żyć, mieli gdzie się zabawić, nikt nie rozliczał ich z tego co zrobili. Zbigniew Nienacki pisał swoje 17 samochodzików przez 33 lata. Ja (nie porównując jakości) 17 tomów kontynuacji napisałem w ...4 lata.

Na literaturze niczym nowotwór rozwijała się narośl pism literackich – które z reguły wydawali krytycy literaccy dla innych krytyków większa część nakładu szła na przemiał, a płaciło za to ministerstwo. W pismach tych swoją niszę ekologiczną zajmowali tzw. krytycy – kolesie znający się na eksperymentach formalnych, powieściach awangardowych i innych meandrach literatury nie mający zielonego pojęcia o prawdziwych książkach. Dziś jeszcze niekiedy takie glizdy o mózgach zaczadziałych od wódy wyłażą czasem z nor by pluć na książki z naszej półki.

Wszelkie dochody i profity tych grup miały pewien związek z publikacją i sprzedażą – był to jednak związek bardzo luźny. Z reguły dzieła uznawane za wybitne zalegały na księgarnianych półkach latami, a drukowana na odczepnego fantastyka znikała z handlu błyskawicznie. Dodruków z zasady nie robiono, gdyż nie było na to papieru.

Istnieli wreszcie pisarze, tacy jak Nienacki, Szklarski czy Łysiak, pogardzani i wykpiwani przez krytykę – których książki zarabiały na całe wydawnictwa i druk dziesiątków pozycji ich mniej zdolnych a za to dobrze zakorzenionych w aparacie kolegów po piórze.

W 1989-90 roku dla setek drobnych pluskiewek skończył się świat. Od tamtej pory trwa rozciągnięta w czasie erozja układu. Część mecenatu nad awangardowymi twórcami przejęła “gazeta wyborcza”, część pisemek ciągle jeszcze dotuje ministerstwo, jednak zdecydowana większość tfu-rców i ich promotorów trafiła tam gdzie im się należało. Zaczęła się inna epoka. Epoka uciekającego czasu. Od tamtej pory już nie jedna książka na 3 lata, ale 3 książki rocznie stanowią minimum pracy twórczej.

w 1989 roku miałem 15 lat i już wtedy byłem zdecydowany zostać pisarzem. Przez pierwszy rok ukazywała się masa literatury antykomunistycznej – dotąd zakazywanej przez cenzurę. czytałem to i radowało się moje serce. Ale w pewnej chwili zorientowałem się ze do diaska nikt nie wydaje jakoś polskiej literatury antykomunistycznej. Ukazało się kilka książek wydanych w latach 40-tych na zachodzie, garść wspomnień i na tym w zasadzie koniec.

Część literatów filmowców i innych artystów biadała że komuna nie dawała im żyć – ale nie dość ze żaden nie wyciągnął z szuflady pisanych ukradkiem powieści to jeszcze żaden przez kolejne 14 lat nic podobnego nie napisał... Przyzwyczajeni do życia na garnuszku państwa nagle jak chłopi z likwidowanych pegeerów znaleźli się z ręką w nocniku.

Wybaczcie długachny wstęp przechodzę już do meritum dzisiejszej lekcji. Za komuny można było być literatem i nie pisać książek. Można było świetnie żyć z pisania książek nie nadających się do pisania. Dziś czasy są inne i musimy choć to brutalne i przykre spojrzeć mi w twarz.

Sytuacja jest pierońsko klarowna. Nikt nie da nam ani złotówki ponad to ile jesteśmy warci. Wilii samochodów i wycieczek zagranicznych musimy dobijać się sami. (co jak wierzę jest możliwe).

A zatem... Pisanie to inwestycja. Inwestujemy nasz czas w nasz talent. Sytuację oceniać musimy sami. To co osiągniemy to iloraz czasu i talentu. Jeśli mamy słaby talent musimy w pisanie włożyć gigantyczna ilość czasu i wysiłku. Jeśli talent mamy większy musimy i tak włożyć tyle samo czasu – tylko wynik będzie lepszy. Jeśli zdecydujemy się pisać – co więcej jeśli zdecydujemy że pisanie ma być naszym sposobem na życie - musimy liczyć się po pierwsze z koniecznością poświęcenia ogromnej masy czasu, po drugie z tym że opłacalność naszej inwestycji stoi pod znakiem zapytania.

Zaczynamy pisać jeszcze w szkole. Może to być podstawówka bardziej prawdopodobne jest że będzie to gimnazjum lub liceum. pierwsze teksty nie nadają się z reguły absolutnie do niczego. to wprawki, które po przeczytaniu rzucamy do szuflady. może kiedyś wrócimy do nich i napiszemy te pierwsze pomysły w sposób nie urągający polszczyźnie. Ile tego będzie? Trudno cenić Jak obliczam napisałem ok. 1600-2000 stron maszynopisu zanim zaczęto mnie drukować. Ile lat na to poświecimy? Ja poruszałem się na ślepo. w dzisiejszych czasach w dobie Internetu znalezienie kogoś kto udzieli rad jest łatwiejsze. Powiedzmy że 2-3 lata zajmie Wam opanowanie podstaw warsztatowych. W tym czasie musicie znowu zainwestować masę godzin... Napisanie 1 strony to przeważnie 15-30 minut. 500 godzin ćwiczeń to bardzo dużo.

Czas na to potrzebny musimy ukraść. Ukraść kosztem czytania książek, oglądania telewizji, odpoczynku, rozrywek, nauki snu... I po tych 500 godzinach nauki zaczyna się dopiero nasza droga przez życie. Czytamy nasze pierwsze wypociny, zgrzytamy zębami i piszemy od nowa. Potem wysyłamy na łup redaktorom.

Jeśli jesteśmy początkującymi pisarzami znajdujemy się na samym dole hierarchii, jak “koty” w wojsku, czy terminatorzy na nauce zawodu u szewca. Redaktorzy którym już poświeciłem oddzielną lekcję nas nie znają nie szanują olewają. debiut potem pierwsze opowiadania. Honoraria których czasem w ogóle nie ma (są pisma które nie płacą debiutantom) niskie wypłacane z wielomiesięcznym poślizgiem. Całe miesiące kiedy nie ukazuje się nic naszego, nieustanne bombardowanie redakcji naszymi kolejnymi tekstami. Mamy obecnie komfortową sytuację – na rynku fantastyki jest 5-6 pism. Powiedzmy że raz na dwa tygodnie ukazuje się jeden numer jakiegoś periodyku. do tego jeszcze kilka pism internetowych - które niestety nie płacą... Te obszar należy zagospodarować. I znowu jest to inwestycja – tym razem podwójna. z jednej story znowu czas, czas który musimy poświęcać każdego dnia na pisanie, wymyślanie sprawdzanie szczegółów.... Po drugie same pomysły.

Nie wiem czy człowiek jest w stanie wymyślić w życiu nieskończenie wiele dobrych fabuł czy też nie. Miewałem jednak całe miesiące bloku twórczego w czasie których nie byłem wstanie ze skamieniałego nagle mózgu wykrzesać ani iskry... A więc inwestujemy fabuły. Wymyślamy, piszemy opowiadania i rzucamy gdzie się da. Znowu przychodzi refleksja. Czy mamy prawo do takiej rozrzutności? Czy dobrze robimy pisząc opowiadanie, może fabuła jest na tyle nośna by stworzyć na jej bazie powieść? Wyraźnie widać do po literatach z USA. Wpadają na pomysł piszą opowiadanie, po jakimś czasie zaczynają żałować rozdmuchują je do objętości powieści, potem ciągną w cykl...

Po trzecie wreszcie inwestujemy naszą sprawność rzemieślniczą. i tu znowu zaczyna nas gnębić refleksja. machniemy opowiadanie na 20 stron. zapłacą nam trzy stówki (minus podatek), za 20 storn artykułów w byle gazecie dostaniemy 3-6 razy więcej forsy... I forsa zaczyna kusić. Pojawiają się złe myśli. Do diabła z opowiadaniami, trzeba się zaczepić w gazecie, pisać felietony, reportaże opisywać otaczający nas chlew jakby miał zapach róż, wady polityków przedstawiać jako cnoty i inkasować kasę... Można tez pisać opowiadania sprzedawać je znacznie taniej ale za to mieć nadzieję ze kiedyś ukażą się w postaci książkowej. I że książka ta stanie się bestsellerem. I że nasze dzisiejsze straty uda się powetować z nawiązką... Tak więc pisząc opowiadania znowu inwestujemy. Poświęcamy naszą teraźniejszość na rzecz niepewnej przyszłości.

Skończyliśmy naukę podejmujemy pracę. I znowu pojawiają się dylematy. Z pisania możemy mieć dodatkowy dochód. Tylko czy jest sens okradać się z ciężko zarobionych godzin odpoczynku? Czy nie lepiej runąć nieprzytomnie przed telewizorem i wyłączyć mózg na godzinkę albo kilka? Czas...

Napisanie powieści – nie mówię tu o jej wmyśleniu czy zgromadzeniu danych – samo wklepanie jej w komputer to minimum 3 tygodnie harówki. I znowu inwestujemy czas... 100 godzin na napisanie książki. Wydaje się, że to nie wiele. Ale co jeśli w połowie okazuje się, że zmieniła nam się koncepcja i trzeba wywalić 40 storn by przerobić cały wątek? Przyjmą albo odrzucą. Jeśli odrzucą jesteśmy miesiąc czasu w plecy. Za komuny przynajmniej została by zaliczka w garści i legitymacja w kieszeni...

Podjąłem ryzyko szalone. zdecydowałem się nie łączyć pracy zarobkowej i pisania – ale próbować żyć z tego co naskrobię. Zaryzykowałem nie zdając sobie sprawy na co się porywam. 8 lat szlifowałem warsztat – na ślepo... Przez kolejne 7 lat napisałem osiemdziesiąt opowiadań i osiem tomów powieści. Ukazały 3 zbiory opowiadań a jeden znajduje się w druku. Wydałem jedną powieść, a jej kontynuację kończę pisać. Jedna powieść mi się nie udała i nie mam ochoty jej poprawiać. Trzy tomy jednego cyklu i dwa tomy drugiego leżą czekając lepszych czasów. W wolnych chwilach napisałem 17 tomów kontynuacji przygód Pana Samochodzika. Jeden odrzucono.

Trochę przeinwestowałem. ale łudzę się nadzieją że to co napisałem jednak uda się kiedyś wydać... Nie wiem ile czasu poświeciłem na naukę pisania i samo pisanie. Być może 5 tysięcy godzin? Jeśli gotowi jesteście zaryzykować tyle co ja możecie znaleźć się w tym miejscu. A ja zainwestuję chętnie drugie tyle, bo jestem ciekaw jak daleko można dojść przy odrobinie uporu.

 

Piszemy Bestsellera cz. XII

W dzisiejszym odcinku chciałem poruszyć temat związków frazeologicznych – ale niestety otworzywszy Science Fiction spostrzegłem że ubiegł mnie mój konkurent Feliks W. Kres. Pust bywajet jak mawiali Lenin z Puszkinem. No to będzie o gramatyce.

        Polski system edukacji stanowiący stek kompletnych idiotyzmów pedagogicznych zakłada także naukę gramatyki języka polskiego. Nie wiem jak jest w tej chwili, za moich czasów gramatyką zaczynano katować dzieci już w trzeciej klasie podstawówki. Po co? Cholera wie. Prawdopodobnie żeby nauczyciele się specjalnie nie namęczyli – łatwiej sprawdzać ćwiczenia niż omawiać większą liczbę lektur czy uczyć dzieciarnię prawidłowego pisania wypracowań... Mieliście więc wszyscy naukę gramatyki. Oczywiście zdecydowana większość z was podeszła do problemu zdroworozsądkowo – “mądrości” te wpuściliście jednym uchem, a wypuściliście drugim, po czym o problemie zapomnieliście natychmiast po egzaminach wstępnych do liceum. Zdrowy odruch.

        Dlaczego szczerze nienawidzimy gramatyki? Ano do czego sprowadza się jej nauka w szkole? trzeba się a) wykuć na blachę kilkuset głupich formułek, b) zrobić kilkaset durnych ćwiczeń pozbawianych większego sensu...

Normalnemu człowiekowi gramatyka jest o kant d... potrzebna. Albo umie mówić po polsku albo nie umie – i wykucie setek formułek nie da mu absolutnie nic. A nawet jak je zapamięta do niczego mu się nie przydadzą. I to jest główny powód naszej niechęci – nie dość że musimy to wykuć to jeszcze jest to pseudowiedza obciążająca tylko niepotrzebnie pamięć.

        Niestety aby wyjaśnić tu kilka rzeczy będę musiał się odwołać do tej głęboko znienawidzonej nauki. Macie więc niepowtarzalną szansę. P raz pierwszy (i ostatni) w życiu gramatyka do czegoś Wam się przyda! Zdumiewające prawda? Spokojnie to tylko ten jeden raz.

        No to pajechali... – jak słusznie zauważył Jurij Gagarin siedząc w Wostoku. Zrobimy sobie skrócony kurs gramatyki dla początkujących grafomanów.

Błąd następstwa podmiotów, co to jest? Jeśli sięgniecie do zapomnianych szczęśliwie informacji szkolnych przypomnicie siebie ze w ramach ćwiczeń zajmowaliście się rozbiorem zdania. Co więcej zdanie można było rozmontować na elementy składowe wedle dwu metod: na części mowy (rozbiór gramatyczny) lub części zdania (rozbiór logiczny). Jak zapewne mętnie wam się przypomina gdy analizujemy pod kątem części mowy okazje się że w zdaniu występują rzeczowniki. Jeśli teraz wykonamy rozbiór logiczny okazje się że jeden z tych rzeczowników jest najczęściej podmiotem, a pozostałe nim nie są. (pal diabli czym u licha są, to nie jest teraz ważne). Muszę niestety przypomnieć wam jeszcze jedną definicję. W zadaniach występują zaimki – są to takie słowa które generalnie zachowują się jak rzeczowniki ale nimi nie są... Przykładowo: ona, ją, który, jego etc.

        W szkole niestety ograniczaliście się do rozbierania jednego zdania – co skutecznie uniemożliwiło wam zrozumienie jaka właściwie jest rola podmiotu w całym tym interesie.

        Błąd który nazywam błędem następstwa podmiotów polega z grubsza na tym że mając kilka zdań tworzących ciąg logiczny błędnie interpretujemy co w danym zdaniu było podmiotem i stąd kiełbaszą nam się zdania kolejne. Zrozumieliście? Hmmm. ok. Było do przewidzenia. No to może pokażę wam to na przykładach.

        Czarownica płonęła pośrodku wioski. Wszyscy jej żałowali.

W zdaniu pierwszym mamy dwa rzeczowniki: “czarownica” i “wioska”. w zdaniu kolejnym mamy tylko zaimek “jej”. Intuicyjnie wiemy że chodzi o czarownicę. Niestety przy szybkim czytaniu mózg automatycznie odnosi zaimek do najbliższego rzeczownika odpowiadającego mu rodzajem, liczbą etc. Czytając mamy chwilę potknięcia. Może ćwierć sekundy, kiedy nasz umysł musi dokonać operacji logicznej, ustalić co w poprzednim zdaniu jest podmiotem i podporządkować mu zaimek. Innymi słowy o co do cholery chodziło autorowi.

        Jest to chwila, prawie niezauważalna – ale spowalniająca czytającego Jeśli akcja go wciągnęła i czyta swobodnie przelatując całe akapity, jest to przykry przystanek na jego drodze. Porównajcie to z nagłym przyhamowaniem rozpędzonego samochodu. Wszystko po chwili wraca do normy ale nerwy już nadszarpnięte. Im więcej będzie takich potknięć tym niestety gorzej – dla was i dla czytającego. Dla was bo każdy redaktor z radością uwali tekst za coś takiego, dla czytającego, bo jeśli uda wam się wepchnąć to gdzieś do druku to ten biedak będzie się katował przy lekturze...

        Jak zatem poprawić ten kawałek? Bardzo łatwo. Należy usunąć ze zdania tę niejednoznaczność – przetasować rzeczowniki tak aby podmiot znalazł się bliżej zaimka.

        Pośrodku wioski płonęła czarownica. Wszyscy jej żałowali.

I po problemie.

        Inny przykład tego samego błędu:

W tej puszczy włada tylko przyroda i nikt, tak człowiek jak i krasnolud, elf bądź inna istota uważająca się za rozumną nie ma prawa zmienić jej postaci.

Tu mamy rzeczowników jak nasiał... Jak widzicie zaliczają się do dwu rodzajów, a na końcu zdanie niczym klamrą spięte jest zaimkiem “jej”. Najbliższy odpowiadającym zaimkowi rzeczownikiem jest “istota”. Zaimek odnosi się jednak przeważnie do podmiotu. No właśnie, co tu u licha ciężkiego jest podmiotem!? Puszcza albo przyroda. Skoro nie zmienia się czegoś postaci – to raczej puszczy gdyż przyroda postaci jako takiej nie ma. Zdanie jest poza tym zbyt długie i zbyt zapętlone. Kilka takich i nie będzie trzeba redaktora – czytelnik sam siepnie waszym tekstem o ścianę.

Po przygotowaniu posłania dla nowego gościa i starannym zamaskowaniu miejsca jego ukrycia grupa rozdzieliła się.

. Zamaskowali posłanie czy gościa – do czego odnosi się zaimek “jego”? Taka niejednoznaczność też powoduje u czytelnika potkniecie się w biegu... Choć w tym przypadku nie jest to tak gruby błąd jak poprzednio – też należy unikać podobnych problemów...

I jeszcze coś podobnego na koniec.

Okazywali swoją wściekłość przy pomocy toporów i batów którymi rąbali płoty.

Oczywiście można spróbować rąbać płot batem. Mamy tu odrobinę inną sytuację. Tu musimy powiązać już nie zaimek ale czasownik z odpowiednim rzeczownikiem...

Drugi błąd który chciałbym omówić – to następstwo czasów. Ciężko jednak znaleźć odpowiednie przykłady – zatem omówimy go za miesiąc.

Piszemy Bestsellera cz. XIV

(numer XIII z racji swojej pechowości został oczywiście pominięty)

        Drodzy kandydaci na grafomanów. Obiecywałem dalszy ciąg powtórki z gramatyki, jednak otrzymawszy steki listów z pogróżkami... (no dobra nie było listów tylko mam wstręt do gramatyki i nie zdołałem się chwilowo przełamać...). A zatem w dzisiejszym odcinku dokonamy sobie przeglądu dotychczas zdobytych wiadomości i spróbujemy – na razie koncepcyjnie, posklejać z tego Frankensteina tzn. jego monstrum...

        Nasz cel jest prosty – musimy napisać powieść która uczyni nas bogatym i sławnym grafomanem. (tak wiem, nie jestem jeszcze sławny ani bogaty, ale to wszystko przez opóźnienia z drukiem najwybitniejszych moich dzieł!!!). O czym to ja? Aha. Piszemy superbestsellera. Przed nami kilka etapów:

1) analiza rynku. Generalnie jak by nie patrzeć wychodzi nam że polską fantastykę czytuje 0,025% Polaków (taki odsetek ogółu publikacji stanowi polska fantastyka – 20 powieści naszych autorów przy ok. 40 tyś tytułów drukowanych rocznie w naszym kraju... Jednak odosobnione przypadki np. Sapkowski (nie lubię ale muszę oddać mu w tym miejscu honor...) są wstanie sprzedać nawet i milion swoich książek. A zatem analizę na tym kończymy. Rynek jest w stanie wchłonąć powiedzmy 100 tyś szt. naszego bestsellera. A zatem jest o co walczyć. Nie, na pytania o sprzedaż moich dzieł nie odpowiadam! Fałszywa skromność jest naturalną cechą każdego wielkiego grafomana

2) A teraz analiza naszych umiejętności zawodowych. He he. Prawdziwy grafoman nie powinien rozpraszać się takimi bzdetami Jeśli czytelnikom się nie spodoba tym gorzej dla nich. A tak już zupełnie poważnie – nie ominiemy niestety uważnej i starannej redakcji naszych książek... Jednak świadomość własnej słabości nie powinna nas zniechęcać do prób. Doświadczenie zdobywa się w walce. Poza tym historia notuje wielu ludzi którzy weszli do wydawnictwa z ulicy i zostali sławni. O tym ile jest warte to co napisaliśmy dowiemy się dopiero po wydaniu dzieła. Jeśli będzie ono poprawne językowo – szanse na druk znacząco rosną ;-)

3) określamy co piszemy i dla kogo piszemy – jak zapewne domyślacie się – wiąże się to z punktem 1. W skrócie chodzi o to żeby wykombinować sobie czy ma to być dla chłopców czy dla dziewczynek, w jakim wieku i dlaczego fantastyka.

4) zastanawiamy się nad objętością. Sądzę że optymalna wyniesie między 250 a 300 stron. Drugi tom może – a nawet powinien - być grubszy. Generalnie uważam że książki dla dzieci powinny być równie grube a nawet grubsze niż dla dorosłych. poglądu tego nie podziela niestety większość wydawców. Ale zanim napiszecie bestsellera pewnie sam zostanę wydawcą, wiec tym punktem się nie przejmujcie.

5) wymyślamy sobie ogólnie o co będzie biegać i na podstawie tego opracowujemy tytuł. Pierwszy tytuł będzie roboczy – musimy sami dla siebie jakoś określać to co będziemy pisać. Jeśli tytuł okaże się trafiony – nie ma kłopotu, zostawiamy, w razie pomyłki zmieniamy do skutku, aż nam się spodoba... Dobry tytuł jest bardzo ważny. To on umieszczony na okładce zaprasza do środka...

6) przyjmijmy że tytuł to czapka nakrywająca nasze monstrum od góry. Teraz pora na fabułę czyli kościec. Zgodnie z logiką doktora Frankensteina budujemy od dołu go góry – czapka wyznacza nam tylko gdzie się ma skończyć. Aby potwór dobrze stał na nogach muszą one być mocne. Fabuła przynajmniej do połowy książki musi być spójna logiczna i wciągać czytelnika. Nasza bestia może mieć kilka nóg – to będą wątki fabularne. Generalnie jeden wątek będzie główny – robimy jedną nogę grubszą, pozostałe mogą być cieńsze. Nogi powinny gdzieś się zbiegać, najlepiej w punktach węzłowych akcji. Wszystkie nogi – o ile nie skończą się wcześniej muszą połączyć się ostatecznie w czaszce. Czaszka to finał... Należy pilnować aby żadna noga nie kończyła się w powietrzu – wszystkie wątki jakoś trzeba zakończyć. Jeśli nie wiemy jak – zabijamy bohaterów. Ręce pomijam – nie psują mi do koncepcji anatomicznej.

7) na tak przygotowanym kośćcu naciągamy jak ścięgna losy poszczególnych bohaterów. jak już wspomniałem przynajmniej ci główni powinni być sympatyczni i w wieku czytelnika. Bohaterom pozytywnym przeciwstawiamy negatywnych – czyli łajdaków. Ścięgna będą się oczywiście krzyżować, łączyć dzielić, zrywać etc.

8) mając już szkielet i ścięgna musimy to wszystko przyoblec w mięcho. Czym jest mięcho? To wszystko co wypełnia książkę mając różny wiązek z fabułą. np. egzotyczne zainteresowania i rytuały tytułowego wyznawcy Baala, badania kodów DNA ufoków, analiza lingwistyczna języka tocharskiego którym mówi jedyny żyjący świadek katastrofy UFO etc. Mocny kościec to podstawa ale mięcho nadaje naszemu dziełu walory smakowe.

9) Pozostaje oblec to skórą żeby jako tako wyglądało. No to walimy opisy przyrody, wyposażenia wnętrz etc. Akcji nam to do przodu nie popycha ale pozwala czytelnikowi złapać oddech i poprawia estetyczną stronę naszego stwora.

*

Przejdźmy do układu nerwowego. To co napisałem powyżej wystarczy by stworzyć utwór poprawny pod względem merytorycznym. (hy ale mi się ładnie naukowo napisało...). pozostaje jeszcze najważniejsze. Wspomniałem niedawno o przykuwaniu uwagi czytelnika. A zatem znowu przypominam garść krótkich porad:

1) tworzymy przeciwności. Bohaterowie muszą walczyć od pierwszej do ostatniej strony. Należy przy tym uniknąć sytuacji w której zwycięstwo będzie pewne... Rzućmy przeciw nim wszystko co wymyślimy. Kopmy w zadek co i rusz. Ile razy czytelnikowi przyjdzie do głowy że bohater wreszcie dobija do bezpiecznej przystani tylekroć musi się rozczarować.

2) wysoko określamy stawkę zmagań. gdyby Tolkien opisał po prostu wycieczkę do wulkanu książka ta zainteresowała by co najwyżej geologów. Dlatego też musimy określić stawkę zmagań. Im wyżej będzie określona tym lepiej. Oczywiście tu też nie należy popadać w przesadę. czytelnik gdy po raz setny dowie się że tylko nasz bohater może uratować ludzkość siepnie książką o ścianę i co gorsza będzie miał rację. Jednak nawet walkę o rzeczy proste możemy ukazać tak by wydała się ważna...

3) zostawiajmy fałszywe ślady. W chwili gdy nasza książka staje się przewidywalna – przegraliśmy. Czytelnik czyta i wie co stanie się potem... I kicha. Znudzi się, zniechęci... Dlatego warto czasem go podpuścić... Niech mu się wydaje że wie co nastąpi. A wtedy my wywracamy kota ogonem. Docierają do krateru wrzucić artefakt, a tu okazuje się że wulkan wygasł...

*

A zatem dotarliśmy do końca instrukcji. teraz przed Wami praca domowa. Musicie przemyśleć to wszystko i wyciągnąć wnioski. Każdą książkę przed napisaniem “dociera się” w głowie, często przez wiele miesięcy albo i lat, niekiedy po napisaniu kilku rozdziałów człowiek zatrzymuje się i zaczyna zastanawiać co będzie dalej... To zdrowy i naturalny objaw. Przed Wami miesiące konstruowania szkieletu, dopasowywania kości, ścięgien i mięśni, sprawdzania czy jedno do drugiego pasuje i jak to będzie wyglądało w ruchu...

A potem przyjdzie pora by napisać pierwsze zdanie, pierwszy akapit, pierwszą stronę. Przyjdzie pora pokazać swój geniusz i zgarnąć nagrody od zachwyconej widowni. Przyjdzie pora by kumulowaną miesiącami energię wypuścić w postaci jednego oślepiającego wyładowania, skierować ją na stworzone monstrum, nadać mu życie i poszczuć by szukał w kieszeniach czytelników ostatnich groszy odłożonych na piwo.

Bo w pisaniu bestsellerów zasadniczo o to chodzi. Musicie stworzyć coś takiego żeby czytelnik zamiast piwa kupił Waszą książkę a po jej przeczytaniu nie miał poczucia krzywdy. Nasz bestseller musi dostarczyć mu więcej przyjemności niż wypicie 8 butelek “browaru”. Jeśli to potraficie – świat leży u Waszych stóp.

Piszemy Bestsellera cz. XVI.

        Witajcie drodzy kandydaci na grafomanów. W dzisiejszym odcinku zanalizujemy sobie co też najbardziej przeszkadza nam pisać.

Niemal każdy początkujący grafoman uskarża się na brak czasu niezbędnego na rozwijanie tego hobby. Niestety przyszło nam żyć w epoce która nie szanuje naszego czasu. Spora część w Was – czytających te słowa uczęszcza jeszcze do szkoły. Niestety instytucja ta zabiera każdemu z nas po minimum 6-7 godzin dziennie, a jeśli doliczymy czas dojazdu, czas marnowany na odrabianie prac domowych i samodzielną naukę rychło przekonamy się że spora część naszego życia zostaje bezmyślnie unicestwiona przez nauczycieli. Po szkole i okresie względnej wolności na studiach niestety musimy iść do pracy. Praca zasadniczo zabiera podobną ilość czasu jak szkoła i niekiedy zadają nam też do domu.

        Jak wyjść z tej pułapki? Możliwości istnieją. Po pierwsze możemy rzucić naukę i zająć się pisaniem. Nie polecam jednak tej metody. Pomijając wywołane taką decyzją kłopoty rodzinne narażamy się aparatowi państwowemu. Nauczyciele w obawie przed masową ucieczką niewolników zaklepali sobie że każdy ma obowiązek uczyć się do 18-tego roku życia. W naszym kraju należy też niestety zdobyć maturę – cholera w sumie wie dlaczego – ale niestety bez tego różowego papierka daleko nie zajedziemy...

Po drugie możemy podjąć bolesną decyzję – w gimnazjum i liceum poświęcamy czas wolny na doskonalenie warsztatu. Piszemy, poprawiamy, publikujemy pierwsze teksty. Potem dostajemy się na studia. W tym okresie czasu mamy odrobinę więcej – musimy więc rozwinąć karierę, drukować w wielu miejscach jednocześnie, wyrobić sobie markę i wydać pierwszą książkę a najlepiej kilka. Jeśli włożymy w to odpowiednio dużo wysiłku z chwilą uzyskania dyplomu będziemy mieć swobodę wyboru. Albo pójdziemy do pracy, a w wolnych chwilach będziemy coś skrobali, albo zdecydujemy się pójść na całość i spróbować żyć z pisania.

        Jak więc widzimy w większości przypadków nie da się uniknąć poświecenia wolnego czasu. Do tego zaś potrzeba dużo silnej woli. Trzeba ograniczyć oglądanie telewizji do dwu – trzech godzin tygodniowo. Trzeba zrezygnować z gier komputerowych. Zmienić rozkład dnia w ten sposób by mieć minimum godzinę na czytanie i dwie-trzy godziny na pisanie. Łatwe to nie jest – ale w tym momencie waży się nasza przyszłość. Nauczmy się szanować czas. Każda jego chwila jest na wagę złota. Czytać można w drodze do szkoły. Czytać można w czasie długiej przerwy, w pociągu, w kolejce do urzędu.

Wymyślać i notować pomysły da się niemal w każdych warunkach. Dzięki temu że pisałem siedząc na plaży poznałem Pawła Siedlara – pisarza który namówił mnie na współpracę z Fenixem. Pierwsze opowiadania napisałem na praktykach archeologicznych w Płocku odpoczywając po 7 godzinach machania łopatą. Kilkanaście pierwszych pomysłów na “Wędrowycze” zanotowałem na kartce wyrwanej z zeszytu czekając w bibliotece na zamówione książki. Blisko dwadzieścia wymyśliłem wraz z narzeczoną najpierw leżąc w smaganym deszczem namiocie, następnie w drodze z Bodo do Galiware, jednym okiem patrząc w zeszyt drugim podziwiając smagane wichrem pustkowia norweskiej a potem szwedzkiej Laponii. Kilka dobrych pomysłów wpadło mi do głowy gdy siedziałem w Wojsławicach nad kuflem piwa “Perła”. Scenariusz komiksu o krasnoludach tworzyłem w pociągu jadąc z Warszawy do Krakowa.

Teraz drugi podstępny wróg każdego grafomana. Lenistwo. Generalnie jesteśmy narodem który pracuje zrywami. Parokrotnie w różnych okresach dokonywaliśmy czynów zdumiewających i niesamowitych. Rozbijaliśmy wielokrotnie liczniejsze obce armie, obudowywaliśmy kraj po zniszczeniach kolejnych wojen. Wykonywaliśmy gigantyczne skoki do przodu, po czym zadowoleni uwalaliśmy się jak świnie do góry brzuchem i chrząkaliśmy w błocie aż wszystko znowu diabli brali. Energii starczało nam na kilka lat gorączkowej krzątaniny.

Jakaś skaza mentalności powoduje że jeśli nie osiągniemy sukcesu błyskawicznie nie osiągamy go wcale. Jesteśmy narodem wojowników którzy muszą zdobyć łupy natychmiast i w ogromnej ilości. Mozolne budowanie dobrobytu opartego na mocnych podstawach nie interesuje nas prawie wcale.

Podobnie jest z pisaniem. Gdy miałem naście lat sądziłem że napiszę “Norweski dziennik” i za ten genialny płód mojego umysłu zainkasuję masę kasy za którą będę mógł żyć przez kilka lat. Potem wymyśliłem, żeby napisać tego 12 tomów i tym samym zdobyć kasę zupełnie nieprawdopodobną. Kilka lat później siedziałem w pewnym wielkim i bogatym wydawnictwie patrząc na umowę leżącą na biurku przede mną. Wynikało z niej jasno że za pierwszy tom zbioru opowiadań dostanę “oszałamiającą” zaliczkę w kwocie 2 tyś zł, książka zostanie wydana w ciągu pięciu lat (po dwu latach od podpisania nie było jeszcze zrobionej nawet redakcji), a od każdego sprzedanego egzemplarza zainkasuję aż ...85 groszy. “Dziennikiem” w ogóle nie byli zainteresowani. Już wcześniej wiedziałem, że zarobki w tej branży nie są nadzwyczajne – ale dopiero to uświadomiło mi jak marnie się kształtują. W tym momencie miałem dwa wyjścia. Albo machnąć ręką albo wypruć z siebie żyły i przez jakiś czas pisać naprawdę dużo w nadziei że w przyszłości stawki ulegną poprawie.

W 1999 roku załapałem się do pisania kontynuacji Pana Samochodzika. W ciągu następnych 5 lat napisałem jej 19 tomów. W międzyczasie powstało także kilkadziesiąt opowiadań, dwie powieści “Kuzynki” i “Księżniczka” oraz nie wydane dotąd 2 tomy “Operacji dzień wskrzeszenia”. Tym samym pobiłem prawdopodobnie rekord Polski. Jednak możemy to policzyć także inaczej. 5 lat to po odliczeniu niedziel około 1500 dni. W tym czasie napisałem około 4500 stron maszynopisu. Średnia wychodzi więc porażająco niska – zaledwie 3 strony dziennie. 45 minut efektywnej pracy. Jestem leniem. Jestem patologicznym leniem, który przedkłada czytanie książek nad pracę przy pisaniu książek. Z taką wydajnością można napisać trzy solidne – 300 stronicowe powieści rocznie. Z taką wydajnością jestem na pierwszym miejscu. Oznacza to że reszta światka literackiego ni jest w stanie mnie dogonić – 3 strony dziennie to dla nich za dużo... Naród leni tkwi w marazmie... Pisarz nie musi być pracocholikiem. Ale jeśli chcecie coś osiągnąć musicie przyjąć program minimum – 3 strony dziennie. Dzień po dniu przez pierwsze 10 lat.

Trzecim naszym wrogiem jest opór materii. Niestety nie od nas zależy czy dana rzecz zostanie wydana od razu czy za kilka lat. Nie od nas zależy czy wydawca zainwestuje głupie kilka tysięcy w reklamę. W wielu przypadkach nie mamy wpływu na sposób wydania naszego dzieła. (np. Wędrowycza pewne wydawnictwo planowało wydać w serii ...”współczesna proza polska”). Z tym trudno walczyć – ale niech to nie będzie dla Was wymówką. Po pięciu latach szarpaniny udało mi się wydać pierwszą książkę. A teraz generalnie wydać pierwszą książkę jest łatwiej.

„Każdy pisarz to wariat, ale nie każdy wariat to pisarz” (G. Janusz)

Piszemy Bestselera cz. XVII

Witajcie drodzy kandydaci na grafomanów. W dzisiejszym odcinku zajmiemy się chorobami zawodowymi które grożą Wam jeśli zajmiecie się pisaniem na poważnie. Zacznijmy od skutków fizycznych potem przejdziemy do psychicznych.

Pisanie jest pracą siedzącą. Jeśli zdecydujemy się poświęcić tej profesji pierwszym podstawowym wydatkiem powinno być wygodne krzesło. nie mam tu na myśli szmelcu na kółkach sprzedawanego w sklepach z materiałami biurowymi. Musimy mieć coś naprawdę wygodnego i solidnego. Doradzałbym bukowy fotel, najlepiej podpórkami pod łokcie. Ważne aby mebel do pracy nie był tapicerowany, raz że materiał będzie nasiąkał potem, dwa że do obicia najczęściej stosują jakieś syntetyczne świństwa. Klawiaturę wygonie trzyma się na kolanach. Czasem warto mieć coś pod nogi - pufę lub niski zydel. Ja opieram pięty na obudowie drugiego komputera.

Drugim ważnym narządem który możemy uszkodzić przy pracy jest wzrok. Tu niestety – jeśli chcemy spędzać przy komputerze kilka godzin dziennie nieodzowny staje się plaski ciekłokrystaliczny monitor. Odnośnie słuchania muzyki w trakcie pracy – trudno mi się wypowiadać – jednym pomaga innych rozprasza. mi czasem przeszkadza, a czasem wręcz przeciwnie. W każdym razie pracować powinno nam się wygodnie i zdrowo. W podręczniku maszynopisania widziałem kiedyś zestaw ćwiczeń dla sekretarek (nie mam tu na myśli szpagatu na biurku szefa tylko ćwiczenia placów i nadgarstków). Nigdy jednak nie zetknąłem się z sytuacją takiego zmęczenia dłoni aby uniemożliwiało pracę.

Czasem po kilku godzinach pracy nieodzowne stają się środki pobudzające takie jak kawa (osobiście nie używam), herbata, czy łyk świeżego powierza. O ile tego ostatniego nigdy za wiele o tyle pierwsze dwa dawkować należy z umiarem i rozsądkiem. Kawa w zbyt dużych dawkach szkodzi na serce, herbata podobnie. Jeśli przedawkujemy te wydawało by się nieszkodliwe napoje będziemy mieli zlewne poty, bóle i zwroty głowy, oraz inne mało ciekawe sensacje. Zapalenie papierosa zwiększa poziom dopaniny w mózgu co sprawia że palacz po zaciągnięciu się może wpaść na jakiś pomysł – jest to jednak droga do nikąd bo szybko okazuje się że pomysły wpadają mu wyłącznie po zaciągnięciu się a wypalanie 40 papierosów dziennie do niego dobrego nie prowadzi. Podobnie kiepskie wyniki uzyskuje się stosując dopalacz w postaci alkoholu. Piwo działa przeważnie rozleniwiająco, stosowanie mocniejszych trunków przy pracy grozi nam rychłym stoczeniem się i końcem kariery. Większość pisarzy głównonurtowych oraz pewien odsetek naszych to powierzchownie zaleczeni nałogowi alkoholicy. Nie ma sensu powtarzać ich błędów.

Fatalnie pisze się na czczo i po zarwanej nocy. Pełny żołądek też działa destruktywnie na proces twórczy. Należy zatem generalnie wyspać się, zjeść lekkie śniadanie popić herbatą i siadać do roboty. Odnośnie pory w jakiej najlepiej się pracuje – też nie mogę wypowiedzieć się jednoznacznie. Lubię wstać rano i pracować systematycznie do popołudnia – dzięki temu porządek dni nie ulga rozbiciu. Przyjemnie pracuje się także w nocy – wokoło panuje cisza i spokój. Ludzkość śpi i tylko my – jej słudzy jeszcze się męczymy nas swoimi arcydziełami...

Oczywiście na naszej drodze czekają nas rozmaite inne „przyjemności”. Omówmy sobie zatem najczęstsze przypadłości psychiczne, abyście zawczasu wiedzieli co Was może spotkać..

Depresja – stan długotrwałego wysiłku umysłowego rodzi depresję. Trudno ocenić czy jest skutkiem czy przyczyną pisania. Ja uciekałem w swoje światy, gdy ten realny szczególnie mi dokopał. Słyszałem wielokrotnie opinie że nie jestem w tym odosobniony. Melancholia jest nieodzownym składnikiem procesu twórczego od zarania dziejów (wystarczy poczytać biografie naszych „wieszczów”). Pojawia się i odchodzi jest silniejsza lub słabsza. Niekiedy pojawia się w postaci klasycznej huśtawki nastrojów. W rytmie około ośmiogodzinnym przechodzi się wtedy od skrajnej czarnej rozpaczy do nerwowego pobudzenia i poczucia wielkiej mocy pisarskiej... Tak czy siak wykańcza. Na depresję dobrze robi coca-cola. Niestety pewnej wiosny kiedy odkryłem zbawcze działanie tego preparatu z rozgniecionej amerykańskiej stonki, nie przyszło mi do głowy doczytać etykietki. Skutkiem nieznajomości kaloryczności produktu leczenie depresji zwiększyło mi nadwagę o dobre 8 kilo...

Nerwice – praca pisarza z zewnątrz wygląda sielankowo. Siedzi sobie człowiek wygodnie w cieple, od łóżka do miejsca pracy na 3 metry, nie stoi nad nim kierownik z zegarkiem w ręce... Niestety – choć to wszystko prawda, praca ta niesie za sobą poważne obciążenia nerwowe. Pisząc rzucam się na niepewny los. Czy to co spłodzimy spodoba się wydawcy czy nie? Wydadzą? Nie wydadzą? Kiedy wydadzą? Czy jeśli ukaże się drukiem, spodoba się czytelnikom? Czy będzie to krok naprzód czy krok wstecz... Czy nam za to w ogóle zapłacą? Kiedy zapłacą? Ile zapłacą... Starczy na czynsz? A na piwo? Pracując przez osiem lat nauczyłem się minimalizować ilość nerwowych sytuacji. Piszę dla kilku wydawców – uzyskuję dochody z wielu źródeł. Piszę rzeczy różnorodne – jedna wpadka zaboli mnie ale nie zabije. Nerwy można leczyć tabletkami ale lepsze jest zlikwidowanie źródła udręki.

Obsesje – niekiedy szczególnie u grafomanów zbyt długo czekających na debiut pojawiają się obsesje. Najczęściej człowiek nimi ogarnięty ma kompleks niedocenionego geniusza, uważa swoje wypociny za arcydzieła których ci wredni redaktorzy nie opublikowali tylko i wyłącznie z zawiści. W takim stanie chętnie słucha i rozpowszechnia plotki o wydawcach i konkurencji – pisarzach którym się udało przedrzeć. W nielicznych przypadkach obsesje mają jakieś realne źródło na przykład... a, nie ważne.

Szokiem pourazowym nazywam stan w jakim znajduje się pisarz po przedawkowaniu pracy. Organizm jest w stanie wytrzymać bardzo wiele, jednak psychika nasza nie jest dostosowana do długotrwałej harówki koncepcyjnej. Objawy urazu obserwowałem u siebie wielokrotnie po zakończeniu pracy nad kolejnymi książkami – głownie z cyklu kontynuacji przygód Pana Samochodzika. Przez kilkanaście – kilkadziesiąt dni pracowałem w tempie 10-30 stron dziennie. (średnia wydajność wynosiła ok. 12-15 stron dziennie a maszynopis liczący 180-200 stron powstawał w 2-3 tygodnie). Po stukaniu ostatnich linijek dzieła popada się w stan dziwnego stuporu. Pojawia się melancholia, totalne rozleniwienie, człowiek przestaje być zdolny do pracy, do zwykłego funkcjonowania, do jakiegokolwiek wysiłku fizycznego i intelektualnego. Nie ma ochoty pisać, nie ma ochoty czytać. Nie chce mu się patrzeć w telewizję... Stan taki trwać może kilka dni lub tygodni. Odnoszę wrażenie że u kilku pisarzy z naszego poletka nie minął wcale. Po napisaniu kilku lepszych lub gorszych pozycji zasnęli by już się nie obudzić. Snują się teraz po konwentach jak zombie. Stanowią relikty poprzedniej epoki... Ostatnią książkę lub opowiadanie puścili kilka lat temu, nie pracują nad niczym nowym i najczęściej nawet o tym nie myślą...

        Brak jarzma. Jako katolik staram się usilnie unikać pracy w niedziele i święta. Dni wolne pojawiają się dość nieoczekiwanie i kompletnie rozbijają mi tok pracy. Siedzi człowiek pisze po kilkanaście stron, dożyna kolejną powieść, i nagle pyk – niedziela. Rano idzie się do kościoła a potem... potem nie wiadomo co robić. Trzeba by odpocząć, poczytać, pogapić się w telewizję, uciąć sobie drzemkę po obiedzie... Tymczasem nachodzą nas obsesyjne myli że przecież robota leży, że trzeba by z godzinkę popisać nadgonić choć z 5 stron... Chęć ta niekiedy jest wyjątkowo silna – dezorganizuje cały dzien.

Blok finiszowy pojawia się pod koniec pracy – w chwili gdy do wymaganej objętości brakuje mam głupie 5-10 stron. Nagle pisanie staje się katorgą, zamiast 15 stron dziennie pisze się 2-3, nieoczekiwanie ulatują nam z głowy wszelkie pomysły... Zakończenie zaplanowane na 20 stron mieści się na 4-5...

Ucieczka w bok – to naturalna obrona organizmu przeciążonego pracą koncepcyjną. Po dziesięciu dniach mozolnego pisania trzech opowiadań jednocześnie nagle ogarnia nas przemożna chęć by robić cos zupełnie innego. Ja w takim momencie dyskutuję na listach dyskusyjnych o polityce (z dwu już przy okazji wyleciałem) lub zabieram się za prace manualne. A to mozolę się przy renowacji starej skrzyni, a to wyciągam z torby kawał skóry i tnę ją sobie na paski potrzebne do oplecenia pochwy szabli... Kilka dni dłubaniny pozwala odetchnąć, wyciszyć się wewnętrznie i znowu zabrać do roboty.

Syndrom wypalenia – pojawia się po kilku – kilkunastu miesiącach wytężonej pracy, lub po nadmiernym wyeksploatowaniu danego tematu. Objawy są dość przerażające: człowiek siada przed klawiaturą i tępo patrzy w ekran daremnie usiłując wykrzesać z ospałego umysłu choćby jedną iskierkę talentu. Nagle okazje się ze napisanie kolejnego opowiadania o Wędrowyczu jest kompletnie absolutnie niemożliwe. Jest pomysł – i to doby, człowiek zna realia, ma czas żeby przy tym podłubać i nic – absolutnie nic z tego nie wynika... Wtedy trzeba napisać coś zupełnie innego. Na przykład jakiś felieton do internetowego miesięcznika...

 

Andrzej Pilipiuk

„Był geniuszem i był gotów służyć ludzkości. W zamian oczekiwał jedynie pokrywania swoich wydatków” (R. Rankin)

Piszemy Bestselera cz. XVIII

Witajcie drodzy kandydaci na grafomanów. W dzisiejszym odcinku ci z Was którzy jeszcze nie zniechęcili się do kroczenia krętymi ścieżkami literatury zostaną zniechęceni ostatecznie. Omówimy sobie rozległy temat planowania kariery. Każdy z Was po wyknoceniu pierwszego opowiadania zastanawiał się zapewne ile to jest warte i kiedy będzie go stać na willę z basenem, limuzynę oraz towarzystwo rozwiązłych kobiet.

Na rynku mamy kilka pism branżowych w których można debiutować. Problem tez zasygnalizowałem już wcześniej parokrotnie. Napisałem jak przedrzeć się przez redaktorów i inne nieprzyjemności. Przyjmijmy że opublikowaliśmy nasz pierwszy tekst. Nasuwa się zrozumiałe pytanie: co dalej.

Powiedzmy sobie od razu. Każdy zawodowy grafoman płodzi dzieła i dziełka w tempie kilku – kilkunastu rocznie. Dzielimy je na dwie grupy: zwykłe oraz wielkie opowiadania. Zwykłe opowiadania – to 99% produkcji krajowych grafomanów. Teksty na tyle dobre by można je było bez wstydu zamieścić w gazetce i bez bólu przeczytać. Każdy z Was takowe napisze zamieści i spokojnie może sobie o nich zapomnieć. Podobnie po jakimś czasie zapomną czytelnicy. Opowiadanie to miła chałturka. My sobie skrobiemy, czasopisma publikują, czytelnicy czytają i się cieszą. Wreszcie coś tam za nie kapie. Kilkadziesiąt, kilkaset złotych – czasem ciut więcej. Jeśli jednak poważnie myślimy o reperowaniu budżetu honorariami musimy wydać książkę.

Moja recepta na sukces komercyjny była prosta jak konstrukcja cepa. Po pierwsze należało zbudować sobie markę – sprawić żeby nazwisko było rozpoznawalne. Grupy czytelnicze pokrywają się tylko częściowo. Inny czytelnik sięga po Fantastykę”, inny po „Science fiction”, wreszcie ci którzy sięgają po „Fantasy” zazwyczaj nie czytają dwu pierwszych tytułów. Zamieszczałem opowiadania gdzie tylko się dało. Tam gdzie płacili i tam gdzie płacili kiepsko. Dawałem teksty gratis do fanzinów i do informatorów konwentowych. Atakowałem nieustannie przez kilka lat. Wpychałem swoje wypociny nawet do czasopism dla graczy w RPG. Nie wiem ile opowiadań zamieściłem w ciągu ośmiu lat kariery. Trzeba by policzyć, sądzę że było ich nie miej niż 6-8 rocznie. 50-60 tekstów posłużyło za taran. Ludzie zapamiętali najpierw mojego bohatera, potem moje nazwisko. Nawet niejaki jacek sobota (imiona i nazwiska infamisów piszemy tradycyjnie małą literą) słyszał o mnie, aczkolwiek programowo nie czytał.

Jeśli zatem ktoś chce iść moją drogą nie ma innego wyjścia. Musi obłożyć pisma tekstami, zasypać czytelnika swoją tfu-rczością i ogólnie wypromować swoje nazwisko. Jeśli bowiem zechcemy debiutować od razu książką trafimy do salonu wielkich przegranych. Nawet jeśli napiszemy arcydzieło pies z kulawą nogą go nie kupi... Wszystko co zamieścimy w gazetach czy na forach internetowych to nasza reklama. Co więcej mamy ją nie dość że za darmo to jeszcze często nam za to zapłacą.

Nasze teksty powinny mieć coś co je wyróżnia z masy. Ja akurat wybrałem humorystyczne pogranicza fantastyki. Mimo sukcesów książek Bułyczowa czy Pratcheta, w Polsce nikt na dobrą sprawę nie eksplorował tych kierunków. Uznałem że jest to niemal dziewiczy ugór. Dziś zbieram tam plony. Andrzej Sapkowski zajął się „wszawym gatunkiem fantasy” i jak wszyscy wiemy osiągnął ogromny sukces. Osiągnął go dzięki temu że pisał rzeczy które dla polskiego czytelnika były w pewien sposób nowe. Jarosław Grzędowicz dla odmiany poszedł w stronę ciężkiego ponurego horroru. Ta gałąź także nie cieszyła się u nas większym powodzeniem. Był pierwszy. Też chyba nie narzeka. Zatem jeśli chcemy trwale wpisać się w krajobraz literatury musimy plunąć na konwencje i zaproponować coś nowego. Stworzyć nową gałąź, albo przeszczepić na pień polskiej fantastyki jakiś pęd istniejący już w literaturze na wschodzie lub zachodzie. Jeśli wymyślimy coś naprawdę ciekawego mamy szanse w przyszłości stać się klasykami podgatunku, jak ja stałem się „klasykiem literatury menel-fikction”. Oczywiście błędem byłoby koncentrowanie się na jednej niszy. Choćby dla higieny psychicznej należy od czasu do czasu napisać coś zupełnie innego. Musi to być przy tym na tyle dobre by czytelnicy przyzwyczajeni np. do przaśnych klimatów Wędrowycza przeczytali to bez bólu.

Raz na kilka – kilkanaście numerów czasopisma pojawia się opowiadanie wielkie. Tekst który w pamięci czytelnika wypali wyraźny ślad, coś o czym będzie się dyskutować przez kolejne lata, coś o czym redaktorzy powiedzą „wtedy dziesięć lat temu bywali wielcy pisarze. A pamiętacie jak zamieściliśmy choćby takie...”. Wielkie opowiadanie tworzy legendę pisma i samo przechodzi do legendy. Nawet jeśli go nie czytaliście słyszeliście o nim od tych którzy czytali.

Przykłady? „Noteka 2015” Konrada T. Lewandowskiego, „W leju po bombie” Andrzeja Sapkowskiego, „Tkacz iluzji” Ewy Białołęckiej „Autobachn nach Poznań” Andrzeja Ziemiańskiego.

Cały dowcip polega na tym by w naszej twórczości co jakiś czas pojawiał się tekst naprawdę wysokich lotów. Tych mniej ważnych, dobrych ale słabszych nikt nie zapamięta. Te wielkie zbudują nam markę. To pierwszy klucz do sukcesu. Oczywiście najlepiej byłoby debiutować czymś takim. Jeśli zdarzy nam się napisać takie powiadanie musimy dobrze zastanowić się komu je sprzedać. Nie może to być pismo o niskim nakładzie. Taki tekst należy umieścić w miejscu gdzie przeczyta je możliwie dużo ludzi. Dwa razy w życiu napisałem teksty które zaliczyć mogę do tej klasy: „2586 kroków” i „Samolot do dalekiego kraju”. Pierwszy umieściłem wręcz fatalnie – ukazał się w jednym z ostatnich numerów Fenixa, przeszedł prawie niezauważony... Taki tekst jest jak diament znajdowany miedzy stosami brukowców. Napisałem około 80 opowiadań. Dwa uważam za naprawdę udane. Proporcja wyniosła więc w moim przypadku 1:40. Może Wam uda się te proporcje poprawić. A w każdym razie należy próbować.

Tymczasem minęły powiedzmy 3 lata od naszego debiutu. Puściliśmy w świat 20 opowiadań, pojeździliśmy po konwentach i nadeszła pora wydania pierwszej książki.

W zamierzchłych czasach komuny ludzie zarabiali sporo, a przy tym nie bardzo mieli te pieniądze na co wydać. Dobra użytkowe w rodzaju pralek czy samochodów były dostępne nielicznym, gry komputerowe dopiero się pojawiały, w telewizji był jeden program w porywach do dwu, magnetowid był luksusem... Brakowało dzisiejszych rozrywek, literatura nie miała konkurencji. Za nadwyżki pieniędzy kupowało się książki. Były to czasy kiedy w antykwariacie czy księgarni zbiór opowiadań Zajdla czy Bułyczowa kupowałem dlatego że wśród zamieszczonych jedno lub dwa opowiadania były mi nieznane. Czasy się zmieniły. Dziś jeśli wydamy zbiorek opowiadań wcześniej opublikowanych to choćbyśmy byli ulubionym pisarzem dla tysięcy czytelników, zostanie on na regale w księgarni aż pokryje się kurzem i pajęczynami. Po prostu teksty są im znane, a w dzisiejszych czasach każdy zanim wyda złotówkę na książkę najpierw kilka razy obróci ją w palcach...

Gdy planowaliśmy wydać pierwszy tom zbioru opowiadań o Jakubie mieliśmy ten sam problem. Weszły do niego teksty częściowo już czytelnikom znane, jednak trzeba było dodać na zachętę choć 1/3 zupełnie świeżych. Mikropowieść „Hotel pod Łupieżcą” – mogąca stanowić idealny wypełniacz leżała czekając na druk w „Science Fiction”. W ostatniej chwili wydarłem ją redaktorowi z gardła, obiecując mu w zamian dwa inne opowiadania i dołączyłem do powstającego zbiorku... Jeśli więc chcemy wydać naszą pierwszą książkę musimy zadbać o to by 1/3 – ½ jest objętości stanowiły teksty czytelnikowi zupełnie nieznane.

W chwili obecnej składając pomału zbiór opowiadań bez Wędrowycza mam nieco ułatwioną sytuację. Niektóre z tych tekstów ukazały się 6-7-8 lat temu. Dzisiejsi czytelnicy mieli wtedy 5-7-10 lat. Część puściłem w „Fenixie” gdy gazeta ta chyliła się już ku upadkowi, a nakład sprzedany wynosił... to chyba tajemnica handlowa, ale w każdym razie niewiele. Część ukazała się w rożnych efemerycznych periodykach, fanzinach, informatorach konwentowych. Pozostałe na łamach 4 różnych pism, wydawanych w różnym okresie. Teoretycznie nikt nie powinien znać więcej niż połowy. Mimo to liczyć się muszę z istnieniem fanatyków tropiących i kolekcjonujących płody mego umysłu – więc zasada pozostaje ta sama: Minimum 1/3 objętości stanowić muszą niepublikowane.

Wydajemy naszą pierwszą książkę. Hurrra! Odwaliliśmy reklamę i promocje, książka opatrzona jest naszym wpadającym w ucho nazwiskiem. I co dalej? Może wstrząsnę Wami – ale nadal niewiele z tego wynika. Ogólnie pojmowany fandom, uczestnicy konwentów i czytacze czasopism branżowych był analizowany parokrotnie przez speców od marketingu. Ocenili oni głębokość rynku fantastycznego w Polsce na ok. 150-200 tyś ludzi, podczas gdy zaangażowani w ruch fanowski stanowiąc circa 2% tej grupy. Nasza reklama to dobry początek. Ci aktywni kupią książkę i potem będą polecali mniej aktywnym znajomym – jednak trzeba za wszelką cenę zahaczyć także pozostałe 196 tysięcy miłośników fantastyki.

Najskuteczniej było by zrobić to przy pomocy reklamy telewizyjnej – problem w tym, że mało kogo dziś na to stać... Jeszcze zanim znalazłem wydawcę wiedziałem że cholernie istotna będzie okładka przyszłego zbioru. Oficyna wydawnicza Binaria – nosząca się z zamiarem publikacji wędrowycza, a posiadająca doświadczenie raczej w wydawnictwach encyklopedycznych, miała pomysł raczej średnio udany, czarne tło na nim czerwone literki. Czy ktoś sięgnąłby po taka książkę? Czy księgarz umieściłby ją na właściwej półce? Trudno ocenić.

W swojej kolekcji dziwnych papierków miałem śliczną grafikę zrobioną przez Andrzeja Łaskiego do opowiadania „wiat święta” – wnętrze obory, pijany, Jakub, pijany święty Mikołaj pali skręta, wokoło walają się puste flaszki, krowa liże egzorcystę po ciemieniu... Pomyślałem ze gdyby to pokolorować. Książka broni się okładką. To odjechana grafika, złocone literki, ciekawy krój czcionki zachęcają potencjalnego klienta by wziął ją do ręki. Jeśli tylko istnieje taka możliwość należy sprawy dopilnować.

Jeśli w przyszłości kompilować będziemy zbiór swoich tekstów siłą rzeczy musimy dokonać selekcji. Podzielić swój dorobek na kilka grup, każdej nadać znak jakości. ¼ - tych najsłabszych musimy odrzucić. Nie ma sensu ryzykować że taka kropla zgnilizny popsuje nam beczkę destylatu. Umieszczamy tam powiadanie dobre i doskonałe, oraz wielkie... Im więcej wielkich opowiadań umieśćmy w tomiku tym oczywiście lepiej.

Andrzej Pilipiuk

“to nie talent lecz chęć szczera produkuje bestsellera” (red. M. Parowski)

Piszemy Bestsellera cz. XIX.

Jeśli zechcecie być w przyszłości zawodowymi grafomanami staniecie wobec wyboru. Pisanie to nieustanne zmaganie się z problemami. Idealnym rozwiązaniem byłoby gdybyśmy zawsze pisali to, na co mamy ochotę, to co przynosi nam radość tworzenia. Niestety. Jeśli zdecydujemy się publikować – lub jeśli o zgrozo postanowimy żyć z pisania wcześniej czy później będziemy musieli stanąć przed wyborem. Czy piszemy dla siebie, dla redaktora, dla krytyka, czy też dla czytelnika…

Pisząc dla siebie jesteśmy całkowicie wolni. Treść, forma, tematyka – nie mają znaczenia. Możemy machnąć powieść z życia masonów w kosmosie, albo nowelkę gloryfikującą wujaszka Adolfa H i jego pomysły. Możemy pisać sonety na cześć zamężnej sąsiadki lub jej nieletniej córki. Problem zaczyna się w chwili gdy zechcemy to co naskrobiemy pokazać innym ludziom. Jedni nie lubią wujka Adolfa. Inni nie wierzą w istnienie masonów, są i tacy, którzy nie znają waszej sąsiadki albo sądzą, że jej córka jest za młoda. To co napiszemy będzie dla nich nudne lub niestrawne. Siłą rzeczy musimy więc pisząc skoncentrować się na zainteresowaniach, które są wspólne lub poszukać odbiorcy posiadającego zainteresowania zbieżne z naszymi. Dzięki internetowi nie jest to specjalnie trudne. I tu pojawi się pierwszy problem. Szerzej o tym za chwilę.

Publikacje elektroniczne mają to do siebie, że chwilowo przynajmniej nikt nie traktuje ich poważnie. Co gorsza publikowanie czegokolwiek w Internecie nie tylko nie generuje żadnych honorariów ale co gorsza powoduje że wyemitowany w ten sposób tekst staje się spalony w oczach potencjalnego wydawcy. Jeśli zatem chcemy dotrzeć do potencjalnych czytelników za pomocą wydania naszych dzieł na papierze musimy uwzględnić istnienie redaktorów… O tym, co to za typki już kiedyś na tych łamach wspomniałem. Niestety tu oni narzucają reguły gry. Odczułem to szczególnie na początku kariery pisząc kontynuację przygód Pana Samochodzika. Doszło do brutalnego zderzenia dwu wizji. Moja koncepcja nie do końca im się spodobała, ich koncepcja zupełnie nie odpowiadała mi. Wreszcie drogą wielu kompromisów udało mi się przepchnąć coś, co nie do końca odpowiadało moim zamierzeniom – ale było dla nich strawne.

Oczywiście czasem zdarza się nam trafić na redaktora, z którym łatwo dogadać się nie da. I tu stajemy wobec problemu takiego – na gotowi jesteśmy ustąpić. W którym momencie negocjacje stają się akceptowaniem warunków, których zaakceptować nie chcemy i które kłócą się z naszym sumieniem. Dlatego musimy sobie w pewnym momencie powiedzieć stop. Osiągnęliśmy granicę – której przekroczyć nam już nie wolno. Mówi się, że każdy ma swoją cenę. Ponoć każdego można kupić. Musimy uczyć się podnosić naszą cenę wysoko, tak wysoko abyśmy przestali ją znać. Ustawiłem poprzeczkę wysoko. Gdy było trzeba zrezygnowałem z wydania jednego tomu samochodzika. Dalsze poprawki uznałem za nadmierne ugięcie karku. Po dwu latach molestowania wydawcy dostali ten tom – ale przerobiony niemal nie do poznania. Wyciąłem to co stanowiło o jego wartości. Nie dostali tego co chcieli zbrukać za pierwszym razem.

Wracając do meritum, ugiąwszy karku przed redaktorem stajemy na rozdrożu. Nasze dzieło się ukaże. Czy jest pisane dla ludzi czy dla krytyków? Tu też łatwo się sprzedać. Istnieją w naszym kraju wpływowe środowiska, które za książkę „odkłamującą historię”, szkalującą nasz naród i naszych przodków gotowe są hojnie zapłacić. Wystarczy trochę popluć na Kościół, przemilczeć nieco realiów dawnych czasów, sugestywnie opisać pijanych chłopów z kłonicami i dymy nad polskim miasteczkiem na Podlasiu, by dobrać się do prawdziwej kopalni skarbów. Naszemu grafomańskiemu gniotowi zapewniona zostanie fachowa redakcja i pierwszorzędna korekta. Wydany zostanie w wielkim nakładzie, cały koncern medialny dołoży sił by nasze nazwisko i tytuł dzieła poznał każdy ćwierćinteligent uważający się za intelektualistę. Zobaczymy swoje zdjęcia w gazetach, zostaniemy namaszczeni na autorytet moralny, wreszcie spłynie na nas deszcz złota i zaszczytów. Honor łatwo przeliczyć na pieniądze.

Istnieją książki, które stanowią przełom, zmieniają sposób myślenia ludzi. Istnieją książki, które nigdy nie powinny zostać napisane. Jest ich wiele. Są wśród nich dzieła pseudonaukowe jak „Młot na czarownice” czy „Kapitał” K. Marksa. Są podręczniki jak „Mein Kampf” Hitlera. Są powieści takie jak „Lolita” Nabokova. Skutki ich rażenia są różne. Czasem zginie kilkaset osób, czasem miliony. Czasem chęć zdobycia sławy przez trzeciorzędnego grafomana doprowadzić może do rozkwitu zboczeń, do śmierci i cierpień tysięcy dzieci. Czasem wystarczy jedna książka, czasem, aby zaszło jakieś zjawisko potrzeba ich wiele. Lenin pisał, że rewolucja jest dziełem pisarzy i dziennikarzy. I miał rację. Przypuszczalnie ani ja ani nikt z pośród czytających te słowa nie jest i nigdy nie będzie w stanie napisać książki, która poruszy niszczycielską lawinę. Ale lawina nie składa się z jednego kamienia. Często równie groźna może być ta złożona ze żwiru, prąd intelektualny porywający ze sobą masę grafomańskich dziełek, które pojedynczo nie zmienią nic, ale w większej dawce wypalą czytelnikowi mózg… Wspominałem wyżej o publikacjach w sieci. Gdyby Lenin powrócił i postanowił znowu rozpętać krwawą hekatombę zacząłby o publikowania swoich artykułów w Internecie. Publikację papierową czasem udaje się przechwycić i zastopować. Sieciowej – już nigdy.

Mam swoje poglądy. Wierzę w kapitalizm i w imię tej wiary odrzuciłem propozycje współpracy z trzema lewicowymi gazetami, choć w jednej z nich puszczając jeden artykuł miesięcznie mogłem zarobić tyle by przez resztę czasu leżeć do góry brzuchem. Mam swój honor i w jego imię odmówiłem firmowania moim nazwiskiem kilku pozornie drobiazgów historycznych. Być może ktoś kiedyś spróbuje mnie jeszcze kupić – ale sam nie znam ceny którą musiałby wyłożyć. Wybrałem pisanie dla ludzi. Dla czytelników, którzy są z grubsza tacy jak ja. Nie dla dewiantów podglądających córkę sąsiadki, nie dla pchycholi wielbiących wujka Adolfa i dziadka Marksa, nie dla łowców „Żydów” albo „żydów” lub tropicieli „tradycyjnego polskiego antysemityzmu”. Jestem konserwatystą. Nie dokładam swojego żwiru do lawiny. Kładę moje kamyki na murze mającym ją zatrzymać. Mam swoich czytelników. To fajni ludzie. Często nie znają nawet ortografii ale skrobią meile do ólóbionego pisarza. Czytam to i czuję, że każdy, kto jest z charakteru podobny do mnie zrozumie i polubi moje książki. Liczę, że wraz z nimi przejmie nieco moich wartości. I może z przekonania, może czasem z przekory spojrzy na urzędników, naszych „kochanych współobywateli”, oraz absurdy naszego kraju oczyma Wędrowycza lub Alchemika.

Umiejętność pisania w sposób plastyczny i zajmujący jest rzadkim darem. Nazywamy to lekkością pióra. Ma ją może 20% tych, którzy w ogóle chwytają za długopis lub siadają przed klawiaturą. Doświadczenie w pisaniu także nie jest częste. Wydałem 24 książki. Potrafiłbym napisać niemal wszystko. Umiejętność pisania to broń niekiedy groźniejsza od bomby atomowej. Im lepiej to potrafimy, tym większe będą ewentualne skutki rażenia. W którymś momencie pojawia się pokusa. Przeskoczyć kilka etapów kariery. Przyjąć wyciągniętą serdecznie dłoń kusiciela. Zarobić w rok czy dwa na własną willę, zobaczyć swoje nazwisko na pierwsze stronie gazety. Tylko czy warto? Kuszono mnie kilkakrotnie. Nie uległem. Mam w dłoniach potencjalny zapalnik bomby atomowej… I mam tego świadomość. Może przeceniam skalę zagrożenia może to tylko zwykły granat zdolny zabić kilka osób. Nie jestem pewien, ale zakładam najgorsze, więc staram się postępować odpowiedzialnie. Nie poddaję się owczym pędom lawiny. Kładę kamienie stawiając mur. Może nigdy nie dorobię się willi z basenem, nie dostanę nagrody Nike, ani Nobla. Nie zostanę autorytetem moralnym ani nikt nie namaści mnie publicznie na intelektualistę. Może działanie moje jest bez sensu i nadciągająca lawina zmiecie to co stawiałem. Ale nie żałuję specjalnie zaszczytów, które mnie ominą. Mam swoją robotę i mam ludzi, dla których piszę. Mam robotę, która sprawia mi przyjemność, daje satysfakcję, a do tego wszystkie pozwala przeżyć i nawet czasami ciut zaszaleć. Jestem wybrańcem, w podobnej sytuacji jest może 1% naszego społeczeństwa. Osiągnąłem to co chciałem bez konieczności zmienienia się w moralnego karła. Pisząc inne rzeczy trafiłbym do szerszego kręgu odbiorców, ale wierzę ze wybrałem właściwą drogę.

Rubryka niniejsza przeznaczona jest dla ludzi których interesuje proces twórczy. Jedni wykorzystają moje, często chaotyczne, zapiski analizując utwory literackie w wypracowaniach. Inni spróbują opierając się na tych tezach napisać coś własnego. Jeszcze inni czytają to dla zabicia czasu. Myślę, że dzięki moim radom przechylą się szale w kilku mózgach i paru z Was wkroczy na ścieżkę literatury. Dzisiejszy odcinek napisałem, dlatego by uświadomić tej garstce, że być może któregoś dnia będą trzymali w dłoniach zapalnik bomby atomowej. Chciałbym żeby w chwili próby okazali się odpowiednio twardzi.

Andrzej Pilipiuk

Piszemy Bestsellera odc. XX

Drodzy kandydaci na grafomanów. W dzisiejszym odcinku garść rad jak zacząć i co trzeba umieć zanim siądzie się do pisania. A zatem pora powiedzieć sobie kilka prawd fundamentalnych. Dobre oceny w szkole nie przekładają się w najmniejszym stopniu na naszą karierę literacką. Nie należy przypuszczać, że jeśli mamy z polskiego piątki to możemy zostać pisarzem, a jeśli dostajemy wyłącznie trójki to nie zostaniemy. Ja miałem tróje... Nauka polskiego nijak się ma do znajomości tego języka. Nauczyciele (pomijając nieliczne chlubne wyjątki) reprezentują sobą kompletnie denny poziom przygotowania zawodowego. Uczeń, który chce pisać i próbuje coś w tym kierunku robić najczęściej nie może liczyć z ich strony na żadną pomoc.

Podstawowym problemem młodego człowieka jest błędna ocena sytuacji. Chodziłem do dwu podstawówek, potem trafiłem do LO. Mieszkałem w paskudnej dzielnicy zasiedlonej wszelakiej maści hołotą. Siłą rzeczy w mojej klasie przeważały przypadki zoologiczne. Szybko okazało się, że na dobrą sprawę nie mam z kim pogadać. Wszyscy koledzy byli ode mnie ewidentnie głupsi. Tylko nieliczni coś tam czytali, żaden z nich nie próbował niczego pisać. W tej chorej sytuacji po pierwsze doszedłem do wniosku, że skoro wszyscy są głupi to ja jestem geniuszem. Po drugie jeśli tylko ja dużo czytam i w dodatku piszę to nie dość że jestem geniuszem to jeszcze wybitnie utalentowanym. Czytając swojego czasu „Hebanowy świat” stwierdziłem, że do analogicznych wniosków doszła Iza Szolc. Potem były studia na których ze zdumieniem i rozczarowaniem stwierdziłem, że jakoś cholera geniuszy na moim poziomie jest naokoło na pęczki, a co gorsza co i rusz trafiam na kogoś kto jest ode mnie ewidentnie mądrzejszy i bystrzejszy. W dodatku okazało się, że to co piszę nie jest aż tak wybitne jak mi się początkowo wydawało a co więcej fakt że w liceum miewałem czasem piątki z wypracowań nie oznacza automatycznie że umiem napisać poprawny językowo tekst literacki. Okazało się, że 12 lat nauki nie dało mi nic – poza poczuciem własnej genialności. Trzeba było zakasać rękawy i brać się do roboty. Praktycznie od zera...

A zatem moja pierwsza i najważniejsza rada: nie należy się sugerować wynikami w nauce. Nie należy liczyć ze to czego nauczymy się w szkole w jakimkolwiek stopniu pomoże nam w przyszłej karierze literackiej. Nie należy zakładać że przekazywana nam wiedza jest prawdziwa lub kompletna – nie unikniemy ciężkiej pracy samokształceniowej. Nie należy liczyć, że lata spędzone w towarzystwie przygłupów rozwiną nas intelektualnie. Partnerów do dyskusji w większości przypadków szukać musimy poza szkołą i do tego często poza grupą rówieśniczą... Prawdopodobnie otaczający nas ludzie są od nas głupsi, ale to nie znaczy automatycznie, że my jesteśmy geniuszami. I wreszcie fakt, że byliśmy jedynym w klasie lub jednym w szkole osobnikiem który próbował coś pisać nie oznacza że to sobie skrobiemy jest wybitne. Prawdopodobnie jest to zupełnie przeciętna grafomania, nie spełniająca wymogów drukowalności.

Zderzenie z realnym życiem bywa bardzo brutalne. Mamy dwa wyjścia. Po pierwsze możemy wypruwać z siebie flaki, doskonalić styl i warsztat literacki, nadrabiać zaległości by doszlusować do intelektualnej awangardy. Po drugie możemy sobie problem odpuścić a nasze niepowodzenia uznać na życiowy pech, przejaw nienawiści otoczenia lub wręcz wrodzonego antysemityzmu Polaków, jak to było w jednym zoologicznym przypadku...

Opuszczając szkoły z maturą w ręce mamy głowę nabitą rozmaitymi bzdurami. Musimy uświadomić sobie na wstępie dorosłości że przez 12 lat uczono nas po pierwsze rzeczy niepotrzebnych, po drugie przekazano nam wiadomości bardzo nieaktualne, po trzecie szereg poznanych teorii (np. tezy Darwina) to czystej wody mniemanologia stosowana, po czwarte programy i podręczniki roją się od ordynarnych fałszerstw naukowych, a po piąte skutkiem obowiązującej ideologii pomijają masę danych nie pasujących do obecnych wizji. (np. z historii Europy wycenzurowano istnienie kupieckiej republiki Nowogrodu, oraz 500 lat dziejów Hanzy). Jeśli zapamiętaliśmy dużo z sieczki którą nas karmiono, od biedy jesteśmy w stanie pisać utwory zrozumiałe dla ćwierćinteligentów (mieniących się intelektualistami). Jeśli jednak mamy wyższe ambicje niestety czeka nas ciężka orka – grzebanie w tekstach źródłowych i odkrywanie na nowo fundamentów naszej cywilizacji.

Podobnie sprawa ma się z listą lektur szkolnych. Układali ją lenie, ignoranci, sabotażyści, kretyni i ludzie owładnięci skrajnie lewicową ideologią. To co kazano nam czytać to w większości przypadków śmiecie, podczas gdy dzieła naprawdę wybitne od dziesięcioleci skazywano u nas na zapomnienie. Dopiero gdy pluniemy na to i rozpoczniemy własne poszukania mamy szansę natrafić na prawdziwe arcydzieła ludzkiego umysłu – książki Grina, Ossendowskiego, Bułyczowa, Wojnowicza. Nagle okazuje się też że spisani przez nas na starty wieszcze – autorzy lektur szkolnych potrafili pisać naprawdę fajne rzeczy. Tylko, kto dziś pamięta powieść „Wampir” – wspaniały horror napisany przez Reymonta? (ech miał szelma wielki talent w młodości a potem napisał takiego gniota jak „Chłopi”...). Czy „Nagi bruk” Żeromskiego? Także w tej dziedzinie czeka nas niestety ogromna praca samokształceniowa... A zatem: „uczyć się uczyć się, uczyć się” (W.Lenin)

Oczywiście uzupełnienie braków w podstawowym wykształceniu, oraz doczytanie wagonu zaległej lektury da nam niewiele lub zgoła nic. Uzyskamy poziom umożliwiający tworzenie zgrabnych opowiadanek, nie naszpikowanych rażącymi błędami, ale jeśli chcemy wykonać krok do przodu musimy. Nasi bohaterowie nie będą przecież zastanawiali się nad wymową ideową „Pana Tadeusza” Juliusza Słowackiego*. Uwagę czytelnika tylko na chwilę przykujemy pokazując szerzej problem po którym prześlizgnął się w trakcie nauki. Nie tędy droga.

Jeśli chcemy go kupić i zniewolić musimy pokazać mu rzeczy, których istnienia dotąd nawet nie podejrzewał. Pokażmy mu rzeczy, o których nie czytał nigdzie indziej. Rzućmy na ławę nasze najmocniejsze karty. Każdy ma jakieś zainteresowania. Zdecydowana większość ludzi ogranicza je do rzeczy mało istotnych, przyziemnych... Miłości do pokemonów czy kolekcjonowania figurek do rpg nie przetworzymy w porywający tekst literacki. Jeśli interesuje nas Harry Potter i nic poza tym, możemy napisać fanfika i pokazać innym maniakom, niech im oko zbieleje. Ale nie stworzymy na takim fundamencie żadnej wzniosłej budowli świadczącej o naszym kunszcie i przykuwającej wzrok tysięcy ludzi. Pisarze w sporym procencie przypadków to ludzie o szerokich interdyscyplinarnych zainteresowaniach, naukowcy lub badacze amatorzy. Widać to na konwentach gdzie zaproszeni goście wygłaszają prelekcje o tym dlaczego smerfy są niebieskie (i czemu z niedotlenienia), jakim preparatem szprycował się dr Jekryl czy dlaczego nanoroboty nie będą w stanie działać. Czytelnicy przypominają nieco indian czy murzynów. Zanim wręczymy im Biblię najpierw trzeba zachęcić ich błyskotkami. Im bardziej egzotyczne są nasze zainteresowania tym ciekawszym materiałem wyjściowym dysponujemy.

 

*To nie jest błąd. Nasz „Wieszcz nr2” pracował nad kontynuacją i spory kawałek szczęśliwie się zachował.

 

Piszemy Bestsellera odc. kolejny

Spośród wielu nagród przyznawanych pisarzom spod znaku SF & Fantasy najbardziej poważana jest nagroda im Janusza A. Zajdla. Przed wielu laty gdy zostałem nominowany do niej po raz pierwszy sądziłem w swojej naiwności że posiada ona ciężar gatunkowy robiący wrażenie na wydawcach. Liczyłem, że jak takową zdobędę to mój zbiór opowiadań pokrywający się kurzem na redakcyjnych półkach jednego z wydawnictw trafi do produkcji nie po trzech latach ale powiedzmy w ciągu roku... Niestety moje kalkulacje okazały się podwójnie przedwczesne. Nagrody nie zdobyłem, książki też nie wydałem... Dowiedziałem się też, że wydawcy działający wówczas na rynku i tak nie zwracali uwagi na takie „drobiazgi”.

        Sytuacja nieco się zmieniła. Za wydawanie książek zabrali się w naszym kraju fachowcy. Zdobywanie nagród zaczyna mieć przełożenie na przyszłą karierę. A w każdym razie pozwala zwrócić na siebie uwagę potencjalnego wydawcy. Dla początkującego grafomana ogromnym sukcesem będzie już sama nominacja. Jeśli ją zdobędzie będzie miał świadomość, że jego opowiadanie zostało oto zaliczone do ścisłej czołówki, znalazło się wśród 3-7 najlepszych tekstów, jakie powstały w danym roku! Zważywszy że co roku publikuje się ok. 250 utworów jest to ogromne wyróżnienie. Młody człowiek zdobywający nagrodę lub uzyskujący kilka nominacji pod rząd, dobrze rokuje na przyszłość. Zdobywa rozmowach każdym razie cenny atut w rozmowach na temat wydania pierwszej książki.

        W dzisiejszym odcinku opowiemy sobie jak to osiągnąć. Analiza tekstów nagrodzonych pozwala wyciągnąć pewne wnioski…

A zatem: opowiadania nominowane do Zajdla są przeważnie tekstami zdecydowanie odbiegającymi od sztampy. „Wiedźmin”, „Noteka 2015”, „Autobahn nach Poznań”, „A kochał ją że aż strach” czy „Cyber Joly Dream”, „Tkacz Iluzji” były tekstami niepodobnymi do wszystkiego co w polskiej fantastyce powstało wcześniej. Te teksty stanowiły przełom.

Można wysuwać zarzuty, że np. Sapkowski Ameryki nie odkrył a fantasy za granicą już wcześniej istniało. A i u nas przecież Grzędowicz przed „Sapkiem” etc. Oczywiście istnieć istniało, ale u nas tej literatury w zasadzie nie było. Pojawił się tekst, zrobił trochę zamętu, a po 5 latach połowa polskich opowiadań żerowała już na tym schemacie. Podobnie można swobodnie podnieść zarzut, że cyberpunk był w naszym kraju obecny jeszcze zanim Antonina Liedke chwyciła za pióro. A jednak jej tekst chodź szła ścieżką przetartą już przez np. Jacka Dukaja okazał się na tyle egzotyczny że zdobył nagrodę. W tych dwu przypadkach w ramach istniejącej konwencji narodziło się coś co było tej konwencji ucieleśnieniem i punktem zwrotnym. „Tkacz Iluzji” Ewy Białołęckiej był z kolei tekstem który otworzył oczy na fantasty masie kobiet i ludzi wrażliwych których nie satysfakcjonowało czytanie o facetach z wielkimi mieczami.

„Noteka” i „Autobahn” były podobnie zaskakujące dla czytelnika. W chwili, gdy Konrad T. Lewandowski wypuścił swój tekst, opowiadania dziejące się tu i teraz w Polsce były absolutnym curiosum, niezwykłą rzadkością, którą czasem z litości upchnięto gdzieś na łamach czasopism. Wprawdzie już wcześniej kosmonauta Roman Krab na straszliwym kacu kosmiczną śmieciarką ratował zagrożony kosmolot, ale patrzono na te teksty raczej z politowaniem. A on pokazał, że otaczająca nas szara skrzecząca rzeczywistość też może być ciekawa. Raz przetartym szlakiem ruszyli, początkowo nieśmiało, kolejni piewcy kraju ojczystego – w tym niżej podpisany. Andrzej Ziemiański jeszcze mocniej nagiął gatunek w tym kierunku. „Bomba Heisenberga” w Fantastyce i „Autobahn nach Poznań” w Scence Fiction pokazały, że Polacy mogą wygrać z całym światem nie tylko dzięki jednemu zapomnianemu geniuszowi, nie tylko narąbani wódą do nieprzytomności, ale i konkretną świadomą pracą zespołową. Obaj autorzy szli w podobnym kierunku i ich opowiadania przyniosły zdecydowany przełom, który dziś możemy podziwiać w pełnej krasie. „Autobahn…” sprawił nawet więcej – ukazał się w jednym z pierwszych numerów nowego periodyku – i w pewien sposób wyznaczył epigonom profil ideowy tego pisma. Oryginalność, nowy kierunek natarcia, zaskoczenie – to najważniejsze cechy opowiadania, z którym idziemy po nominację.

Wiedźmin Geralt, Radosław Tomaszewski, Babcia Jagódka, generał Baryła i reszta tej zajdlowej ferajny to bohaterowie krojeni wedle dość podobnego wzorca. Po pierwsze są wyraziści. To nie byle mydłki – ale faceci (ew. kobiety) którzy nie dają sobie w kaszę dmuchać. Mają swoje cele, swoje priorytety, swoje zasady realizowane z żelazną konsekwencją. Z drugiej strony są podobni do nas – czytelników. Miewają chwile wahania, podejmują nie zawsze szczęśliwie wybory. Niekiedy dostają potwornego kopa jak w tekstach Marka S. Huberatha. Ale pokazują, jakimi moglibyśmy być gdybyśmy się odważyli. I jakimi większość z nas z różnych przyczyn nigdy nie będzie. Jesteśmy w stanie się z nimi zidentyfikować, poczuć wagę ich problemów i możemy sobie wmówić, że w tej sytuacji zachowali byśmy się tak samo odważnie jak oni. Oni to my. Tyle że odbici w nieco innym niekoniecznie lepszym zwierciadle…

Być może się mylę ale odniosłem wrażenie że wszystkie opowiadania które zdobyły nominacje lub nagrody są całkiem niezłe od strony warsztatowej. Napisano je lekkim piórem, czyta się je z przyjemnością bez mozolnego brnięcia przez nadmiernie fikuśne opisy czy dialogi najeżone figurami stylistycznymi. A zatem nasz niezwykły pomysł przyoblec winniśmy w zdania o wielkiej urodzie gramatycznej i stylistycznej.

I na zakończenie kilka słów o ideologii i wydźwięku tych utworów. Sądzę, że nie jest przypadkiem iż wśród nich znalazły się teksty pisane jakby wedle XIX wiecznych wzorców – ku pokrzepieniu serc. Opisywanie rzeczywistości, nas otaczającej wymaga pewnej elastyczności gdyż czytelnicy (pomijam wyjątki) nie są masochistami. Nie kupią opowieści o szalonych dyktatorach, zezwierzęconych bandziorach, lepkopalcych politykach, skorumpowanych glinach etc. To wszystko mają ilekroć zdarzy im się włączyć telewizję. „Noteka” i „Autobachn...” wygrały w olśniewającym stylu dlatego że były wolne od takich elementów naszej codzienności. „Noteka 2015” to historia o tym jak Polacy spuszczają straszliwy łomot amerykańskim interwentom. W „Bombie Heisenberga” Polska stanowi militarne i ekonomiczne mocarstwo. W „Autobahn nach Poznań” jest podobnie polski generał pokpiwa sobie w żywe oczy z amerykańskiej dyplomatki i co więcej jest na tyle silny że może to zrobić kompletnie bezkarnie. Głębsze dno opowiadania pokazuje że pod wieloma względami zdołał amerykanów przechytrzyć wystawić do wiatru, obrócić ich siłę przeciw nim…

Jako naród przez ostatnie 66 lat bez przerwy znajdowaliśmy się pod okupacją to obcych to „swoich”. Na arenie polityki międzynarodowej nikt się z nami nie liczy, ekonomia siada, poziom życia etc mamy jaki mamy… W tej sytuacji opowiadanie w którym w naszych rękach spoczywa los świata, a ze starcia z wielokrotni silniejszym wrogiem wychodzimy jako zwycięzcy musi oddziaływać niezwykle silnie.

Gotowy tekst warto nasycić odrobiną humoru. Może być nawet nieco absurdalny, ale ostatecznie opis jak polskie wojsko rozbijające USArmy też wymaga silnego zawieszenia niewiary…

Zapytacie w tym momencie dlaczego znając i publicznie podając tak konkretną receptę na „zajdlowskie” opowiadanie sam zadowalam się zaledwie jedną statuetką. Otóż nie zadowalam się. Powyższą recepturę postanowiłem wypróbować w praktyce. I napisałem ostatnio taki jeden tekścik… O wynikach doświadczenia powiadomię Was za jakieś półtora roku. Chyba, że sami domyślicie się na co głosować ;-P

 

Andrzej Pilipiuk

 

Piszemy Bestsellera odc. 22

Witajcie drodzy kandydaci na grafomanów. W dzisiejszym odcinku mówimy sobie skomplikowany problem podręczników pisania. W krajach anglosaskich wydawanie wszelakich możliwych poradników ma długą i bogatą tradycję. Nic więc dziwnego że do czasu do czasu coś z tego wątpliwej jakości dorobku, zostaje przełożone na nasze tubylcze narzecze. Cóż zatem można znaleźć w księgarniach, antykwariatach i jatkach z tanią książką?

"Sztuka pisania" Trafiłem na to swojego czasu na taniej książce za jedyne 7 zł. Cholera, mogłem mieć za to 3 piwa... Jakiś czas potem wpadł mi w ręce drugi egzemplarz który bez żalu ofiarowałem Bibliotece Narodowej. Jak skomentować zawartość? Zasadniczo jest to zbiór felietonów napisanych przez amerykańskich pisarzy i redaktorów. głównie związanych z czasopismem „Writer’s Digest”. (taka odmiana „Reader’s Digests”, tyle że dla nie dla ćwierć – ale pół inteligentów). Wśród autorów znaleźli się m.in.: Steinbeck, Hemingway, Vonnegut, Asimov, Card… W środku jest totalna kaszana. Pierwsze felietony pochodzą z lat 20-tych XX wieku. Ostatnie z progu lat 90-tych. Już to dyskwalifikuje książkę jako poradnik. Wyobraźmy sobie, że chcemy napisać współczesną powieść SF korzystając z porad Sienkiewicza czy Prusa… Słowo pisane i sposób jego podania czytelnikowi przechodzi dość szybką ewolucję.

Jeśli natomiast ktoś chce poznać historię amerykańskiej literatury XX wieku – polecam. Początkujący grafoman wywnioskować z tej lektury może tylko jedno: Amerykańska literatura różni się od europejskiej na tyle, że ich ewentualne porady - nie przydadzą się w zasadzie na nic. Np. rozdzialik o opisach postaci zawiera curiosa, za które u nas każdy redaktor spuszczałby po schodach...

Nigel Wats „Jak napisać powieść” To typowy poradnik typu „uczymy się pisać powieści w weekend” których istnienie sygnalizowałem już we wstępie. Został przełożony z wielkobrytyjskiego, ale obok ogromnej ilości bełkotu można tam znaleźć kilka pożytecznych rad m.in. jak budować sceny, jaki wybrać punkt widzenia narratora, jakie są danego rozwiązania zalety a jakie wady etc. Można to sobie przeczytać przemyśleć nawet niekiedy zastosować. Curiosalne są partie poświecone redakcji - hłe hłe - przełożone żywcem z angielskiego, a co za tym idzie kompletnie nieprzystające do naszej rzeczywistości. Zakończenie, gdzie autor radzi m.in jak wybrać sobie agenta literackiego i jak powinna wyglądać strategia marketingowa, można sobie odpuścić. (Chyba że bohaterem naszej powieści będzie angielski pisarz ;-) I na koniec coś fajnego. Wedle tego autora (a pracuje w wydawnictwie i sądzę ze zna się na tym) początkujący pisarz za swoją debiutancką książkę nie powinien liczyć na zaliczkę większą niż 2-6 tysięcy funtów. Po ile to funt dziś stoi? Coś ze 6 zł... A zatem nasz angielski kolega po fachu bierze 12-36 tyś zaliczki!!!. Obyśmy kiedyś doczekali i w Polsce takich honorariów (nie mówiąc o zaliczkach...).

Lesley Grant-Adamson „jak napisać powieść kryminalną”. Kolejny poradnik tego samego typu – wydany zresztą w tej samej serii (był jeszcze jeden – „pisanie scenariusza filmowego”). Jest tu kilka fajnych dość konkretnych rad, które można wykorzystać pisząc nie tylko

dzieło kryminalne. Oczywiście jest też trochę uwag na temat wydawania własnego dzieła - co pozwala boleśnie odczuć różnice cywilizacyjne między nami a USA... Na końcu rzecz bardzo cenna - tabela znaków korektorskich! (i to dostosowana do naszych wzorów i z przykładani przeprowadzenia korekty!). Polski wydawca trochę ni w pięć ni w dziewięć dodał do tego interesujące posłowie Joanny Chmielewskiej - nawet na temat...

        Albert Zuckerman „Jak napisać świetną powieść”. Niczego sobie książeczka – autor, krytyk literacki i selekcjoner jednego z amerykańskich wydawnictw dogadał się z Kenem Folletem i dostał od niego pierwsze wersje „Człowieka z Petersburga” Bardzo wskazane jest zapoznanie się z tą pozycją przed a najlepiej w trakcie czytania poradnika. Wersje pierwotne autor poddał następnie gruntownej analizie - pokazał z czego Follet zrezygnował, co dodał i postarał się wyjaśnić dlaczego dzięki temu osiągnął lepszy efekt. Cholernie ciekawa pozycja i z czystym sumieniem zalecam jej przestudiowanie.

Tradycyjnie z ostatnich rozdziałów dowiedzieć się możemy jak daleko w tyle zostaliśmy za USA. I tak w kraju za wielką wodą: najemny redaktor lub pisarz za przeczytanie cudzej książki w maszynopisie i wydanie opinii czy się nadaje do czegokolwiek bierze od 500 do 1000 dolarów, a za zaznaczenie błędów w maszynopisie i uwagi bardziej szczegółowe 2-5 tyś$ (a ja to robię za darmo, o kurde dom bym już chyba za to wybudował…)

Stephen King „Pamiętnik rzemieślnika” – aaaa… eeee… ups… jeszcze nie przeczytałem. Ale słyszałem że dobre.

*

Porzućmy kraje dalekie i paskudne gdzie zarabia się miliony i wrócimy bliżej naszego podwórka.

Issac Asimov „Złoto i Magia” (tak wiem mieszkał w USA i był do tego Żydem a nie Słowianinem ale urodził się zupełnie niedaleko ;-). Ciekawy zbiór felietonów o historii SF w USA i zwłaszcza o tym jak ludzie traktowali tę literaturę. A traktowali ją z grubsza jak u nas – tzn. wkręcali sobie śrubkę w skroń, póki pisarze od SF nie zaczęli zarabiać milionów dolarów. Wtedy nabrali szacunku. Asimow pisze sporo o tym jak sam został pisarzem, jak wyglądały początki jego kariery i myślę że z tego powodu wato po tę pozycję sięgnąć.

        Kir Bułyczow „Jak zostać pisarzem fantastą”. Pozycja dość podobna tylko napisana w bardziej ciągłej chronologicznie formie, z mniejszą ilością dygresji. To doskonała książka. Upiornie miejscami gorzka i porażająco smutna, ale i autorowi przyszło żyć w bardzo nieciekawym miejscu i paskudnych czasach. O tym jak zostać pisarzem Bułyczow w zasadzie niewiele pisze, opisuje za to własną cierniową drogę. Z jego uwag sporo możemy się dowiedzieć… Przy okazji jest to okazja by niejako od kuchni zobaczyć życie codzienne w kraju totalitarnym. I lepiej poznać znakomitego pisarza i dobrego człowieka którym był.

Izabela Filipiak „Twórcze pisanie dla młodych panien”

Ta „modna i głośna”, „skandalizująca” autorka swojego czasu machnęła zbiór awangardowych opowiadań i równie awangardową powieść, po czym poczuwszy pisarką uraczyła czytelniczki „wysokich obcasów” (to taki femino-marksistowski dodatek do jednej z polskich gazet) cyklem felietonów o tym jak pisarką należy zostać. Felietony reklamowano sloganem: „jak pisać i jak żyć”. (Hy, hy, mam nadzieję ze nikt nie próbował). Felietony zebrane zostały następnie w tomik, pouzupełniane i tak powstała omawiana pozycja. Zasadniczo poszukującym wiedzy książka ta do niczego się nie przyda. Jeśli komuś wpadnie w ręce polecam zebranie grupy przyjaciół, zgromadzenie zapasu piwa i czytanie na głos ustępów – zabawa będzie przednia. Wśród jej porad znajdują się m.in. sugestie by dla rozwoju twórczego opisać swoją pierwszą miesiączkę. Książka jest z grubsza o niczym - choć autorce wydawało się że pisze o tym jaka jest genialna... I za to dzieło dałem, psiakrew, 24.40 zł...

„Lekcja Pisania” Dziełko to powstało w ten sposób, że wydawca poprosił grupę ludzi których uznał za czołowych polskich pisarzy o to by w krótkich felietonach udzieli porad jak dołączyć do ich grona. Wśród autorów zbiorku widzimy głównie autorytety: A. Szczypiorski, Cz. Miłosz, H. Kral etc. Najwyraźniej wydawca czytał jedynie słuszną gazetę i wedle jej wskazań typował… Pytanie: „co młody człowiek zrobić powinien by pisarzem zostać”, okazało się jednak dla nich zbyt trudne. Zamiast udzielić odpowiedzi napisali, jacy są wielcy, wspaniali i genialni. Książeczka kwalifikowała by się do wymiany na papier toaletowy gdyby nie jeden zawarty w niej tekst - esej Henryka Grynberga. Tylko on zrozumiał polecenie redaktora zbioru i potrafił coś z sensem napisać. Przerażające, że proste pytanie zadane po polsku najlepiej zrozumiał emigracyjny pisarz używający na co dzień angielskiego i jidysz… Jest to jednak człowiek naprawdę mądry, nie to co nasi ćwierćinteligenci udający inteligentów a nawet intelektualistów…

Jerzy Wittlin „Vademecum grafomana” urocza książeczka, z której możemy dowiedzieć się jak zostać prawdziwym grafomanem. Niestety jest to dzieło satyryczne a nie podręcznik… niemniej szczerze polecam zapoznanie się z nim! Ot tak dla poprawy humoru. Warto przytoczyć fragment rodziału poświęconego tłumaczeniom z języków obcych: „jeśli zauważymy że nasze tłumaczenie w ponad 30% nie pokrywa się z treścią oryginału rezygnujemy z sygnowania go na okładce nazwiskiem zagranicznego autora”

        Feliks W. Kres „Galeria złamanych piór” Jest to zbiór felietonów drukowanych w miesięcznikach „Fenix” i „Science fikctjon”. Autor zasadniczo nie przewidywał że kiedykolwiek ukażą się w postaci książkowej, a gdy miały się ukazać nie bardzo wierzył w sens ich publikacji, skutkiem czego nie zadbał o to by scalić je w jakąś całość. Może to wada a może wręcz przeciwnie zaleta? W każdym razie jeśli ktoś nie dysponuje kompletem numerów obu wymienionych pism może sobie nabyć i zapoznać się z tym zbiorem porad i uwag do tekstów nadesłanych przez początkujących grafomanów. Same teksty obecne są w licznych cytatach i są to czasem takie kwiatki, że włosy dęba stają.

        Uwagi w każdym razie wydają mi się w większości całkiem sensowne – choć różnimy się poglądach na niektóre kwestie. Spośród polskich poradników ten wydaje mi się najlepszy – oczywiście do czasu kiedy przyjdzie mi do głowy napisać własny…

Andrzej Pilipiuk

 

 

Dojrzałość.

Rozmaici domorośli krytycy zrzucają mi regularnie, że mojej prozie występuje poważna nadprodukcja postaci niewiarygodnych psychologicznie. Chodzi im przeważnie o to, że niejednokrotnie bohaterami moich utworów czynię ludzi młodych, zdolnych, ambitnych, i mających dobrze poukładane w głowie. Ponoć w przyrodzie tacy nie występują.

Nie wiem gdzie obracają się moi krytycy – bo ja jakoś dość regularnie trafiam na takowych… Kilka przykładów? W jednym z liceów w Warszawie na warsztaty literackie uczęszczał do mnie łebek mający lat bodaj 14, który pisywał poważne artykuły do pism komputerowych. Podobnie w wieku 15 lat debiutował świetnym opowiadaniem „Złota Galera” Jacek Dukaj – obecnie jeden z klasyków polskiej SF. Gdy uczęszczałem do liceum jedna z moich koleżanek pisywała artykuły do gazety. Jeden przyjaciel z podstawówki utrzymywał już rodzinę handlując kożuchami, drugi mając 17 lat był na tyle otrzaskany z komputerem, że zaczepił się jako redaktor techniczny w wydawnictwie prasowym. Czyli jednak się da.

Dojrzałość psychiczna składa się z wielu elementów. Pewnego dnia nastolatek lub nastolatka budzą się i zaczynają myśleć. Pewnego dnia stwierdzają, że komputer może być zabawką służącą do grania, albo maszyną do nauki lub zarabiania pieniędzy. Pewnego dnia wyłącza telewizor by przeznaczyć zaoszczędzony czas na pracę. Poświęca teraźniejszość dla przyszłości, poświęca własną wygodę dla budowania solidnych podstaw przyszłego życia i pracy… Zaczyna rozumieć, że przyszłość zaczyna się dziś.

Drugim ważnym elementem jest planowanie przyszłości - umiejętność określenia swoich potrzeb i celów. Oraz oczywiście dróg, którymi się je osiągnie. Czy 12-latek jest w stanie wymyślić sobie sposób na karierę i konsekwentnie krok po kroku zrealizować swój pomysł na życie? Jestem tego najlepszym przykładem. W piątej klasie podstawówki postanowiłem że zostanę pisarzem – i zostałem. Kosztowało mnie to sporo wysiłku, byłem głownie samoukiem – ale dziś żyję z tego co sprawia mi satysfakcję.

Nie miałem wystarczającego dostępu do komputera by myśleć o poświęceniu się informatyce. Mieszkając całe życie w bloku nie bardzo miałem warunki by poważnie myśleć o stolarce artystycznej czy kowalstwie. Wybrałem pisanie. Dziś nieco bogatszy w doświadczenia pewnie nie przejąłbym się prozaicznym brakiem warunków. Poznałem kilku szaleńców Bożych którym życie w bloku nie przeszkadzało. Jeden z nich zdołał stopić chrom. Temperaturę rzędu 1600OC uzyskał we własnej kuchni. Inny wraz z ojcem-pasjonatem zbudował pełnomorski jacht nieomal w ogródku przed blokiem. Widziałem stolik intarsjowany mozaiką z 30 gatunków drewna, który powstał w zwykłej kawalerce i wiele innych curiosów.

Drugi element splata nam się z trzecim – realizując nasze zamierzenia niejednokrotnie staniemy wobec problemów naprawdę poważnych, na pierwszy rzut oka nierozwiązywalnych. W moich książkach starałem się pokazać metodę ich pokonywania. Problem naprawdę grubego kalibru należy rozbić na czynniki pierwsze i konsekwentnie unicestwić punkt po punkcie, małymi krokami. Czasem da się znaleźć ścieżkę pnącą się po skałach obok zatarasowanej drogi. Nie wszystko da się przeskoczyć, ominąć czy przełamać. Ale próbować trzeba.

Czwarty element dojrzałości to prozaiczna świadomość upływu czasu. Trzeba się sprężać. Świat skonstruowany jest tak, że wygrywa najlepszy i najszybszy. Wygrywa ten, kto jest w stanie zmusić się do wysiłku ekstremalnego. Bo walczy się głównie z czasem. Czasem, zazwyczaj raz na kilka lat pojawia się unikalna okazja. Nagle pojawia się wyjątkowa oferta pracy, nagle dowiadujemy się, że za psie pieniądze moglibyśmy kupić wypaloną kawalerkę do remontu. I nagle łapiemy się na tym, że nie zdołamy okazji złapać. Czasem zabraknie parę groszy, czasem nie stanie nam umiejętności. Czasem będziemy wyklinali, że gdybyśmy na pewien pomysł wpadli rok wcześniej to dziś… Czasem okazję zwinie na sprzed nosa człowiek, który pomyślał i zaczął coś robić wcześniej niż my.

To, czego dokonują moi bohaterowie nie jest niczym nadzwyczajnym. Wystarczy chcieć, zaplanować i z żelazną konsekwencją realizować swój plan na przekór rzeczywistości. Czasem pojawi się ktoś taki jak Katarzyna Kruszewska, genialna informatyczka, mająca raptem 21 lat a na tyle dobra by dostać pracę w CBŚ. Czasem przylezie z nikąd taki Pilipiuk i będzie pisał cztery książki rocznie…

        Ja i moi kumple nie zaliczaliśmy się do intelektualnej awangardy naszego pokolenia. Oceny mieliśmy średnie, czasem nawet poniżej tej średniej… Z epoki wiecznego niedoboru wszystkiego wynieśliśmy jednak przekonanie, że samo nic się nie zrobi. I skoczyliśmy tak wysoko jak tylko się w danych warunkach dało. Teraz Wasza kolej.

Andrzej Pilipiuk

Kolejne 10 lat

Patrząc wstecz, na drogę, którą przebyłem od chwili debiutu niejednokrotnie zastanawiałem się nad tym jak gatunek który współtworzę będzie wyglądał gdy minie kolejne dziesięć lat… Spróbuję niniejszym pokusić się o wysnucie kilku hipotez.

W historii literatury od czasu do czasu pojawiają autorzy, którzy nadają nowy kierunek, lub tworzą całe podgatunki fantastyki. Za nimi podążają rzesze epigonów. Czasem autor taki wymyśla coś od podstaw czasem tylko przeszczepia na nasz grunt pomysły istniejące gdzie indziej – z tym, że musi to być przeszczep udany… Jeden dobry autor inspiruje kolejnych, lepszych i gorszych, czasem nawet wybitniejszych iż on sam. W polskiej fantastyce od dawna nie pojawił się nikt taki. Gatunek zamarł w miejscu w stanie pozornej równowagi, jak woda w garnku która wrze ale nie ma siły by przeskoczyć krawędź garnka.

Czytając ostatnio wydane polskie powieści – skądinąd ostatnio coraz lepsze – nie można się pozbyć natrętnego wrażenia, że to wszystko już było. Że otrzymujmy podobne historie, opowiadane na nowo, opowiadane z wdziękiem – ale że do prawdziwego przełomu jeszcze daleko. Dostajemy powieści napisane przez autorów, którzy z roku na rok poprawiają lekkość swego pióra i wdzięk z jakim wodzą nim po stronach – jednak choć w wielu widać przebłysk geniuszu brak nam dzieła i autora po którym nic nie będzie już takie samo. Potrzebujemy geniusza… Genialnego artysty lub nieziemsko sprawnego rzemieślnika, człowieka, który pchnie gatunek na zupełnie nowe tory. Myślę, że upłynęło dość dużo czasu i pojawienie się „wskrzesiciela” powinno nastąpić już niebawem.

Powieść, która przyniesie przełom może reprezentować jeden z podgatunków istniejących gdzie indziej albo eksplorować tereny zupełnie dziewicze. Trudno przewidzieć coś zupełnie diametralnie nowego. A z już istniejących? Potencjalny odnowiciel polskiej fantastyki ma do wyboru całą paletę pomysłów. Jego powieść nie będzie raczej cyberpunkiem – ten gatunek dziwnie kiepsko się u nas przyjmuje. Wątpliwe by była to klasyczna fantasy – w tym gatunku niewiele nowego da się stworzyć – schematy fabularne wytarte zostały do gołej dechy. Stawiałbym albo na dzieło, które zapoczątkuje renesans twardej SF, humorystyczną parodię fantasy, albo na, bardzo do tej pory zaniedbywaną, grozę.

Jeśli spojrzymy na wschód – zauważyć możemy, że pisarze rosyjscy idą podobnym tokiem rozumowania. Za Bugiem triumfy święci Andrej Bielianin, autor powieści, które bezlitośnie parodiują dokonania pogrobowców Tolkiena. Podobnie ciekawym zjawiskiem jest „Nocna Straż” Łukanienki – będąca nader udaną adaptacją klasycznego horroru osadzonego we współczesnych rosyjskich realiach.

Sytuacja na polskim rynku wydawniczym wydaje się być w miarę ustabilizowana. Istniejące wydawnictwa dość sprawnie wypuszczają kolejne powieści i zbiory opowiadań, spore szanse na publikację zdobyli nawet debiutanci. Nie sądzę by coś miało się tu zmienić – w każdym razie podaż maszynopisów i popyt na nie pozostają w stanie równowagi. Oczywiście wyjątkiem są dzieła wybitne – tu zapotrzebowanie zawsze będzie większe niż możliwości naszych literatów…

Martwić może fakt, że nowe nazwiska pojawiają się rzadko, a uznanych autorów ciężko zmusić do w miarę wydajnej pracy. Mamy wiec stabilizację, ale brakuje wyraźnych symptomów rozwoju. Czy nie należy się więc liczyć z groźbą rychłego regresu?

Jest jeszcze jeden problem – baza czytelnicza – liczba ludzi regularnie kupujących nowości polskiej sf i fantasy jest co najmniej skromna. „Narerturm” Sapkowskiego wydano w ilości 50 tyś szt. To zaledwie połowa nakładu powieści Janusza A Zajdla publikowanych przed raptem dwiema dekadami! Tu postawię hipotezę że za 10 lat baza ta będzie nieco większa niż obecnie. Cóż, jestem optymistą.

Rynek czasopism to kompletna, permanentna, katastrofa. W miarę regularnie ukazuje się tylko „Nowa Fantastyka” – pismo niby z tradycjami, ale pełne sieczki, które od dawna już straciło jakikolwiek wpływ na preferencje czytelników. „Science Fiction” po bardzo dobrym starcie pogrąża się w marazm. Ciekawym eksperymentem było „Fantasy”, niestety na eksperymentach się skończyło… „Magazyn Fantastyczny” – mimo dobrego doboru tekstów nie zdołał zaistnieć w świadomości ogółu. Widać wyraźnie brak poważnego, wysokonakładowego, miesięcznika poświęconego fantastyce. Potrzebujemy czasopisma chętnie czytanego przez gimnazjalistów licealistów i studentów, opiniotwórczego, mogącego początkującego pisarza odpowiednio wypromować. Magazyny internetowe tylko częściowo zapełniają tę lukę.

Brak odpowiedniej prasy branżowej stanowi poważne utrudnienie w rozwoju tej gałęzi literatury. Młodzi pisarze znajdują się w sytuacji patowej. Nie bardzo jest gdzie debiutować, nie bardzo jest gdzie rozreklamować się opowiadaniami, a zaczynanie kariery pisarskiej od wydania książki nie jest najlepszym rozwiązaniem. Tym samym wielu potencjalnie bardzo zdolnych twórców zostaje odsianych zanim zdążą się zaprezentować.

Ponieważ natura nie lubi próżni sądzę, że wcześniej czy później duże koncerny prasowe dostrzegą te lukę. Pozostaje mieć nadzieję, że do redagowania podobnych periodyków posadzą prawdziwych fachowców a nie redaktorów z przypadku. Tu wizja przyszłości powinna rozdzielić się na dwa warianty. Jeśli będą istniały czasopisma promujące fantastykę – przyszłość ta będzie bardziej świetlana. Wspominałem już, że jestem optymistą?

A więc powinno wyglądać to tak: na rynku pojawia się nowe pismo. Jednocześnie z nim rusza jego mutacja skierowana do uczniów podstawówki. Zaplecze finansowe koncernu, który je wydaje pozwala na uzyskanie realistycznego nakładu oraz sprawną dystrybucję tytułu. W piśmie tym przez kolejne lata debiutować mogą nowe generacje pisarzy. Od czasu do czasu wśród nich pojawia się ktoś naprawdę dobry. Powstają książki wyznaczające nowe kierunki w polskiej fantastyce. Pismo przyczynia się też do wychowania nowej generacji czytelników – liczniejszej niż dotychczasowe. Zwiększenie „bazy” oznacza większe zyski dla autorów – to pozwala przejść im na zawodowstwo i spokojne życie z pisania. Książki stają się lepsze – więcej czasu można poświecić na ich dopracowanie. Nastaje okres powszechnej szczęśliwości, pisarze żyją dostatnio a ich wielbiciele będą mogli tarzać się w nowościach wydawniczych.

Wariant pesymistyczny: pismo nie powstaje – jego rolę przejmują częściowo – na miarę możliwości periodyki internetowe. Ich stopniowo rosnąca popularność sprawia, że stają się interesujące dla reklamodawców – co umożliwia im np. wypłatę honorariów autorskich. W ciągu dekady powstają w sieci 2-3 naprawdę liczące się tytuły. Sprzedaż książek nieznacznie rośnie, baza czytelnicze też – jest to jednak proces powolny…

W obu przypadkach powinno być lepiej niż jest dziś. W obu przypadkach nie należy czekać z założonymi rękami. A w każdym razie ja nie zamierzam.

 

Andrzej Pilipiuk

„Kraje Baśni Zatracone”

Jeśli spojrzymy na książki fantasy zalegające półki naszych księgarni możemy jedynie westchnąć ciężko w duchu. Pogrobowcy i epigoni Tolkiena niemal całkowicie zdominowali tę gałąź literatury. Gros dzieł z tego gatunku to podgrzewanie tych samych pomysłów, sprowadzających się w gruncie rzeczy do jednego schematu fabularnego. Drużyna ma wykonać „quest”, iść na drugi koniec świata, odzyskać magiczny artefakt, pozabijać wrogów a samemu przeżyć. Po drodze spotkają elfy, ogry, krasnoludy i resztę tej menażerii… Profesje bohaterów też zostały ustalone nieomal raz na zawsze. Piękne wojowniczki, magowie, złodzieje…     

Rodzima polska fantasy nosi ciężkie piętno swojej anglosaskiej matki. Nasi bohaterowie mogliby równie dobrze narodzić się tam… Wiedźmin (kto dziś się jeszcze odważy powiedzieć głośno że pierwotny pomysł postaci to zwykły plagiat?), mag Arrivald z wybrzeża, piękna wojowniczka Achaja, wszyscy sztampowi do bólu. Wszyscy osadzeni w światach, które etnicznie i kulturowo są nam obce, a jednocześnie, skutkiem długoletniego oddziaływania podkultury - znane.

Postulaty stworzenia rodzimej mutacji gatunku pojawiły się już na początku lat 90-tych. Coś tam próbowano zrobić. Artur Szrejter machnął wcale zgrabne opowiadanko dziejące się w czasach tuż przed Mieszkiem. Przeszło niestety bez echa. Dlaczego? Autor będący archeologiem i znający odnośną epokę naprawdę pięknie błysnął swoją wiedzą. Niestety wiedzy tej zabrakło czytelnikom. Podobnie było w przypadku „Herbaty z kwiatem paproci” – powieści Michała Studniarka. Demonologia ludowa skrzyżowana brawurowo z współczesnością także spotkała się z dość chłodnym przyjęciem odbiorcy.

Czy postulaty pisania słowiańskiego (w domyśle prasłowiańskiego i pogańskiego) fantasy mają sens? Po tysiącu lat o oficjalnej daty wprowadzenia chrześcijaństwa* odeszliśmy już chyba zbyt daleko. Więc może nie kopać aż tak głęboko? Może należy raczej iść tropem wskazanym przez Studniarka i sięgnąć do dnia wczorajszego? Obawiam się niestety, że i ten trop wiedzie na manowce.

W XIX i I poł. XX wieku żywy był jeszcze po wsiach obyczaj wspólnych wieczorów. Świece były drogie jak piorun, oliwa do lamp jeszcze droższa, nafta to dość świeży wynalazek. Kobiety zbierały się więc po kilkanaście by przy wspólnej świeczce drzeć pierze, lepić pierogi, prząść, tkać i haftować. Długie godziny żmudnej roboty uprzyjemniały sobie snując rozmaite opowieści. Ukraińcy mieli szczęście – wśród dzieciaków słuchających tych opowieści znaleźli się dwaj wybitni pisarze Taras Szewczenko i Nikołaj Gogol. Dzięki nim wiele z tych historii nie tylko przetrwało do naszych czasów ale i trwale zagościło w świadomości naszych wschodnich sąsiadów. Zachowana została ciągłość tradycji.

A my mieliśmy pecha. Adam Mickiewicz opisał wprawdzie zwyczaj odprawiania „dziadów”, (przedstawił to tak, że się na ziewanie zbiera przy czytaniu) ale jego następcy zamiast czerpać natchnienie z folkloru woleli zajmować się powieściami pseudohistorycznymi oraz socjalizmem – opisywali wspaniałą przeszłość narodu oraz marną teraźniejszość – czyli ciężką dolę chłopa i robotnika. Chłopomania końca XIX wieku nie spowodowała większego zainteresowania wierzeniami i zabobonami ludu. Nasze „elity” przyswoiły sobie kulturę wsi bardzo powierzchownie. Nawet Maria Konopnicka piszą „Sierotkę Marysię” razi niekonsekwencjami. Coś jej się obiło o uszy że krasnoludki wykradają dzieci i podkładają na ich miejsce odmieńce. Nawet wspomniała o tym w swojej książce – ale jednocześnie zrobiła krasnoludki pozytywnymi bohaterami swojego dzieła. Niekonsekwencja? Raczej głupota i brak przemyślenia tematu.

Przeciętnemu czytelnikowi bliższe są więc wymysły Tolkiena, czy choćby „Kroniki Narni” odwołujące się jakoś tam do folkloru anglosaskiego niż kultura rodzima. I Szrejter i Studniarek napisali niejako w próżnię. Dobre i starannie dopracowane utwory nie znalazły odbiorcy, bo tego odbiorcy po prostu nie ma. Teraz pytanie, co z tym fantem zrobić.

Ludzie przenosząc się ze wsi do miast doznawali awansu cywilizacyjnego. Aby go w swoim mniemaniu pogłębić szybko wyzbywali się dawnych zwyczajów, przejmowali to, co uważali za kulturę miasta – a co przeważnie było po prostu brakiem jakiejkolwiek kultury. Odcinali się od swoich korzeni, zapominali skąd pochodzą. Jeszcze zanim pojawiła się telewizja zanikł zwyczaj wieczornego opowiadania historii. Zresztą co warszawiaków w pierwszym pokoleniu obchodziły np. legendy z wsi na której kiedyś żyli ich dziadkowie? Co mieszkańców Wrocławia obchodziły opowieści dziadka o kresowej stanicy gdzie ich przodkowie przez 300 lat stawiali czoła kolejnym falom tatarskich najazdów a wolnych chwilach odczyniali uroki i składali ofiary duchom lasów i bagien?

A i sama wieś zmieniała się przez ostatnie pół wieku w oszałamiającym tempie. Pojawiła się elektryczność, to zubożyło wyobraźnię. Zamiast bać się tego co czai się w ciemności można było zapalić żarówkę… Także tam wszystko co stare było odrzucane jako przeżytek. Stroje ludowe trafiały na śmietnik pospołu z dawnymi wierzeniami i opowieściami. A pisarze mieli ważniejsze rzeczy na głowie. Wychowywali człowieka socjalistycznego, potępiali religię i plenili zabobony…

Gdy w ramach zainteresowań pozaliterackich zacząłem badać historię i folklor Wojsławic, okazało się, że bardzo niewiele przetrwało dawnych opowieści. O tym iż na łąkach straszy, a duch w cylindrze bije pijaków laską jeszcze pamiętano. (takie rzeczy trzeba pamiętać żeby samemu po pijanemu się na ducha nie wpakować!) Ale w świadomości ludzkiej zatarło się na przykład pochodzenie nazw. Dlaczego Mamczyna góra nazywa się Mamczyna? A była o tym jakaś legenda. Jaka? A kto by to pamiętał… Dlaczego na krzyżówkach jedna parcela jest nie zabudowana? Bo to Kasówka – złe miejsce. Dlaczego złe? Nikt już nie wie, złe i tyle. Świadomość zbiorowa narodu wygląda podobnie. Nikt już nic nie pamięta i tyle.

Sprawa wygląda mi dość beznadziejnie. Należało by chyba zacząć od dotworzenia struktury, nawiązania ciągłości – słowem wypełnienia stuletniej luki. Potrzebowalibyśmy kilku – kilkunastu psiarzy, którzy wzięliby na siebie trud przestudiowania zapisków XIX wiecznych etnografów i w swoich powieściach oparliby się na tych danych. Dzieła te powinny stać się bestsellerami, bez tego para pójdzie w gwizdek… Te najlepsze należałoby sfilmować, przy czym kolejny warunek – filmy musiałyby być dobre i możliwie wysokobudżetowe. Niegłupio byłoby nakręcić też sitcom na przykład o tym jak to rodzinka przygłupów z miasta trafia na wakacje do wsi zabitej dechami a tam… Kilka badziewnych, krwawych horrorów też zrobiłoby dobrą robotę.

Problem jest nierozwiązywalny. Nie mamy tylu dobrych pisarzy. Nawet gdyby dobrać z tych trzeciego sortu będzie ich za mało. Oczywiście także instytut sztuki filmowej da pieniądze wyłącznie na kręcenie „filmów naprawdę ważnych”, a „poważni reżyserzy” nie wezmą się za fantastykę bo od czasu ekranizacji „wiedźmina” wiadomo że „fantastyki w Polsce kręcić się nie da a zresztą nie potrzeba”.

Elementy folkloru musiałyby trwale zagościć w świadomości przeciętnego czytelnika. Musiałyby stać się czymś swojskim, rozpoznawalnych schematem, elementem kulturowo bliskim. Na takiej bazie złożonej z kilkunastu może kilkudziesięciu książek i odpowiedniej ilości filmów można budować dalej. Dopiero mając potencjalnego odbiorcę można by bawić się w pisanie słowiańskiego, lub choćby ludowego fantasy…

 

* za najstarszy ślad chrześcijaństwa na naszych ziemiach uchodzą tabliczki z Podebłocia (Mazowsze) – 3 płytki z ok. 800 roku zawierające greckie christogramy. Trwają badania kamiennej wieży w Stołpiu (powiat chełmski) mogącej być śladem misji bizantyjskiej z IX wieku.

Andrzej Pilipiuk

Cierpliwość i niecierpliwość, czyli rzecz o kapitalizmie

W dawnych czasach fortuny budowało się przez pokolenia. Założyciel rodu stawiał siedzibę pośrodku prastarej puszczy, trzysta lat później jego potomkowie władali kilkunastoma wioskami rozrzuconymi w promieniu kilkunastu kilometrów. Trzysta lat to 10-15 pokoleń.

W XIX wieku wraz z przyspieszeniem tempa życia i nastaniem kapitalizmu wszystko się zmieniło. Teraz budowa fortuny zajmowała mniej czasu. Ogromne firmy warszawskie Spiess, Haberbusch & Schiele, Frideric Plus, Wedel powstały i rozwinęły się w ciągu 60-80 lat. Plus zaczynał od zaplecza drogerii gdzie w kilku garnkach mieszał olejki zapachowe z masą mydlaną. Wedel pierwsze czekolady wytwarzał w drewnianych barakach, Spiess miał aptekę w której pracowni przygotowywał leki, Haberbusch kupił plac za miastem i postawił na nim szopę... W chwili gdy pierwsza wojna światowa zmiotła imperium Plusa posiadał sklepy firmowe w każdym większym mieście Rosji, foirma obracała majtkiem wartym kilkadziesiąt milionów rubli a perfumy byłego Warszawskiego mydlarza skutecznie wypierały z Rosyjskiego rynku francuskie. W tym samym czasie piwo Haberbuscha & Schiele zdobyło 1/3 rynku rosyjskiego, lekarstwa Spiessa i syna spędzały sen z powiek farmaceutom niemieckim, ołówki robione w Pruszkowie zdominowały rynek niemiecki i dotarły do Chin...

        Wszystkie te firmy powstawały według podobnego schematu. Dobry pomysł na początku, ogromna wiedza fachowa, szacunek wobec pracowników, odwaga eksperymentatorów, żelazna uczciwość przekładająca się na jakość wyrobu, inwestycje, oraz mozolna wieloletnia mrówcza krzątanina właścicieli...

        Na początku lat 90-tych obok państwowych wydawnictw pojawiły się prywatne. Niektóre z nich zajęły się fantastyką. Ich założyciele przetresowani w komunistycznej szkole byli przekonani że kapitalizm opiera się na bezwzględnym wyzysku i jak najszybszym dorobieniu sie służby i pałaców. I radośnie zaczęli realizować ten nieskomplikowany program. Przykład szedł z góry. Fortuny byłych aparatczyków powstawały głownie dzięki dewastowaniu gospodarki. Więc i ci na dole dewastować zaczęli rynek ksiązki...

        Porównajmy sobie ich podejście do życia i biznesu z tym reprezentowanym przez naszych praszczurów. Pomysł mieli nawet niczego sobie. Komuna drukowała fantastykę przeważnie kiepską ale w masowych nakładach. Był więc odpowiednio wychowany czytelnik i był rynek. Byli tez autorzy – wystarczyło z dziesiątków grafomanów „serii z glizdą” wybrać tych najlepszych. Na początku zabrakło wiedzy fachowej. Wydawcy nie bardzo wiedzieli co kto napisał, nie bardo mieli pojęcie kogo warto zmusić do dalszej pracy. Wydawali zachodnie bestsellery, zaś krajowych twórców traktowali per noga. Szacunek okazywali tylko tym którzy wydawali im się niezbędni. Skutkiem takiej polityki koleś od komputerowego składu tekstu mający za sobą kilkunastogodzinne przeszkolenie zarabiał za złożenie książki więcej niż autor za napisanie. Podobne stawki otrzymywał grafik za przygotowanie okładki. Autor był dodatkiem do ksiązki, dodatkiem traktowanym jak zło konieczne uswiecone jakś tam częściowo zapomnianą tradycją.

        Odwaga eksperymentu nie wchodziła w grę. Swoje fortuny budowali idąc po przetartych szlakach. To co sprzedało sie na zachodzie brali w ciemno. Inwestycje w polskiego autora były możliwe jeśli nazywał sie Sapkowski. Pozostałym książki wydawano z łaski. Uczciwość? Nie narzekajmy - za książkę kosztującą w księgarni 30 zł autorowi uczciwie wypłacano 60-70 groszy od egzemplarza. Jakość wyrobu? Dajcie se siana, dla każdego wydawcy wiadomym było że polski autor nie da zachodniej jakości... Inwestycje? Sprzedało się dwa tysiące sztuk powieści to dobrze, dodruku nie robimy ryzyko jest zbyt duże. Reklama? Promocja? A komu to potrzebne?

        Było tak pięknie... Książki wprawdzie sprzedawały się marnie, ale zysk na egzemplarzu był dla wydawcy wysoki. Autor szczęśliwy że ktokolwiek chce go wydawać nie śmiał awanturować się o stawki. Pałace, zachodnie bryki etc wydawały się być juz prawie na wyciagnięcie ręki. Rynek zdychał co wielu uznawało za naturalny proces i spieszyło się by jeszcze na odchodnym wyssać trochę ostatnich soków...

       Tymczasem po cichu dorosło kolejne pokolenie i tylnymi drzwiami wkradł się prawdziwy kapitalizm. Pomysł był dobry. Wejść na rynek zawłaszczony chwilowo przez palantów, leni, nieudaczników i cwaniaczków. Wykolegować ich z interesu. Przechwycić ich zasoby i na tej bazie powolutku zbudować prawdziwe fortuny. Zbudować coś opierającego się nie na odcinaniu kuponów od dawnej świetności, nie firmę wydmuszkę – ale budowlę która przetrwa dziesięciolecia.

Na początku XXI wieku na rynek weszły nowe wydawnictwa. I nieoczekiwanie świat naszych domorosłych kapitalistów runął. W szkole nie nauczyli ich że w kapitalizmie istnieje coś takiego jak zdrowa konkurencja czy wolny rynek. Nowi zaoferowali autorom na dzień dobry czterokrotnie wyższe stawki. (Starzy z rozdziawionymi gębami patrzyli na masową ucieczkę niewolników). Nowi pokazali że dzięki dobrej dystrybucji i odpowiedniej promocji można sprzedać nie dwa tysiące tylko dwadzieścia tysięcy egzemplarzy książki. Wykazali się fachowością.

Nowi nie bali się eksperymentów - rozpruli worek z autorami którzy latami czekali na druk książek. Swoją ofertę skierowali też do strych wyjadaczy. Wielu autorów nie pisało – bo miało świadomość że książki i tak nikt im nie wyda ale jeśli nawet wyda to zapłaci marne grosze... A Nowi drukowali i płacili. Okazali szacunek najemnym pracownikom to przełożyło się na jakość wyrobu. Zainwestowali w reklamę i promocję...

Zdewastowany rynek powoli się odradza. Jest to proces mozolny i długotrwały – jest jednak szansa że za kolejne 10 lat nikogo nie będzie dziwiło ze polska powieść sf lub fantasy sprzedaje się w nakładzie 100 tyś egzemplarzy. Dojdziemy do tego – jak nasi przodkowie konsekwentnie, ciężką pracą i małymi krokami.

Andrzej Pilipiuk

***

Mając jakieś 11 lat zacząłem zastanawiać się nad niezwykle złożonym problemem – czego chcę od życia. Co chciałbym osiągnąć… Generalnie marzenia które w tamtym okresie mieli moi rówieśnicy były proste i nieskomplikowane. Szczytem marzeń roku 1985-go było posiadanie magnetowidu, najlepiej z kompletem kaset o przygodach Rambo, do tego „supernowoczenego” komputera ZX-81 lub Commmodore 16 i dużej ilości kaset z grami.

Byłem dziwnym dzieciakiem. Komputer czy wideo zwisały mi równo – marzyła mi się własna willa, koniecznie z basenem, do tego garaż z zabytkowa karetą (!? Czemu właśnie karetą? – czyżby odzywała się krew po jakichś przodkach?). Drugim wielkim marzeniem ówczesnych dzieciaków był wyjazd zagraniczny. Nikt nie myślał o Ameryce – wiedzieliśmy, że jest taki kraj ale dostanie się tam było niemożliwe. Za to znacznie bliżej były takie enklawy dobrobytu jak NRD czy Czechosłowacja. Towary tam wyprodukowane czasem zasilały lady naszych sklepów, budząc głębokie pragnienie dotarcia do źródeł tych wspaniałości… Szczytem luksusu były wówczas wczasy w Bułgarii lub na Węgrzech – nad Balatonem.

Dziwnym trafem i tu moje myśli biegły inaczej. Moje cele leżały dalej, inny był katalog krajów, które zamierzałem odwiedzić – Szwecja, Norwegia, Egipt Ameryka Południowa… Do Ameryki Południowej zamierzałem dostać się przy użyciu własnego jachtu. Snułem te rozważania w epoce gdy głupia Omega – wówczas królowa mazurskich jezior, kosztowała 750 tysięcy złotych, a miesięcznie, biorąc nadgodziny i dyżury można było zarobić 15 tysięcy…

Moje kalkulacje były chłodne – problem z pozoru nierozwiązywalny rozkładałem na czynniki pierwsze i szukałem sposobów pokonania go niewielkimi krokami. Miałem dziwną pewność że nigdy nie uda mi się kraju opuścić legalnie. A zatem cóż – trzeba to będzie zrobić nielegalnie. Bywałem na Okęciu – obejrzałem lotnisko i stwierdziłem, że nie tędy droga. Wymyśliłem sposób alternatywny. Trzeba mieć jacht. Pełnomorski. Wypłynie się na Bałtyk, pożegluje wzdłuż brzegu, a potem w dogodnym momencie postawi żagle i zniknie za horyzontem. Jacht to także pewien kapitał. Zabezpieczenie na początek pobytu w wolnym świecie. Bo przecież nie da się zabrać gotówki… Na tym etapie skreśliłem pomysł posiadania willi – nie zdołam jej przecież zabrać, a zostawić czerwonym – szkoda.

Jako pragmatyk uwzględniłem oczywiście plan rezerwowy. Załóżmy, że jachtu jednak nie zdobędę. Jak wydostać się wówczas? Przejrzałem zawody umożliwiające wyjazd za granicę. Archeologów wypuszczali… Zatem plan numer dwa zakładał zostanie archeologiem i ucieczkę z obozu ekspedycji.

Podzieliłem cele: dalekosiężny - uwolnić się z komunistycznego raju. Bliższy - zdobyć środki techniczne umożliwiające ucieczkę. Jak zatem zdobyć około miliona złotych w kraju gdzie na taką kwotę trzeba by pracować całe życie i jeszcze trochę?

Kolejny przegląd zawodów… W Polsce tego okresu dobrze żyło się trzem grupom społecznym. Przedstawicielom aparatu, klasie badylarsko-rzemieślniczej i cinkciarzom – czyli osobnikom zapewniającym wymianę walut niewymienialny na wymienialne. Pierwszy pomysł odrzuciłem. Zostanie badylarzem wobec szokujących cen gruntów i domów (że o szklarni nie wspomnę) wyglądało raczej kiepsko. Rzemiosło wymagało posiadania jakichś maszyn i domu, którego piwnicę można by przekształcić w manufakturę. Zostanie cinkciarzem wymagało posiadania kapitału – co najmniej kilkuset dolarów na początek. To znowu rodziło problem – bo średnia płaca wynosiła wówczas zaledwie 18 „zielonych”…

Jakoś dość przypadkowo znalazłem sobie zawód czwarty – z informacji o nakładach umieszczanych na stopce redakcyjnej książek wydedukowałem, że pisarze muszą świetnie zarabiać… Około roku 1986-tego mając 12 lat zacząłem pisać na poważnie. Założenia przyjąłem ambitne – 12 tomów, mniej więcej tyle, ile „samochodzików” napisał Nienacki. I zabrałem się do roboty. Szybko doszedłem do wniosku, że zanim nauczę się dobrze pisać i skończę moją sagę minie trochę czasu. Liczyłem na debiut około osiemnastego-dwudziestego roku życia. Przeliczyłem się o dwa lata.

Nie przewidziałem wielu rzeczy. Zawalił się ustrój który wyglądał na niezniszczalny. Paszporty zaczęli dawać wszystkim. Płace z 18 dolarów skoczyły do 300. Ceny jachtów spadły. Debiutowanie dwunastotomową sagą okazało się niemożliwe…

Jednak włożony wysiłek zaprowadził mnie z grubsza tam gdzie chciałem. Dziwnym trafem gdzieś po drodze dorobiłem się magnetowidu i komputera o niebo lepszego niż ZX spectrum. Byłem w Szwecji i Norwegii. Zobaczyłem ogród zoologiczny w Boras który znałem tylko z folderków. Stać mnie by pojechać do Egiptu, (i kurka wodna w przyszłym roku wreszcie pojadę!). Stać mnie na bilet do Ameryki Południowej. Co więcej, dzięki zmianom które zaszły, mogę jechać tam zupełnie legalnie - mój paszport leży na półce. No i nie musi to być podróż w jedną stronę…

Andrzej Pilipiuk

Co to jest wydajność.

W zamierzchłych czasach, gdy władza kupowała sobie poparcie pisarzy z normami wydajności bywało różnie. Generalnie nie goniono ich jednak do roboty. Hasło „ani dnia bez linijki wiersza” nieźle oddaje ducha tamtych czasów. Można było pisać niewiele i spokojnie z tego żyć, jeśli ktoś pisał po linii nauk ukochanej partii miał szanse dostać wille, talony na samochody, kolorowy telewizor, a nawet od czasu d czasu wypuszczano takiego za granicę.

Literatura dzieliła się wtedy na dwie gałęzi: pierwszą, oficjalną, głównonurtową, poważną, oraz tę drugą nieprawdziwą, niepoważną, popularną. W wydawnictwach panowała wówczas swojego rodzaju schizofrenia. Pisarze tacy jak Nienacki czy Szklarski pisali książki rozchodzące się w milionowych nakładach. Z księgarni spływały za nie ciężkie miliony złotych. Z tych zysków żyły w wydawnictwach dziesiatki ludzi. Z wypracowanych dochodów dotowano setki książek niechodliwych (acz prawomyślnych), oraz ich autorów.

Jednocześnie zgodnie z nauką ukochanych wodzów i urzędników decydujących, co się ludziom ma podobać ci tytani pracy byli bezlitośnie sekowani na każdym kroku. Literatura miała być wybitna i prawomyślna. Robotnicy nie lubią przecież czytać dyrdymałek o kosmonautach, kryminałów, ani dzieł ociekających seksem. Tym bardziej inteligencja nie powinna tego czytać. Ewentualnie można zrobić niewielki wyjątek na kryminały milicyjne, oraz dopuścić tych cholernych kosmonautów, oczywiście pod warunkiem ze będą to prawomyślni partyjni kosmonauci niosący socjalizm ku gwiazdom... Zasadniczo jednak to co popularne jest niepotrzebne i powinno wraz z rozwojem społeczeństwa samo zczeznąć. A jak nie zczeźnie to my pomożemy. I pomagali.

Ciekawe co stało by się gdybym tak pod koniec lat 70-tych zaniósł zbiorek opowiadań o w Wędrowyczu do jakiegoś wydawnictwa. Szanse na druk oczywiście miałbym żadne, gryzie mnie jednak pytanie jakim represjom poddano by mnie za pisanie takich głupot, szkalujących organa ścigania i państwowy monopol spirytusowy...

Literaturze popularnej regularnie obcinano limity papieru. Było jasne, że nakład podstawowy 250 tyś, plus dodruk 200 tyś najnowszej książki Nienackiego zniknie z księgarń jak sen złoty, jednak wydanie „Samochodzika” w ilości zaspokajającej zapotrzebowanie było niemożliwe. Ilość papieru w gospodarce planowej była ściśle określona i gdyby zrobiono kolejny dodruk zabrakło by go na druk bezcennego wiekopomnego dzieła „Historia ruchu robotniczego w Pipidówce Wielkiej”.

Autorzy dzieł popularnych byli gnębieni na jeszcze jeden sposób. Ponieważ poza bonzami partyjnymi w socjalizmie nie mogło być milionerów – przycinano literatom płace konstruując umowy wedle następującego klucza. „za pierwsze sprzedane 50 tyś egzemplarzy – 1,30 zł/szt, za kolejne 50 tyś - 1 zł/szt. Za kolejne 50 tyś - 60 gr/szt...” Dzięki temu autor dzieła o robotnikach z Pipidówki i autor sprzedający na pniu ćwierć miliona sztuk powieści dla młodzieży zarabiali kwoty dość zbliżone.

Np. Alfred Szklarski autor bestsellerowego cyklu dla młodzieży mieszkał do końca życia w willi kupionej za pieniądze ojca Amerykanina. Jego życiowym dorobkiem był zdaje się wyłącznie piękny księgozbiór. Zbigniew Nienacki to postać jeszcze bardziej tragiczna, jeszcze bardziej wycyckana przez system. Jedno tylko wydanie 12 tomów przygód pana samochodzika, tzw. „biała seria”, miało sprzedany nakład większy niż wszystkie wydane u nas tomy Harrego Pottera! Pisarz, którego książki miały w samej tylko Polsce ok. 100 wydań, który do tego był wiernym wyznawcą komunizmu, i służył wiernie Partii ideologizując swoje powieści do bólu, dorobił się: mieszkania w Łodzi, poniemieckiego gospodarstwa w Jerzwałdzie, samochodu oraz malutkiej żaglóweczki.

Człowiek „z naszej mafii” Janusz A. Zajdel, pisarz, którego antyutopie sprzedawały się w stutysięcznych nakładach bez przerwy miał długi po znajomych. W Jego przypadku stosowano taktykę jeszcze bardziej perfidną. Podpisywano umowę, po czym w nieskończoność opóźniano termin wydania książek...

Mimo tych wszystkich przeciwności losu był to wspaniały czas dla leni i nierobów. Wystarczyło napisać jedną książkę na 3 lata by spokojnie leżeć do góry brzuchem. Po prawdzie gdyby ktoś pisał więcej i tak nikt by go nie wydał – nie było papieru.

Pewien krytyk literacki regularnie poświęca swój czas (wielkie tam poświecenie, wierszówkę z tego ma) na zwalczanie jak to sam określa „nadaktywności literackiej Pilipiuka”. Także w środowisku kolegów i koleżanek parających się pisaniem uchodzę za cytuję „szaleńca Bożego płodzącego jedną książkę po drugiej”. Zastanawiam się wiec od kilku dni nad złożonym problemem owej nadaktywności.

Debiutowałem w 1996 roku. Mój dotychczasowy dorobek oceniam jako skromny. Ok 100 opowiadań (w tym ze 20 nie nadających się do niczego a zwłaszcza nie nadających się do czytania), jedna powieść kompletnie tragiczna, trzy nieco lepsze. Zbiorów opowiadań nie wliczam – bo poszły na nie teksty już napisane. Jak na 9 lat pracy to tyle co nic. Nawet nie jedno opowiadanie miesięcznie...

W 1999 roku złapałem się do pisania kontynuacji przygód pana samochodzika. Nakłady obecne serii są raczej mizerne, honoraria takoż. Napisałem tom pierwszy zainkasowałem grubiutki plik banknotów. (ludzie widzieliście kiedyś 4 tyś zł w banknotach 20 złotowych? Niesamowita kupa kasy, nawet na kasjerce jak to wpłacałem w banku zrobiła wrażenie...). A potem zacząłem liczyć. Wyszło mi że kwota otrzymana to równowartość mniej więcej trzymiesięcznej płacy gdzie indziej. A zatem aby z tego wyżyć i ewentualnie coś sobie uciułać trzeba pisać 4 tomy rocznie. No i zabrałem się do dzieła. Prawie się udało. W 5 lat napisałem 18 samochodzików. Nienackiemu napisanie 14 zajęło ...33 lata. W socjalizmie dostałbym za to chyba odznakę przodownika pracy – i moja podobizna straszyła by w wydawnictwach z gazetek ściennych: „Andrzej Pilipiuk 700% normy!”.

A tak na poważnie oczywiście na moje książki żaden wydawca nie dostałby odpowiedniego przydziału papieru.

Cztery książki rocznie to ilość, która wydaje się wielu pisarzom kompletnie zawrotna. Czy tak jest rzeczywiście? 4 tomy samochodzika to łącznie 800 stron. Po odliczeniu niedziel i wolnych sobót rok to ok. 250 dni pracy. Pisząc średnio po 4 strony dziennie można w tym czasie machnąć 1000 stron maszynopisu, czyli 5 takich książek. Oczywiście zaraz odezwą się oburzone głosy, że jak to tak można „przemysłowo”... Można a jak chce się utrzymać rodzinę to po prostu trzeba. Samochodzik to powieść schematyczna. Jak nie przymierzając Harlequin. Wiemy że zasadniczo zaczyna się od tego ze bohaterowie trafiają na jakiś trop. Otrzymują zagadkę absolutnie nie do rozwiązania. Zaczynają przy niej dłubać, sprawdzają kolejne warianty swoich teorii i na zakończenie sprawdzają ten ostatni prowadzący do celu.

Praca w tym przypadku sprowadza się do tego by wymyślić a) czego szukają b) gdzie (czasem jedno wynika z drugiego) c) zastanowić się jak my na ich miejscu zabralibyśmy się do rzeczy d) zaplanować kilka fałszywych tropów, potem trzeba doczytać literatury fachowej coby bohaterowie przy okazji poszukiwań mogli sobie mądrze o czymś pogadać, dodać „okoliczności przyrody” i inne takie, wykombinować przeciwności losu i bohaterów pobocznych, po następnie wklepać to wszystko w komputer.

Praca koncepcyjna jest tu najbardziej czasochłonna. Masę szczegółów trzeba posprawdzać. Z kolei samo wklepanie to najbardziej męczący etap powstawania książki. Ile czasu poświęcić trzeba na utrwalenie swoich myśli? Jestem dysgrafikiem. Pisząc na klawiaturze komputera używam dwu palców. Nigdy nie zdołałem napisać więcej niż 4 strony na godzinę. Zazwyczaj zapisanie 30 linijek tekstu zajmuje mi od 20 do 40 minut.

Pierwszego samochodzika napisałem w 3 tygodnie. Robota była skrajnie katorżnicza ale mimo wszystko zdziwiłem się że poszło mi tak szybko. 2001 rok był czasem grafomańskiego szaleństwa. Miałem ambitne palny, rysowała się szansa zorganizowania wycieczki objazdowej po Etiopii, trzeba było jakoś to sfinansować. Napisałem 5 samochodzików i dwa pierwsze tomy Dnia Wskrzeszenia. Pobiłem wszystkie rekordy wydajności. Dwie książki napisane pod rząd, z jednodniową przerwą na niedzielę. 180 stron maszynopisu w 14 dni. Dwukrotnie 40 stron wstukanych jednego dnia... 4 dni pracy po rząd z wydajnością 20 stron dziennie... I co najdziwniejsze to wszystko nadawało się potem do czytania! Ponadto napisałem kilkanaście opowiadań, które poutykałem gdzie się dało.

Był to też rok wielce pechowy. „Dzień wskrzeszenia” odrzuciły mi 4 wydawnictwa publikujące literaturę dla młodzieży. Także dwa tomy samochodzika nie spotkały się z życzliwym przyjęciem ze strony wydawców. A i do Etiopii nie pojechałem...

Teraz pracuję wolniej. Dom, rodzina, nowe obowiązki. A mimo to wydając dwie-trzy nowe książki rocznie jestem w ścisłej czołówce. Nadaktywność literacka? A może to tylko nowa norma dostosowana do epoki gospodarki rynkowej?

*

Strugając drewniane nogi.

        Gdy byłem mały podstawowym problemem który dręczył mnie i moich kolegów był brak perspektyw i wrażenie totalnego uwięzienia. Siedzieliśmy i snuliśmy marzenia jak by to było fajnie pojechać za granicę. Jeden z nas był kiedyś w Czechosłowacji. Drugi w RFN. Ja miałem folderki ze Szwecji. Czytaliśmy książki podróżnicze i czuliśmy że jest nam źle. I marudziliśmy że jest nam źle.

        Patrząc z perspektywy czasu widzę w tym tzw. „syndrom drewnianej nogi”. Określenie to historią swoją sięga połowy XIX wieku. Poszedł mężczyzna na wojnę. Tam stracił nogę. Wrócił do miasteczka z drewnianą protezą i do końca życia użalał się nad sobą opowiadając, co też by zrobił gdyby zamiast drewnianej nogi miał normalną. Tymczasem współobywatele trzeźwo zauważyli, że totalnym nieudacznikiem był już przed wojną... W jego życiu nie zmieniło się nic. Tyle tylko, że do własnej niezaradności mógł dorobić sobie wygodne wyjaśnienie – „jestem okaleczony i dla tego nie mogę”.

        Podobnie my – widząc socjalistyczny syf panujący wokół dorabialiśmy sobie wyjaśnienie – jest źle bo wszyscy wokół mają drewniane nogi. Byłoby lepiej, ale w tym celu trzeba by przenieść się do któregoś z krajów wolnego świata. Do takiego gdzie dziewczyny są uśmiechnięte, czekoladę sprzedaje się w automatach, gdzie każdy ma samochód... Obok nas byli ludzie, którzy mieli zagraniczne samochody i swoim dzieciakom kupowali zagraniczną czekoladę. Byli nawet tacy którzy jeździli do Bułgarii i NRD. Ale my nie podejmowaliśmy żadnych prób które w przyszłości mogłyby nas wprowadzić w te kręgi.

        Gdy szedłem do liceum komuna szczęśliwie przepoczwarzała się w eurokomunę. Moje oczekiwania jesienią 1989 i wiosną 1990 były nieskomplikowane. Sądziłem że odbędą się wielkie procesy czerwonych popaprańców, zapadnie kilkadziesiąt wyroków śmierci na czołowe postaci minionej epoki, kilka tysięcy ich sługusów trafi na katorgę do kamieniołomów, i w ciągu 2-3 lat nastąpi cud gospodarczy - zrównanie poziomu życia z tym panującym w normalnych krajach. Ergo: gdy skończę liceum będzie już jak na zachodzie. Pójdę do roboty, w dwa trzy lata kupię auto i mieszkanie, na wakacje będę jeździł pływać w ciepłym morzu, albo pójdę na studia i po ich skończeniu będę poważnym Panem Naukowcem który mieszka w wilii. Zakładałem też, że w nowych czasach, w wolnym kraju inteligencja odzyska przynależne jej czołowe miejsce w społeczeństwie.

        Jakoś w połowie liceum zorientowałem się że padam ofiarą oszustwa. Po pierwsze realizacja hasła „dla komuny – Norymberga” nie trafiła na podatny grunt. Wczorajsi niewolnicy jakoś nie wieszali swoich panów na latarniach. Doszło do jednego zaledwie i to nieudanego samosądu gdy zrozpaczony emeryt zakradł się do księgarni gdzie „towarzysz były Pierwszy” podpisywał swoje wypociny i mimo ochrony znienacka zamalował generała kamieniem w czachę. Po drugie pauperyzacja inteligencji okazała się trwała – zmiana ustroju niewiele zmieniła. Przyszłość nie malowała się szczególnie optymistycznie. Próbowałem dociec przyczyn.

        W dawnych epokach maturzystów było niewielu. W zasadzie każdy kto mógł sie wylegitymować posiadaniem tego różowego papierka miał zapewnioną robotę. Lepszą lub gorszą, ale zdecydowanie przyjemniejszą niż kopanie rowów. Jeszcze mnie było ludzi z dyplomem ukończenia studiów. Niemal każdy absolwent uniwersytetu z miejsca dostawał dobrze płatną robotę i po najdalej paru latach był kimś. Ilu ludzi w imię tego marzenia niedojadało, niedosypiało, mieszkało na strychach i wykończyło się na suchoty trudno oszacować. Czasy się zmieniły. Padłem ofiarą iluzji podtrzymywanej przez pokolenie moich dziadków...      Gdy kończyłem liceum maturzysta na rynku pracy liczył się mniej niż absolwent byle jakiej zawodówki. Czekałem na poprawę sytuacji gospodarczej w kraju ale najpierw dokręcono śrubki norm unijnych dławiąc straszliwie przedsiębiorczość ludzi, później z ust „doktora mengele polskiej gospodarki” dowiedzieliśmy że lepsze jutro już było teraz trzeba „schładzać”, apotem do władzy dorwała się już kompletna swołocz...

        Syndrom drewnianej nogi nadal mi dokuczał. Siedziałem i użalałem się na przemian nad sobą i swoim krajem. Dopiero gdzieś na drugim roku studiów oświeciło mnie. Bowiem wokół dziwnie zgęstniała ilość zagranicznych samochodów, masa studentów chodziła w paskarsko drogich wówczas polarach, a ja jakoś nie nadążałem. Zrozumiałem, że mój dyplom to będzie tylko papierek. Rozglądałem się co robią inni. Jeden z moich kumpli zwiał do Holandii. Drugi wszedł w rodzinną firmę. Trzeci orżnął mnie na ...200 zł i wyparował. A reszta zgłębiała wiedzę na różnych uczelniach i jojczyła jak strasznie jest im źle, choć wokół widzieli masę ludzi którym było ewidentnie lepiej.

        Dokonałem przejścia mentalnego. Przestałem czekać zacząłem działać. Miałem wybór – pozostać częścią masy lub aktywnie walczące jednostką. W tym czasie zaczynałem pisać. W jakieś dwa lata poznałem osobiście większość polskich pisarzy od fantastyki. Ci to dopiero byli bandą malkontentów... Każdy z nich miał nie jakąś tam jedną banalną protezę ale co najmniej po kilka drewnianych kończyn. „Nie pisze się bo się nie znajdzie wydawcy”. „A nawet jak się znajdzie to nakłady marne”. „Nawet jak z łaski wydrukują to się nie sprzeda bo rynek zdechł”. „Nie będzie z tego kasy bo wydawcy to sukinsyny”. „A jakby się trafił uczciwy wydawca to łajdacy księgarze go zniszczą”. „A potencjalni czytelnicy grają w RPG a czytają tylko Sapkowskiego”. „Nie warto”...

        Delikatnie sugerowałem że jak wydawcy tacy źli to może trzeba się zrzucić na własne wydawnictwo z prawdziwego zdarzenia. Że może warto przez parę lat popisać fantastykę dla dzieciaków by sobie wychować czytelników. Że przecież na przekładach fantastyki zagranicznej wydawcy trzepią kasę więc może warto byśmy też natrzepali zwłaszcza że nie musimy płacić tłumaczom. Niestety moje słowa i listy otwarte uderzyły jak groch o ścianę. W środowisku fantastów dostałem łatkę fantasty do kwadratu... Ale cóż – postanowiłem twardo robić swoje. Gdy na horyzoncie pojawiła się „Fabryka słów” miałem materiał na sześć książek... Reszta szybko się obudziła, ale gdy ja kroiłem tort oni dopiero pospiesznie szlifowali to co spleśniało w szufladach... Gdy ja zadawałem ciosy oni dopiero wiązali rękawice.

        Parę miesięcy temu na jednym z forów dyskusyjnych natknąłem się na ludzi którzy chcą zostać pisarzami. Ekipa kompletnie zdumiewająca. Stonogi na drewnianych protezach. 90% z nich nie opublikowało dotąd nawet opowiadania. Zamiast jednak brać się ostro do roboty i pisać woleli dyskutować. O czym?

a) jak to potwornie źle że nie ma w Polsce agentów literackich którzy by ich (chwilowo nieistniejące) dzieła odpowiednio wypromowali...

b) jak to potwornie źle, że żyjemy w tym dzikim kraju, bo w USA na gniotach o wampirach zarabia się miliony dolarów. I o tym, że to właśnie tam trzeba wydać te (chwilowo nieistniejące) dzieła.

c) jak potwornie wredni są polscy wydawcy i jak trudno wydać książkę w Polsce. Najwięcej do powiedzenia na ten temat mieli oczywiście ci, którzy nigdy nie widzieli na oczy żadnego wydawcy...

        Potencjalni inwalidzi jeszcze nawet nie dostali przydziału mobilizacyjnego, ale już z zapałem strugali drewniane nogi... A gdy delikatnie próbowałem im wytłumaczyć, że być może protezy nie będą potrzebne i powinni zacząć od napisania swoich książek, to się wkurzyli i zaczęli rzucać wiórami i obrzynkami...

Nie dajcie się oszukać.. Wasze świadectwa i dyplomy to w większości przypadków makulatura. Maturę ma każdy. To tylko bilet wstępu na studia. Przyda wam się raz w życiu – żeby pokazać w dziekanacie, bo bez tego was nie przyjmą. W liceum powinniście zrobić dodatkowe kursy, popracować, nauczyć się choćby układać kafelki. Jeśli po dyplomie chcecie pracować w wyuczonych zawodach to już na pierwszym roku szukajcie praktyk w zakładach.

Nie czekajcie aż poprawi się wszystkim. Może się poprawi może nie. Nie liczcie, że wasze dyplomy same z siebie będą cokolwiek warte. Nawet jeśli dziś absolwenci danego kierunku są rozchwytywani, to za pięć lat mogą być potrzebni już tylko do przysłowiowej obsługi kas w biedronce.

Polska to nie jest USA, ale jak się sprężycie będziecie żyć lepiej niż żyje przeciętny Amerykanin. Tylko przestańcie strugać drewniane nogi. Przestańcie dorabiać sobie ideologię do własnego lenistwa i nieuctwa. Przestańcie jojczeć i do roboty.

*

Odtwarzanie historii.

Przez całe świadome życie interesowałem się przeszłością. Wraz z Ojcem wyprawiłem się do ruin stajni dworskiej, mając dziesięć lat w szopie Dziadka zrobiłem całe muzeum. Miałem w nim zarówno łuski po pociskach artyleryjskich jak i gotycką cegłę „palcówkę”. Gdy zacząłem pisać zawodowo moje zainteresowania przeszłością szybko dały o sobie znać. Zawsze starałem się by moja proza była lekka łatwa i przyjemna. Szedłem szlakiem wytyczonym przez Verna, Grina, Nienackiego, Szklarskiego. Starałem się pisać dość różnorodnie by każda książka stanowiła swego rodzaju niespodziankę. I niemal natychmiast zderzyłem się z problemem. Skoro zdecydowałem się pisać utwory historyczno – fantastyczne musiałem osadzić fabułę w innych czasach. Musiałem to zrobić na tyle dobrze by po pierwsze czytelnik nie poniósł szkód czytając, po drugie by zawodowy historyk nie zabił mnie śmiechem, po trzecie bym sam był zadowolony z plastyczności i kompletności wyczarowanych na papierze wizji. Musiałem nauczyć się rekonstruować obraz minionego.

Nie jest trudno opisać epoki które się zna. Czasy które przeżyło się osobiście. Gorzej gdy trzeba sięgnąć głębiej. Granica mojej pamięci to czasy tuż przed stanem wojennym. Kryzys, kolejki, potem patrole na ulicach i wreszcie „mała stabilizacja” epoki „schyłkowego Jaruzela”. To mogę otworzyć na kartach opowiadań i powieści bo to znam. Pamiętam ceny kurtek z „tureckiego jeansu” podbitych syntetycznym misiem. Pamiętam nawet ile w 1987-mym kosztował wartburg, którym pysznił się przed cała klasą synalek milicjanta. Pamiętam nawet ceny bananów i tych dostępnych za dolary w Pewexie i tych jeszcze droższych na bazarze Różyckiego. Tylko, że to granica. Samodzielnie nie sięgnę głębiej. Schyłku epoki Gierka w zasadzie nie pamiętam.

Pisząc o epoce głębokiej komuny możemy zapytać rodziców. Czasy drugiej wojny światowej i przedwojenne pamięta jeszcze wymierające niestety pokolenie naszych Dziadków i Pradziadków. Przekazywane przez Nich informacje warto uzupełnić dodatkowymi studiami. Czasem należy poczytać by móc postawić naprawdę dobre pytania. Bezcenne bywają rozmaite pożółkłe papierzyska – tzw. „dokumenty życia społecznego”. Słyszałem wiele opowieści z czasów okupacji. Wiedziałem że Babcia zastrzeliła niemca (celowo małą literą – proszę nie poprawiać). Wiedziałem ze okupant, tak brunatny jak i potem czerwony, eksploatował bezlitośnie wieś nakładając tzw. „kontyngenty”. Wiedziałem też że Dziadek rozpracował metodę rozmiękczania ebonitowych kolczyków nad parą skutkiem czego przeznaczona dla szkopów świnia „przestała rosnąć”. Od ojca kuzyna dowiedziałem się jak dopisując zero na blankiecie sprytni chłopi orżnęli wroga na 90 litów nafty. Zdawałem sobie sprawę, że były to przypadki szczęśliwego trafu i zazwyczaj ludzie mieli mniej szczęścia. Ale prawdę o tym jak dotkliwa była okupacja poznałem nie z relacji rodzinnych, ale z ulotki – obwieszczenia władz niemieckich. W myśl zarządzenia każdy mieszkaniec Ziemi Chełmskiej był zobowiązany do dostarczania co miesiąc ...surowców wtórnych. Papier szczegółowo wymieniał ile makulatury, złomu żelaznego, metali kolorowych, odpadków gumowych(!), szmat(!!) i stłuczki szklanej(!!!) ma dostarczać każde gospodarstwo.

W książce historycznej nie znajdziemy takich informacji. Wszędzie opisane będą zmagania na frontach, powstania, terror, egzekucje. Dopiero super szczegółowe monografie naukowe, lub pamiętniki mogą zawierać tę dziwną prawdę tamtej epoki: III Rzesza była sparaliżowana takimi niedoborami surowców że na podbitym terenie musiała rabować nawet potłuczone butelki. I znowu: wiedząc że taki fakt miał miejsce można wypytać żyjącego jeszcze świadka jak to wyglądało, kto nadzorował zbiórkę, jak kiwano okupanta na tym odcinku walki.

A co robić, gdy nieposkromiona wyobraźnia zerwie się z łańcucha i pomknie dalej w głąb czasu? Mój Dziadek opowiadał mi że w dzieciństwie znał bardzo starą kobietę której ojciec widział przemarsz przez Wojsławice oddziałów idących pod Dubienkę, na pomoc Kościuszce. Mój Ojciec znał starca, który opowiadał jak z dziedzicem poszedł do Powstania Styczniowego. Informacje te są wzruszające. To historia żywa, wieść przekazywana ustnie. Pozwalają poczuć ciągłość czasu. My tu, na tej ziemi, od zawsze. Minęło lat prawie dwieście ale z pokolenia na pokolenie przekazano nam że tą drogą szli nasi walczyć z wrogiem. Że nasz dziedzic, choć trochę świnia i psychopata, gdy ojczyzna wezwała wziął strzelbę i poszedł do lasu.

Te opowieści mają jedną wadę. Nie bardzo nadają się do wykorzystania przy pisaniu. Są bardzo ogólnikowe. Zawierają element historii. Nie niosą tego, co działa na wyobraźnię czytelnika – zapachu, koloru, wyglądu maszerujących wojsk. Stanowią mocny punkt zaczepienia. Ale by posunąć się dalej trzeba poszukać w źródłach.

Miałem 24 lata gdy prosto z ulicy wszedłem do redakcji pewnego dwutygodnika niosąc napisane przez siebie artykuły. Teksty zostały przyjęte a ja w kolejnym numerze gazety z przerażeniem zobaczyłem je obok artykułów najwybitniejszych warsawianistów... Kolejne miesiące były czasem szybkiego doszkalania się i pisania tekstów możliwie jak najlepszych, że świadomością ze każdy mój błąd zobaczą właśnie ONI. Czułem się jak chłop który prosto z obory wtargnął przypadkiem na przyjęcie dyplomatyczne i teraz pospiesznie stara się ucywilizować na tyle by nie odbiegać wyglądem od reszty.

Gromadząc materiały ryłem w mikrofilmach, głównie starych roczników Kuriera Warszawskiego. Wcześniej interesowałem się historią schyłkowych lat caratu, „srebrnym okresem” za rządów cara Mikołaja II-go. Tu naraz otwarła się przede mną skarbnica informacji. W gazetach znalazłem rzeczy, których próżno by szukać w książkach. Rozporządzenia o instalacji taksometrów w dorożkach. (akurat równo w setną rocznicę wprowadzono u nas obowiązek posiadania kas fiskalnych w taksówkach...). Uchwały o zakazie instalacji w domach okien otwierających się na zewnątrz (żeby służące nie wypadały przy myciu). Przepisy o sprzedaży słony z wozów przy ul Koszykowej. Reklamy min. Samowarów produkcji ...amerykańskiej. Poznawałem epokę opisywaną dzień po dniu przez ludzi w niej żyjących. Zajrzałem im niemal pod kołdrę. Poznałem syf i chwałę carskiej Warszawy. Ze zbiórką podręczników dla ubogich uczniów i ze sprzedawaniem po bramach wódki na szklanki. Podczytałem też kilka wydanych pamiętników ukazujących te czasy i panujące stosunki społeczne.

Czytałem wcześniej „Lalkę” Bolesława Prusa. Sądziłem że przedstawia ona wierny obraz naszej stolicy w tej epoce. Teraz zorientowałem się, że Prus łgał na potęgę. W jego książce wyczarowano cukierkową wizję miasta nieistniejącego. Miasta pełnego Polaków i Żydów, ale praktycznie bez Rosjan. Nasz wielki literat nigdzie nie opisał niedzielnego poranka gdy pospołu biją dzwony naszych kościołów i dwudziestu siedmiu warszawskich cerkwi*. Które dominowały?

Po paru latach wykorzystałem tę znajomość epoki pisząc pierwszą wersję „operacji dzień wskrzeszenia”. Mogłem poszaleć. Mogłem pokazać czytelnikowi smaczki i drobiazgi. Czternastolatkę pracującą jako pomocnica gorseciarki i ćwierćrublową monetę rzucaną na ladę w fotoplastikonie. Mogłem pokazać Prawdę – tak jak ją sobie poskładałem niczym puzzle z autentycznych elementów. Z pewnością wiele ciekawych rzeczy pominąłem, na pewno w pudełku zabrakło wielu elementów. Ale to co mam mniej wicej do siebie pasuje i uzupełnia się wzajemnie.

A głębiej? Jeszcze dalej w otchłań przeszłości? Im dalej tym niestety trudniej. Ot choćby czasy Oka Jelenia. Świadkowie oczywiście nie żyją, a ich duchów wolę nie wywoływać. Gazet jeszcze nie wymyślono. W ogóle pisanie nie było w tej epoce umiejętnością powszechną. Sztuka pamiętnikarska dopiero raczkowała i to przeważnie daleko od opisywanych przeze mnie stron. To już nie są puzzle. To próba złożenia szkieletu dinozaura z kilku przypadkowych kości. I tu zaczyna się prawdziwa zabawa.

 

___________________________________________

*dzwon kościelny porusza się w całości a jego serce uderza o ściany. W dzwonach cerkiewnych kielich wisi nieruchomo a za pomocą liny należy rozhuśtać serce. W efekcie wydobyty dźwięk jest o wiele bardziej głuchy.

*

Głównie o zabytkach

Powiada się, że mężczyzna powinien zbudować dom, zasadzić drzewo i spłodzić syna. Przysłowie nie bardzo wyjaśnia co ma robić potem, widać przestaje być potrzebny.

Przejrzawszy dane dostępne w Internecie doszedłem do wniosku że najwyższa pora by siąść wreszcie i stworzyć poważną stronę www poświeconą dziejom mojej rodzinnej miejscowości, tudzież zabytkom które na jej terenie występują. Wojsławice istnieć musiały już w XIV wieku – pierwsza wzmianka pochodzi z roku 1399. Ktoś przybył w te strony, postawił dom, zasadził drzewa, napłodził dzieci... Legenda mówi o Wojsławie, rzekomo rycerzu Leszka Białego, który otrzymał te ziemie za uratowanie życia swojemu suwerenowi... Legenda swoją drogą dosyć wątpliwa, znana z odpisów XX – wiecznych, a wymyślona prawdopodobnie w wieku XIX. Wspomniana notatka mówi bowiem wyraźnie: „Wojsławice należą do Wronka”. Kim był ów Wronek ew. Wronko? Co pozostało po nim? Nic. Tylko imię. Nie wiemy gdzie postawił swój dom, nie wiemy, kto z parafian odnotowanych pół wieku później w aktach konsystorza lubelskiego jest jego potomkiem. Czy zasadził drzewo? W tamtych czasach raczej karczowano lasy niż sadzono...

Wojsławice to dziwne miejsce. Jak na osadę o tak długiej historii posiada zaskakująco niewiele zabytków: Kościół z XVII wieku, cerkiew i 5 kapliczek z XVIII stulecia, budynek chederu którego część murów być może także pamięta ten okres. Dzwonnica cerkiewna i synagoga powstały pod koniec wieku XIX – tego. Na tym lista w zasadzie się kończy. Fundamenty zamku nie są widoczne na powierzchni ziemi. Wydawało by się, że w tej sytuacji ambicją władz powinna być szczególna troska o ciekawe relikty poprzednich epok. Nic bardziej mylnego.

        Przyjechałem do miasteczka latem 1997 roku. Wiedziałem, że w południowej pierzei rynkowej trwa budowa nowej apteki. Wiedziałem też, że mimo moich monitów wojewódzki konserwator zabytków uznał, iż miejsce to nie wymaga przeprowadzanie choćby nadzoru archeologicznego. Dzięki uprzejmości inwestora mogłem zejść na dno wykopu i wykonać zdjęcia nieoczyszczonych niestety profili. Stanąłem porażony widokiem 4 metrów warstw kulturowych. Ziemia przypominała makowiec. Ciemne, smoliste warstwy spaleniskowe, to znów jaśniejsze – niwelacyjne i budowlane. Najniższa i najgrubsza jednolicie czarna stanowiła prawdopodobnie ślad wielkiej pożogi z roku 1776. Wyżej, kolejną czarną smugą odznaczał się ślad pobytu wojsk carskich w roku 1863. Zobaczyłem białe mury przeciętych profilem fundamentów. We wschodniej i w zachodniej ścianie wykopu ujrzałem na własne oczy potwierdzenie starej opowieści. Dwa ceglane łuki tunelu biegnącego ongiś równolegle do piwnic wszystkich domów w pierzei rynkowej. Zbudowali go żydzi. Kiedy? Może w XVII-XVIII wieku, a może około roku 1780 kiedy po kilku latach wygnania bogatsi o doświadczenia walki z frankistami wracali do miasteczka? Tajny korytarz miał zapewnić możliwość ucieczki na wypadek pogromów...

        Dokładne zbadanie reliktów zalegających w tym miejscu pozwoliło by poszerzyć znacznie wiedzę o przeszłości osady. Analiza skorup garnków, kafli, belek legarowych, resztek fundamentów i piwnic dostarczyła by wielu cennych danych. Niestety urzędnik odpowiedzialny za ich pozyskanie machnął na to ręką i 200 lat historii poszło się bujać. Wykop sięgnął XVIII wieku. Betonowa ława apteki przykrywa kolejne 400 lat dziejów osady. Dom Wronka jest gdzieś tam, może dwa metry głębiej?

        W dawnych wiekach pośrodku osady stał reprezentacyjny ratusz z wieżą. Jego relikty wmurowane w ściany domu mieszkalnego przetrwały do roku 1997, kiedy to realizując koncepcję „ochrony układu przestrzennego” wyburzono je w ramach „przywracania rynkowi miasta historycznego charakteru” (przepraszam nie ja wymyśliłem ten idiotyzm tylko wojewódzki konserwator zabytków). W roku ubiegłym przestał istnieć kolejny obiekt „odbierający rynkowi historyczny charakter” – interesujący ciąg pożydowskich kamieniczek z końca XIX wieku. Swojego losu oczekują kolejne 3 obok apteki...

Pierwsza wzmianka o Wojsławickich żydach pochodzi z roku 1445-go. Mieszali tu, rozmnażali się, kochali i zabijali, umierali. Prowadzili warsztaty rzemieślnicze, sklepiki. Chodzili na rynek obgadywać git-geszefty. Budowali domy. Ich los dopełnił się po 497 latach – gdy w roku 1942 hitlerowcy rozstrzelali na łąkach za cerkwią 100 ostatnich przedstawicieli tej grupy wyznaniowej. Rok przed destrukcją byłego ratusza sfotografowałem na jego murach ślad napisu wykonanego na tynku. Pośrodku widniała cyfra 17, po jej lewej stronie słowo „głosuj”, po prawej ciąg znaków hebrajskich. W latach trzydziestych w czasie wyborów do sejmu ktoś uzbrojony w pędzel, wezwał w ten sposób współobywateli do poparcia listy mniejszości narodowych. Napis oczywiście poszedł w diabły razem z XVI-XVII wiecznym murem, na którym go namalowano. Na zdjęciach z lat 50-tych widać jeszcze sporo kamieniczek budowanych wedle jednego wzoru: murowany parter, piętro z drewna. Nadawały one Wojsławicom silne piętno sztetl - żydowskiego miasteczka. Niebawem jedynym ich śladem będzie synagoga, a właściwie jej mury kryjące bibliotekę gminną bo z dawnego wyposażenia nie zostało nic.

Pod koniec XVIII wieku Wojsławice nabyli Poletyłłowie. Oni także mieli zabytki dawnych epok w głębokim poważaniu. Zburzyli stary zamek, postawili sobie pałac, a gdy spłonął wznieśli nowy jeszcze wspanialszy. Obok pałacu wyrósł folwark – pralnia, oranżeria, stajnie, obory... Zasadzono rozległy park, nad stawem urządzono niewielką przystań dla łódek. Zbudowano dom, zasadzono drzewa. Byli i synowie, długi szereg morderców i psychopatów, którzy zabijali chłopów, tłukli zarządców krzesłami, strzelali do siebie podczas rodzinnych kłótni, nękali proboszczów i popełniali inne warcholstwa. W 1923 roku zmarł ostatni dziedzic, a jego ubogi krewny, który odziedziczył dobra, szybko został zlicytowany za długi. Park wycięto do gołej glacy, ocalało tylko kilka drzew nad stawem. Potem w pałacu mieściła się szkoła, w czasie wojny kwaterowali Niemcy. Po wojnie budynek częściowo pozbawiony dachu popadał powoli w ruinę. W latach 50-tych rozebrano go całkowicie. Z folwarku ocalał kawałek muru stajni, ruina oranżerii, jeden budynek gospodarczy i jeden słup bramy. Z domu, drzew i synów nie zostało zgoła nic.

Przed wojną Wojsławice były miejscowością pozbawioną praktycznie zieleni. Jedynie w parku dworskim oraz wokół kościoła i cerkwi rosły drzewa. W lecie jednym schronieniem przed upałem były podcienia domów. Miejscowy nauczyciel Mikołaj Tałanda zapoczątkował sadzenie lip. Dziś uliczki wokół rynku wyglądają uroczo. Za to wokół cerkwi zieje łysa plama - w latach 50-tych trzymano w niej paliwa i nawozy sztuczne. Gleba została tak skażona że drzewa uschły... Potomkowie nauczyciela rozproszyli się po świecie, budynek szkoły, w której kiedyś uczył także już nie istnieje. Lipy powoli się wycina.

Wojsławice to dziwne miejsce. Układając chronologię miejscowości wynotowałem sobie dane o pożarach niszczących osadę. Ich niepełna jeszcze lista wygląda następująco: 1490, 1636, 1639, 1640, 1645, 1655, 1664, 1668, 1672, 1736, 1742, 1754, 1779, 1835, 1840, 1846, 1863, 1915, 1920, 1942, 1944. Kilkakrotnie miasto wyludniały zarazy. Zaskakująco wyglądają też dane demograficzne. Z rodów odnotowanych w lustracji pogorzeliska z 1779 roku po mieczu przetrwał do dziś tylko jeden... Los doświadcza tę ziemię podejrzanie często, jakby miejsce to dotknął kiedyś stopą anioł zagłady. Kiedyś przyjdzie mi zbudować dom, zasadzić drzewo i spłodzić syna. Ale na pewno nie tam. Chcę aby to co zbuduję przetrwało tysiąc lat, a mój ród wydał kiedyś władcę tego kraju.

Dlaczego nie lubię fantasy.

W dawnych czasach literatura była prawdziwą Sztuką. Uprawiali ją Twórcy i tfu!rcy, geniusze, grafomani i wariaci. Szaleńcy Boży i wyrobnicy pióra pospołu dzierżyli rząd dusz i wlekli za mordę ogłupiałe społeczeństwo ku swoim celom inkasując za to przy okazji całkiem przyzwoitą lub zupełnie marną kasę.

Literatura ówczesna polegała zasadniczo na tym by opisać wydumane przygody ciekawych kolesi i koleżanek. Przez jakieś sto lat działało to doskonale. Ludziska czytali dziwowali się kasa dla autorów kapała albo i nie (prawa autorskie dopiero zaczęto wymyślać...). Potem przy precyzyjnie działającej maszynce zaczęto majstrować i „ólepszać” to co dobre. Pojawiła się literatura romantyczna gdzie zwykłych bohaterów z krwi i żelaza zastąpiła bada metroseksualnych świrów bełkoczących coś o życiu wewnętrznym. Potem geniusze pióra dodatkowo zaczadzili się pozytywizmem – i zaczęli zamiast prozy pisać zbeletryzowaną publicystykę.

Zaczął się wielki rozłam. Literatura wysoka utonęła w coraz durniejszych eksperymentach, a literatura niższa rozkwitła hojnie zasilana mamoną ludzi o normalnych gustach. Stopniowo i ona pod wpływem różnych prądów zaczęła się kiepścić i wtedy właśnie okrzepła fantastyka – ostatni bastion prawdziwej prozy.

Twórcy głównonurtowi szybko poczuli pismo nosem. Stąd motywy horroru u Mickiewicza i Słowackiego, fantastyczne nowelki Bolesława Prusa, Henryka Sienkiewicza, stąd powieść grozy pt. „Wampir” pióra samego Reymonta. Wszyscy oni okazali się jednak zbyt kiepscy by przedrzeć się przez nasze szańce. Ich nieudolne próby podlizania się prawdziwej Sztuce też nic nie dały. Nie nabraliśmy się na lizusowskie uśmiechy i merdanie ogonkami! Potraktowaliśmy ich jaknato zasługiwali - bacikiem. Ich tzw. „czytelnicy” (czytaj nieliczna acz wpływowa banda snobów i wykształciuchów) wybaczyli im tę zdradę, jednak wspomniane utwory okrywa dziś mgła litościwego zapomnienia.

Potem wymyślono radio, następnie telewizję, które uderzyły w literaturę jak taran. Te wysoka padła jak długa i odczołgała się w kąt lizać śmiertelne rany, oraz płakać po utraconym z własnej głupoty rzędzie dusz. Ta niższa dostała kopa, ale próbowała się jeszcze odgryzać to romansem to kryminałem. Fantastka zaś, posiadając najmocniejszy kręgosłup moralny i najtwardszy kościec artystyczny, wygrała starcie, skonsumowała pokonanego wroga, wchłonęła i podporządkowała sobie. Najpierw strawiła radio („wojna światów”), potem kino („gwiezdne wojny”) w końcu telewizję („star trek”).

I tu dochodzimy do sedna problemu. Fantastyka była od zawsze tym co w literaturze najlepsze. Jej powieści ukazywały zbożny (a czasem bezbożny) trud szalonych profesorów. Budowała w ten sposób ogromny, lekko podszyty strachem, szacunek wobec wiedzy i nauki. Czerpała z krynic myśli ludzkiej i przybliżała jej zagadnienia. Oswajała nas z nadchodzącą rewolucją techniczno-naukową. Prezentowała nowatorskie idee. Przetrawiliśmy je i dzięki temu nie daliśmy się zaskoczyć!

My miłośnicy fantastyki okazaliśmy się grupą najlepiej przygotowaną na nowe. Doktor Victor Frankenstein niemal o sto pięćdziesiąt lat wyprzedził epokę przeszczepów. Marsjan zaprezentowano nam w dziesiątkach wariantów na dobre stulecie zanim uczeni wykryli pierwsze węglany wewnątrz meteorytu znalezionego na Antarktydzie. Klonowanie kosmonautów wprost do kombinezonów pokazała nam w serialach i wytłumaczyła na dziesięciolecia przed powstaniem owcy Dolly. Przygotowano nas do wojny atomowej, pandemii, cyberataków, wizyt kosmicznej hołoty... Gdy takowe nastąpią szanse przeżycia mamy tylko my – elita elit - fantaści.

Gdy inni stają bezradni wobec wyzwań teraźniejszości my przyjmujmy zmiany jako coś swojskiego i naturalnego.

Triumfalny pochód stalowych hufców fantastyki przez zgliszcza prozy był oczywiście nie w smak niedobitkom literatury wysokiej. Nie mogąc w swej małości mam dorównać zdecydowali się zniszczyć monolit. Wykoleić lokomotywę postępu, zatopić niezatapialnego Titanica, zainfekować zdrową tkankę odrażającym bakcylem.

Wymyślili fantasy. Ohydną, wszawą i plugawą odmianę naszej literatury. Ciemną stronę Mocy. Ołowiany rewers złotego dukata... Skaptowali do jej pisania najsłabszych moralnie (ale niestety niezłych literacko) wypędków z salonu twardej SF. Podsunęli ich wypociny młodym i niewyrobionym czytelnikom. Zdemoralizowali nam narybek, podprowadzili kasę. Rząd dusz też przy okazji częściowo zaiwanili. Wreszcie skumali się z producentami filmowymi i dobili nas olśniewającymi wizualnie (wiadomo dzikich prymitywów najlepiej przekupić świecidełkiem) ekranizacjami jakichś tam Tolkienów. Nie byliśmy na ten cios przygotowani... Rak fantasy od dziesięcioleci niszczy przeżera zdrowe konary. Pogryza i unicestwia fundamenty gatunku.

Stoimy po raz kolejny wobec pęknięcia, rozłamu, schizmy. Sytuacja jest trudna, ale nie beznadziejna. Tak jak fantastyka przed wiekiem odrzuciła ze wstrętem literaturę wysoką tak my – przedstawiciele najzdrowszego i najtwardszego jądra prawdziwej prozy winniśmy oczyścić i zewrzeć szeregi.

Precz z fantasy! Racja jest po naszej stronie! Zwyciężymy!

*

O flekowaniu.

„Nasi przodkowie popełnili tragiczny błąd ucząc swych chłopów pańszczyźnianych czytać i pisać”.

        Tzw. komedie romantyczne sprowadzają się zasadniczo do kilku głównych motywów. „Chcę przelecieć cokolwiek, ale mi to nie wychodzi”. „Nasza rodzina jest tak cool nowoczesna, że nie wiem kim jest mój tatuś, ani że świeżo poznany przystojniak w rzeczywistości jest moim bratem”. „Aby zaliczyć długonogą piękność muszę się pozbyć aktualnej dziewczyny”, „Aby odbić chłopaka koleżance muszę błyskotliwie podłożyć jej świnię”. Jestem dziwny – nie widzę w tym nic śmiesznego. Dla mnie takie perturbacje życia i losu, oraz podobne postawy to zbydlęcenie. Może dla tego że zbyt często widziałem „w realu” podobne sceny oraz ich mało zabawne skutki?

Spory odsetek klasycznych komedii opiera się na pokazaniu jakiegoś nieszczęśnika który siłuje coś zrobić ale kompletnie mu to nie wychodzi... Przesunięto granicę wrażliwości łamiąc inne ważne tabu: nie śmiejemy się dziś z łakomego obżartucha, ale ze zwykłego głodnego człowieka. A mnie smuci już stara jak samo kino scena gdy wygłodzony Charlie Chaplin gotuje na obiad skórzanego buta, czy ta druga gdzie oszalały poszukiwacz złota ściga wspólnika sądząc że goni kurę... Za dużo mam ukraińskiej krwi w żyłach by śmiać się z tego że ktoś zwariował z głodu. Moich krewnych za zachomikowanie worka kartofli i próbę sprzedaży placków ziemniaczanych wsadzono do łagru.

Na początku lat 90-tych telewizja emitowała WC-Kwadrans. Program prowadzony był przez Wojciecha Cejrowskiego wedle odkrywczej wówczas formuły. „naczelny kowboj III RP” zapraszał do studia kolejnych, przeważnie lewicujących, kretynów po czym w błyskotliwy sposób podpuszczał ich by błysnęli swą oślepiającą głupotą i prymitywizmem. Robił to przy tym w sposób w miarę elegancki i wyważony. Często też zapraszał ludzi mądrych i z nimi rozmawiał już zupełnie inaczej – podpuszczając by błysnęli są nieprzeciętną erudycją. Czasem zapraszał ciekawych świrów i dawał im się wygadać – pozwalał, by widz sam ocenił ich pomysły. A nie wszystkie były głupie – do dziś pamiętam gościa postulującego przekopanie mierzei naprzeciw Elbląga by umożliwić żeglugę z pominięciem kontrolowanej przez Rosjan cieśniny Pilawskiej. Potem, zapewne skutkiem perturbacji życiowych i zawodowych, prowadzący stał się cyniczny i złośliwy, a jego kolejne programy bezpowrotnie straciły pierwotną elegancję...

Świat utracił niewinność. Dziś w telewizyjnych show intelektualne zera zakrzykują zaproszonych ludzi mądrych, chamidła próbują sprowadzić innych do swego poziomu (i pokonać doświadczeniem), a debili i morale śmieci dla odmiany hołubi się do obrzydliwości... Flekowanie ludzi mądrzejszych, albo inaczej myślących stało się sportem narodowym i rozrywką dla gawiedzi. Dusimy się z jednej strony pod kneblem politycznej poprawności, z drugiej standardy zachowań publicznych wyznaczają osobniki wyjątkowo prymitywne. I ludzie to niestety podchwytują. Popatrzmy na pierwsze reality show emitowane przez naszą tv. Ich formuła była od samego początku i głupia i chora i społecznie szkodliwa. Do czego sprowadzał się np. Big Brother? Zamknięto grupę ludzi w izolowanym środowisku a potem podpuszczono by podkładali sobie wzajemnie świnię a od czasu do czasu nękano ich dodatkowo zmuszając do wykonywania różnych debilnych zadań. Dla bydełka patrzącego w ekran zabawne miały być świństwa, intrygi i poniżanie zamkniętych idiotów... I co gorsza zabawne dla kogoś były czego dowodzi ogromna oglądalność tych żałosnych widowisk.

Zbieramy już dziś gorzkie owoce tych szaleństw. Starczy popatrzeć na dzieciarnię i standardy jej zachowań widziane w podwórkowych zabawach. Zbydlęcenie szeroko wciska się do netu. Grupy dyskusyjne jeszcze parę lat temu naprawdę fajne zmieniają się w chlew. Komentarze na blogach i portalach rażą prymitywnym językiem, tchną coraz słabiej maskowaną jaskrawą głupotą. Nieuctwo i nieoczytanie przestały być powodem do wstydu.

Lech Jęczmyk podkreślał w swojej publicystyce – znów przywołuję tę samą uparcie krążącą i powracającą myśl – że niegdyś i kino i literatura pokazywały życie elit. Uczyły norm panujących na salonach. Stanowiły źródło inspiracji zachowań. Kino i telewizję w znacznym stopniu straciliśmy. Dziś media te na dwu łapkach służą ludziom o niskich gustach. Odmieńcom takim jak my pozostaje ostatnie refugium kultury, elegancji, codziennej normalności - literatura. Nie cała. Nawet nie cała nasza. Fantastykę także toczą nowotwory cynicznego prymitywizmu, hołubienia zbydlęcenia, wreszcie politycznej poprawności. Widać to głównie w przekładach, ale są i u nas twórcy, którzy stali się niewolnikami i zakładnikami „nowoczesności & postępu”.

Jednak przy odrobinie wysiłku da się jeszcze znaleźć coś fajnego do poczytania oraz ludzi, z którymi można o tym pogadać. Wedle idei Arkadiusza i Dymitra Stołypinów w najbardziej opresyjnej rzeczywistości jednostka jest w stanie wyzwolić się wewnętrznie i nawiązać kontakt z podobnymi sobie jednostkami. A gdy zbierze się kilka powstaje enklawa. Środowisko ludzi wolnych, trzymających poziom, nie dających się zmielić przez młyny świata. Podobnie organizują się grupy religijne, hobbyści, kibole, słuchacze różnych ekstrawaganckich gatunków muzyki. W wariackim świecie, z fali błota wynurzają się nieliczne wysepki różnych normalności lub choćby niezgody. Książki niewiele dziś zmienią, ich oddziaływanie jest nikłe, ale to jeden z ostatnich bastionów cywilizacji. Tak jak środowisko miłośników fantastyki należy do tych nielicznych, które jeszcze jakoś trzymają poziom. Niestety i tu wciskają się powoli osobnicy zapatrzeni raczej w inną stronę.

Żydzi mówią, że na wszystko jest właściwy czas. Na budowę i na destrukcję. Na sprawy poważne i na rozrywkę. Mało kto jest dziś w stanie to zrozumieć i rozdzielić. Niestety także u nas. Ot przykład pierwszy z brzegu – poważna dyskusja internetowa na prestiżowym forum. Temat rozważań: tragiczna sytuacja jednego z członków naszego środowiska. Pewien odsetek dyskutantów uważa – co smutne i symptomatyczne - że należy sprawę zwyczajnie olać. Część z różnych pobudek poczuwa się do działania. Pada kilka pomysłów i gdy w zasadzie rozmowa zmierza ku jakimś konkretnym rozwiązaniom, zostaje nieoczekiwanie przerwana wrzuceniem linka o kolesiu, który został złapany in flagranti z kozą sąsiadki. Mało zabawny news, który pasuje do tematu (a zwłaszcza nastroju powagi w jakim temat jest omawiany!) jak pięść do nosa rozbija i zarazem gasi dysputę. Uchecowani dyskutanci wspólnie obśmiewają przypadek zbola... Próba powrotu do meritum, otwarte nazwanie takich zachowań gówniarstwem budzą ...wściekłą agresję rozbawionego tłumu, w tym – o tempora, o mores! - moderatora. Smutne.

        Nie pasuję do tych ześwinionych czasów. Myślę i wartościuję inaczej. Tylko właściwie dlaczego miałbym się dopasowywać? Zalew błota to zjawisko przejściowe. Jak uczy historia barbarzyńcy wielokrotnie podbijali świat cywilizowany. Za każdym razem ich zwycięstwo dezorganizowało życie najwyżej kilku pokoleń. W tym momencie za promocją zachowań prymitywnych stoi siła. Ale nie zawsze musi tak być. W sprzyjających warunkach wysepki normalności wynurzą się, połączą, a błoto wyschnie... W tej chwili jesteśmy odmieńcami. Reliktem epok które odeszły. Ale patrząc historycznie możemy żywić nadzieję że jesteśmy także forpocztą czasów które nadejdą. Trzeba plunąć barbarzyńcom pod nogi i dalej robić swoje.

Para poszła w gwizdek?

Mając 11 lat, mimo grubych problemów z ortografią i głębokiej niechęci do pisania zacząłem pisać pierwszą książkę. W wieku lat 12-tu byłem już głęboko przekonany, że zostanę pisarzem. Wszedłem na ścieżkę, którą kroczę po dziś dzień. Przez dziesięć lat szedłem nią zupełnie sam, na ślepo. Uwierzyłem w swoje szczęśliwie gwiazdy i tyle. Młodym morze po kolana. Nauka pisania odbywała się w moim przypadku metodą prób i błędów. Podpatrywałem jak z różnymi problemami fabularnymi radzą sobie uznani pisarze, próbowałem rozgryźć tajemnice warsztatowe, wyłapać ogólne reguły tworzenia tekstu. Moimi ulubionymi pisarzami tego okresu byli Jules Verne, Janusz A. Zajdel, Nodar Dumbadze, Kirył Bułyczow... Wiele podpatrzyłem, wiele się nauczyłem. Część ich chwytów stosowałem potem intuicyjnie, część zdołałem ubrać w słowa definicji i zastosować świadomie.

Wyważałem przy tym niejednokrotnie otwarte drzwi i ponownie odkrywałem koło – nie znałem żadnego pisarza osobiście, nie było kogo zapytać o radę. Nie było też żadnych podręczników. Gdy dziś zaglądam do pożółkłych już zeszytów włosy stają mi na głowie dęba. Kicz, szmira, debilne pomysły... Duchy, kosmici, podróżnicy w czasie, szaleni naukowcy i ofiary ich eksperymentów. Wymyśliłem super-mega-skrytobójców, fachowców takiej klasy, że używani byli wyłącznie do likwidacji wojowników ninja, takich co to wiecie: „jestem najlepszy na świecie, ale on jest jeszcze lepszy ode mnie”*. Pewnie jakbym zobaczył jakiś film o zombiakach to też bym ich „twórczo wykorzystał”. Pisząc odreagowywałem też moje klęski, lęki i obsesje. W pierwszych wersjach norweskiego Dziennika bohaterów prześladuje upiorna blefrzyca, nauczycielka rosyjskiego, goniąca ich po całym świecie by zawlec z powrotem do znienawidzonej szkoły. Gdy czytam to dziś widzę oczywiście błędy, błędy, błędy... Wszystkie możliwe (i te zupełnie nieprawdopodobne też). Ortograficzne, gramatyczne, konstrukcyjne, fabularne, logiczne, że o iście brawurowej interpunkcji nie wspomnę.

Nieświadom tych wszystkich braków i niedoskonałości latami ryłem długopisem w zeszytach tworząc kolejne wersje „Hotelu pod Łupieżcą” i „Norweskiego dziennika”. Ponieważ najlepsza wena ogarniała mnie zazwyczaj w chwilach, gdy koniecznie powinienem był się uczyć nałóg, zaczerniania długopisem papieru odbijał się na moich wynikach szkolnych tudzież, nie pozostawał bez wpływu na inne dziedziny życia. W wieku 21 lat po dziesięciu latach płodzenia mniejszej i większej szmiry pisałem już w miarę znośnie. Za mną pozostały tysiące storn pokrytych bazgrołami. Wtopiony w nie wysiłek jakoś tam zaprocentował. Zdobyłem podstawy. Gdy opublikowałem pierwsze utwory w „Fenixie” dzięki szeregowi przypadków losowych udało mi się nawiązać kontakt z warszawskim światkiem fantastycznym. Wśród licznych miłośników naszej sztuki pijących piwo w czwartki na Polach Mokotowskich byli także przedstawiciele starego fandomu, członkowie nieformalnej grupy zwanej Klubem Twórców vel Tfu!rców.

Widząc snujących się wokół początkujących pisarzy poczuli imperatyw moralny by podzielić się z nami swoim doświadczeniem. Wziąłem udział w bodaj siedmiu spotkaniach. Po jednej stronie zasiedli fachowcy. Piotr Staniewski, Iwona Żółtowska, Artur Szrejter, Adam Bański, Jacek Drewnowski... Po drugiej ofiary własnej grafomanii (może tym razem bez nazwisk) a m.in, ja. Oczywiście przekonany byłem że jestem mistrzem i geniuszem, a to co tworzę jest genialne. A tu niespodzianka... Dowiedziałem się że knocę. Dowiedziałem się że knocę totalnie. Że to co piszę to nie zwykła kaszana ale jeszcze doprawiona trocinami. Dowiedziałem się że moje „dzieła” to totalna partanina. Dowiedziałem się co zawodowi redaktorzy sądzą o mojej powieści pt. „Największa tajemnica ludzkości”. Ale z drugiej strony pokazano mi szczegółowo co spieprzyłem. W efekcie nauczyłem się dwu rzeczy: przekazano mi postawy wiedzy o redagowaniu tekstów oraz zorientowałem się że to dopiero początek. I że trzeba uczyć się dalej. Już nie szedłem na ślepo – miałem podstawy, dano mi kopa na rozpęd który choć zabolał skierował moje poszukiwania w odpowiednim kierunku. Wreszcie miałem już znajomości wśród ludzi którzy na co dzień pracowali ze Słowem. Mogłem zapytać, jeśli czegoś nie wiedziałem, miałem z kim przedyskutować zarówno swoje teorie, jak i fabułę utworów.

Przez Klub Twórców w ciągu dwu dekad jego istnienia przewinęło się pewnie około czterdziestu początkujących. Spośród nich może połowa od czasu do czasu coś pisze, a gdzieś jedna czwarta publikuje w miarę regularnie. Mnie zajęcia te natchnęły myślą że większość ludzi jest w stanie nauczyć się pisać. Oczywiście okres mojej formacji literackiej to nie tylko klubowe warsztaty. Także w redakcji Fenixa gdzie zanosiłem moje wypociny otrzymałem od redaktora Jarosława Grzędowicza wiele cennych wskazówek i opinii („Pilipiuk u ciebie to jak w nowoczesnej masarni. Wszystko się przydaje sierść rogi kopyta, co ci kazałem z jednego tekstu wywalić ty pakujesz do kolejnego”, „napisz o czymś innym, o czymkolwiek innym”, „można sobie robić jaja z czytelników, ale są pewne granice”, etc. Podjęto wobec mnie konieczne działania dyscyplinująco – wychowawcze. Np. dowiedziałem się że strzelanie w sufit redakcji nie jest dobrym argumentem w dyskusji o ilustracjach. I ogólnie przeżyłem tam różne inne przygody. Miałem też przyjemność przez pół roku czytać teksty nadsyłane przez rozmaitych początkujących autorów... Już wtedy zorientowałem się, jaki jest przeciętny poziom.

        Mniej więcej w tym samym okresie na studiach uczęszczałem na zajęcia ze źródłoznastwa a potem seminarium magisterskie u profesora Jerzego Kruppé. Uczyliśmy się tam rzeczy kompletnie dzikich, zwariowanych i genialnych. Poznawaliśmy kulturę materialną i życie naszych przodków operując źródłami niekiedy zupełnie od czapy. Szukaliśmy informacji kiedy pojawia się w Europie kiełbasa szukając obrazków wędlin na sztychach i drzeworytach. Badaliśmy jakie meble można odnaleźć na obrazach o tematyce religijnej czy miniaturach kodeksu Baltazara Behema. Wreszcie załapałem się dzikim fuksem do pisania kontynuacji Pana Samochodzika co dało mi skromne dochody pozwalające wyrwać się gdzieś troszkę dalej. Ścieżka pod górę nie stała się od tego mniej stroma, ale miałem już raki na butach i czekan w dłoni. Szedłem pewniej. W końcu osiągnąłem taki etap „rozwoju zawodowego”, że zacząłem dostawać meile z prośbami o przeczytanie i ocenienie tekstów. Już czytając korespondencję w redakcji Fenixa przeżywałem głębokie zdumienie – przychodziły tam bowiem opowiadania delikatnie mówiąc gówniane. Nie będę bawił się w eufemizmy twierdząc, że „trafiały się” - stanowiły bowiem zdecydowaną większość... Teraz podobna lawina zasypała mi skrzynkę meilową. Głupio było odmawiać wsparcia. W końcu i mi na początku kariery udzielono ogromnej i bezinteresownej pomocy. Ja też w wieku lat piętnastu tworzyłem porażającą kaszanę o szczątkowej fabule zapisaną drewnianym językiem. Stwierdziłem że pomóc trzeba. Dlatego że mi pomogli i dla tego że ja wcześniej nie miałem się do kogo zwrócić... Zabrałem się zatem za czytanie tego wszystkiego. Sądziłem ze po teksie o żulu rzygającym do kiosku nic mnie nie zdziwi - jednak teraz dopiero zobaczyłem, co ludzie potrafią powypisywać... Dopiero to doświadczenie uświadomiło jak tragiczny jest poziom nauczania języka ojczystego w naszych szkołach. Dostawałem teksty po polsku, polskiemu, polskawemu, polsko-podobne oraz w narzeczach, z których niczym Tolkien mógłbym tworzyć języki nieistniejących światów. Niektóre perełki stylistyczne i gramatyczne przyprawiłyby każdego wrażliwego i oczytanego polonistę o kilka dodatkowych siwych włosów...

Po każdym nowym „doświadczeniu pokoleniowym” otrzymywałem opowiadania silnie wzorowane żeby nie powiedzieć żywcem rżnięte z kolejnych arcydzieł popkultury. Wszystkie wampiry przypomniały smutasów z „wywiadu...”, wszystkie zombiaki wyglądały jakby uciekły z filmu „noc żywych trupów”, dobrze że chociaż wzrost sprzedaży Harrego Pottera nie wywołał lawiny dzieł o szkołach magii. Z wielkich filmów chyba tylko „Titanic” nie został przetworzony przez naszych domorosłych wieszczów.

Przyjąłem zasadę, że każdemu przejrzę minimum trzy pierwsze strony. Że udzielę pomocy podobnej do tej którą otrzymałem i w ten sposób spłacę tamten dług, a zarazem położę trwałe podwalny pod przyszłą chwałę polskiej fantastyki. Ryłem zatem w zwałach szlamu od czasu do czasu znajdując obiecującego autora, jakąś perełkę, albo chociaż kolorowe szkiełko. Kosztowało mnie to masę czasu i wysiłku. Jak obliczam przez dziesięć lat przez moje ręce przejść mogło około 500 opowiadań. Autorom pisałem zazwyczaj wprost i szczerze, co sądzę. Jeśli tekst był dobry doradzałem jego publikację. Jeśli był kiepski pisałem o tym otwarcie. Widocznie trafiłem na w miarę normalnych odbiorców, bowiem po najbardziej miażdżącej krytyce przeważnie otrzymywałem meile, w których potulnie obiecywano poprawę (słowa nie dotrzymał niemal nikt), lub nie otrzymywałem odpowiedzi ani nowych próbek. Nieliczni probowali bronić swoich „racji”. Raz tylko w odpowiedzi przysłano porcję prymitywnych niegramatycznych bluzgów (tak „Szajnis” to o Tobie).

Kłopot w tym że masa tej mojej roboty poszła kompletnie w gwizdek. Daleko mi do skuteczności Klubu Twórców. Kilkunastu młodych i starszych początkujących zastosowało się do moich uwag i opublikowało swoje pierwsze teksty. (bez moich wskazówek pewnie wcześniej czy później też by to zrobili) Niestety w większości przypadków były to publikacje pierwsze i zarazem ostatnie. Ze trzy osoby coś tam w miarę regularnie puszczają. Zastanawiam się teraz co robić dalej. Najwyraźniej moje działania nie przynoszą spodziewanego efektu. Nie ma podwalin, nie ma uczniów, nie nadszedł jakoś złoty wiek polskiej fantastyki. Za mało się przykładałem? A może przyjąłem błędną strategię działania? Podstawowym ograniczeniem wydaje mi się komunikacja. Zapis uwag wymaga szczegółu, wymaga wyjaśnienia niuansów. Nie ma efektów? Zatem chyba nadchodzi pora kończyć tę działalność. Stacjonarne warsztaty wydają mi się bardziej obiecujące.

_________________________________

* Zespół filmowy „Skurcz” – „Sarnie żniwo”

*.

Oko Jelenia – notatka warsztatowa czy jak to zwać.

I

W roku dwutysięcznym po przestudiowaniu dziejów związku hanseatyckiego siadłem do pisania kolejnego tomu kontynuacji przygód pana Samochodzika. Wymyśliłem pierońsko zawiłą intrygę. Umyśliłem sobie posłać bohaterów tropem tajnej pieczęci hanzy. Dzieło jak każe tradycja serii nosiło tytuł zapożyczony od poszukiwanego artefaktu. W tym czasie wymyśliłem sobie sprytnego kupca Petera Hansavritsona i jego okręt „Srebrną Łanię”.

Niestety wydawcy tom ten kompletnie nie przypadł do gustu. Ponieważ już na początku swej pisarskiej drogi wyznawałem zasadzę ścisłego recyklingu „surowców literackich” zabrałem się za przeróbki. Część dobrych scen trafiła do kolejnych tomów, zmieniłem tytułowy artefakt i założenia fabularne. W efekcie powstała zupełnie nowa książka a w moim schowku pozostały bardzo ładny tytuł oraz pierwotny pomysł na przedmiot wart odszukania. Podobnie jak w przypadku tomu „Pan Samochodzik i sekret alchemika Sędziwoja” pozostały mi także rozległe a niewykorzystane wiadomości zdobyte podczas lektury opracowań naukowych.

Kolejne lata nie sprzyjały pracy nad tym projektem. Powstawały kolejne Samochodziki, znalazłem wydawcę na opowiadania o wędrowyczu, napisałem trylogię o kuzynkach Kruszewskich. Nie zapomniałem jednak o projektach chwilowo odłożonych. Przerobiłem „Operację dzień wskrzeszenia”, Napisałem ostatni tom Norweskiego Dziennika i zdołałem wydać tę trylogię.

Systematycznie zbliżałem się do chwili, gdy będę gotów. Doczytywałem literaturę fachową gromadziłem książki które mogą się przydać, dogrywałem sobie w głowie ... Wreszcie poczułem ze nadeszła pora. Że jeśli nie napiszę tego teraz przepadnie. Historia jakby tylko czekała na opowiedzenie. W ciągu zaledwie kilku miesięcy napisałem pierwsze trzy tomy – 900 stron maszynopisu. Przede mną jeszcze cztery kolejne. Piszę cztery, ale tak do końca nie jestem pewien czy będzie ich sześć czy osiem. Bohaterowie zaczęli żyć własnym życiem akcja staje się trochę nieprzewidywalna.

II

Oko jelenia to historia poszukiwań. Poniekąd powieść drogi. Dowcip polega na tym, że bardzo długo bohaterowie nie wiedzą czego tak właściwie szukają. Gdy już zdobędą tę wiedzę długo nie będą sobie zdawać sprawy jak ważny jest ten przedmiot... Szukając go zapętlają się, krzyżują swoje szlaki z ludźmi tamtych epok, wplątują się w kolejne afery, ale wszystko to najczęściej nie przybliża ich ani o krok do rozwiązania zagadki. Stwierdziłem, że nie będę ich oszczędzał. Kompletnie niewykonalne zadanie, mętne i niekompletne instrukcje, kompletna nieznajomość realiów utrudniająca jakiekolwiek planowanie. Do tego wszystkiego dodałem nadzór ze strony istoty myślącej zupełnie inaczej niż człowiek. W pierwsze kłopoty pakują się już na starcie - drugiego dnia pobytu w obcej epoce.

Po długotrwałym namyśle osadziłem akcję pierwszych tomów w roku 1559-tym. Wydaje mi się że grzebiąc w źródłach dostrzegłem pewien detal, drobiazg który zapoczątkował cały ciąg zdarzeń a który umknął zawodowym historykom. Nie mam możliwości udowodnienia mojej teorii. Być może jest błędna a przekonanie o jej słuszności wynika z mojej niewiedzy. Publikacja jej mija się z celem – ale na potrzeby powieści jest jak znalazł.

Czasy były brutalne i okrutne i to właśnie chciałem pokazać. Chciałem też pokazać triumf ludzkiego ducha kontrastujący ze zbydlęceniem tamtej epoki. W rezultacie atmosfera książki wyszła trochę bardziej mroczna niż ta do której przyzwyczaiłem moich czytelników. Ale w życiu nie zawsze jest lekko łatwo i przyjemnie.

III

        Pisząc „Operację Dzień Wskrzeszenia” oparłem się na wiedzy zdobytej podczas przeglądania starych warszawskich gazet. Rekonstrukcja rzeczywistości odległej od naszych czasów o stulecie jest prosta. Mamy setki relacji, pamiętników, opracowań. Mamy zdjęcia, pocztówki, gazety rękopisy. Biblioteki pękają w szwach od książek które czytali tamci ludzie. Akcja osadzona w Warszawie pozwala na sprawdzenie tysiecy przydatnych detali.

        Oko Jelenia było podniesieniem poprzeczki. To rekonstrukcja opierająca się na nielicznych informacjach i domysłach. Zdobycie danych, choćby analiza jak wyglądały skandynawskie miasta w roku 1559-tym graniczy z cudem. Książki zakupione podczas wypadów do Norwegii zawierają pewne okruchy informacji. Mam trochę materiału porównawczego. Skleciłem z tego pewną wizję, która być może pomija pewne detale ale jak sądzę z grubsza odpowiada rzeczywistości. Aby oddać realia tej epoki musiałem zagłębić się w tamtą rzeczywistość. Sięgnąć do źródeł archeologicznych i ikonografii. Trzeba było posiedzieć z lupą nad obrazami Breugla choćby po to by wiedzieć jakie miski mogli mieć na stołach. Jakie miski mieli mieszkańcy bogatych Niderlandów. Te w ubogiej Norwegii mogły, ale nie musiały być podobne...

Rozbijałem się wiele razy o mur ludzkiej niewiedzy i zapomnienia. Epoka ta jest kiepsko udokumentowana. Bardzo niewiele można najej temat znaleźć po polsku. Zdobycie planów miast z końca XVI wieku okazało się trudniejsze niż przypuszczałem. Dzieje oporu katolików w Norwegii i rojalistycznego powstania w Smalandii spisali zwycięzcy luteranie – nieszczerość wręcz bije z tych relacji. Pamięć o tamtych ludziach też nie wytrzymała próby czasu.

Nie wszystkie detale którymi dysponowałem pasowały do reszty. Znajomość historii i życia codziennego epoki pozwoliła połatać te dziury. Miłym zaskoczeniem było dla mnie potwierdzenie dwu moich przypuszczeń. Najpierw wszedłem na śliski grunt własnych spekulacji, napisałem opierając się na własnych teoriach a potem wpadła mi w ręce praca naukowa która to potwierdziła...

IV

Podobnie trudno odtworzyć sposób myślenia naszych przodków. Śmieszyły ich zupełnie inne żarty. Co innego budziło ich lęk. Oko Jelenia to także książka o zderzeniu kultur, zderzeniu cywilizacji. Ludziom nam współczesnym przeciwstawiam przedstawicieli aż trzech innych epok. Każę im szukać kompromisu z ludźmi myślącymi inaczej, będącymi produktem zupełni innych warunków życia. Nie głoszę tu hymnu ku czci czasów przeszłych. Pokazuję to co było wielkie i to co stanowiło o upadku. Osiągnięcia techniczne naszej epoki równoważy skarlenie duchowe współczesnych nam Polaków. Niedostatki myśli technicznej epok wcześniejszych wynagradza triumf woli tamtych ludzi pokonujących trudności nawet za cenę swojego życia.

Pokazałem na ile się dało tamtą mentalność. Przede wszystkim tę cudowną bezrefleksyjność działania. Działania konkretnego, zdecydowanego, nieskażonego dylematami epoki romantyzmu. Moi bohaterowie to w większości prości ludzie. Prości ale nie prostacy... Jeśli trzeba złapać szablę i zaatakować demona zrobią to. Jeśli trzeba oddać życie za sprawę oddadzą. Jeśli złożyli przysięgę dotrzymają jej bez względu na cenę.

VI

        Chciałem pokazać epokę inną. Szczęśliwą krainę w której nie ma podatku vat, ZUS-u, obowiązku szkolnego. Gdzie urzędników jest może kilkudziesięciu na kraj. Świat w którym złodziei i bandytów się po prostu wiesza, a granicę przekracza gdzie chce i kiedy chce bez konieczności posiadania jakiegokolwiek dokumentu tożsamości. Ale i świat w którym nie zajmiesz się handlem czy rzemiosłem bez błogosławieństwa wszechwładnego cechu i gdzie za wyznawanie niewłaściwej religii trafia się do piachu.

Świat bez kaloryferów, bez antybiotyków, w którym wszy i pluskwy musisz polubić bo wytępić się ich nie da...

VII

       Podstawowym błędem ludzi piszących powieści osadzone w innych epokach jest tych epok głęboka nieznajomość. Drugi narów to pakowanie do książki wszystkich co bardziej znanych przedstawicieli epoki. Trzeci to opisywanie chwil o niezwykłej doniosłości. Ja postarałem się zrobić to inaczej. Detale sprawdzałem do znużenia. Ze znanych ludzi II poł. XVI wieku bohater spotyka jedynie Heinricha Sudermanna – syndyka Hanzy. W zasadzie nie spotyka. Przez pięć minut jest świadkiem jego obecności na pokładzie statku. A doniosłość chwili? Ja sądzę że w grudniu 1559 roku w Bergen doszło do wypadków które zmieniły historię europy i pchnęły ją na inne tory. Ale tak uważam tylko ja.

*     

Jak zostać pisarzem w 500 weekendów.

Tysiące młodych ludzi pisze siada i zaczyna sobie skrobać. Buduje zdania z nich mozolnie kleci fabułę. Dawniej czytałem sporo takich próbek i próbowałem dawać jakieś rady ich autorom. W tych tekstach, pomijając nieliczne chwalebne wyjątki, jak w soczewce skupiała się mizeria młodego pokolenia. Polska szkoła dawno temu zdeptała, splugawiła i porzuciła swoją misję edukacyjną. Widać to po żałosnym poziomie polszczyzny bijącym z tych u-tfu!-orów. Regularnie natrafiałem na dwa typy prozy. W pierwszym dominowały zdania kalekie i chropawe, potworki gramatyczne, że nie wspomnę o nazbyt twórczym podejściu do ortografii i kompletnym niezrozumieniu interpunkcji. W drugim lśniły jak sztuczne perły zdania gładkie pisane koszmarnym językiem szkolnego wypracowania na poziomie czwartej klasy podstawówki... Ewidentnych niedostatków edukacji polonistycznej autorzy nigdy nie nadrobili ani pracą samokształceniową, ani uczestnictwem w kółkach, klubach czy warsztatach. Potwornie ubogie słownictwo i porażająca wtórność szeregu opowiadań wskazywały też że młodzi tfu!-rcy myśląc o karierze pisarskiej sami nie czytają nic...

Pierwsze zderzenie ze światem literatury, czyli moje uwagi wywoływało rozmaite reakcje. Od bluzgów urażonych „geniuszy”, przez szok i niedowierzanie, aż po kompletne załamanie i histerię. Niektórzy przyjęli uwagi, zadali pytania uściślające i spróbowali coś zrobić ze sobą i swoją pisaniną. Nielicznym udało się gdzieś debiutować. Z dwójki lub trójki może coś kiedyś będzie...

Większość początkujących po pewnym czasie rzuca to w kąt. Inni najczęściej metodą prób i błędów dochodzą do poziomu jako takiego panowania nad językiem. Niektórym wystarcza debiut, jedno, dwa, trzy opowiadania wydane drukiem zaspokajają ich ambicje. Na łamach „Fenixa”, „Fantastyki” i „Science fiction” wiele razy pojawiły się opowiadania-meteory. Intensywny błysk prawdziwego talentu, polot, fantazja. Rodzi się nadzieja na więcej i niestety... Błysnęło huknęło, koniec... Druga sytuacja jest jeszcze bardziej przykra. Ktoś debiutował. Wydał jedną powieść, drugą. Spodobały się czytelnikom. I nagle koniec. Gdy trzeba zacisnąć zęby i zadać trzeci ostateczny cios potrzebny do odniesienia błyskotliwego zwycięstwa pięści kandydata na mistrza ringu nagle opadają..

W tym wyścigu nie wygrają najlepsi. Wygrają ci drugiego sortu, ale za to mrówczo pracowici, wytrwali, cierpliwi. Ci którzy nie poddają się. Nie załamują. Raz potraktowani kijem zajdą od drugiej strony. Walną głową w mur tyle razy że cegły zaczną pękać. Którzy szanują czas, są gotowi wyłączyć telewizor, zrezygnować z drobnych przyjemności i setki godzin poświęcić na żmudne pisanie... I którzy mają odwagę gdzieś to potem wysłać. Którzy po zwycięstwie mocniej zaciągną pasek hełmu i pomaszerują wysadzić w powietrze kolejną linię umocnień. Jeśli nie wyobrażacie sobie setek godzin klepania w klawiaturę odpuśćcie sobie od razu.

Skupmy się na analizie tych którzy przekroczyli próg debiutu i próbują iść dalej. Dobry pisarz powinien odznaczać się wieloma cechami. Na początek zajmiemy się: inteligencją, wiedzą i mądrością. W dzisiejszych czasach te trzy pojęcia używane są praktycznie jako synonimy, zatem trochę rozwinę.

Inteligencja to mówiąc po ludzku bystrość, lotność umysłu umiejętność łączenia faktów, dopasowywania elementów, rekonstruowania zdarzeń i warunków w których zaszły na podstawie okruchów informacji. Powierzchowna wiedza wyniesiona ze szkoły jest praktycznie nieprzydatna. Bohaterowie nie będą gadali o obliczaniu procentów masowych ale jak przygotować litr nitrogliceryny. Bryła sztywna zsuwająca się po płaszczyźnie obejdzie ich tyle co zeszłoroczny śnieg – oni muszą się zmagać z paradoksami lotu z szybkością nadświetlną. Od fizjologii okrytozalążkowych ważniejsza będzie anatomia mamuta... Mądrość przydatna przy pisaniu to często płynąca z wieku i doświadczenia chłopska umiejętność spojrzenia na drugiego człowieka i trafnego odgadnięcia jego intencji. Mądrość to także umiejętność znalezienia możliwie najlepszego wyjścia z sytuacji. Jak się słusznie domyślacie najlepiej jest gdy te trzy cechy występują łącznie i w stanie pewnej delikatnej równowagi.

Człowiek inteligentny jest też zazwyczaj dociekliwy. To kolejna ważna cecha. Z dociekliwością nierozerwalnie wiąże się empatia. Umiejętność wczucia się w drugiego człowieka jest kluczem do zrozumienia jego uczuć i do pokazania ich w prozie. Czego oczekujemy po lekturze? Humorystyczna ma nas rozbawić. Ta poważniejsza o czymś opowiedzieć, może nawet czegoś nauczyć. W praktyce wszystko sprowadza się do symboli i przedmiotów. Do odczytania śladów tych którzy byli przed nami. Do chwili refleksji nad tym kim byli skąd przyszli dokąd odeszli i co czuli. Pisarz po prostu musi wiedzieć jak się coś robi, jak co działa, co się przy tym czuje. By przekonująco opisać życie kolejarzy powinien zajrzeć w bebechy lokomotywy i do ich skrzynki z narzędziami. Dociekliwość i empatia popychają nad go gromadzenia doświadczeń. By opisać marsz zesłańców za Bajkał należy przejść jednorazowo chociaż ze czterdzieści kilometrów. By krasnoludzki piknik w górach wypadł realistycznie należy przespać choć jedną noc w lesie przy ognisku... Dla rozszerzenia horyzontów warto popracować fizycznie w różnych zawodach. Poznać narzędzia, materiały, poobserwować jak stary cieśla nacina „zamki” na belkach. Zapytać kowala po co w kowadle ta kwadratowa dziurka...

Ta sama cecha nakazuje szukać przydatnych detali w miejscach zgoła paradoksalnych. Nie mówię tu o oczywistościach – np. analizowaniu starych obrazów dla zbadania czy w roku 1559-tym na stołach mogła pojawić się kiełbasa. Nie mówię o czytaniu tysiącstronicowych monografii „o semigalo-kurlandzkiej polityce kolonialnej w świetle sporu mocarstw na Wschodnich Karaibach” czy „zaniku Walonów jako odrębnej grupy etnicznej uchwytnej w materiałach etnograficznych”. Czasem wystarczy coś prostszego. Wszyscy znacie wierszyk o małpie w kąpieli. Czy zastanawialiście się kiedyś jakie niesie informacje o epoce? Przypomnijcie sobie, albo poproście młodsze rodzeństwo aby pożyczyło wam na chwilę książeczkę. Gotowi?

A zatem: W bogatych domach (Aleksander Feredro był hrabią) trzymano duże małpy jako zwierzątka pokojowe. Skąd wiemy że duże? Kapucynka utonęła by w wannie, chodzi zatem o zwierzę które stojąc na dnie jest w stanie bez kłopotu sięgnąć kranu i któremu przynajmniej głowa wystawać będzie nad powierzchnię. Które nie boi się wody głębokiej na 40-50 cm. Kąpano się w dzień - jest jasno skoro małpa „widząc panią”. Rankiem noszono na głowach czepce („wziąwszy pański czepiec ranny”). Nie wiemy niestety czy małpa czepiec założyła, zatem nie poznamy precyzyjnie wielkości jej czaszki. Używano prześcieradeł kąpielowych. Dysponowano niedużymi przenośnymi lustrami. („prześcieradło i zwierciadło”) Armatura zasadami działania była zbliżona do dzisiejszej („dalej kurki kręcić żwawo”) i dostarczała wody zarówno zimnej jak i ciepłej, a wręcz gorącej („gwałtu piecze”). Nie stosowano perlatorów ani sitek u wylotu kranu. Znamy też jego przybliżoną średnicę („skąd ukrop ciecze - tam palec wsadzi”). Wanny ustawiano zapewne w sporych pokojach kąpielowych widnych („dalej w okno, szust uciekła”) i nieźle umeblowanych („wlazłszy pod stół”). Rozumiecie? Jeden pozornie błahy wierszyk i już wiemy jak wyglądała sprawa higieny osobistej konkretnej warstwy społecznej około roku 1840-tego. Ale tu akurat wszystko co chcemy wiedzieć podane jest jak na tacy.

Dociekliwość i empatia to także umiejętność dogłębnego odczytania informacji rozproszonych. Pies który kiedyś trafił do mojego domu został znaleziony w lesie. Z jego zachowań wydedukowałem bardzo wiele. Mieszkał kiedyś na drugim piętrze budynku. (wchodząc po schodach odruchowo skręcał). Nie było tam windy. (nie wiedział co to jest i panikował). Nie był tresowany. Chodził na smyczy, ale był przyzwyczajony do kagańca. Podkarmiano go czekoladą. (raz zwędził nam całą tabliczkę). W jego pierwszym domu była wódka i zapewne awantury na tym tle (zaraz na początku jak piliśmy z Ojcem po kieliszeczku nalewki pies schował się w kąt). Po tym jak parę razy wyrywał się na spacerze domyślam się, że mieszkał u ludzi którzy mieli trójkę dzieci. (reagował na grupki o charakterystycznym wyglądzie: dwójka starszych i towarzyszący im maluch) A jego właściciele byli to wyjątkowi łajdacy bo tak fajnego psa tłukli czym popadło (panikował na widok kilku różnych przedmiotów), a potem wyrzucili.

Brak oczytania to jedna z paskudniejszych wad niedoszłego szermierza pióra. Brak znajomości klasyki gatunku mści się straszliwie i malowniczo przy tym. Młody człowiek przeczyta cztery ksiązki na krzyż, obejrzy parę filmów i przekonany że zjadł wszystkie rozumy siada do pisania... I niestety efekt jest zazwyczaj taki że spod cienkiej i wyświechtanej kołderki fabuły wystaje potem różdżka Harrego Pottera lub kły wampira Edwarda... Albo okazuje się że wymyślone w pocie czoła opowiadanie napisał już dwadzieścia lat temu Feliks W. Kres i w dodatku zrobił to lepiej. Piszący-bez-oczytania nie jest w stanie wrzucić celnej aluzji, ani złośliwie sparodiować jakiegoś wątku – bo po prostu nie zna. Nie odwoła się do klasyki, jego bohaterowie będą gadali nudno, a czytelnik oczekujący puszczenia oka zamiast tego zobaczy kułak zaciśnięty w figę.

 

Podsumowanie dla niekumatych. Siedem cnót dobrego pisarza to: pracowitość, inteligencja, wiedza, mądrość, dociekliwość, empatia, oczytanie. Brak choćby jednej oznacza że powinniście zając się czyś innym.

*

O domkach.

Trzykrotnie odwiedziłem Skandynawię. Obok korzyści naukowych które zaprocentowały w prozie przyjrzałem się także temu jak żyją tam ludzie. Przypatrzyłem się ich domom i domkom. W jednym nawet byłem wewnątrz. Widziałem Szweda który naprawiał ścianę, widziałem budowę domu z gotowych detali w norweskim Bodo... Odwiedziłem dawne dzielnice marynarskie w Stavangerze i Kalmarze. Zobaczyłem małe domki wzniesione na ruinach średniowiecznego Visby. Chałupki często maciupkie, ale śliczne i zadbane. Najeździłem się też do upojenia po polskich wsiach i miasteczkach. Byliśmy od Szwedów ewidentnie bogatsi – nasze chałupy są większe a wokół zazwyczaj zamiast ogródków widzi się istny chlew... Jak kraj długi i szeroki straszą tez ohydne klocki – pamiątka epoki przejadania gierkowskich kredytów... Bywałem na Ukrainie i po zachodniej stornie granicy. Patrzyłem, zazdrościłem lub współczułem a jako dobry patriota dumałem też co z dobrych rozwiązań można dawnym wrogom zaiwanić.

Młody człowiek myślący poważnie o życiu ma proste nieskomplikowane marzenia. Mały domek albo mieszkanie umeblowane w miarę trwałymi sprzętami. Telewizor lub regał z książkami ulubionych autorów, ewentualnie kominek i parę groszy by można żonę czy dziewczynę zabrać czasem na wakacje. Gdzieś pod koniec studiów rodzi się też potrzeba płodzenia dzieci i sadzenia drzew.

Jeśli rozejrzymy się wokół dostrzeżemy trzy rodzaje młodych ludzi. Pierwsi posiadają biednych rodziców i nie mają na szans na własne lokum (chyba że babcia staruszka będzie tak miła i szybko wyciągnie nogi) . Drudzy mają dzianych rodziców i jest szansa, że u progu dorosłości dostaną coś takiego w prezencie. Trzeci startują od zera, ale mają ambicje i pomysły, więc wypruwając z siebie żyły po kilkunastu latach takiego domku się dorobią. Tylko zanim siądą przed kominkiem we własnym domku przestaną być młodzi a prawdopodobnie stuknie im czterdziestka. Takie są realia... Z czego wynikają? Głownie z wielopiętrowego kłamstwa, które niczym smoła przenika nasze życie, utrudnia poruszanie się, pracę, myślenie...

Co składa się na cenę takich marzeń? By postawić dom trzeba mieć odpowiednią działkę, zgromadzić materiały budowlane, przejść w urzędach drogę przez mękę uzyskać bodaj szesnaście różnych pozwoleń. A potem wystarczy pozapieprzać kilka miesięcy z kielnią...

Zacznijmy zatem od początku. Pierwszym oszustwem są ceny gruntów. Działka budowlana kosztuje nieziemskie pieniądze, często kilkaset złotych za metr kwadratowy. Tymczasem jeśli rozejrzymy się wokoło bez trudu dostrzeżemy w naszych miastach setki hektarów nieużytków. Obok wypatrzymy ogródki działkowe, a nawet pola uprawne. Nieużytki to przeważnie własność państwa. Władzuchna kochana nie wykorzystuje ich, nie planuje zagospodarować, jak pies ogrodnika sama nie ugryzie innym nie da. Ogródki działkowe to folwark udzielnych książąt – prezesów. Są to często osobnicy mentalnie i towarzysko zakorzenieni głęboko w PRL, sprawujący swe funkcje dożywotnio a bywa że dziedzicznie. Przypomnijcie sobie jak swego czasu zareagowali paniką na podjęte przez PiS próby uwłaszczenia na tych gruntach dotychczasowych użytkowników... Co do pól uprawnych w miastach – władza często nie pozwala ich odrolnić lub nalicza ze tę „łaskę” horrendalne opłaty adiacenckie. Ale gdy przychodzi co do czego bez mrugnięcia okiem wywłaszcza właścicieli płacąc im odszkodowania jak ...ze grunty orne – czyli marne gorsze za tereny warte później miliony. W dodatku w wielu miastach obowiązują przepisy wymuszające zakup dużych działek. Nie można kupić spłachetka 200 metrów kwadratowych by postawić na tym chałupkę o powierzchni 30 metrów i mieć obok kawałeczek ogródka. Wymusza się raczej zakup latyfundiów po minimum 600 metrów. Ingeruje się także w samą koncepcję zagospodarowania. Przytulenie budynku do jednej z granic działki jest możliwe w zasadzie tylko w przypadku budowy bliźniaka ergo: dogadania się z sąsiadem w sprawie jednoczesnej inwestycji. Czyli de facto wymusza się zakup działki znacznie większej niż realna potrzeba. To pierwszy próg który dla wielu jest nie do przeskoczenia.

Sytuację uzdrowiły by cztery proste posunięcia: zniesienie debilnych podziałów na grunty rolne i budowlane. Uwłaszczenie dotychczasowych użytkowników ziemi. Wyprzedaż zbędnych nieużytków i zniesienie barier biurokratycznych. Milion małych przytulnych domków na 300 metrowych działkach? Potrzeba na to raptem 300 kilometrów kwadratowych. Jeden promil powierzchni naszego kraju...

Niestety polscy urzędnicy zapomnieli już dawno że powołani zostali do służby i pomocy ludziom. Biurokracja stała się złośliwym nowotworem a na dobrą sprawę wobec pracowników urzędów należałoby zastosować totalny ostracyzm towarzyski, jak wobec konfidentów podczas okupacji. Zdecydowania większość przepisów nie posiada uzasadnienia poza darciem z ludu kasy i zmuszaniem obywateli do wykonywania rytualnych pokłonów przed molochem urzędu.

W dawnych czasach budowa domu nie nastręczała trudności. Biedak szedł na pagórek za wioskę, nakopał gliny, przywiózł taczką, zmieszał z sieczką, wyciął w lesie trochę żerdzi, ułożył dwie deski jako szalunek i między nie udeptywał materiał. Potem z żerdzi zrobił konstrukcję dachu, pokrył strzechą z własnej słomy, pomalował ściany wapnem i po najdalej paru tygodniach roboty miał solidną lepiankę, w której można było przetrwać nawet ciężkie mrozy. Wojna, pożar, czy inna klęska nie były problemem. Po prostu szło się po nowe żerdzie deski i słomę, część gliny z poprzedniej chaty wtórnie wykorzystywano i kleciło się nową lepiankę. Bogatsi mieszkańcy wznosili chaty z drewna. Najbogatsi szykowali długie drewniane koryta, ubijali w nich glinę, wyrównywali strychulcem, cięli na cegiełki, wypalali je w stosach lub budowali piece. A potem wznosili murowańce. Z zaprawą też nie było kłopotów. Gdy wieśniakowi rodził się syn, zapobiegliwy ojciec wypalał odpowiednią ilość wapna i zakopywał w ziemi by lasowało się 20 lat aż potomek ożeni się i będzie budował dom.

Trzecie oszustwo to ceny materiałów i robocizny. Dziś mamy limity wydobycia windujące cenę wapna i cementu. Cementownie płacą już haracze „na ekologię” gotowe produkty obłożone są VAT-tem. Starzy ludzie pamiętają jeszcze czasy powojennej odbudowy – wiedzą jak ułożyć surowe cegły by zapewnić w prowizorycznym piecu ciąg. Niestety samodzielna produkcja cegły to partyzantka bo glina jako kopalina należy do państwa, a emisja CO2 i unikanie podatku też nie są mile widziane. By we własnym lesie narąbać drzew do budowy domu potrzebne są pozwolenia, a wznoszenie lepianek mimo starań pasjonatów w ogóle zostało zakazane. W efekcie materiały budowlane kupuje się w składach i hurtowniach, a połowę ich ceny stanowią różne podatki. W dodatku państwo zwalcza jak może budowę systemem gospodarczym – nie tak dawno próbowano ...zabronić wznoszenia domów przez ludzi bez uprawnień budowlanych. A od wynajęcia ekipy rąbie się podatek...

Przez ostatnie sto lat dokonał się niewiarygodny postęp technologiczny. Dawne sposoby budowy z cegieł czy bali drewnianych w krajach rozwiniętych odchodzą do lamusa. Domy buduje się w kilka dni z płyt warstwowych (metal – styropian – metal). Bloki zestawia za gotowych modułów. Idzie to szybko i sprawnie. Europa zachodnia i USA dawno odeszły od podpiwniczania – budynki wznosi się na lekko zbrojonej, dobrze izolowanej płycie. Amerykańcy swoje domostwa stawiają wykorzystując na ogromną skalę prasowany papier, dyktę, siding oraz temu podobne surowce. American dream. Każdy może mieć swój dom. Tanio. Chałupa taka po 25-30 latach kwalifikuje się często do rozbiórki ale niemal każdego stać na nową.

Niestety u nas dominują technologie tradycyjne. Częściowo wynika to z mentalności. „Dom musi mieć piwnicę”, „w drewnianych chatach żyją wieśniacy i frajerzy, dom musi być z cegły” etc. Częściowo jednak zastosowania amerykańskich pomysłów zabraniają nam przepisy.

W efekcie własny mały domek na spłachetku ziemi z czegoś normalnego, naturalnego, przyrodzonego normalnemu człowiekowi, stał się dobrem luksusowym. Ile mógłby kosztować domek o powierzchni np. 36 metrów kwadratowych? Przy zastosowaniu tanich technologii i maksymalnym zbiciu cen ziemi przypuszczam, że udało by się zamknąć w 50-ciu tysiącach złotych. Opłatę za grunt można byłoby rozłożyć na lata. Rata kredytu wyniosłaby znacznie mniej niż czynsz płacony za podobnej powierzchni mieszkanie w bloku...

*

Wyzwanie

Sens życia wielu jednostek opiera się na prostej konsumpcji i ślepieniu w telewizor. Ludzkość jest jednak tak skonstruowana że co i rusz rodzi się osobnik któremu to nie wystarcza. Który potrzebuje do szczęścia czegoś więcej. Który potrzebuje wyzwań. Czasem wyrośnie z niego genialny fizyk, który we własnej piwnicy dokona w tajemnicy przed belframi zimnej fuzji jądrowej, albo jeszcze jako gimnazjalista w sekrecie przed befrzycą opublikuje artykuł historyczny w gazecie. Niekiedy aktywność pójdzie kierunku destrukcji i będzie to jedynie mały podwórkowy hitlerek. Najaktywniejsi z aktywnych rozgromią podwórkową i szkolną konkurencję, na studiach zgarną stypendia naukowe i dokonają czegoś naprawdę wielkiego.

A potem przychodzi samotność. Poczucie że bije się w próżnię. Bo czasem ktoś jest genialny do tego stopnia, że w zasadzie nie ma o swoich pracach z kim pogadać. Przed laty Konrad T. Lewandowski snuł przypuszczenia co do romansu Alberta Einsteina i Marii Skłodowskiej-Curie. (ich wieloletnia przyjaźń jest faktem). Według Niego mogli się polubić bo genialny fizyk tylko raz w życiu spotkał kobietę rozumiejącą jego obliczenia...

        Aleksander Macedoński wklepał absolutnie wszystkim. Wrogom, potencjalnym wrogom, sojusznikom którzy coś knuli i tym którzy nie knuli ale mogli knuć w przyszłości. Podbił ludy które żyły zbyt daleko by kiedykolwiek zagrozić Macedonii. W rozpaczliwym poszukiwaniu godnego przeciwnika dotarł prawie do Indii. Gdyby nie kopnął w kalendarz zapewne w kolejnej dekadzie spuściłby łomot Chińczykom, a że byłby nadal jeszcze młody i pełen sił, dziś greckie posągi i ruiny świątyń fotografowałby Wojciech Cejrowski w indiańskich wioskach nad Orinoco.

        Czasem ktoś ma ambitne plany ale geniuszem nie jest. Nie starczy mu rozumu by je odpowiednio przygotować i zrealizować. I zamiast błyskotliwego sukcesu robi się kupa. Napoleon przy swej ambicji podboju świata wyprawił wojska do Moskwy, ale przyzwyczajony do łagodnego klimatu Korsyki nie przewidział że wojakom trzeba dać baranie kożuchy. Nie wiedział też i że przy minus dwudziestu cynowe guziki robią się kruche i zaczynają rozsypywać. Napoleon siedząc na wygnaniu przeanalizował historię kampanii i wyszło mu, że geniuszem strategicznym nikt mu nie dorównał, a przeciwnicy zatłukli go masą. Zatem drapnął z wyspy by spróbować raz jeszcze. I znowu mu wklepali.

Jego śladami poszedł hitler. Wiktor Suworow pokpiwa że nazistowska generalicja nie wiedziała że Związek Radziecki jest duży, nie ma tam autostrad i nie da się czołgami w miesiąc dojechać do Uralu. I Napoleon i hitler nie trafili na przeciwnika równego im geniuszem strategicznym. Ich wojska Rosjanie pokonali mało subtelną ale skuteczną strategią „nas mnogo, motykami ich zarąbiemy a czapkami nakryjemy”. Nec Hercules contra Ruskie...

        Za najczarniejszej komuny mój Ojciec zaczął zbierać znaczki pocztowe. Władza była przychylna filatelistom, ale On zainteresował się pewną szczególną kategorią „lepkich papierków”. Znaczkami carskimi i austrowęgierskimi na których w 1918-ym Ukraińcy ciętymi z dętek pieczątkami wykonali swoje nadruki. W krajach RWPG jakakolwiek pamięć o krótkotrwałym istnieniu niepodległej Ukrainy była starannie plewiona. Zdobycie znaczków emitowanych przez państwo – widmo, bardzo trudne. Zdobył ich kilkadziesiąt. W wolnej Polsce dysponując kasą i potęgą internetu zdołałem w ciągu kilkunastu lat zaledwie podwoić ten zbiór. Mogę posadzić znajomych przed klaserem. Pokazać znaczki opowiedzieć ich historię. Mam kilka kuriozów jak na przykład carski znaczek na którym Ukraińcy nadrukowali tryzuba a generał Wrangel nakrył go swoim nadrukiem... Mam znaczki które jeńcy w SS-Hałyczyna wydrukowali siedząc w obozie jenieckim we Włoszech. Mam inne cuda.

W pewnym momencie zorientowałem się że uprawiam sztukę dla sztuki. Koleżanki ze studiów nie były zainteresowane moją kolekcją. („wpadnij do mnie pooglądamy znaczki”). Koledzy też nie bardzo. Pokazałem sąsiadowi. On mi pokazał swój zbiór – kolekcjonował znaczki drukowane w podziemiu przez Solidarność. Rozstaliśmy się z szacunkiem aczkolwiek jego nie kręciła Ukraina, a ja choć doceniałem trud włożony w zebranie jego kolekcji też nie umiałem jakoś zachwycić się seriami karykatur Jaruzela.

Pokazałem też mój klaser znajomemu Ukraińcowi. Ten dla odmiany nigdy nie interesował się filatelistyką. Wpadł w głęboki zachwyt, aczkolwiek z pobudek zupełnie innych. Dla niego był to kawałek historii kraju, nieomal relikwia narodowa przypadkiem ujrzana nad Wisłą... Czego zabrakło? Co sprawiło że trud stał się jałowy? Wygrałem. Odniosłem zwycięstwo totalne. Zabrakło przeciwnika. Zabrakło kolesia który na widok mojego klasera wyciągnąłby swój.

-Taki z ciebie kozak że zdobyłeś trzydziestoszagiwówkę z polskim nadrukiem wykonanym w Kowlu? Popatrz frajerze, ja mam z Grodna. I kto tu jest debeściak?

-Oż ty skukinsynu! Takiś mocny? A wiesz co to jest?

-Co!? Gdzieś ty łotrze zdobył błękitne Pokucie, szukam tego piętnaście lat!?

        Zwycięstwo rozleniwia i demoralizuje. II RP powstała na gruzach trzech cesarstw. W ciągu pierwszych trzech lat niezależnego bytu wklepała niemcom, Ruskim, Czechom, Ukraińcom, Litwinom a Rumuni sami czmychnęli nie ryzykując starcia. Przez kolejne półtorej dekady smakowano zwycięstwo, nie szukając nowych przygód. Nie rozgromiono prewencyjnie hitlera gdy jeszcze był słabiutki, nie wysłano w 1931 korpusów ekspedycyjnych by poderwać Ukrainę do buntu. Nie odbito Zaolzia siłą. Można było to zrobić ale naszym generałom nie chciało się rozdeptywać krasnoludków. A krasnoludki rosły... Brak konkurencji, lub jej zlekceważenie zabija aktywność. Brak godnego przeciwnika, nieustannie wklepywanie dużo słabszym wrogom może rozbudzić fałszywe przekonanie o własnej wszechmocy i genialności. A potem przychodzi zmęczenie, lub co gorsza nagły zimny prysznic.

Polska fantastyka odniosła miażdżące zwycięstwo na wszystkich frontach. Wklepaliśmy obcym, odbiliśmy rynek, zawładnęliśmy sercami i umysłami czytelników. Szwankuje nam trochę zaopatrzenie, szeregi też uzupełnić trzeba świeżym rekrutem. Musimy jeszcze wylać morze krwi i potu. Trzeba wyprzeć wroga z szańców horroru i fantastyki dla dzieci. Trzeba nakręcić trochę dobrych filmów na podstawie polskiej prozy. Ale wojna jest już w zasadzie wygrana. Za zdziesiątkowanymi hufcami przeciwnika już widać dawną granicę naszego kraju. Jeśli vat nie przewróci rynku za 5-8 lat najlepsi dobiją się nakładów jakie były za komuny.

Nadszedł najlepszy moment na kolejne uderzenie. Ostateczne opanowanie rynku wewnętrznego i ekspansję. Na podbój i kolonizację czekają okoliczne ziemie. Naszą prozę drukują już w Czechach i Rosji. Jednak gdy mówię kolegom po piórze że pora zainteresować się Bułgarią i Ukrainą niemal wszyscy pukają się w głowę. Czują się zwycięzcami a spodziewane zyski w dziwnych walutach jawią się jako grosze nie warte tego by podjąć wysiłek ich zdobycia. Ja patrzę inaczej. Dopiero gdy nasza fantastyka dotrze do Chin, Argentyny i Nigerii przyjdzie pora odwiesić karabiny na kołkach. Na razie trzeba deptać krasnoludki i szukać nowych wyzwań, bliżej i dalej.

*

O czym mówią nam pożółkłe stronice.

Czyli – ku uciesze hipochondryka.

W dawnych czasach, mam na myśli epokę przed wynalezieniem Wikipedii a nawet Internetu, przodkowie nasi czerpali swoją erudycję z mądrych ksiąg. Swego czasu siedząc w czytelni biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego przeglądałem mikrofilmy z rozmaitymi wykwitami intelektu dawnych wieków. Inne bezcenne przepisy znaleźć można w opracowaniach dawnych kalendarzy gospodarczych.

Ot weźmy najprostszy przykład. Żyjemy w epoce świńskiej grypy i podobnych draństw. Władze ewidentnie coś kręcą, globalne korporacje sprzedają jakieś szczepionki, które nie wiadomo czy działają. Media idące na krótkiej smyczy możnych tego świata to straszą to uspokajają. Gazety, własność obcych koncernów, kłamią. Trzeba brać sprawy w swoje ręce. Wydaje mi się, że dla sprawdzenia czy coś nam grozi skorzystać możemy z cennych wskazówek zapisanych przez J.Umiastowskiego już w roku 1591-szym, wprawdzie on miał do czynienia z dżumą, ale moim zdaniem rady te są nadal aktualne...

Powietrze zwykle wkradało się do Polski od strony Turcji i Azji.

Na razie wszystko się zgadza – kolejne zjadliwe szczepy grypy powstają w Chinach i Indonezji, gdzie dzikie ptaki ciągnące wzdłuż rzek wpadają z wizytą na fermy świń, paskudzą do koryt, zdychają i zostają zeżarte i ta drogą przekazują bakcyla ludziom.

        Poprzednie oznaki ukazania się tej srogiej klęski były: ognie napowietrzne, a po nich zaraz następowała mgła gęsta przy mocnych wiatrach od południa i wschodu. Jedną z oznak zewnętrznych było także jeżeli na wiosnę mało dżdżu padało z zimnem, a kwiaty wcześniej niż w czasie właściwym wschodziły.

        Hmmm... A mi ten akurat kawałek przypomina awarię reaktora w Czarnobylu. Wiosna też była tamtego roku bardzo wczesna, ciepła i sucha. Do dziś dzień na Ukrainie ciepły stepowy wiatr od wschodu, nietypowy kolor nieba i lekko żółtawe mgły budzą u ludzi niepokój. Niby nic się nie mówi o kolejnych wyciekach, ale wtedy władze także milczały. Widocznie nie tylko dżuma daje takie objawy pogodowe.

        Najpewniejszym dowodem istnienia powietrza jest następująca próba: zbierano rosę w naczynia i dawano do wypicia psu pragnącemu, jeżeli ten zaraz po tem zdychał, było to niezawodnym znakiem tej klęski.

        Innymi słowy nasi antenaci nie byli tacy głupi. Zdawali sobie sprawę że zjadliwość zarazy można sprawdzić na zwierzętach. Tylko nie mając jeszcze laboratoriów używali zamiast białych myszek tego co mieli pod ręką! A może to i ważne? Zamiast od razu biec do sklepu i kupować świnki morskie sprawdźcie najpierw czy ten wredny pittbull sąsiada nie nadałby się do tego doświadczenia.

W książce opisującej „wielkie powietrze” – epidemię dżumy z roku 1624-tego znalazłem recepturę octu czterech złodziei. Wedle legendy podczas epidemii czarnej śmierci czterej złodziejaszkowie kradli dobytek zmarłych na dżumę, sami jednak nie ulegli zakażeniu. Schwytani przez straże miejskie uzyskali darowanie win w zamian za zdradzenie sekretu receptury zabezpieczającego ich remedium.

        Wziąść pączków świeżych piołunu wielkiego, piołunu małego, rozmarynu, szałwi, ruty, miękiszu, każdego po łótów 3, kwiatu lawendowego łótów 4, czosnku pół łóta, dzięglu 2 łóty, tatarskiego ziela, cynamonu, goździków, muszkatałowych gałek, każdego po pół łóta, octu winnego najtęższego garniec (30 litrów). Te wszystkie preparata pokrajać, potłuc i w szklany gęsior z tym octem pomieszać dobrze zawiązać pęcherzem, i niech przez 12 dni na słońcu stoi a gdyby słońca nie było, to w piasek lub w popiół gorący wstawić i potem mocno przeccedzić i wycisnąć. Dopiero kamfory jeden łót w wódce rozpuścić i do tego wyż wymienionego octu dodać.

[zachowano pisownię oryginału]

Łatwizna. Wystarczy zaopatrzyć się w klucz do oznaczania roślin leczniczych, połazić po łące, wpaść do sklepu AGD po gąsior, odwiedzić sklepik spożywczy dla zakupienia sześćdziesięciu butelek octu i odpowiednich „korzeni”. Warto sobie uświadomić ze większość egzotycznych przypraw jest o wiele dziś tańsza niż w XVI wieku! Co dalej?

        Tym się umywać, na czczo po łyżeczce zażyć. Nos i gębę tym nacierać i zawsze nosić w balsamce przy sobie, dla częstej wąchania sposobności

        Skoro na dżumę pomagało (aż w trzech przypadkach na mendel) więc skorzystajmy a i ptasia/świńska grypa nas nie zmoże! Żydowskie (niechybnie kolejny dowód spisku) balsamki trafiają się na Allegro. Co tam marudzicie? Że ocet żłopany w takich ilościach wątrobę niszczy, a piołun jest trujący? I że za dużo roboty z tym zbieraniem? Spokojnie nie musimy sięgać po przepisy aż tak archaiczne.

Jaskółcze zielę. Zachowuje to zielę od choroby powietrznej. Weźmij tego ziela, ruty, czosnku i gorzałki, utłucz to wszystko społem na miazgę, wyciś z niego sok, dawaj tego soku każdego dnia łyżkę dobrą na czczo z rana, zaczym kto z domu wynidzie.

Tak, zioła SĄ NIEZBĘDNE. Sama gorzałka nie posiada odpowiednich właściwości leczniczych. Ale może choć odrobinę osłabi działanie jaskółczego ziela, którego sok, jak dziś wiemy, wolno stosować wyłącznie zewnętrznie, gdyż jest dość mocną trucizną...

Czasem człowiek wyjdzie na deszcz przemoknie i zaczyna go telepać. Aspiryna? A bo to wiadomo z jakich świństw ją robią?

Wziąć pajęczyny i piołuny tyleż, utłuc to w moździerzu, żeby tego było jak kurze jaje i przylewać do tego octu dobrego i podzielić to na cztery części: jedną przyłożyć na puls prawej reki, druga na lewej ręce, trzecią i czwartą pod podeszwy stóp.

I już niepotrzebne nam produkty korporacji, te wszystkie apapy, gripexy i inne nowomodne wynalazki. Nie pomaga? Nadal nas trzęsie? Zatem pora na kurację poważniejszą.

Gdy mężczyźnie – wieprzowego, gdy białogłowie świńskiego łajna wziąwszy, pieprzu i szafrany przysypawszy, miody przaśnego łyżkę włożyć, w piwie dobrze uwarzyć, a choremu dać pić.

Śmierdzi? Nie ma się czego brzydzić! Zdemoralizowali was farmaceuci syropkami. Lekarstwo nie musi ładnie pachnieć, ma być skuteczne. Cuchnie? To dobrze! Was odrzuca, więc od takiej woni bakterie też uciekną...

        Żołądek i główka to szkolna wymówka. W jednym z kalendarzy wydanym w roku tysiąc osiemset pięćdziesiątym natrafiłem na szczegółowy opis produkcji nalewek uśmierzających ból, a opartych na pewnej powszechnie dziś znanej roślince. Autor najpierw szeroko rozwodził się nad problem jak odróżnić konopię ogrodową od rosnącego w polu surowca na liny i sznury. Następnie przeszedł do szczegółowych opisów pozyskiwania najbardziej wartościowych partii rośliny. Tym razem chyba nie ma sensu stosować się do rad przodków. Od razu widać, że ciemne jak tabaka w rogu były te praćpuny, nie wpadli na to, że marihuana służy do palenia...

I jeszcze na zakończenie cenna rada dla osób starszych wiekiem, a pragnących zachować młody wygląd: Mlekiem suczym głowę i włosy namaczaj; rzecz doświadczona, że takie włosy nie siwieją.

Nie wiedzieliście? Nie uczą tego w szkole? No cóż koncerny produkujące farby do włosów dbają o to by takie informacje nie stały się własnością ogółu. Na pohybel draniom, uzbrojeni w mądrość naszych przodków stawimy dzielnie czoła masonom i iluminatom!

*

Wróćmy do średniowiecza.

Jeśli spojrzymy na mapę naszego kraju ujrzymy tu i ówdzie paskudne pod względem architektonicznym budynki. Są to szkoły - czarne czakramy zła i nienawiści do których przymusem zagnano stada niewinnych dzieci. Tam pod pozorem nauki przekształca się je w cynicznych łobuzów, chamów, degeneratów, narkomanów, dresiarzy i młodocianych bandytów.

Panujący model szkoły jest pokłosiem rewolucji francuskiej i pruskiego militaryzmu. To te dwa zbrodnicze i totalitarne systemy jako pierwsze wyciągnęły łapy po dzieci swych poddanych. Cel był jasny a i twórcy systemów tego nie ukrywali. Chodziło o pranie mózgów, o wtłoczenie w małe główki odpowiedniego oprogramowania i wyszkolenie posłusznego mięsa armatniego przyszłych wojen. Arystokracja i elita były oczywiście z obowiązku szkolnego zwolniona a równolegle budowała własny elitarny system szkolny dostępny tylko dla nielicznych wybrańców.

Po dwustu latach system uległ totalnej wielowarstwowej degeneracji. Szkoła nasza od strony organizacyjnej skrojona jest z totalnym pogwałceniem wiedzy którą daje krzywa Gausa. Jej zadaniem jest wyhodowanie osobnika totalnie zunifikowanego. Dzieciaki zarówno głupsze jak i wybitnie uzdolnione są różnymi metodami naginane do wzorca.

Wiedza przekazywana w szkole już przed 200-ciu laty nie nadążała za aktualnym stanem nauki. Uczniowie szybko zaczęli więc zakładać kółka samokształceniowe i tajne korporacje. Spotykali się by czytać, dyskutować, badać... To swoiste łamanie monopolu szkoły bardzo nie podobało się władzom tak oświatowym jak i policyjnym – czego dobrym przykładem jest zsyłka na Sybir która dotknęła Filomatów i Filaretów. Jedynym okresem kiedy działalność taką w miarę tolerowano było dwudziestolecie międzywojenne.

Od lat nabywane umiejętności od dawna nijak się mają do tego czego oczekują przyszli pracodawcy. Szkolnictwo zawodowe to istny skansen - jest opóźnione o dwie – trzy dekady i produkuje głównie bezrobotnych. Paradoksalnie jeszcze gorszą szkołą jest liceum – produkuje ...maturzystów. Jeśli uczeń takiej szkoły nie ma drygu do samokształcenia, nie zostanie podszkolony przez rodziców, lub nie pracuje w wakacje, w wieku lat 19-tu nie ma żadnego fachu który dałby mu choćby śladowe szanse utrzymania się. Nad wszystkim czuwa grono pedagogiczne złożone z kiepsko opłacanych, często rozpaczliwie niedouczonych, frustratów.

Szkoła nie przekazuje zatem użytecznej wiedzy, przed paroma laty zwolniła się z obowiązku pracy wychowawczej, obecnie dzięki promocji dla jedynkowiczów zwolniła nawet uczniów z konieczności nauki. Z całego systemu szkolnego pozostał już tylko zrytualizowany obowiązek odsiedzenia około 30 godzin tygodniowo w murach wyznaczonych budynków. Wyrok jest długi – teoretycznie każdy musi siedzieć w ławce do ukończenia 18-tego roku życia. Szkoła na naszych oczach stała się totalnym anachronizmem. Anachronizmem szkodliwym, hamującym rozwój tak społeczeństwa jak i jego gospodarki. Nie tylko produkuje ludzi, którzy poza wykutymi formułkami niewiele umieją, ale w dodatku opóźnia wejście masy młodych ambitnych dzieciaków na rynek pracy. A użyteczną wiedzę pozwalającą zdobyć jakikolwiek zawód i tak pozyskuje się na kursach.

Oczywiście wykształcenie jest potrzebne. Ludzie to rozumieją. Stąd m.in. oblężenie które przezywają np. szkoły językowe czy kursy komputerowe. Tak więc na naszych oczach stare formy przegniły a nowe dopiero majaczą na horyzoncie. Sądzę że nadchodzące dwie dekady przyniosą kres tej aberracji. Wrócimy do średniowiecznego modelu nauki.

W dawnych czasach tryb pobierania wiedzy był silnie spersonalizowany. W zawodach rzemieślniczych sprowadzał się do znalezienia odpowiedniego majstra, zapisania się do terminu, odbycia kilkuletnich praktyk. Najzdolniejsi z terminatorów awansowali na czeladników. Z tych rekrutowali się późniejsi mistrzowie. Podobnie było w zawodach artystycznych. Wielcy malarze utrzymywali całą czeredę łebków który mieszali im farby, robili pędzle, gruntowali płótna a z czasem gdy awansowali mistrz powalał im wykańczać swe obrazy. Przy okazji uczyli się fachu. By dostać się na uniwersytet syn szlachecki lub włościański musiał najpierw ugadać księdza proboszcza lub miasteczkowego pisarza by ten wyuczył go czytania, pisania i łaciny. Potem trafiał na uczelnię, by ostateczny szlif przejść indywidualnie pod okiem profesora. Za każdym razem powtarzał się ten sam schemat – mistrz i uczeń, ewentualnie kilku uczniów z pośród których wybierało się najzdolniejszych – na następców.

Popatrzcie teraz ile czasu każdej lekcji belfer poświęca na czynności całkowicie zbędne – sprawdzanie listy obecności, odpytanie 2-3 uczniów, sprawdzenie prac domowych, uspakajanie hołoty etc. Efektywne tłumaczenie zagadnień to najwyżej 15 minut. Na początku lat 90-tych powstające szkoły prywatne i społeczne poszły drogą ograniczania liczby uczniów w klasach. Dla pokolenia wyżu przyzwyczajonego że klasa to 35-40 osobników, grupy 15-20 osobowe były szokiem. Jednak choć można to uznać za krok w dobrym kierunku było to leczenie trądu za pomocą naklejania plastrów... Indywidualne przekazywanie wiedzy jest o wiele bardziej efektywne niż jakiekolwiek formy zbiorowe.

Jak zatem wrócić do średniowiecza? Od dobrych pięciu lat rozwija się w naszym kraju ruch edukacji domowej. Grupa rodziców – zapaleńców zabrała się za samodzielne edukowanie swoich dzieci. Władza oczywiście szykanuje ich jak może z roku na rok zatrzaskując i tak nieliczne furtki które to umożliwiają. Ponadto i sami rodzice trafiają regularnie na rozmaite miny – program nauczania zawiera masy informacji wśród których ciężko się połapać nawet człowiekowi z wyższym wykształceniem.

Traktuję edukację domową jako etap przejściowy. Szkoła przyszłości którą mam nadzieję ujrzeć za najdalej dwie dekady opierać się będzie na wyrafinowanych programach edukacyjnych. Nie wiem czy będzie to już sztuczna inteligencja czy po prostu odpowiednio złożony system udający osobowość. Ważne, że uczeń zabierze belfra ze sobą. W teczce, w postaci implantu, czy choćby wbudowanego w mechanicznego psa. Lekcje dostanie nagrane w postaci wykładów. Komputer przepyta go badając stopień przyswojenia materiału. Wrócimy do edukacji spersonalizowanej. Dostosowanej indywidualnie do możliwości percepcji ucznia...

W większych miastach powstaną muzea edukacji – w dawnych budynkach szkolnych. Będzie można je odwiedzić tak jak dziś zwiedza się średniowieczne lochy czy wystawy narzędzi tortur.

*

O rzeczach ważnych.

Miałem 10-11-12 lat. Wokół królował socjalistyczny syf dodatkowo spotęgowany przerażająco głębokim kryzysem gospodarczym. W telewizji był jeden program, drugi puszczano na parę godzin dziennie. Szczęściarze dysponujący lepszymi odbiornikami i mocnymi antenami mogli przełączyć jeszcze na trzeci kanał i oglądać retransmitowany u nas program radziecki. O magnetowidach krążyły jedynie legendy. Świat, w którym dorastałem był przerażająco szary i obezwładniająco jałowy. Odżywałem na wakacjach. Wojsławice dawały mi przestrzeń. Godzinami kułem sobie w szopie Dziadka ozdoby z grubego drutu. Penetrowałem ruiny hrabiowskiego folwarku. Opukiwałem stare mury szukając skarbów. Buszowałem w miejscach gdzie kiedyś żyli ludzie. Odwiedzałem okopy w lesie. Niebo wisiało wysoko nad moją głową, horyzont krył swoje tajemnice. Brakowało tylko roweru. Niestety w epoce tej nie występowały powszechnie w handlu, a nieliczne składaki oferowane z drugiej ręki osiągały ceny iście paskarskie. Brak środka transportu ograniczał moje zapędy eksploratorskie do kręgu o promieniu około czterech kilometrów. Podobnie jak ja wakacje spędzała wówczas większość dzieciaków. Inni jeździli na kolonie, wczasy pracownicze czy obozy harcerskie.

W czasie gdy dreptałem pylistymi polnymi drogami moi rówieśnicy urodzeni w krajach wolnego świata przemierzali kamperami pół kontynentu, zwiedzali antyczne ruiny, pływali w ciepłym morzu. Zdawałem sobie z tego sprawę. Moja dusza rwała się ku miejscom o których czytałem, z których miałem pocztówki i foldery, a których nie było mi dane zobaczyć, bo takim jak my nie dawno paszportów. Choć naprawdę lubiłem okolice Wojsławic szybko przestały dostarczać mi wyzwań. W żyłach płonął mi niegasnący ogień włóczęgi.

Potem wakacje się kończyły. Trzeba było wracać do naszej ohydnej stolicy, do blokowisk parszywiutkiej warszawskiej Pragi. Traciłem nawet tę odrobinę swobody, którą dawała wieś. Wpadałem w porażająco smutny szkolny kierat. Kilka godzin dziennie spędzać musiałem na bezsensownych dla mnie lekcjach. „Na-pierwszej-stronie-zeszytu-przepiszemy-regulamin-przebywania-w-pracowni-fizycznej”. W weekendy jeździłem na działkę po drugiej stornie miasta lub włóczyłem się z kumplem po wałach kolejowych. Próbowaliśmy identyfikować znajdowane kamienie i gadaliśmy o przeczytanych książkach. To co najbardziej nas dołowało to poczucie bezcelowości egzystencji. Nic z tego co robiliśmy nie było ważne. Pożądaliśmy czegoś prawdziwego. Wyzwań. Celów. Wodzów którzy poprowadzą na wyprawę. Wokół nas nie było nic godnego uwagi. Świat miasta, był zbyt ciasny i nudny. Wyobraźnia szalała szukając ujścia: muzea, Starówka.

Ale najgorsza zaś była świadomość, że to wszystko namiastki. Że nie robimy nic istotnego, ani nie uczymy się niczego przydatnego. Że życie toczy się gdzie indziej. Chciałem być kimś ważnym. Zrobić coś prawdziwego. Dokonać odkryć. Przemierzyć krainy nietknięte stopą białego człowieka. Wejść jako pierwszy do zasypanego przez piaski egipskiego grobowca. Zanurkować wśród raf koralowych. Albo chociaż zdobyć paszport i przepłynąć promem Bałtyk. Zobaczyć tę cholerną Szwecję i jej ogrody zoologiczne.

Możliwości dania upustu tym chęciom, były praktycznie zerowe. Nikt spośród moich krewnych i ich znajomych nie robił nic inspirującego. Nie miałem w pobliżu wynalazców, szalonych naukowców, podróżników. Belfer od pracy techniki organizował dla dzieciarni zajęcia żeglarskie. Faworyzował najgorszych klasowych łobuzów. Może niektórym twardą szkołą naprostował charaktery nim stali się bandytami. Niestety dla mnie i moich „grzecznych” kumpli nie było tam miejsca. Harcerstwo jakoś mnie odrzucało, choć czytałem regularnie „Świat Młodych”. Na wiele rzeczy wówczas dostępnych zwyczajnie brakowało kasy.

By nie zwariować czytałem. Odkrywałem świat książek przygodowych, podróżniczych, historycznych, archeologicznych. Zamiast przeżywać przygody czytałem o tym jak przeżywa je mniej lub bardziej zmyślony bohater. Pochłaniałem historie Pana Samochodzika i Tomka Wilmowskiego. Czytałem jak Maria Skłodowska-Curie wyizolowała z rudy pierwsze 0,1g soli radu. Poznałem dzieje odkrycia Ołtarza Pergamońskiego i badań wraków Niezwyciężonej Armady. O tym marzyłem.

Potem komuna runęła. Nagle można było pojechać np. do Wilna. Szybko znoszono wizy do kolejnych krajów zachodnich. Nagle wolny świat stanął otworem a my staliśmy się jego częścią – tylko taką trochę gorszą i biedniejszą. Niemniej można było wreszcie zobaczyć na własne oczy to o czym dawniej się tylko czytało. Zarobiłem parę groszy i pojechałem. Obejrzałem na własne oczy ogród zoologiczny w Böras. Zobaczyłem zaułki Bergen. Ujrzałem jak fale Atlantyku rozbijają się o skały za kołem podbiegunowym. Z robieniem rzeczy ważnych i prawdziwych też – odpukać - jakoś poszło. Nie wszystko zdołałem zrealizować, ale powoli doganiam swoje szczenięce marzenia.

        My pisarze jesteśmy bandą wrednych i cwanych typków. Aby skłonić Was drodzy czytelnicy do rozstania się z mamoną grzebiemy Wam w głowach. Znamy wasze pragnienia bo sami mieliśmy i mamy podobne. Chcecie zrobić coś nietuzinkowego, ważnego i prawdziwego. Coś stworzyć, zbudować, lub w wielkim stylu coś rozwalić. Zajrzeć za horyzont i po powrocie opowiedzieć o tym innym. Najlepiej oczywiście byłoby dokonać tego wszystkiego w zgranej paczce prawdziwych przyjaciół i z fajną towarzyszką życia u boku. Prawie każdemu dopiekła kiedyś szkoła i na własne oczy ujrzał bezsens edukacji odbieranej w jej murach. Prawie nikt nie chce zostać robolem na budowie, czy kasjerką w przysłowiowej biedronce. Większość z Was szuka możliwości zarobienia paru groszy na swoje marzenia. Multum czuje się stworzone do innej roboty niż ta, którą przyszło wykonywać. Każdy chciałby zdobyć szacunek ciut wyższy niż ma brygadzista wśród kopaczy rowów lub kierownik zmiany w McDonaldzie.

Niestety większość z Was jest i pozostanie niewolnikami. I takim właśnie dajemy do ręki nasze książki. Zawalenie się komuny dało Polakom ogrom wolności. Niestety efekt jest daleki od przewidywanego. Masa ludzi potrafiła skorzystać z tej szansy, ale wielu nie zdołało i już pewnie nie zdoła. Dany im czas spędzą w półśnie, nigdy nie dokonają czegoś Wielkiego. Będą żyli tak jak w czasach, gdy wegetowałem jako pozbawiony paszportu niewolnik czerwonych kacyków. Cisi zamknięci w sobie, z wzrokiem wbitym w książkę lub ekran telewizora i z płonącymi gorączką umysłami. To stworzeni przez nas – pisarzy i reżyserów bohaterowie przeżyją za nich przygody. Pożeglują za horyzont, złupią skarby i zdobędą miłość pięknych księżniczek. Czytelnicy i widzowie zostaną w domach, wprzęgnięci w kierat codzienności.

Liczę jednak, że dla jakiegoś procenta zakompleksionych nastolatków, studentów a może i dorosłych to co napiszę będzie jak ładunek dynamitu odpalony pod czaszką. Że się obudzą. Zmienią. Wyprostują zgarbione plecy, wyłączą telewizor, odłożą książkę na półkę. I powiedzą sobie: pora zacząć. Jeden pojedzie do Omanu szukać na wapiennej pustyni meteorytów. Inny poleci rozminowywać afgańskie pola minowe. Jeszcze inny w przypływie intuicji wbije łopatę w ziemię i historycy będą musieli napisać swoje dzieła od nowa.

Życzę Wam przebudzenia. Życzę by każdy w Was zrobił w życiu coś ważnego albo przynajmniej prawdziwego.

*

Requiem dla żarówki.

W ubiegły czwartek, korzystając z tego, że znajoma wybiera się autem na większe zakupy, pojechałem do duuużego supermarketu. Żonka naszykowała mi listę zakupów, ja dodałem do niej tylko jedną pozycję. Żarówki. Planowałem zakupić sto żarówek stuwatowych. Niestety, przy odpowiednim regale ze smutkiem skonstatowałem, że spóźniłem się haniebnie. Wykupili. Będę zatem musiał oszczędnie gospodarować tymi czterdziestoma, które zgromadziłem wcześniej...

        Ludzkość w poszukiwaniu tanich i wydajnych źródeł oświetlenia przeszła długą drogę. Zaczynała od smolnych szczap, łuczywa, pochodni. Potem nauczyła się kręcić świece z wonnego pszczelego wosku. Z czasem postęp nadał urządzeniom oświetleniowym wykwintną formę. W starożytnych Pompejach znajdujemy zarówno kaganki, jak i eleganckie latarki z walcowatym szklanym kloszem oprawianym w brąz. Przez następne 1800 lat w zasadzie nic się nie zmieniło. Smolne szczapy dla biedaków, lampy oliwne lub olejowe dla bogatszych, woskowe świece dla bogaczy...

        Aż nastał wiek XIX, epoka pary i elektryczności... Najpierw udało się wyizolować parafinę. Pojawił się tani zamiennik wosku i cena świec gwałtownie spadła. W ostatnich dekadach stulecia Łukasiewicz wielki zwolennik destylacji ropy stworzył pierwsze lampy naftowe. Nafta paliła się lepiej niż oliwa i była znacznie tańsza. Nastąpił niezwykły skok cywilizacyjny. Nagle oświetlenie stało się niedrogie i powszechnie dostępne. Jednak i konkurencja nie zasypiała gruszek w popiele – niebawem w wielu miastach zabłysło oświetlenie gazowe, zarówno w postaci lamp ulicznych jak i urządzeń domowego użytku.

        Pamiętacie powieść Julesa Verne „W osiemdziesiąt dni dookoła świata”? Służący Fileasa Fogga wyruszając w podróż zapomniał zgasić taką lampę. Urządzenie było najwyraźniej fantastycznie bezpieczne i przyjazne dla użytkownika - gdy obaj wrócili po osiemdziesięciodniowej wyprawie dom nadal stał, tylko rachunek dostali słony.      

Widziałem podobne urządzenie. Miałem siedemnaście lat. Za oknami właśnie budowano pseudokapitalizm III RP. Złożyłem wizytę koleżance z klasy mieszkającej kątem u dziadka - właściciela dużego mieszkania w bardzo starej kamienicy. W przedpokoju na ścianie wisiał carski jeszcze aparatus do oświetlenia gazowego. Maszynka posiadała otwór na monety ćwierćkopiejkowe. Po wrzuceniu takowej urządzenie emitowało określoną liczbę stóp sześciennych gazu. Przed wiekiem, raz w miesiącu przychodził inkasent z kluczem, otwierał kasetkę i wygarniał pieniążki. Maszynka którą oglądałem zapewne była nadal sprawna. Rura prowadząca do niej dawała po postukaniu wydawała głuchy dźwięk – być może znajdowały się w niej jeszcze resztki carskiego jeszcze gazu oświetleniowego. Niestety nie wiedzieliśmy wówczas, jaką monetę należy wrzucić do otworu...

        Nawet dziś w Warszawie opodal Łazienek utrzymywana jest (głównie dla turystów) niewielka liczba latarni gazowych.

        Oświetlenie gazowe miało swoje pięć minut i już odeszło w zapomnienie. Zaczęła się epoka żarówek. Dziś za odkrywcę żarówki uchodzi Thomas Edison. Prawda jest jednak bardziej złożona. Jednocześnie nad tym wynalazkiem pracowało kilka zespołów. Rosjanin Jabłoczkow stworzył własne lampy. W szklanych bańkach świecił łuk elektryczny. Od 1860-tego roku Swan produkował własne żarówki. Były trochę niewygodne w użyciu – należało najpierw podgrzać żarnik zapałką potem puścić prąd i gdy urządzenie zaczynało świecić nakryć żarzące się druty szklanym kloszem i włączyć pompkę odsysająca powietrze. Udoskonalał je latami i wreszcie pierwsze zdatne do codziennego użytku, produkowane na skalę przemysłową, trafiły do sklepów w 1878 roku – rok wcześniej niż Edison opatentował swoją.

        Oczywiście i Polacy nie gęsi... Inżynier Rychnowski udoskonalił wynalazek Jabłoczkowa i lampy łukowe jego konstrukcji rozjarzyły gmach sejmu Galicyjskiego. Dziś mało kto pamięta że był to pierwszy elektrycznie oświetlony parlament Europy. Nad żarówką pracował też Jan Szczepanik. Z tego co usłyszałem od prawnuka wynalazcy pech chciał że podłączywszy do niej raptem 50 volt uznał iż wynalazek ten nie ma przyszłości i napisał o tym do swego przyjaciela ...Edisona. Następnie obaj panowie bardzo się pokłócili i zerwali kontakty.

        Oczywiście elektryczność nie wygrała od razu. W moich zbiorach rozmaitych curiosów znajduje się lampka rowerowa należąca kiedyś do mojego dziadka Aleksandra. Wyprodukowano ja w Niemczech w latach dwudziestych lub trzydziestych. Był to kolejny krok naprzód w dziedzinie oświetlenia. Lampka pracowała na karbid.

        Jak działała? Do dolnego zbiorniczka zsypało się kilka łyżek karbidu. Do górnego nalewało wody. Specjalne pokrętło regulowało przepływ wody. W reakcji z karbidem wydzielał się acetylen, który doprowadzony specjalną dyszą ulatniał się w klatce reflektora. $$$$$ Wystarczyło go podpalić, zamknąć osadzone na zawiasiku szkiełko i już można było wytaczać welocyped na drogę. Zamierzam ją uruchomić problem tylko w dostępie do karbidu... Lampka karbidowa w przypadku nieumiejętnego obchodzenia się może oczywiście efektownie eksplodować, ale w użyciu i tak była łatwiejsza niż przedwojenny akumulator w postaci stulitrowej beczki kwasu...

        W roku bodaj 1936-tym zaczęła się epoka elektryczności w moich rodzinnych Wojsławicach. Dwaj młynarze Miącz i Baranowski puścili w swoich młynach agregaty prądotwórcze. Elektryczności nie starczyło dla wszystkich chętnych, do młynów podłączono zaledwie po kilka gospodarstw. Pierwsze żarówki które rozświetliły mroki wojsławickich nocy miały oszałamiającą moc 5 wat. Zaraz potem nadeszła wojna i trzeba było na niemal dekadę wrócić do epoki przedelektrycznej...   

        W czasach przedwojennych pojawiły się też pierwsze latarki elektryczne. Jedna z nich opisana jest w powieści „zapiski oficera armii czerwonej”. Z powodu horrendalnych cen baterii producent wyposażył latarkę we własną prądnicę. Idąc należało zaciskać ją w dłoni, Ruch odpowiedniego wichajstra dostarczał prądu żaróweczce. Mój Ojciec wspomina że gdy po wojnie pojawiły się „bateryjki” prawdziwym problemem było ich zasilanie. Baterie były niemal nie do zdobycia. Próbowano je zatem regenerować domowymi sposobami np. przez podgrzewanie na piecu. Cóż, gdy byłem mały horrendalne ceny baterii do zegarków elektronicznych popychały nas do prób ładowania ich za pomocą płaskich baterii 4,5 volt.

Żarówki przez kilkadziesiąt lat panowały niepodzielnie. Ale cóż, konkurencja zaczęła kombinować.  Byłem mały gdy Rodzice sprawili sobie pierwszą małą świetlówkę. Wisiała przykręcona do półki wiszącej w kuchni. Używali jej rzadko i niechętnie dawała dziwne, ostre i białe światło. Mi się podobała. Była czymś zupełnie innym niż zwykłe żarówki. Wydaje mi się że jej obudowa nadal przykręcona jest do spoczywającej w piwnicy półki...

        Za oknem panował przepowiedziany przez Orwella rok 1984-ty gdy w szkole nieoczekiwanie zaczęto wymieniać oświetlenie żarówkowe na jarzeniówki. Pamiętam, że sarkali na to nawet nasi nauczyciele, twierdząc ze od tego draństwa psuje się wzrok i boli głowa. Dla nas – łobuziaków z Pragi wyciągnięte ze śmietnika przepalone jarzeniówki były skarbem. Rzucona z wału na kamienie szklana rura efektownie wybuchała. Przypomnę tyko dla porządku że petardy w tej epoce nie występowały w handlu.

        Ukończywszy szkoły przez dłuższy czas nie miałem do czynienia z jarzeniówkami i temu podobnymi wynalazkami. Oczywiście widywałem je w sklepach. Aż wybiła godzina gdy postęp po raz pierwszy pokazał zęby. Zdarzyło mi się robić regał u Teściów. Już wcześniej widziałem u nich żarówkę „energooszczędną”. Teraz musiałem w jej świetle wykonać niezbyt skomplikowaną czynność montażu półek na kostki Stanleya.

        Wymiękłem. Nie dało się. Dziwne rozproszone światło, nieostre cienie... Nie trafiałem śrubkami w dziurki. Wszystko mi się gubiło. Zacząłem łapać ostrego doła. Wreszcie wysłałem żonę do sklepu AGD po normalną żarówkę i w przyjaznym żółtym świetle dokończyłem zadanie.

Wiosną bieżącego roku dowiedziałem się iż żarówki stuwatowe od września znikną z handlu. Poszedłem do marketu i kupiłem pierwszą partię - kilkadziesiąt sztuk. Czułem przy tym frustrację. Przypomniałem sobie bowiem dzieciństwo – ponurą epokę bezpośrednio po zniesieniu stanu wojennego. Wieczny niedobór wszystkiego i kupowanie na zapas... I wtedy po raz pierwszy poczułem szwindel.

Zasadniczo uważam, że oszczędność jest cnotą. Pal diabli czy jest efekt cieplarniany czy nie, termoizolacja budynków, ograniczenia emisji toksycznych dymów i rozsądne korzystanie ze źródeł energii wydaje mi się sensowne. Jednak żarówki energooszczędne nie trafiają mi do przekonania. Dlaczego? Do tej pory kolejne rodzaje oświetlenia okazywały się lepsze i tańsze. Do tej pory nie były potrzebne żadne nakazy, zakazy etc. Po prostu nowe źródło światła w kilka – kilkanaście lat wykańczało poprzednie odsyłając je na śmietnik historii. Były to procesy całkowicie naturalne. Lepsze jest wrogiem gorszego. Tańsze jest wrogiem droższego. A tu nagle decyzją polityczną znika z półek legalny do niedawna towar...

        Cicho i dyskretnie pozbawiono nas żarówek 250 i 150 vat. Dziś w niebyt odchodzą żarówki o mocy 100 wat. Niemcy masowo wykupują także te słabsze. Zabija się je przepisem, by na ich miejsce wprowadzić nowe – gorsze i droższe. Mam mały zapasik żarówek o zakazanej już mocy. Mam nadzieję, że wystarczy mi ich do czasu, gdy głupie przepisy stracą swą ważność.

*

Leśna mogiła.

Prusacy przybyli do Wojsławic głównie z Pomorza. Nie przynieśli nam wolności. Przyszli tu tylko po to by na naszej ziemi bić carskich i wydzierać im terytorium. Rosjanie oczywiście nie zamierzali łatwo oddać bogatego kraju, który ich dziadowie zdobyli na wojskach Napoleona, a i ojcowie by łup utrzymać nie szczędzili wysiłków tzn. utopili we krwi dwa polskie powstania. Pech chciał, że dalecy kuzyni kajzer i car konflikty rodzinne i wzajemne pretensje postanowili wyjaśniać właśnie w naszej okolicy.

Wojsławice leżą w dolinie. Miasteczko wzniesione głównie z drewna, choć otoczone łąkami, bagnami i ciekami wodnymi nie nadawało się na punkt oporu. Rosjanie okopali się więc na skraju lasu, do budowy umocnień zaganiając miejscowych chłopów. Prusacy przygotowali stanowiska na przeciwległych wzgórzach. Mieszkańcy przeczuwając co się święci zabrali resztki dobytku i pospiesznie opuścili okolicę umykając do krewnych i znajomych mieszkających po wsiach na południe i na północ od miasteczka. Żydzi nauczeni tysiącletnim doświadczeniem różnych pogromów też zebrali co mieli i czmychnęli daleko w głąb Wołynia. Wrócili dopiero po roku.

Zaczęła się jatka. Dwie obce armie starły się zatem niczym dwa rottweilery zwarte się w walce o smakowity kawał mięcha... Ogień artyleryjski obu zwaśnionych stron błyskawicznie obrócił miasteczko w perzynę. Na zdjęciu z sierpnia 1915-tego widać charakterystyczny las kominów pozostałych po doszczętnie spalonych drewnianych domach. Idąc do kolejnych szturmów na Białą Górę Prusacy stratowali naszym przodkom zboża akurat w porze żniw. Szrapnele wyrwały leje w kartofliskach. Krew splamiła rosnący len... Krowy, kozy, świnie, drób jedni i drudzy wyłapali i zżarli, czasem dając groszowe odszkodowanie.

Przełamanie doskonałej obrony doborowych oddziałów syberyjskich, wspartych przez kilka sotni półdzikich kozaków z Kaukazu i artylerię zajęło trzem pruskim dywizjom dwanaście dni. Jeszcze dzień czy dwa broniło się carskie refugium ukryte w głębi lasu. Prusacy bitwę wygrali, ale zwycięstwo okupili bardzo drogo. Z tych którzy przyszli tu walczyć „za cesarza Boga i ojczyznę” półtora tysiąca zostało tu na zawsze. Ci którzy przeżyli starcie pod Wojsławicami też nie mogli uważać się za wybrańców losu. Na szlaku bojowym nim zdobyli Chełm pokonać musieli tego lata jeszcze cztery podobne pasy umocnień.

Tymczasem jednostki tyłowe trochę „posprzątały”. Ściągnięto zwłoki swojaków i zgodnie z odwieczną wojenną tradycją pogrzebano w długich masowych grobach, na zdobytej pozycji - za przysiółkiem Zarowie. Cmentarz działał długo. Jeszcze przez kilka tygodni w szpitalu polowym w Hucie umierali ranni. Zwłoki „carskich” zwycięzcy zostawili tam gdzie padli. Mieszkańcy część złożyli na cmentarzu parafialnym, reszta pozostała na wieczną wartę w okopach, których nie zdołali obronić. Wojska pruskie i C.K. zająwszy naszą gminę zajęły się głównie rabunkiem. Położono linię wąskotorówki by sprawniej wywozić łupy. Kartofle, zboże, drewno z hrabiowskich lasów. W 1918-tym na stacji kolejowej nasi rozbroiwszy okupantów przechwycili cały pociąg rozmaitych dóbr gotowych do wywózki.

W latach międzywojennych na cmentarzu nie działo się wiele. Kilkoro mieszkańców gminy dogadało się z Volskbund Deustche Keiegsgraberfursorge – Ludowym związkiem opieki nad niemieckimi grobami wojennymi. Ta pożyteczna i istniejąca do dziś organizacja co jakiś czas przysyłała z Berlina dyspozycje. „W dniu takim to a takim proszę wykonać wieniec z gałązek świerkowych i złożyć na mogile konkretnego Franza czy Hanza spoczywającego w grobie numer..., a za tę przysługę przesyłamy w imieniu jego rodziców złotych polskich osiemnaście” (czyli przyzwoity tygodniowy zarobek ówczesnego belfra).

Gdy po ćwierćwieczu na te tereny wkroczyli hitlerowcy zagonili mieszkańców do uporządkowania cmentarza. Poprawiono ogrodzenie, nadsypano zapadające się groby. W naszym kościele niemiecki kapelan odprawił mszę. Inicjatorem prac był ponoć nazistowski oficer, którego ojciec był tam pogrzebany i który jak głosi miejscowa legenda kilka lat później poległ w starciu z Ruskimi niespełna kilometr dalej. Coś może być na rzeczy. Zwłoki kilku hitlerowców zabitych na polach osady w marcu ’44 litościwie przewieziono i pogrzebano wśród pobratymców. Być może spoczął tam też pechowy szkop, który pobłądził podczas odwrotu, a któremu moja Babcia wpakowała niemal z przyłożenia sześć kul w plecy.

Czasami zatriumfuje na tej ziemi sprawiedliwość. Trzydzieści lat po tym jak Prusacy z Pomorza spalili Wojsławice przez ich wsie i miasteczka przetoczyły się polskie oraz sowieckie czołgi, w tym jeden kierowany przez mojego Dziadka. Daliśmy im popalić. Odwet który polscy chłopi brali za pięć lat mordów gwałtów i rabunków był straszliwy. Krew zmywano krwią. Za krzywdy płacono kulą. Na szlaku bojowym II Armii WP mój znajomy „detektorysta” znalazł pod ściółką z rowie rządek dwunastu niemieckich hełmów – każdy z czaszką nadal tkwiącą w środku.

A u nas zapanował spokój. O leśnych mogiłach ponownie zapomniano. Cmentarz zarósł gęstym lasem. Krzyże próchniały i przewracały się. Z blaszanych cynkowych tabliczek korozja ścierała nazwiska poległych. Wreszcie przyszedł czas, że tylko regularne garby ziemi wskazywały miejsce masowych grobów. Sąsiedni cmentarz na Majdanie Ostrowskim wzięła pod opiekę miejscowa szkoła. Na Białej Górze czasem czyjaś litościwa ręka zapaliła znicz, choć po II wojnie wszyscy w gminie byli na niemców wyjątkowo cięci a Volsbund też nie przysyłał już ani grosza. Coraz mniej ludzi pamiętało wielką bitwę i pożogę lata 1915-tego. Potem zaczęli się wykruszać i ci, którzy pamiętali najazd hitlerowców. Emocje stygły, a tragedia osady powoli stawała się historią, kolejnym czarnym punktem w naszej „kronice klęsk elementarnych”. W końcu władzy zrobiło się głupio, że cmentarz taki zapuszczony. Chaszczy nie wycinano bo za dużo roboty. Krzyży nie stawiano. Gmina wyłożyła trochę funduszy i na skraju nekropoli ustawiono granitową płytę. Brzydką, kiepską, w dziwnym miejscu i z błędnym napisem, ale zawszeć.

Minęło ponad 90 lat od dnia bitwy. Nikt już nie pamięta ludzi, którzy poszli w bój pod Wojsławicami. Ich towarzysze broni w większości polegli na przedpolach Chełma, Rawy Ruskiej, twierdzy Brześć. Pułki i dywizje, w których walczyli rozformowano. Wspólnoty fundujące po kościołach kute w kamieniu spisy „poległych na wschodzie” dziś nie istnieją. Krewni i potomkowie już nie pamiętają, że brat prapradziadka leży gdzieś w lesie przy wschodniej granicy UE.

Nie lubię niemców. Za dużo się o nich nasłuchałem. Słowo niemcy piszę w moich książkach małą literą (redaktorzy uparcie poprawiają, ale pewnie kiedyś się znudzą.). Tych z leśnego cmentarza mam pełne prawo szczerze nienawidzić. Nikt ich tu nie zapraszał. Spalili moje miasteczko. Spalili nasz dom. Wir ich głupiej i niepotrzebnej wojny pochłonął mojego Pradziadka. Trudy ucieczki przed nadciągającym frontem siostra mojego Dziadka przypłaciła życiem. Kolejni „lokatorzy” cmentarza ci spod znaku swastyki to jeszcze gorsza swołocz. W takie groby należy osikowe kołki wbijać. Znałem osobiście ludzi którzy mieli na przedramieniu tatuowane obozowe numery. Przez piekło Majdanka przeszedł ojciec mojego kuzyna – wówczas szesnastoletni partyzant.

Czasem wobec zagadki śmierci człowiek podejmuje działania kompletnie nielogiczne. Kupiliśmy z kuzynem łaty z dobrej dębiny. W toku wielomiesięcznych poszukiwań ustaliłem nazwiska siedmiu pruskich żołnierzy spoczywających w zbiorowych mogiłach naszego lasu. Dziś każdy z nich ma krzyż, a na nim tabliczkę z imieniem i nazwiskiem. Dlaczego? Cholera wie. Ktoś musiał to zrobić i padło na nas. Bo tu jest Polska. Tu tak robimy.

*

O umiejętnościach.

Bezrobocie wśród młodzieży maturalnej sięga ponoć ponad 30%. Szczególnie się temu nie dziwię. Dwa przypadki z ostatniego roku... Młody absolwent liceum. Matura w ręce. W głowie siano. Szuka roboty. Nie znajduje – takich jak on są dziesiątki tysięcy, a posad nie tak wiele. W dodatku pracodawcy mają pewne minimalne wymagania. Maturzysta, o którym piszę nie umie de facto nic. Nie zostanie dostawcą pizzy, bo nie ma prawa jazdy. Nie znajdzie roboty w sklepie bo nie ma pojęcia o fakturach, nie zatrudni się w księgarni bo nie bardzo wie co to książki. Dziewczyna po maturze. Sytuacja podobna. Wysokie ambicje, brak umiejętności pozwalających znaleźć „coś na teraz”. Matka prowadzi zakład usługowy – jednak zdobycie doświadczenia w tym akurat zawodzie dziewczyny nie interesowało. Sugerowałem im udanie się do powiatowego urzędu pracy, zarejestrowanie i skorzystanie z jakichkolwiek darmowych kursów dla bezrobotnych. W końcu lepiej umieć cokolwiek niż zupełnie nic. Nie posłuchali. Przespali swój czas, przesypiają go nadal, z miesiąca na miesiąc bardziej sfrustrowani. A sieci sklepów „Żabka” i „Biedronka” niebawem dostaną pokojową nagrodę Nobla za ratowanie od śmieci głodowej studentów oraz zapewnianie pracy absolwentom. O ile ci ostatni opanują w porę obsługę kasy fiskalnej...

W czasach dawnych zawody się dziedziczyło. Ojciec kowal lub szewc przyuczał syna. Matka krawcowa uczyła córkę. Rodzina pracowała razem na swoim. Dzieciaki po szkole stawały na kilka godzin w warsztacie. Uczyły się fachu, uczyły się szacunku do roboty, a do tego było z tego parę groszy. Ten system funkcjonował przez dobre pięć tysięcy lat i dopiero ostatnio uległ zepsuciu. Cóż niektóre zawody po prostu uległy zagładzie. Inne niegdyś powszechne zepchnięte zostały na margines. Słomiane maty sprowadza się z Chin, kapci z łyka nikt nie potrzebuje, prawdziwe miotły z wierzbowych lub brzozowych witek widuje się sporadycznie, buty pucujemy samodzielnie, dorożkarzy pozostała garstka... Ale inne trwają i mają się dobrze a nieliczni szewcy którzy umieją zrobić byty chyba nigdy wcześniej nie mieli takich dochodów.

Dawniej z reguły nie ograniczano się do zdobycia jednej profesji. Mój Dziadek klepiąc na kowadełku haczyk do drzwi stodoły powiedział mi kiedyś myśl taką: „rolnik musi byś po trosze wszystkim. Kowalem, szewcem i murarzem”. Wprawdzie nie zostałem jak na razie rolnikiem, ale myśl tę przyswoiłem sobie dogłębnie. Przydaje się do dziś – choć minęło ponad 30 lat. Starałem się żyć tak by w miarę możliwości wykorzystywać okazje do nauki lub samodzielnie dłubać i opanowywać nowe umiejętności.

Zostałem pisarzem bo chciałem być bogaty. Wymyśliłem sobie tę drogę w wieku 11-12 lat. Był rok 1986-ty. Już wówczas nas siermiężny i dziadowski kraj oferował pewne możliwości ciekawego spędzania czasu. Jednak wymagało to horrendalnych jak na owe czasy kwot. Moja taktyka zdobycia umiejętności zawodowych była początkowo żadna. Siedziałem, w głowie lęgły mi się króliki i zapisywałem pomysły... Mam nadal te zeszyty. Czasem podczytuję na głos fragmenty tych „dzieł” by uhecować żonkę. Po spłodzeniu około tysiąca stron kosmicznych idiotyzmów zorientowałem się ze coś jest nie tak. Tzn. chciałem - ale mi nie wychodziło. Pisałem o czymś co mi wydawało się ciekawe. De facto opowiadałem historię trzech przygłupów robiących sobie do znudzenia mało śmieszne psikusy.

Nie byłem pierwszym szermierzem pióra w rodzinie. Siostra Babci – nauczycielka - zostawiła po sobie wspomnienia. Trochę ciężko się to czyta, choć polszczyzna piękna. 1/3 to interesujący przyczynek do dziejów rodziny i naszej wiochy. Problem w tym że pozostałe 2/3 to próba udowodnienia wyższości komuny nad wszelkimi innymi ustrojami. Niestety z racji różnicy wieku nie miałem okazji zasięgnąć rad. Mój Ojciec pisywał wiesze i krótkie kawałki prozy. Studiował też czas jakiś polonistykę. Nie poszedł w tym kierunku – bardziej interesowała go praca ze zwierzętami. Zachowało się trochę Jego notatek. Nie miał dużego doświadczenia, ani dorobku jeśli chodzi o publikacje ale udzielił mi garści wskazówek. Przede wszystkim napiętnował „błędny kierunek poszukiwań artystycznych” – i faktycznie prawdziwe sukcesy odniosłem raczej tam gdzie przepowiedział, podczas gdy wielokrotnie poprawiany „Norweski Dziennik” pozostaje literaturą mocno niszową... Jeden z pomysłów które mi niegdyś podsunął nada obracam sobie w głowie. Wydaje mi się że to może być materiał na „niezłego bestselera”.  

W czasach dawniejszych, gdy pieniędzy w kieszeniach było mniej ludzie więcej rzeczy robili sam. Kilkakrotnie malowałem z Ojcem nasze mieszkanie. Załapałem na czym polega gruntowanie, jak gipsować dziury i czym się zagładza nierówności. Potem zrobiłem mały remoncik mieszkania Dziadka. (dziadek był przeciw remontowi, wujek uważał że sobie nie poradzę i trzeba nająć fachowców, ale w rezultacie dziadek był dumny z wnuka a wujek w szoku). Będąc na studiach pomagałem kumplowi budowlańcowi przy pracach wykończeniowych. Na własny już rachunek pomalowałem wówczas kilka mieszkań by mieć za co jeździć na konwenty. Gorzej idzie mi kładzenie tzw. glazury ale mniej miałem w życiu do czynienia z kafelkami – tzn. dwa razy poprawiałem po budowlańcach partaczach a raz kładłem samodzielnie od zera i sam trochę spartoliłem... Ale nie odpadają. Trza by poćwiczyć więcej. I niebawem chyba będzie okazja.

Masa ludzi w ogóle nie ma pomysłu na życie. Patrzę na to zdumiony. Dla mnie to objaw swoistego instynktu śmierci. Spory odsetek młodych ludzi nie wie czego chce. Daje się nieść fali a na koniec z jakimiś tam papierami wystawionymi przez mniej i bardziej fikcyjne uczelnie i tak trafia na bezrobocie. Nie umieją wyznaczyć sobie w życiu celów, opracować strategii ich osiągnięcia. Nie chcą dziedziczyć zawodów, nie interesuje ich praca, gardzą profesją którą wykonują rodzice lub dziadkowie, a może czują że to dla nich za wysokie progi? Zamiast brać sie do roboty wolą siedzieć, „kontestować rzeczywistość” i „zwalczać kapitalizm”.

Droga którą idzie się przez życie bywa wyboista, pełna zakrętów i zazwyczaj ma zupełnie inny przebieg niż się zakładało. Wytyczony w myślach szlak: Podstawówka – gimnazjum – liceum – studia – oszałamiająca kariera naukowa/biznesowa czasem nagle okaże się zbyt stromy. Czasem zejdzie lawina, która go definitywnie zmiecie lub zmusi nas do postoju który niekiedy trwa lata. Tak jak mnie gdy przez 5 lat szukałem wydawcy na pierwszy tom Wędrowycza. Zazwyczaj w którymś momencie okaże się że dalsza wędrówka wymaga zdobycia pieniędzy na nowy czekan i lepsze buty. I wtedy właśnie może się okazać że potrzebujemy umiejętności których nie nabyliśmy. Ze trzeba było kilka lat wcześniej skorzystać z okazji i podłapać jak się coś robi. Że brak nam tego, czego nauczyliby nas dziadek ślusarz, wujek hydraulik, ciocia fryzjerka, babcia krawcowa...

Jestem pisarzem. Zapewnie nigdy w życiu nie będę już pracował przy remontach. Zapewne nie będę musiał wiedzieć jak się nacina „zamki” w belkach. Pewnie nie będę doił krów ani orał pola konikiem. Ale lepiej pewne rzeczy umieć – na wszelki wypadek. Może nie wybuchnie kolejna wojna, może UE nie dowali mi zakazu druku. Ale wolę na zimne dmuchać.

 

To śmiesznie brzmi

gdy przyjdzie zew

odrzuć

zdarty łachman

spokojny byt

precz

Szlak jest bez końca.

Idź

 

(Tadeusz Pilipiuk 1961)

*

Ok. drogie dzieci i młodzieży poniżej 30-tego roku życia ;) Ponieważ filmy Barei pokazują świat dorosłych a PRL-owskie seriale dla dzieci nie oddają rzeczywistości to garść przemyśleń i przynudzeń 37-letniego starca który pamięta to czego mieliście szczęście nie doświadczyć. No to cofka do szkoły około roku 1986.

 

1) dresiarze oczywiście istnieli tylko z uwagi na inny etap rozwoju handlu i przemysłu odzieżowego nie nosili jeszcze dresów. Dresiarze ówcześni tzw gity, gici, generalnie bili innych równie często jak obecnie, tylko nie wpadli jeszcze na to że można bejsbolami. Gici okradali. I przeważnie pozostawali bezkarni jak obecnie. Gici w odróżnieniu od wcześniejszego pokolenia kiziorów nie mieli zasad. Stara żulia swojaków nie ruszała. Nas biły szkolne bandziorki wzorujące się na dorosłych gitach.

         Były złe dzielnice – i warszawska Praga i robociarska Wola i teoretycznie „inteligencki” Ursynów – miały swoją nastoletnią żulię. Tylko nie zabierała komórek a raczej ściągała z ofiary lepsze ciuchy, buty etc. jak znalazła zegarek elektroniczny czy parę groszy oczywiście też zabierała. Podstawowa zasada „dowal swojakowi żeby obcy się bali”. Zero honoru.

2) szpan istniał i był rozpowszechniony jak dziś – ale inne były przedmioty którymi szpanowano. w świecie totalnego syfu mogłeś solidnie zaszpanować.:

a) turecką pseudo-jeansową kurtką na syntetycznym misiu – kosztowała mniej więcej równowartość miesięcznych zarobków. Szpanowanie ciuchami to było ryzykowne – bo w szkolnej szatni kradziono na potęgę, a na mieście można było dostać w zęby i kurtkę stracić. Szczególnie ryzykowne było paradowanie w skórzanej.

b) ruskim radiem ze słuchaweczkami (bo rozumiecie jak kto nawet miał walkmana to do szkoły nie zabierał bo by mu się w drodze powrotnej mogło coś przytrafić)

c) video i komputerem które nieliczni (u mnie w klasie 2) bogacze mieli w domu i zapraszali najwierniejszych przydupasów na oglądanie Rambo.

d) zagranicznymi czasopismami - ja szpanowałem jednym numerem Nacjonaal Geografic z 1973-go i kupa ludków się zaśliniła z zawiści. A jak w 1988 dostałem od cioci folder o aquaparkach holandii to było nie tylko zaślinienie ale i opad szczęk że może istnieć taki luksus i dobrobyt jak na fotkach. Każdy świstek wydrukowany za granicą był cool. I każdym mogłeś zaszpanować. A jak od męża kzynki dostałem folderek reklamowy opla to mogłem zostać królem szpanerów – ale się bałem taki skarb zanieść do budy – pokazywałem tylko w domu - 3 zaufanym kumplom.

e) generalnie okazje do szpanu dawał każdy zagraniczny przedmiot. W hierarchii najwyżej stały amerykańskie, niżej inne zachodnie, chińskie, potem ruskie (np zegarki elektroniczne) a to co polskie się praktycznie nie liczyło. wyroby made in NRD były „niemieckie” na równi z tym z RFN.

f) cooooool było zagraniczne żarcie. Pamiętam z ok 1985-tego jak jeden koleś z mojego bloku na oczach całego podwórka częstował akolitów fistaszkami z woreczka – miał aż kilkanaście - a nas skręcało. Jak od znajomych partyjniaków dostałem pół banana to zabrałem dla siostry. cenne były nawet opakowania. jedni zbierali puszki po piwie i napojach. Miałem kilka zamykanych puszek po mleku w proszku – jedna mi do dziś została. Klorowe, praktyczne, trzymało się w tym mąkę i kaszę odpowiednio wyeksponowane nadawały kuchni splendoru.

g)rowery były cool. przeważnie zjeździło się na składakach. czasem ktoś miał „kolarzówkę”. szczytem marzeń była nawet głupia „ukraina”. Ja dożynałem jakiegoś trupa z lat 60-tych. w końcu lat 80-tych pojawiły się rowery BMX odrzut eksportowy z Radomia – kosztowały 100 dolarów czyli 4-5 miesięcznych płac. Dekadę później już za „kapitalizmu” podobnie szpanowano najtańszymi „góralami” przywożonymi z pielgrzymek do włoch.

h) można było zaszpanować koneksjami – tzn. synalkowie milicjantów 11-12 lat popylali środkiem ulicy na motorowerach „komar” podczas gdy inni nie mieli szans – w tym wieku nie dawano kart motorowerowych.

i) super cool szpanem było posiadanie „waluty”. Już banknot jednodolarowy dawał +20 podziwu. A jak kto szedł do peweksu kupić sobie za amerykański bilon samochodzik matchboxa to brał pięciu kumpli żeby się przed nimi pysznić.

j) szpanowało się autem rodziców. Jak nie mieli -10 pkt w hierarchii. Znajomy synalek milicjanta do porzygania chwalił się autem ojca – Wartburgiem kupionym za 7 milionów złotych (mój ojciec z nadgodzinami i dyżurami zarabiał wtedy ok. 25 tyś). Zgasiłem gnoja tekstem „siedem baniek? to niezły haracz tatuś ciągnie od cinkciarzy”. Mało mnie nie zabił. Ale najlepsze co powiedział: „nie twój interes!” Yyyy... Trafiłem? ;)

k) jeśli ktoś był kiedyś za granicą +20. Jeśli to była zagranica „zachodnia” +30

Taki to był świat. Szpanerstwo jest częścią natury – dziady śmietnikowe też pewnie czymś przed sobą szpanują... wtedy szpanowało się rzeczami które na zachodzie można było znaleźć w lumpeksach i na śmietnikach. Aha – ponieważ był socjalizm kto nadmiernie obnosił się bogactwem mógł dostać w ryj „z przyczyn demokratycznych”.

3) ZOMO i MO nie biło w ciemno, tylko za konkrety: nalepiałeś ulotki – wpierdol. pisałeś po murach hasła – wpierdol. Czasem była zadyma na mieście – to walili pałami i gazowali ale demokratycznie - wsiech jak leci. Ale jak złapali punka to go nie bili – chyba że się stawiał – tylko wlekli na komendę i zmieniali mu subkulturę – strzygli „na skina” ;-) Dzieciaków w moim wieku >15 raczej nie bili i starali się nie gazować (ten ich gaz teoretycznie tylko łzawiący uszkadzał błędnik). Ale jak klasowy cwaniaczek próbował handelków na Skrze to go spisali i zawiadomili szkołę przez co miał tak przerypane że chyba wolałby oberwać pałami. Inny koleś miał problemy – tzn na widok patrolu zaczął wiać. Cholera wie dlaczego. Dogonili a potem ciągali na przesłuchania – bo nie wiedzieli czemu uciekał. On też nie wiedział więc zakłopotanie było dwustronne... Ale nie bili tylko zdrowo postraszyli. Jak jechałem na deskorolce po ulicy to patrol też mnie nie spałował tylko nagadali mi do słuchu – a nawet nie spisali ani i nie dali mandatu. Generalnie podstawowy problem z milicję był jak dziś z policją – gdyby akurat się przydali to wtedy ich nie było.

4) prochy były podobnie obecne tylko zamiast heroiny był kompot a zamiast kokainy butapren. Nie było natomiast mody. Pijanych w różnym wieku widać było o wiele więcej. Palenie tytoniu było powszechne. U mnie w klasie 13-14-15 lat, nie palili nieliczni.

5) Bestialstwo wobec zwierząt było powszechne i często piętnowały to gazety. Odnoszę wrażenie że słyszałem o tym znacznie częściej. A psów i kotów było wtedy o wiele mniej.

6) Poziom nudy dzieciarni był wyższy – bo w tv tylko jeden program – w dodatku w południe i tak do 17-tej leciały jakieś nudziarstwa. Netu nie było. Place zabaw – nieliczne i kiepskie. Rowery były dobrem o wiele rzadszym niż dziś. Niewiele było do roboty. Ale jak kto miał olej w głowie zajęcie sobie znalazł. Jak dziś. Książki – podobnie czytały jednostki.

Ergo: był to świat o wiele bardziej szary i znacznie biedniejszy niż dzisiejszy. Patrząc po moich znajomych: W miastach masa ludzi żyła w rodzinach trzypokoleniowych upchniętych w mieszkaniach 2-3 pokoje. Na wsi niemal wszyscy. Teoretycznie nie było bezrobocia – ale zakup spodni czy kurtki był dla wielu rodzin problemem. Znacznie droższe były tekstylia. Drogie było mięso (i na kartki). Syf, syf, syf...