I Pierwsze próby - lata 80-te - III Studia

 

III Studia.

W październiku 1993 roku poszedłem na studia. Szedłem w stanie ducha iście euforycznym. Z takim cztery lata wcześniej szedłem do liceum. Czułem że jestem wolny, że będę robił to o czym marzyłem przez całe życie. Że zaczerpnę z krynic mądrości i wiedzy. Że zbliżę się do źródeł intelektu i poznam ludzi naprawdę mądrych. Że zdobędę fajny zawód, a kiedyś jako Pan Archeolog przyjadę rozkopać Zamczysko w Wojsławicach. Liczyłem też że poznam jakieś fajne dziewczyny, nowych kumpli o zbliżonych zainteresowaniach. Wykopię coś ciekawego...

I oczywiście po raz trzeci szybko zostałem wyleczony z młodzieńczego idealizmu. Szybko, zajęło im to jakieś dwa tygodnie. Owszem na mojej uczelni było kilku wybitnych uczonych, ale większość stanowili wyrobnicy naukowi, niezbyt lotni, o mentalności przypominającej często bazarowych cwaniaczków a nie naukowców. Pojąłem kto dał tytuły magistrów pseudobelfrom z moich szkół...

Jednak obok tych mankamentów były też pozytywy. Faktycznie na roku było parę sympatycznych dziewczyn (tyle tylko że jakoś żadna mnie szczególnie nie polubiła), rzeczywiście było wreszcie z kim pogadać (tylko że co i rusz trafiałem na ludzi inteligentniejszych i bardziej oczytanych ode mnie więc było to doświadczenie frustrujące jak diabli...). Lata zaniedbań intelektualnych zrobiły swoje. Nie nadążałem. Płynąłem niesiony prądem. Studiowałem, kułem do egzaminów, zbierałem lufy do indeksu. Od czasu do czasu coś udało się trochę dorobić, choć nie na tyle by np. pojechać na objazd naukowy czy wyprawę trekingową. Parę razy znajomi obiecywali mi załatwić robotę na lato. Nigdy nie dotrzymali słowa. Mimo wszystko było mi tam całkiem dobrze. Odżyłem. Chodziłem na wykłady profesorów Andrzeja Niwińskiego i Jerzego Kruppe’, uczyłem się deszyfrowania przeszłości. To szalenie przydało się w późniejszej pracy literackiej. 

Jakoś na drugim roku zaszły „dwie nowe okoliczności”. Po pierwsze dopadła mnie jesienna depresja. Już wcześniej borykałem się z tą przypadłością, tym razem wzięło mnie w obroty potwornie. Za radą pewnej życzliwej kobiety poszedłem do lekarza. Nie obyło się bez terapii farmakologicznej. I... stał się cud. Po serii 40 tabletek wygrzebałem się z dołka. Depresja męczyła mniej jeszcze kilka razy nigdy już nie powróciła z taką siłą.

Drugim wydarzeniem w tym okresie był taki głupi z pozoru przypadek. Zgubiłem dowód osobisty. By uzyskać nowy musiałem wypełnić kwestionariusz. Imię, nazwisko, to było proste. Wykształcenie, zawód inne takie. Wpisując dane czułem się jakbym dostał w mordę. Kim jestem? Maturzystą? Każdy wokół ma maturę... Osiągnięć naukowych – brak. Kasy na koncie brak. Wyuczonego ZAWODU – BRAK. Pisanie ciągle znajdowało się w sferze projektów „wstępnie rozgrzebanych”. Na drugim roku było też jasne że nie mam szans na pracę w zawodzie archeologa. Stojąc na tym paskudnym korytarzu w kolejce do okienka uświadomiłem sobie z przerażającą jasnością, że jestem NIKIM. Że nawet jeszcze dobrze nie zacząłem żyć.

Wiedziałem, że trzeba zacząć. Że już na dobrą sprawę jest za późno. Że z jakichś przyczyn przespałem czas... Ale mimo tej świadomości nie byłem w stanie się obudzić. Stłamszenie w podstawówce i liceum wracało czkawką. Brakowało mi choćby szczątkowej pewności siebie. Wiedziałem, że czas ucieka w przerażającym tempie. Że trzeba coś zrobić TERAZ. Natychmiast. Nie miałem siły... Powoli pchałem do przodu „Norweski Dziennik”. Liczyłem ze niebawem będę miał gotowe pierwsze dwa tomy i pójdę z tym gdzieś... Ale potrzebny był impuls by zrobić pierwszy krok.