I Pierwsze próby - lata 80-te - IV Debiut i inne sprawy

 

IV Debiut i inne sprawy.

Latem 1995-tego roku pojechałem nad morze z rodziną. Traf chciał że na te same wczasy pojechał pisarz – Paweł Siedlar. Zaintrygowałem go – bo codziennie siadywałem na brzegu morza i godzinami pisałem w kajecie maczkiem. Wreszcie przemógł się i zapytał cóż tak skrobię. Pisałem ostateczną wersję Norweskiego Dziennika i byłem gdzieś na stronie 1600-tnej. Przeczytał fragment i nieco przytłoczony rozmiarem dzieła zasugerował bym napisał coś ciut krótszego. Co więcej obiecał to przeczytać i powiedzieć co sądzi. To był ten moment przełomowy. Najwyraźniej dłuższy już czas znajdowałem się w stanie niestabilnej równowagi. Dobre słowo i rada popchnęły mnie we właściwym kierunku.

Przyznam, że idea napisania czegoś krótszego nieco mnie zaskoczyła. Pisarze których lubiłem Verne, Nienacki, Szklarski etc. pisali powieści. Sądziłem, że to jest właściwa droga - zakładałem bowiem uderzenie do wydawców z solidnym taranem - sześcioma tomami „Norweskiego Dziennika”. Cóż – szczególnie bystry to ja nigdy nie byłem... A przecież podpowiedź miałem jak na dłoni. Równie przeze mnie lubiani Bułyczow czy Zajdel pisali przecież masę krótkich tekstów. Pozostało posłuchać rady doświadczonego fachowca. Pierwszego pisarza którego poznałem w życiu. Człowieka który WIEDZIAŁ jak się to robi. Spotkanie nad morzem było w lipcu. 

W sierpniu pojechałem na wykopaliska do Płocka. Pod kierownictwem mgr Andrzeja Gołębnika poznawałem tajniki czytania w ziemi. W miesiąc nauczyłem się tam więcej niż przez dwa lata studiów. Kupiłem też nowy kajet i długopis. Harowaliśmy dziko od siódmej rano do piętnastej przekopując plac Narutowicza w poszukiwaniu śladów osadnictwa z okresu przed niwelacją pruską. Znajdowaliśmy różności. Garnki, kości, plomby od pak z towarem, okucie od księgi, XVII-wieczne szambo z zawartością... Po godzinach siedziałem w akademiku i pisałem pierwsze opowiadania o Wędrowyczu.

Sięgnąłem do trzecio planowej postaci z Norweskiego Dziennika. Wszyscy bohaterowie snujący się po literaturze byli piękni, młodzi, przystojni, szlachetni, odważni – więc stworzyłem prostą antytezę. Obleśnego dziada, pijanego, brudnego i zazwyczaj agresywnego jak cholera. Napisałem 4 opowiadania w tym jedno nieudane. Powróciwszy do warszawy przepisałem te lepsze na komputerze, wydrukowałem i przekazałem panu Siedlarowi.

Przeczytał i zaniósł do redakcji Fenixa sugerując, że jestem wariatem albo geniuszem – ale tak czy siak warto rzucić okiem. Rzucili ocenili przychylnie i w lutym 1996 ukazało się drukiem moje pierwsze opowiadanie. „Redaktor Grzędowicz wyrwał korek i wypuścił szalonego kozackiego Dżina z butelki po horyłce”. Obiecano mi też honorarium – milion osiemset tysięcy starych złotych. Nie powiedzieli tylko, że poślizgi z wypłatami sięgają kilku miesięcy. Jako młody idealista uważałem że wykłócenie się o pieniądze to nie jest zajęcie godne dżentelmena i literata, z drugiej strony potrzebowałem tej forsy jak cholera. Zatem co parę dni przynosiłem do redakcji nowe opowiadanie a mimochodem pytałem czy może już... W ten sposób zanim mi wreszcie wypłacili zebrali zapas moich tekstów na jakieś dwa lata publikacji...

Pamiętam takie popołudnie – wyszedłem z baraków mieszczących nasz instytut, przeciąłem Pola Mokotowskie, poszedłem do Biblioteki Narodowej i siadłem w czytelni oczekując na zamówione materiały. Miałem przy sobie kartkę w kratkę i zacząłem notować na nie możliwie fabuły kotłujące mi się pod czaszką. Zapisałem ich około dwudziestu. Co najmniej połowę przekształciłem później w opowiadania. Dziś wolę używać notatnika. Jestem jak amerykański urząd patentowy - notuję wszystkie pomysły, nawet najbardziej debilne. Czasem słaby pomysł po przemyśleniu dla się poprawić. Czasem z dwu kiepskich złoży się jeden dobry... Zapisane nie uciekną. Można je sobie obracać w głowie miesiącami... 

Okres po debiucie był jakby odczepieniem hamulców. Jakaś bariera, stalowa obręcz ograniczająca mnie dotąd pękła. Poczułem, że coś mogę zdziałać. Że mur wokół da się przebić własną głową. Trzeba tylko walić cierpliwie kilka lat. Sapkowski, wówczas nasz primus inter pares wyprzedzał mnie o jakieś 11 lat. Założyłem optymistycznie, że w 15 lat go dogonię, zagryzę, stratuję etc. Trochę nie wyszło, ale co sobie pogoniłem i potratowałem to moje. 

Sytuacja na rynku w połowie lat 90-tych była kompletnie tragiczna. Za opowiadania płacono grosze, w dodatku z opóźnieniami. Wydawano bardzo niewiele książek, a nakłady były żałośnie niskie. W 1998 roku zachęcony pozytywnym odzewem ze strony czytelników podjąłem pierwsze negocjacje w sprawie wydania zbioru opowiadań o Wędrowyczu. Zaproponowano mi stawkę w oszałamiającej wysokości 70 groszy netto od sprzedanego egzemplarza książki. Nakłady sięgały dwu tysięcy sztuk, bestsellery osiągały trzy tysiące. Zatem realne miałem szansę zarobić na napisaniu książki tyle ile mój Ojciec wyciągał jako pielęgniarz zwierząt w warszawskim ZOO. Tyko że On miał tyle miesięcznie a ja bym to zarobił w jakieś dwa lata.

W tym czasie robiłem różne rzeczy nawet nie po to by się utrzymać, ale by dorobić sobie parę groszy. Pracowałem przy sitodruku. Pisywałem artykuły do gazet. Dawałem korepetycje. Malowałem ludziom mieszkania. Zdobywałem kuriozalne niekiedy doświadczenia, a nieliczne nawet wykorzystałem potem w mojej prozie. Np. dogłębne poznanie zakamarków Teatru Wielkiego zaowocowało tekstem „teatralna opowieść”. Ściubiłem jak mogłem każdy grosz, ale na wyjazd do Szwecji i tak było mało.

I bez przerwy wymyślałem i skrobałem nowe opowiadania... ¾ poświęcone były postaci Jakuba Wędrowycza ¼ stanowiły fabuły inne. W wolnych chwilach cyzelowałem Norweski Dziennik m.in. wymieniłem początek... Czemu to robiłem? Logika nakazywała raczej definitywne położenie krzyżyka na planach życia z pisania książek. Wielu pisarzy dziś regularnie publikujących zapadło wówczas w kilkuletni sen zimowy. Ja może na pół gwizdka ale działałem. Może wierzyłem w moją gwiazdę, może odczytywałem sytuację jako skrajnie patologiczną i czułem nadchodzącą zmianę? Może nie miałem innego pomysłu na życie? Nie wiem.

Mógłbym napisać że wszystko przewidziałem, ze gromadziłem amunicję dla potrzeb przyszłej wojny etc. Owszem gdy pojawiła się okazja ucapiłem ją zębami jak rottweiler, ale nie ma w tym żadnej mistyki. Tym różniłem się od kolegów po piórze że oni jojczeli że muszą pisać do szuflady a ja faktycznie pisałem do szuflady. No nie tylko – wysłałem maszynopisy na dwa konkursy literackie. Bezskutecznie.

W tym okresie założyłem sobie pierwsze konto internetowe dla kontaktu z czytelnikami. W jednym z pierwszych mieli jakiś fan nazwał mnie największym piewcą wsi polskiej od czasów Reymonta. Zdanie to było kompletnie od czapy, zarazem miało w sobie swoistą kretyńską elegancję. Uznałem że mogę je swobodnie wykorzystać do celów promocyjnych bo nikt nie weźmie go na poważnie. Oczywiście myliłem się. Są krytycy, którzy napiętnowali mnie za porównywanie się z Noblistą...

Powoli wracałem do intensywniejszego czytania książek – zwłaszcza ze Biblioteka Narodowa pozwalała mi sięgnąć do pozycji normalnie niedostępnych. Zacząłem nawet znowu czytać książki historyczne – choć nie sprawiało mi to już takiej przyjemności jak kiedyś.