I Pierwsze próby - lata 80-te - VI Dostaję zlecenie

 

VI Dostaję zlecenie.

Kończyłem studia. Z pieniędzmi było strasznie kuso. Perspektywy zdobycia jakiejkolwiek roboty – mizerne – akurat skokowo rosło bezrobocie. Zaczepiłem się w dwutygodniku „Puls Warszawy”, sporadycznie pisywałem artykuły do innych gazet z czego wpadało po kilkaset złotych miesięcznie. W naprawdę dobre miesiące wyciągałem prawie co najniższą płacę. Perspektywy były jednak wyjątkowo marne. Powoli dochodziłem do wniosku że trzeba się zaczepić w jakimś sklepie na kasie, albo poszukać podobnego zajęcia bo z pisania nic już chyba nie będzie. Ale – zdarzył się cud. 

Po śmierci Zbigniewa Nienackiego wydawnictwo „Warmia” podjęło próbę publikacji kontynuacji przygód „Pana Samochodzika”. Moja Siostra dostała od jakiegoś kumpla jeden tom. Przeczytałem z trochę mieszanymi uczuciami. Miałem przeświadczenie że ja zrobiłbym to inaczej. Minęło może pół roku i okazało się że będzie okazja pokazać jak inaczej bym to zrobił...

Parę razy w życiu miałem straszliwego pecha. Kilka razy miałem niewyobrażalnego farta. Tak było i teraz. Wczesną wiosną 1999 roku zadzwoniłem do Pawła Siedlara dowiedzieć się co dobrego słychać. I po raz drugi ten zdumiewający człowiek zakrzywił wokół mnie czasoprzestrzeń. Przekazał mi mianowicie informację że wydawnictwo szuka jeszcze kogoś do pisania kontynuacji.

Jeszcze parę lat wcześniej nie miałbym odwagi spróbować. Teraz otrzaskany w kontaktach z ludźmi postanowiłem spróbować. Miałem opowiadanie o wspinaczce na Ararat. Wyrwałem trzy tygodnie z życiorysu – napisałem na jego kanwie powieść. Wydrukowałem u znajomego i posłałem w świat. Po mniej więcej tygodniu dostałem telefon z wydawnictwa. Przeczytali, podoba im się, biorą, mają dla mnie pieniądze i przyjadą za tydzień z kawałkiem by podpisać umowę. 

Przeczuwałem że pojawia się szansa na stałą pracę i odrobinę konkretniejsze dochody. Doszedłem do wniosku że bardzo ważne jest pierwsze wrażenie. Że muszę zachować się jak profesjonalista. Miałem trochę czasu. Wyjąłem z życiorysu kolejne dziesięć dni. Gdy wydawcy przyjechali podpisywać papiery mogłem wręczyć Im połowę kolejnego tomu. Dogadaliśmy się. Przez kolejne 5 lat współpracy napisałem dla Nich 19 książek... 

Przeżyłem kompletny szok. W środowisku fantastów dominowały wówczas wydawnictwa spore ale bezwładne. Książek w zasadzie nie wydawały, jak już wydały nie potrafiły tego rozdystrybuować po księgarniach. A jak książka jakimś cudem się sprzedała to nie robiono dodruków bo „zbyt wysokie ryzyko”. Autorom płacono z łaski i marne gorsze. Tu wszystko było inaczej. Wydawnictwo „Warmia” mieściło się w jednym pokoju biurowym wynajętym w kamienicy i składało się z trzech ludzi. Redaktora, handlowca i człowieka „na przychodne” który znał się na komputerach więc robił skład i wysyłał materiały do drukarni. W redakcji komputera nie było, maszynopis obrabiano ołówkiem. Ta zdumiewająca firma była jednak w stanie regularnie dokonywać cudów. Książki leżały po księgarniach, płacono autorom uczciwie co do grosza a do tego często przed terminem. 

Widząc sprawność organizacyjną parokrotnie namawiałem Ich by zajęli się fantastyką. Niestety, była to tematyka odległa od specjalizacji, obawiali się puścić na nieznane wody. Tak czy inaczej współpraca z Nimi uświadomiła mi że moje zamierzenie – życie z pisania fantastyki jest realne. Wymaga tylko innych ludzi. Innych wydawców. Takich jednak nie było.

Latem 1999 roku za pierwsze honorarium z „samochodzika” zrealizowałem odwieczne marzenie. Pojechałem z Ojcem na trzytygodniową włóczęgę po Szwecji i Norwegii. Wycieczka zaowocowała opowiadaniem „2586 kroków” i po latach cyklem „Oko Jelenia”. Wiosną 2000 roku przystąpiłem do rozszerzania bazy wojny. Miałem zamiar napisać w ciągu roku 4 kolejne tomy przygód Pana Samochodzika. Innej roboty nie było. Studia skończyłem. Po raz pierwszy w życiu miałem CZAS. Postanowiłem podwoić dochody. Wymyśliłem cykl powieści dla młodzieży poświęconych podróżom w czasie.

Zdawałem sobie sprawę że jeśli do wydawnictwa wejdzie człowiek z ulicy i zaproponuje napisanie 16 tomowego cyklu zostanie pogoniony jako niebezpieczny wariat.. Musiałem podejść do sprawy jak profesjonalista. Postanowiłem napisać próbkę. Cztery pierwsze tomy. W styczniu i lutym napisałem pierwsze dwa i wysłałem do 4 różnych wydawnictw. Liczyłem że uda mi się podpisać kontrakt na cały cykl – 12-16 tomów i uzyskać stawkę rzędu 4-5 tyś zł za tom.

Miałem 26 lat. Dodatkowe 20 tyś rocznie pozwoliło by poczynić jakieś oszczędności, a być może zdołałabym zebrać wkład własny, wydębić kredyt i szarpnąć się na jakieś cztery kąty. W kamienicy gdzie mieszkał mój Dziadek była wypalona kawalerka. Gdybym miał choć ze 40 tyś mógłbym spróbować ją kupić. W pracach remontowych byłem przeszkolony. W jakiejś tam perspektywie chciałem założyć rodzinę. Miałem też kolejne ambitne plany wakacyjne.

Niestety z czterech wydawnictw które dostały maszynopis odpowiedziało jedno – najpotężniejsze, które w delikatnych słowach wykpiło moje stawki. Nie powiem byłem szczerze zaskoczony – bowiem skoro malutka firma z Olsztyna była w stanie tyle płacić to potentat na rynku powinien wyłożyć taką kasę bez mrugnięcia okiem. Tak czy siak zostałem z dwoma maszynopisami powieści niechcianego cyklu...

Znowu zaczął się okres pewnej stagnacji. Pisałem opowiadania. Pisałem kolejne samochodziki. Miałem z tego całkiem uczciwy grosz. Dzięki tym wpływom mogłem spokojnie ukończyć studia. Miałem też trochę czasu dla siebie, czytałem pisałem i pomijając brak stosownej towarzyszki życia byłem całkiem zadowolony. Niestety kompletnie nikt nie chciał moich książek pisanych pod nazwiskiem – co demotywowało mnie do ich pisania.

Zarobki były w miarę stałe, niezbyt wysokie ale zadowalające. Regularnie pocztą przychodziły egzemplarze autorskie kolejnych tomów „samochodzika”. Ale w głębi duszy znowu poczułem że tracę czas. Kalkulowałem pragmatycznie. Kontynuacja nie cieszyła się wielką poczytnością, nakład raczej powoli spadał niż rósł. Miałem buńczuczne przeświadczenie, że gdybym w trzy lata wydał 12 powieść SF „to nawet sam Mistrz Sapkowski własną czapką buty by mi czyścił”. Etc. Próbowałem wykonać kolejny krok do przodu, ale noga wszędzie zapadała się w błoto.

Nie tylko mi. Kilkoro moich znajomych próbowało w tym czasie coś wydać. Bez skutku. W redakcji czołowego wówczas wydawnictwa zalegało podobno około setki maszynopisów, których nikt nawet nie przeczytał. Dwa pozostałe coś tam niby publikowały, ale z płaceniem autorom było już znacznie gorzej.

Sytuacja dojrzała. Wystarczyło popukać palcem w deskę by wysypało się próchno...