I Pierwsze próby - lata 80-te - VI Przełom

 

VI Przełom.

Latem 2001 roku pojechałem do Wojsławic. Byłem smutny, zmęczony i przygnębiony. Kraj pod rządami czerwonych zamieniał się w chlew. Kupa moich znajomych była bez pracy lub ledwo wiązała koniec z końcem. Widziałem coraz wyraźniej, że fucha z pisaniem Samochodzików to kompletnie ślepa uliczka. Serii groziło wygaszenie, a obok nie rysowała się żadna inna droga. Sprzedaż książek siadała, wydawnictwa branżowe od fantastki też wyraźnie szły na dno. Padł „Fenix”. Klub Tfurców chwilowo zwiesił działalność.

Spędziłem na wsi kilka dni. Ostatniego dnia pobytu skutkiem rozlicznych zbiegów okoliczności trafiłem do gospodarstwa należącego niegdyś do moich Dziadków, a przekształconego obecnie w hurtownię materiałów budowlanych. W stodole wypatrzyłem sierp Dziadka wbity w belkę. Wyprosiłem go. Wyrwałem. Zawinąłem w gazetę i wsadziłem do plecaka. Wróciwszy do domu do Warszawy dowiedziałem się że dzwoniono do mnie z wydawnictwa Fabryka Słów i dwu redaktorów chciałoby wpaść i ze mną pogadać.

Wierzę w znaki. Sierp Przodka czekał piętnaście lat wbity w belkę by raz jeszcze zakrzywić rzeczywistość i uczynić mnie gospodarzem na swoim...

Dalej wszystko potoczyło się już zupełnie inaczej. Jakby ktoś zdjął zły urok. Jesienią na konwencie w Chełmie zobaczyłem pierwsze próbne odbitki „Kronik Jakuba Wędrowycza”. Na Falkonie w Lublinie okazało się że i prywatna sfera życia nagle zaczęła się układać. Mur padł. Trzeba było jeszcze wylać morze potu ale byłem już na właściwym szlaku. Wystarczyło składać teksty w zbiory, uzupełniać nowymi i wydawać kolejne tomiki. Szybko pojawiła się możliwość pisania i wydawania powieści. Zacząłem od trylogii o kuzynkach Kruszewskich. Poprawiłem, przeredagowałem i wydałem „Operację Dzień Wskrzeszenia”...

Powiały nowe wiatry – ludzie powyciągali różności z szuflad a kto tylko mógł siadał do pisania dawno wymyślonych książek... Rosła częstotliwość wydań, powoli zaczęły rosnąc nakłady. Trochę pomogło to że w wiek dojrzały wchodziło pokolenie wstępnie sformatowane Harrym Potterem. Ci ludzie nie byli uprzedzeni do fantastyki, wręcz przeciwnie – pożądali jej. Pomogły nam też jak sądzę kręcone z rozmachem ekranizacje Tolkiena. Nagle okazało się że da się w tym kraju sprzedać nakład większy niż trzy tysiące sztuk. Na sukces ten złożyła się ciężka praca wielu autorów i wydawców. Ale udało się. Polska fantastyka odbiła sporą część rynku i jestem szczęśliwy że mogłem przyłożyć do tego zwycięstwa rękę.

Po pięciu latach pracy dla wydawnictwa „Warmia” mogłem zakończyć pisanie Samochodzików. Pozostały mi dobre wspomnienia po tej współpracy. Dziewiętnaście napisanych tomów pozwoliło mi przetrwać najgorsze lata i podciągnąć się warsztatowo. Jednak była to tylko fucha. Cudzy bohater, narzucona konwencja, sztywne ramy. Wiele się przy tej pracy nauczyłem ale dla rozwoju kariery była niestety bez znaczenia...

W połowie pierwszej dekady XXI wieku osiągnąłem to nad czym pracowałem od jedenastego roku życia. Byłem wolny i wykonywałem wymarzony zawód. Wystarczyło siedzieć i pisać, na co przyszła ochota. Dużo i najlepiej jak się da... Mogłem wykorzystać umiejętności zdobyte na studiach. Zabrałem się za pisanie „Oka Jelenia”...

Jesteśmy w połowie drogi. W chwili gdy nakłady naszych książek przekroczą sto tysięcy egzemplarzy będzie można powiedzieć że naprawdę udało się wygrać. Wierzę że w 2015-tym roku ktoś z polskich autorów sprzeda taki nakład. Będę się starał abym był to ja.

Zakończenie.

Jest taka anegdota – usłyszałem ją w Chełmie od pracownika NIK. W czasie wojny niemcy zakwaterowali na dwa tygodnie we wsi. Wygonili mieszkańców z części chałup. Bali się prawdopodobnie otrucia, więc chodzili po wodę nie do studni, ale do źródła. Mieszkańcy przyuważyli, że każdy niemiec idąc po wodę zawsze bierze ze sobą kamień. Nie wiedzieli dlaczego. Rzecz się wyjaśniła po wyjeździe wermachtowców. Niemcy rzucali te kamienie w błoto koło zdroju. W dwa tygodnie z niczego i kosztem minimalnego wysiłku powstała porządna brukowana dróżka. Wcześniej przez 500 lat ludziska mięsili błoto nogami i nie wpadli że można sobie ułatwić życie...

Wysiłek się akumuluje. Niezależnie od wszystkiego jeśli mamy odpowiedni pomysł, miejsce, umiejętności i czas to możemy osiągnąć naprawdę wiele. Mój problem przez całe lata polegał na tym że brakowało mi umiejętności, nie znałem nikogo kto mógłby mnie uczyć – więc nauka pisania sprowadzała się do pracochłonnej metody prób i błędów, a do tego cierpiałem na chroniczny niedobór czasu.

Ale tak właśnie wyglądało moje życie. Nie znając tej anegdoty rzucałem kamienie. Robiłem coś z niczego. Droga którą ułożyłem sobie od serc czytelników do źródła honorariów to właśnie dziesiątki małych kamieni rzucanych latami w bezdenne z pozoru trzęsawisko. Tysiące godzin spędzone na pokrywaniu bazgrołami 60-cio stronicowych zeszytów w kratkę. Tysiące godzin wklepywania tekstów w kawiaturę.

Spośród 22 książek, które wydałem pod nazwiskiem 10 to zbiory opowiadań. Ponad siedemdziesiąt tekstów o Jakubie Wędrowyczu, ponad 30 bez niego. Sto opowiadań, w tym może ¼ zamieszczona w czasopismach fanzinach i informatorach konwentowych. Pomiędzy debiutem w czasopiśmie a pierwszą książką opublikowaną pod nazwiskiem rzuciłem w błoto dziesiątki głazów. Po takim trakcie pojechały cięższe wozy.

Podobnie widać to w skali makro. „Fabryka Słów” i „Runa” wydały wspólnie już kilka setek książek. To też kamienie, rzucane z pozoru w bezdenną przepaść. Dokonało się to co niemożliwe. To o czym z trudem śmiałem marzyć 15 lat temu. Mamy co najmniej kilku autorów zawodowych – ludzi żyjących z pisania fantastyki. Obok coraz lepiej żyją sobie graficy tworzący ilustracje do okładek. Może trzeba będzie te kamienie rzucać jeszcze przez dekadę ale dorobimy się też własnych reżyserów którzy nakręcą nam polskie filmy. I to lepsze niż „Wiedźmin”.

Druga złota myśl – poznałem ją rozmawiając z Pawłem Siedlarem. Żydzi działają „po łyżeczce”. Jeśli natrafią na problem z pozoru nierozwiązywalny dzielą go sobie na mniejsze i likwidują po kawałeczku. Nie spieszą się, nie liczą na natychmiastowe zyski. Natrafiając na mur szukają sposobu by go ominąć podkopać osłabić rozbijając po jednej cegle.. Powoli cierpliwie uzyskują to, co sobie założyli. To mądry naród – warto podpatrzeć ich, sposoby... Działam w ten sam sposób. Natrafiwszy na problem nie do przeskoczenia szukam możliwości podzielenia go na mniejsze kawałki. I cierpliwie dłubię. Wyskrobuję zaprawę spomiędzy cegieł. Jeśli trzeba to latami. Powolutku, cierpliwie, konsekwentnie. Mam sprecyzowane plany na kolejną dziesięciolatkę.

Trzecia idea – tym razem z dziedziny łowiectwa. Człowiek jest jednym z najwytrzymalszych zwierząt na naszej planecie. Sarna czy jeleń mogą przejść w ciągu doby 20-30 kilometrów. Potem muszą stanąć, solidnie się najść, popić wodą, odespać. Jeśli przejdą jeszcze trochę po prostu padną i prawdopodobnie zdechną. Człowiek dzięki zasobom tłuszczu i odmiennej gospodarce rezerwami jest w stanie przejść jednorazowo siedemdziesiąt do stu kilometrów. Jeśli na sawannie zobaczymy antylopę nie umrzemy z głodu. Co z tego że szybko biega? Wystarczy za nią iść aż padnie. Nie trzeba nawet umieć przebiec maratonu by zagonić zwierzę na śmierć. Są pisarze lepsi ode mnie. Sprawniej operują piórem, czasem mają lepsze przygotowanie. Ale ja biję ich systematycznością. Oni piszą jedną książkę na dwa lata ja dwie do trzech rocznie. Idę ich tropem aż padną.

Dziś proszony o rady rekomenduję początkującym adeptom pióra tę samą strategię. Zacznij od 10 dobrych opowiadań. Rzucaj kamienie. Małe i lekkie ale rzucaj do skutku. Nie nastawiaj się na pisanie jednej książki – planuj wiele. I pamiętaj o czasie. Kariera pisarska to nie totolotek. Tu nie ma natychmiastowych wygranych. Myślmy nie w kategorii lat ale dekad. Aby zdobyć skarby wystarczy długi mozolny i forsowny marsz. Jeśli nie nastąpi żadna tragedia ani katastrofa - dojdziemy.