I Pierwsze próby - lata 80-te

 

Jak to było że zostałem pisarzem. 

 

I Pierwsze próby - lata 80-te.

Najstarsze zachowane ślady mojej działalności literackiej to kartka z bloku formatu A4 zapisana obustronnie ołówkiem. Gdy miałem sześć lat i chodziłem do przedszkola w tv leciał serial „Biały delfin Um”. Przesłanie intelektualne tego dzieła wywarło na mnie dogłębne i wstrząsające wrażenie. Na zachowanej karcie znajdują się dwa opowiadania inspirowane filmem. Nie napisałem tego sam. Ja dyktowałem a notował mój Dziadek. Istniał też zeszyt w kratkę zawierający powstałe w podobnym okresie i okolicznościach moje fanfiki do Muminków. Niestety przepadł w zawierusze dziejów...

Niestety rok później trafiłem w szpony państwowego systemu szkolnego. I dostałem w łeb natychmiast a do tego bardzo mocno. Cierpiałem na dysgrafię i dysortografię. W tamtych czasach nikt tego nie diagnozował, o terapiach nie można było nawet marzyć bo nikt nie wiedział że istnieją. W dodatku byłem leworęczny co na początku lat 80-tych w Warszawie zwalczano ostro. Cóż to taka „mądrość etapu”. Dlaczego tak tego pilnowano?

Mieszkałem na Szmulkach. W zasięgu kilku minut drogi od domu miałem wielką rzeźnię (przed wojną fabrykę butów gumowych a obecnie klimatyczną knajpę artystyczną dla japiszonów), pod wałem kolejowym ulokowano fabrykę sprężyn. Obok szkoły znajdowała się słynna praska Drucianka. Trochę dalej były dwie fabryki kosmetyków, wytwórnia pomocy naukowych, zakłady naprawy taboru kolejowego i temu podobne zakłady przemysłowe. Między nimi jak rodzynki w cieście tkwiły małe warsztaty rzemieślnicze produkujące tablice rejestracyjne, meble i inne. Był też szewc, krawiec, pralnia, magiel...

Cała ta cywilizacja techniczna doby schyłkowej komuny opierała się na ręcznym sterowaniu maszynami. 90% absolwentów mojej budy miała skończyć w szkołach zawodowych i technicznych. A wszelkie obrabiarki dostosowane były do obsługi ręką prawą. Dodatkowo przechlapane miałem za sposób w jaki trzymałem długopis. Dla mnie był to chwyt zupełnie naturalny. Rysowałem, malowałem, pisałem. Ale na belferstwo widok ten działał jak czerwona płachta na byka.

Za radą jakiejś psycholożki „przestawiono” mnie na posługiwanie się prawą ręką. Pisanie na długo stało się dla mnie nieznośną torturą. Nie było mowy bym zajmował się tym dla przyjemności... Wyuczyłem się tego bo nie było wyjścia.

Szkołę mieliśmy klimatyczną – kto nie wierzy niech obejrzy sobie budynek przy ul Otwockiej w Warszawie – tylko proszę uważać na autochtonów. Okolica trochę zdziczała.

Niestety szkoła ta, piękna i z tradycjami, traktowała uczniów jak zło konieczne i czuło się to na każdym kroku. W pierwszej klasie było normalnie - o ósmej zaczynałem lekcje. Jedynym minusem było to że moją klasę ulokowano w sąsiednim budynku. W drugiej klasie z niewyjaśnionych przyczyn moja klasa chodzić zaczęła na drugą zmianę. W trzeciej klasie przeniesiono nas do budynku głównego za to uczęszczać zaczęliśmy na ...trzecią zmianę. 9-10 latki przychodziły zatem do szkoły na 14:15 lub 15:05, a zajęcia kończyły się tak że czasem dobiegłem do domu na dobranockę, a czasem nie. Można to oczywiście tłumaczyć wyżem demograficznym i temu podobnymi przyczynami, ale mimo wszystko do dziś uważam to za totalne przegięcie. Rodzicom też się to nie podobało, więc w końcu dyrekcja znudzona protestami skorzystała z choroby wychowawczyni i rozwiązała naszą klasę.

W tym okresie lubiłem sobie wymyślać rozmaite historie i opowiadałem je kumplom. W wieku wczesnopodstawówkowym fabuły obracały się wokół bandy psychopatycznych morderców, kombinatorów, terrorystów a przy tym iluzjonistów zwanych „Eskortą Negora”. Imię głównego bohatera zaczerpnąłem z komiksu drukowanego w „Świecie Młodych”. Nawymyślałem o nich niestworzonych historii. Banda ta m.in. potrafiła wyciągnąć karabin maszynowy ze zwiniętej w rulon gazety. Fabułki te - nie zapisane – uleciały. Snułem te wizje długo i z zapałem. Przed zaśnięciem leżałem i wymyślałem historie. Wiele z nich obracało się wokół ucieczki z kraju, wokół życia w wolnym świecie. Przeważnie za morzem. W marzeniach pracowałem jako weterynarz w szwedzkim ogrodzie zoologicznym. Czasem pojawiały się koncepcje powrotu z bronią. Roiłem sobie, że kiedyś przybędę tu wziąć krwawy odwet na komuchach. Dlaczego jako mniej więcej jedenastolatek totalnie znienawidziłem socjalizm? To złożony problem.

Źródeł fascynacji Skandynawią było kilka. Mój Ojciec uczył się szwedzkiego i odwiedził Szwecję w 1979-tym. Korespondował tam z dwiema rodzinami i jednym z pracowników ZOO w Boras. W bardzo ciężkim okresie po stanie wojennym jego znajomi przysłali nam kilka paczek z żywnością, środkami czystości i innymi niedostępnymi u nas dobrami . Do dziś pamiętam ekscytację z jaką otwieraliśmy kartony. Nie wiedzieliśmy, że może istnieć ...mydło w płynie. Dziw nad dziwy. Na jednej butelce napis szampon, w drugiej coś niemal identycznego w konsystencji i zapachu, ale nazwa jednakowoż inna. Co za diabeł?

Albo rosołki drobiowe. Nie wiedziałem że mogą być w formie okrągłych tabletek a nie kostek bulionowych. Przez wiele lat przechowywałem puszkę po pasztecie ozdobioną podobizną wikinga. Mam też metalową puchę po mleku w proszku które dostaliśmy dla mojej siostry. Rzeczy dziś absolutnie zwyczajne wówczas były powiewem szalonego kapitalistycznego luksusu... Z paczki miałem też piękne zimowe buty i narciarską czapkę. Buty były niebieskie z żółtymi sznurówkami. Strach było zostawić je w szatni, bo kradzieże były wówczas istną plagą. Na szczęście nikt mi ich nie zwinął. Może dla tego, że były zbyt charakterystyczne - w całej dzielnicy nie było drugich podobnych. W 1984-tym w moje ręce wpadł też katalog szwedzkiego domu wysyłkowego.

Te przejawy cywilizacji kapitalistycznej, podobnie jak klocki Lego u jednego z kumpli posiały ziarno niepewności w mojej dziecięcej duszy. Gdzieś tam był inny świat. Weselszy, bardziej kolorowy. Obcowałem z niewielkimi, lśniącymi jak brylanty, okruchami tamtej rzeczywistości. Artefaktami obcej cywilizacji. W TV leciał serial dla dzieci o przygodach Pipi. Wprawdzie nakręcono go bodaj w latach sześćdziesiątych, ale i tak pozwalał zobaczyć kawałek tego innego świata.

Czytałem też oczywiście ksiązki Tove Jansson i Astrid Lindgren. To wszystko solidnie zryło mi psychikę i rozbudziło zainteresowanie Skandynawią. Zainteresowania te w połowie lat 80-ych zaowocowały konkretnym planem ucieczki kajakiem na Bornholm. Sądziłem, że dokonam tego zaraz po maturze. Na szczęście komuna zdechła znacznie wcześniej.

Po latach i trzech wyprawach na półwysep fascynacje te zaowocowały w postaci cyklu Oko Jelenia.

Wspomnę jeszcze o jednej sprawie. W moich szkołach istniało harcerstwo. W pierwszej informacje z życia drużyn były eksponowane gablocie na wprost wejścia. Wiedziałem gdzie jest harcówka. Czytałem regularnie „Świat Młodych” – ukazującą się trzy razy w tygodniu „harcerską gazetę nastolatków”. Idee obozowania pod gołym niebem w namiocie bardzo mnie kręciły. I... I nic. Stałem obok i podziwiałem. Nie zapisałem się nigdy. Dlaczego? Grzebię w pamięci szukając powodów ale znajduję tam tylko i wyłącznie pustkę. Po prostu nie wiem. Może dla tego, że nie miałem takich tradycji w bliższej rodzinie, poza tym nikt z moich kolegów nie należał? Może nigdy nie spotkałem się z bezpośrednią zachętą? Bo nie sądzę by mój indywidualizm i anarchistyczna natura miały tu jakiekolwiek znaczenie.

W grudniu 1985-tego miałem 11 lat. W tym okresie rozważałem kilka dróg życiowych. Miałem w zasadzie trzy koncepcje. Chciałem zostać weterynarzem, archeologiem lub literatem. 

Przeprowadziliśmy się ze Szmulek na Nową Pragę. Nadszedł czas zmian które posłużyły trochę jak katalizator. Po pierwsze wierni słuchacze moich opowieści pozostali w poprzedniej szkole. Kontakty nie zerwały się – ale uległy znacznemu rozluźnieniu. Większość nie miała telefonów. My też straciliśmy swój. Po przeprowadzce na przeniesienie telefonu – czyli de facto ponowną instalację aparatu czekaliśmy od 1985-tego do bodaj 1993-go.

Po drugie w nowej budzie belferstwo nie wiedziało że mam obligatoryjnie pisać prawą ręką. Mogłem zatem po cichutku samowolnie wrócić do lewej. Lewą pisało mi się o niebo lżej, szybciej i czytelniej. Po trzecie po półrocznym pobycie we w miarę sensownej klasie trafiłem skutkiem reorganizacji do nowotworzonej klasy szóstej pomyślanej jako nieformalna kolonia karna tej budy. Jak tworzono takie klasy? Z trzech istniejących wybrano najgorsze bydełko i wrzucono do jednego worka. Na strażniczkę wybrano najostrzejszą belfrzycę szkoły i mocno dokręcono śrubę. Zasadniczo nie było to złe rozwiązanie. Jestem podobnie jak wybitny pedagog Janusz Korczak, ogromnym zwolennikiem wczesnej izolacji „dzieci zdegenerowanych”. Tylko dlaczego u diabła trafiłem tam ja i jeszcze kilka innych sensownych osób?

Kolejne trzy lata spędzone wśród dwunogiej nierogacizny nastroiły mnie negatywnie do instytucji szkoły i do ludzi. O tym z jakim „materiałem ludzkim” miałem tam do czynienia niech świadczy fakt że bandy tej nikt nie nauczył podstawowych kiziorskich zasad praskiej ferajny. Ot choćby tej ze swojaków się nie okrada. Albo że swojaków się nie bije. Jedyny kumpel z którym utrzymywałem kontakty po zakończeniu edukacji w tej rzeźni, zdawałoby się jedyny sensowny człowiek z tego stada, też okazał się nie lepszy. Kilka lat później orżnął mnie na „aż” ...200 złotych i znikł. Przekręt nastąpił akurat w chwili gdy musiałem pilnie opłacić studia.

Świat lat osiemdziesiątych też był paskudny. Czułem się zamknięty. Wyjechać za granicę było potwornie trudno. Tylko raz - w 1985-tym odwiedziłem z wycieczką NRD – dziś zwane przez starszych niemców „Deustche Dramatische Respublik”, wówczas raczej „okno wystawowe komunizmu”. Zobaczyłem cuda. Na przykład sklep sportowy, w którym były do kupienia namioty! Tak normalnie do kupienia. Bez zapisów i czekania latami, bez losowania, bez społecznej kolejki. Stałem przed witryną nie mogąc uwierzyć w to co widzę. Minęło ćwierć wieku, ale gdy przymknę oczy obraz pojawia się jak na zawołanie. Czteroosobowy. Żółty z pomarańczowymi elementami. Z tropikiem. Manekiny na składanych krzesełkach turystycznych. Nie pamiętam tylko koloru linek. Cena... Cholera... Nie pamiętam ceny. Czterysta marek? Osiemset? Tysiąc dwieście? Tak czy inaczej nie miałem tyle.

Zobaczyłem tez inne dziwa. Niepojęte. Zauważyłem, że ulice mogą być czyste. Zobaczyłem mleko w kartonikach, mięso bez kartek i inne ciekawostki. Nie był to jeszcze świat kapitalizmu, ale i tak było tam w oczywisty sposób lepiej niż u nas...

Przeprowadzka miała też inne fundamentalne skutki. Chodząc na religię do salki katechetycznej przy kościele mijałem po drodze Pewex. Urządzony był na parterze siermiężnego praskiego hoteliku. Powierzchnia? Gdzieś sześć metrów kwadratowych. Wyglądał mniej więcej jak warzywniak dzisiaj, a jeśli chodzi o zaopatrzenie obecnie byle sklepik osiedlowy bije go o kilka długości. Wtedy był powiewem luksusu bezwzględnego. Słodycze, soki w kartonach, zagraniczne pety, tytoń, alkohole, drobne zabawki. Feeria barw i zapachów... Enklawa innej rzeczywistości. Jak w tym dowcipie o milicjancie co przeskoczył przez ladę i poprosił o azyl. Ten Pewex ostatecznie utwierdził mnie w przekonaniu, że socjalizm, a w szczególności jego PRL-owska odmiana, jest błędem. Anomalią. Raz w tygodniu zachodziłem nacieszyć oczy.

Swoją drogą i tak miałem fart że belferstwo z moich obu podstawówek miało socjalizm już generalnie w rzyci i nie kontrolowało kto chodzi na religię. W innych szkołach szpiegowanie uczniów i zasadzki koło salek katechetycznych jeszcze się w tym okresie trafiały.

Przed taką rzeczywistością musiałem jakoś uciec by nie zwariować. W TV niewiele było do obejrzenia. Uciekłem w książki i pisanie. Czytałem dużo, jak obliczam przez 3 ostatnie lata szkoły przeczytałem około 500-700 pozycji. 

Ponieważ pieczywo z zakładów uspołecznionych nadawało się do spożycia, ale nie posiadało smaku i innych walorów raz lub dwa razy w tygodniu chodziłem na ul. Środkową. Mieściła się tam maciupka prywatna piekarnia a obok niej sklepik firmowy. Wracając zahaczałem o antykwariat na bazarku przy ul. Strzeleckiej. Powoli kompletowałem polską fantastykę. Regularnie 2-3 razy w tygodniu jeździłem też do dużej biblioteki przy ul Radzymińskiej. Szczególnie lubiłem kilku autorów: Alfreda Szklarskiego, Zbigniewa Nienackiego, Julesa Verne, Kiryła Bułyczowa, Janusza A. Zajdla... Ale nie tylko. W tym okresie bardzo, interesowałem się archeologią i historią, szczególnie historią starożytną.

Z racji pochodzenia usiłowałem dowiedzieć się czegoś na temat nowożytnej historii Ukrainy – były z tym jednak poważne problemy. Brakowało literatury. Ta która była nie wspominała o towarzystwie „Prosiwita”, ruchach prometejskich etc. tylko koncentrowała się na najczarniejszych kartach z historii naszych narodów.

W Wojsławicach przed wojną grasowali pojedynczy emisariusze KPZU, ale w czasie okupacji nie działała ani UPA ani struktury OUN. Była niewielka ukraińska samoobrona. Miejscowi Ukraińcy siedzieli jednak grzecznie i cicho, Polacy też ich nie zaczepiali. Piszę Polacy i Ukraińcy – to uproszczenie. W miasteczku genealogie były często bardzo poplątane. W 1945-tym władza się nie bawiła w badanie metryk. Prawosławnych uznano za Ukraińców i deportowano, katolików uznano za Polaków i zostawiono w spokoju. Były przypadki gdy na rampie kolejowej żegnali się na zawsze rodzeni bracia... Wywieziono kuzyna mojego dziadka... My mieliśmy szczęście. Tylko prababka chodziła do cerkwi.

W naszej okolicy partyzantka jedna i druga parę razy solidnie złoiła skórę szkopom i czerwonym. Były to jednak sprawy, o których nawet wśród bliskich krewnych mówiono niewiele i niechętnie. O tym jaki strach towarzyszył ludziom niech świadczy fakt że dopiero dwa lata temu – w 2009-tym(!) dowiedziałem się że mój Dziadek brał jako furman udział w słynnej akcji rozbicia więzienia w Zamościu.

Zagłębiłem się w starożytność. Uwielbiałem powieści Jerzego Edigey’a i Miki Waltari, czytałem też sporo publikacji naukowych. Postanowiłem zostać archeologiem. Obok przyczyny idealistycznej był też powód czysto pragmatyczny – archeologom dawano paszporty.

Kłopot w tym że szybko spocząłem na laurach. Naładowałem głowę mądrościami o których mi rówieśnicy nie mieli pojęcia, do tego jako jedyny w klasie pisałem książkę więc mając 13-14 lat mocno na wyrost poczułem się geniuszem absolutnym. Tymczasem moje dobre samopoczucie wynikało z braku konkurencji. Nie miałem go jak zweryfikować, bo nie miałem się z kim porównać. Oj ta moja szkoła zdecydowanie nie była miejscem gdzie można by przejść formację intelektualną. 

Nauczyciele byli na dobrą sprawę wyrobnikami, nie umieli przekazać wiedzy. Może sami jej nie posiadali a może patrząc na żulię siedzącą w ławkach odpuszczali sobie.

Drugi błąd – za szybko zamknąłem listę lektur. Czytałem ulubionych autorów. Wiele książek przeczytałem po kilkanaście razy – zamiast szukać nowych pozycji. Mógłbym się tłumaczyć że nie bardzo miałem kontakt z kimś kto mógłby mi wskazać nowe tropy – ale wina spada jednak głównie na mnie. 

Pod koniec odsiadywania wyroku katorgi w podstawówce pisałem dwie rzeczy. „Hotel pod łupieżcą” i „Norweski dziennik”. Hotel powstał na kanwie snu, w którym trafiłem do hotelu mordowni gdzie ukradziono mi walizkę. (ten motyw przetrwał wszystkie wersje przypomnijcie sobie zdanie: „to ja szatan, oddajcie mi moją walizkę”). Norweski dziennik to rozwinięcie moich fabuł emigracyjnych i związanych z odwetem na komuchach. Tytuł i fabuła dłuższy czas ewoluowały...

Pisałem w tym okresie kompletnie na ślepo. Nie bardzo miałem komu to pokazać. Nie znałem żadnego pisarza który mógłby udzielić mi rad. Parę jakichś wypocin wysłałem na konkursy „Świata Młodych” – jednak gazeta po długiej agonii padła zanim podszlifowałem warsztat na tyle by mieć choćby niewielką szansę zajęcia miejsc punktowanych... W dodatku rodzina usiłowała mi wybić z głowy pisanie argumentując że więcej czasu powinienem poświęcić nauce.

„Wolę być szczęśliwy niż wykształcony – jak powiedział Jakub Wędrowycz podpalając szkołę”. Moja ocalała. Pewnie dla tego że benzyna była wtedy na kartki.


 

II Liceum.

Rok 1989-ty był czasem przełomu. W kraju wszystko szło ku lepszemu, mi osobiście też wydawało się że wszystko idzie ku lepszemu. Zaczęto dawać paszporty absolutnie wszystkim, kraje zachodnie kolejno znosiły wizy wjazdowe. Nasze państwo przestawało być więzieniem, a ja przestawałem być niewolnikiem. Skończyłem wreszcie swoją ohydną szkołę. Uwolniłem się od konieczności przesiadywania w jednym pomieszczeniu z nierogacizną (przepraszam nieliczne wyjątki...). Poszedłem do liceum. W tamtych czasach dostać się było ciężko – ale była to poniekąd konieczność. W szkołach zawodowych rządziła fala i początkujący kryminaliści. Nie miałem ochoty na dalszy pobyt wśród bydła. Musiałem dostać się do lepszej szkoły. Dostałem się. Nawet niedaleko – 20 minut „z buta”. Co więcej dostałem się do wymarzonej klasy humanistycznej. Byłem szczęśliwy. Liczyłem na pogłębienie wiadomości, dalszy rozwój zainteresowań przeszłością, na zdobycie umiejętności polonistycznych mogących wspomóc doskonalenie warsztatu.

I oczywiście znowu dostałem w łeb, tym razem znacznie mocniej i kompletnie z zaskoczenia. Polonista trochę doceniał moje wysiłki, jednak historyca zaszczuła, rusycystka nie lubiła, reszta belferstwa w mniejszym lub większym stopniu dokładała swoje. Podziwiam jedynie germanistkę – zważywszy ma moje zdolności językowe wykazała się w moim przypadku anielską cierpliwością... Opanowanie materiału kosztowało mnie masę wysiłku. Szczególnie dotyczyło to języków obcych. Słoń zdecydowanie nadepnął mi na ucho, więc angielski czy niemiecki od zawsze zlewały mi się w szum. Mózg przetwarzał to z największym trudem. Miałem trudności z wyłapaniem gdzie kończą się poszczególne słowa.

Zorientowałem się też szybko, że wpadłem w paskudną pułapkę. To nie była szkoła dla mnie. Może byłem za głupi? Może nadwrażliwy? A może tylko mi odwalało? Musiałem godzinami kuć jakieś idiotyzmy. Trudności rosły, nasilały się też konflikty z belferstwem. Optymalnym rozwiązaniem była jak mi się wydawało zmiana szkoły. To niestety nie wchodziło w grę. Klas humanistycznych w warszawskich liceach było jak na lekarstwo. Na ile się zorientowałem niemal wszystkie jako język zachodni miały głęboko przeze mnie znienawidzony angielski. W większości kładziono też znacznie większy nacisk na naukę łaciny. Musiałbym znaleźć klasę humanistyczną z niemieckim i ostro nadgonić łacinę, której także szczerze nienawidziłem. Pójście do normalnej klasy oznaczałoby konieczność nadrobienia fizyki...

Były już oczywiście pierwsze licea prywatne i społeczne zwane pieszczotliwie „przechowalniami tobołków”, „stajniami osiołków” etc. Pojawiła się alternatywa można było zapłacić i mieć święty spokój z nauką, a na zakończenie otrzymać maturę z ocenami o niebo lepszymi niż w państwówce. (przepraszam nieliczne szkoły prywatne które poważnie podchodziły do zadań edukacyjnych...) Problem w tym, że kompletnie nie było nas na nie stać. Do dziś żałuję. Siedziałbym na zadku, udawał idiotę, czytał książki pod ławką i pisał do upojenia...

Matura to tylko papierek, który miał otworzyć mi drogę dalej. Nie był wart lat wysiłku wtopionego dla jego zdobycia. Liceum było czasem straszliwie jałowym. Pisałem dużo mniej niż chciałem, czytałem też niewiele. Z pożeracza książek, którym byłem pod koniec podstawówki zmieniłem się w nieludzko umęczonego wołu roboczego, dla którego jedyną rozrywką było obejrzenie „Drużyny A” dwa lub trzy razy w tygodniu. Nauka zabierała czas, dusiła, dławiła, odbierała chęci do jakiejkolwiek aktywności.

Ale pisałem twardo nową wersję „Norweskiego Dziennika”. Robiłem to na przekór narastającemu zmęczeniu i zniechęceniu. Zaczęto wydawać po polsku wiele niedostępnych wcześniej książek. Kupowałem i starałem się czytać. Ale coś we mnie straszliwie pękło. Książki historyczne rzuciłem w ogóle w kąt. Ta dziedzina nauki totalnie mi obrzydła. Do lektury beletrystyki musiałem się zmuszać. Z przerażeniem stwierdzałem że składanie liter w słowa autentycznie mnie męczy. Wydawano kolejne niedostępne wcześniej powieści Julesa Verne – ale chyba wyrosłem...

Średnio bystrego dzieciaka szkoła powinna zaktywizować, rozwijać, podciągnąć w górę. Zamiast tego z zapałem wdeptywano mnie w błoto. O rozwijaniu zainteresowań nie było nawet mowy. Umysł zasypiał. W coraz większym stopniu żyłem do wewnątrz – marzeniami i pisaniem.

Rzeczywistość też rozczarowywała. Sądziłem że w ciągu kilku lat dogonimy zachód zarobkami i poziomem życia. Liczyłem też że rozmaici czerwoni popaprańcy poniosą zasłużoną karę. Czekałem na wielkie, transmitowane przez telewizję procesy kanalii z PZPR i SB. Czas uciekał, nie działo się nic. Zarobki nadal oscylowały w okolicach 150-200 dolarów, a hasło „Dla komuny – Norymberga” pojawiało się co najwyżej na murach. Granice otwierały się coraz szerzej, ale nie bardzo było za co pojechać.

W trzeciej klasie odrobinę odżyłem. Znalazłem sobie kogoś z kim mogłem pogadać o tym co czytam, a nawet przeczytać parę fragmentów moich wypocin. W morzu błota i przeciwności losu znalazłem malutki okruch szczęścia i zrozumienia. Potem niestety dostałem kosza, po którym nastąpił totalny reset mózgu – przez niemal rok nie pisałem wcale, prawie nic nie czytałem. Dręczyły mnie myśli samobójcze. Zasnąłem. Zmuszałem się do przejrzenia lektur szkolnych. Planowałem nawet rzucić w diabły tę budę i wyjechać pod Szczecin – gdzie powstał akurat wakat na stanowisku stajennego. Wywalanie obornika widłami i szczotkowanie obesranych końskich ogonów wydawało mi się niezwykle atrakcyjne w porównaniu z dalszym szlifowaniem zadem szkolnych ław... A może na strychu nad stajnią znalazłby się stolik i lampa by wieczorem pisać? Przemogłem się. Potrzebowałem matury a w tamtych czasach kupić ją u fałszerzy było naprawę ciężko.

Przyszła klasa maturalna. Wiosna 1993-ciego. Ostatnia prosta. Ostatnie miesiące. Czułem, że liceum mnie niszczy, degeneruje, zabija ostatnie zainteresowania, ogranicza intelektualnie, robi ze mnie kłębek nerwów. Stawałem się obojętny. W miejsce wrażliwości rozwijał się we mnie cynizm i agresja wobec otoczenia. Szkoła uczyniła mnie gorszym i musiałem zdrowo się naszarpać by z tego wyjść. Znowu uratowało mnie pisanie... Kupiłem nowy zeszyt w kratkę i wróciłem do pisania Norweskiego Dziennika. Zaciskałem zęby i usiłowałem dotrwać do końca budy jak więzień czeka na koniec wyroku... Pisałem. Od nowa. Lepiej. To w tej wersji pojawia się po raz pierwszy dziadek Maćka – Jakub Wędrowycz.

Najlepszy chyba kawałek stworzyłem w chwili, gdy należało uczyć się do matury. Ale nie żałuję - lepszych ocen i tak bym nie dostał. Liceum opuściłem jako kompletny wrak emocjonalny. „Osobowość maniakalno-neurotyczna, ostra forma zespołu dezadaptacyjnego, skrytość charakteru i impulsywność uniemożliwiają przewidzenie zachowań” – to z mojego rozpoznania psychiatrycznego sporządzonego na wniosek WKU. Ale żyłem.

Zaczęły się najdłuższe wakacje w życiu. Pełne 4 miesiące laby. Niestety brakowało, choć paru groszy by gdzieś dalej pojechać... Pojechałem w wyobraźni – przez to lato napisałem jakieś 500 stron.


 

III Studia.

W październiku 1993 roku poszedłem na studia. Szedłem w stanie ducha iście euforycznym. Z takim cztery lata wcześniej szedłem do liceum. Czułem że jestem wolny, że będę robił to o czym marzyłem przez całe życie. Że zaczerpnę z krynic mądrości i wiedzy. Że zbliżę się do źródeł intelektu i poznam ludzi naprawdę mądrych. Że zdobędę fajny zawód, a kiedyś jako Pan Archeolog przyjadę rozkopać Zamczysko w Wojsławicach. Liczyłem też że poznam jakieś fajne dziewczyny, nowych kumpli o zbliżonych zainteresowaniach. Wykopię coś ciekawego...

I oczywiście po raz trzeci szybko zostałem wyleczony z młodzieńczego idealizmu. Szybko, zajęło im to jakieś dwa tygodnie. Owszem na mojej uczelni było kilku wybitnych uczonych, ale większość stanowili wyrobnicy naukowi, niezbyt lotni, o mentalności przypominającej często bazarowych cwaniaczków a nie naukowców. Pojąłem kto dał tytuły magistrów pseudobelfrom z moich szkół...

Jednak obok tych mankamentów były też pozytywy. Faktycznie na roku było parę sympatycznych dziewczyn (tyle tylko że jakoś żadna mnie szczególnie nie polubiła), rzeczywiście było wreszcie z kim pogadać (tylko że co i rusz trafiałem na ludzi inteligentniejszych i bardziej oczytanych ode mnie więc było to doświadczenie frustrujące jak diabli...). Lata zaniedbań intelektualnych zrobiły swoje. Nie nadążałem. Płynąłem niesiony prądem. Studiowałem, kułem do egzaminów, zbierałem lufy do indeksu. Od czasu do czasu coś udało się trochę dorobić, choć nie na tyle by np. pojechać na objazd naukowy czy wyprawę trekingową. Parę razy znajomi obiecywali mi załatwić robotę na lato. Nigdy nie dotrzymali słowa. Mimo wszystko było mi tam całkiem dobrze. Odżyłem. Chodziłem na wykłady profesorów Andrzeja Niwińskiego i Jerzego Kruppe’, uczyłem się deszyfrowania przeszłości. To szalenie przydało się w późniejszej pracy literackiej. 

Jakoś na drugim roku zaszły „dwie nowe okoliczności”. Po pierwsze dopadła mnie jesienna depresja. Już wcześniej borykałem się z tą przypadłością, tym razem wzięło mnie w obroty potwornie. Za radą pewnej życzliwej kobiety poszedłem do lekarza. Nie obyło się bez terapii farmakologicznej. I... stał się cud. Po serii 40 tabletek wygrzebałem się z dołka. Depresja męczyła mniej jeszcze kilka razy nigdy już nie powróciła z taką siłą.

Drugim wydarzeniem w tym okresie był taki głupi z pozoru przypadek. Zgubiłem dowód osobisty. By uzyskać nowy musiałem wypełnić kwestionariusz. Imię, nazwisko, to było proste. Wykształcenie, zawód inne takie. Wpisując dane czułem się jakbym dostał w mordę. Kim jestem? Maturzystą? Każdy wokół ma maturę... Osiągnięć naukowych – brak. Kasy na koncie brak. Wyuczonego ZAWODU – BRAK. Pisanie ciągle znajdowało się w sferze projektów „wstępnie rozgrzebanych”. Na drugim roku było też jasne że nie mam szans na pracę w zawodzie archeologa. Stojąc na tym paskudnym korytarzu w kolejce do okienka uświadomiłem sobie z przerażającą jasnością, że jestem NIKIM. Że nawet jeszcze dobrze nie zacząłem żyć.

Wiedziałem, że trzeba zacząć. Że już na dobrą sprawę jest za późno. Że z jakichś przyczyn przespałem czas... Ale mimo tej świadomości nie byłem w stanie się obudzić. Stłamszenie w podstawówce i liceum wracało czkawką. Brakowało mi choćby szczątkowej pewności siebie. Wiedziałem, że czas ucieka w przerażającym tempie. Że trzeba coś zrobić TERAZ. Natychmiast. Nie miałem siły... Powoli pchałem do przodu „Norweski Dziennik”. Liczyłem ze niebawem będę miał gotowe pierwsze dwa tomy i pójdę z tym gdzieś... Ale potrzebny był impuls by zrobić pierwszy krok.


 

IV Debiut i inne sprawy.

Latem 1995-tego roku pojechałem nad morze z rodziną. Traf chciał że na te same wczasy pojechał pisarz – Paweł Siedlar. Zaintrygowałem go – bo codziennie siadywałem na brzegu morza i godzinami pisałem w kajecie maczkiem. Wreszcie przemógł się i zapytał cóż tak skrobię. Pisałem ostateczną wersję Norweskiego Dziennika i byłem gdzieś na stronie 1600-tnej. Przeczytał fragment i nieco przytłoczony rozmiarem dzieła zasugerował bym napisał coś ciut krótszego. Co więcej obiecał to przeczytać i powiedzieć co sądzi. To był ten moment przełomowy. Najwyraźniej dłuższy już czas znajdowałem się w stanie niestabilnej równowagi. Dobre słowo i rada popchnęły mnie we właściwym kierunku.

Przyznam, że idea napisania czegoś krótszego nieco mnie zaskoczyła. Pisarze których lubiłem Verne, Nienacki, Szklarski etc. pisali powieści. Sądziłem, że to jest właściwa droga - zakładałem bowiem uderzenie do wydawców z solidnym taranem - sześcioma tomami „Norweskiego Dziennika”. Cóż – szczególnie bystry to ja nigdy nie byłem... A przecież podpowiedź miałem jak na dłoni. Równie przeze mnie lubiani Bułyczow czy Zajdel pisali przecież masę krótkich tekstów. Pozostało posłuchać rady doświadczonego fachowca. Pierwszego pisarza którego poznałem w życiu. Człowieka który WIEDZIAŁ jak się to robi. Spotkanie nad morzem było w lipcu. 

W sierpniu pojechałem na wykopaliska do Płocka. Pod kierownictwem mgr Andrzeja Gołębnika poznawałem tajniki czytania w ziemi. W miesiąc nauczyłem się tam więcej niż przez dwa lata studiów. Kupiłem też nowy kajet i długopis. Harowaliśmy dziko od siódmej rano do piętnastej przekopując plac Narutowicza w poszukiwaniu śladów osadnictwa z okresu przed niwelacją pruską. Znajdowaliśmy różności. Garnki, kości, plomby od pak z towarem, okucie od księgi, XVII-wieczne szambo z zawartością... Po godzinach siedziałem w akademiku i pisałem pierwsze opowiadania o Wędrowyczu.

Sięgnąłem do trzecio planowej postaci z Norweskiego Dziennika. Wszyscy bohaterowie snujący się po literaturze byli piękni, młodzi, przystojni, szlachetni, odważni – więc stworzyłem prostą antytezę. Obleśnego dziada, pijanego, brudnego i zazwyczaj agresywnego jak cholera. Napisałem 4 opowiadania w tym jedno nieudane. Powróciwszy do warszawy przepisałem te lepsze na komputerze, wydrukowałem i przekazałem panu Siedlarowi.

Przeczytał i zaniósł do redakcji Fenixa sugerując, że jestem wariatem albo geniuszem – ale tak czy siak warto rzucić okiem. Rzucili ocenili przychylnie i w lutym 1996 ukazało się drukiem moje pierwsze opowiadanie. „Redaktor Grzędowicz wyrwał korek i wypuścił szalonego kozackiego Dżina z butelki po horyłce”. Obiecano mi też honorarium – milion osiemset tysięcy starych złotych. Nie powiedzieli tylko, że poślizgi z wypłatami sięgają kilku miesięcy. Jako młody idealista uważałem że wykłócenie się o pieniądze to nie jest zajęcie godne dżentelmena i literata, z drugiej strony potrzebowałem tej forsy jak cholera. Zatem co parę dni przynosiłem do redakcji nowe opowiadanie a mimochodem pytałem czy może już... W ten sposób zanim mi wreszcie wypłacili zebrali zapas moich tekstów na jakieś dwa lata publikacji...

Pamiętam takie popołudnie – wyszedłem z baraków mieszczących nasz instytut, przeciąłem Pola Mokotowskie, poszedłem do Biblioteki Narodowej i siadłem w czytelni oczekując na zamówione materiały. Miałem przy sobie kartkę w kratkę i zacząłem notować na nie możliwie fabuły kotłujące mi się pod czaszką. Zapisałem ich około dwudziestu. Co najmniej połowę przekształciłem później w opowiadania. Dziś wolę używać notatnika. Jestem jak amerykański urząd patentowy - notuję wszystkie pomysły, nawet najbardziej debilne. Czasem słaby pomysł po przemyśleniu dla się poprawić. Czasem z dwu kiepskich złoży się jeden dobry... Zapisane nie uciekną. Można je sobie obracać w głowie miesiącami... 

Okres po debiucie był jakby odczepieniem hamulców. Jakaś bariera, stalowa obręcz ograniczająca mnie dotąd pękła. Poczułem, że coś mogę zdziałać. Że mur wokół da się przebić własną głową. Trzeba tylko walić cierpliwie kilka lat. Sapkowski, wówczas nasz primus inter pares wyprzedzał mnie o jakieś 11 lat. Założyłem optymistycznie, że w 15 lat go dogonię, zagryzę, stratuję etc. Trochę nie wyszło, ale co sobie pogoniłem i potratowałem to moje. 

Sytuacja na rynku w połowie lat 90-tych była kompletnie tragiczna. Za opowiadania płacono grosze, w dodatku z opóźnieniami. Wydawano bardzo niewiele książek, a nakłady były żałośnie niskie. W 1998 roku zachęcony pozytywnym odzewem ze strony czytelników podjąłem pierwsze negocjacje w sprawie wydania zbioru opowiadań o Wędrowyczu. Zaproponowano mi stawkę w oszałamiającej wysokości 70 groszy netto od sprzedanego egzemplarza książki. Nakłady sięgały dwu tysięcy sztuk, bestsellery osiągały trzy tysiące. Zatem realne miałem szansę zarobić na napisaniu książki tyle ile mój Ojciec wyciągał jako pielęgniarz zwierząt w warszawskim ZOO. Tyko że On miał tyle miesięcznie a ja bym to zarobił w jakieś dwa lata.

W tym czasie robiłem różne rzeczy nawet nie po to by się utrzymać, ale by dorobić sobie parę groszy. Pracowałem przy sitodruku. Pisywałem artykuły do gazet. Dawałem korepetycje. Malowałem ludziom mieszkania. Zdobywałem kuriozalne niekiedy doświadczenia, a nieliczne nawet wykorzystałem potem w mojej prozie. Np. dogłębne poznanie zakamarków Teatru Wielkiego zaowocowało tekstem „teatralna opowieść”. Ściubiłem jak mogłem każdy grosz, ale na wyjazd do Szwecji i tak było mało.

I bez przerwy wymyślałem i skrobałem nowe opowiadania... ¾ poświęcone były postaci Jakuba Wędrowycza ¼ stanowiły fabuły inne. W wolnych chwilach cyzelowałem Norweski Dziennik m.in. wymieniłem początek... Czemu to robiłem? Logika nakazywała raczej definitywne położenie krzyżyka na planach życia z pisania książek. Wielu pisarzy dziś regularnie publikujących zapadło wówczas w kilkuletni sen zimowy. Ja może na pół gwizdka ale działałem. Może wierzyłem w moją gwiazdę, może odczytywałem sytuację jako skrajnie patologiczną i czułem nadchodzącą zmianę? Może nie miałem innego pomysłu na życie? Nie wiem.

Mógłbym napisać że wszystko przewidziałem, ze gromadziłem amunicję dla potrzeb przyszłej wojny etc. Owszem gdy pojawiła się okazja ucapiłem ją zębami jak rottweiler, ale nie ma w tym żadnej mistyki. Tym różniłem się od kolegów po piórze że oni jojczeli że muszą pisać do szuflady a ja faktycznie pisałem do szuflady. No nie tylko – wysłałem maszynopisy na dwa konkursy literackie. Bezskutecznie.

W tym okresie założyłem sobie pierwsze konto internetowe dla kontaktu z czytelnikami. W jednym z pierwszych mieli jakiś fan nazwał mnie największym piewcą wsi polskiej od czasów Reymonta. Zdanie to było kompletnie od czapy, zarazem miało w sobie swoistą kretyńską elegancję. Uznałem że mogę je swobodnie wykorzystać do celów promocyjnych bo nikt nie weźmie go na poważnie. Oczywiście myliłem się. Są krytycy, którzy napiętnowali mnie za porównywanie się z Noblistą...

Powoli wracałem do intensywniejszego czytania książek – zwłaszcza ze Biblioteka Narodowa pozwalała mi sięgnąć do pozycji normalnie niedostępnych. Zacząłem nawet znowu czytać książki historyczne – choć nie sprawiało mi to już takiej przyjemności jak kiedyś. 


 

V Klub Tfurców.

Jakiś rok lub półtora po debiucie za pośrednictwem działacza warszawskiego fandomu - Adama Bańskiego nawiązałem kontakt z Klubem Tfu!rców (grupa jest nieformalna – istnieje wiele wariantów zapisu nazwy). Zacząłem bywać na organizowanych przez nich warsztatach. Zbieraliśmy się po parę osób i wytypowana ofiara czytała na głos swoje wypociny poddając je osądowi zawodowych redaktorów i współuczestników. Było to doświadczenie ze wszech miar paskudne, choć niezbędne. Zorientowałem się natychmiast jak potwornie knocę, jak żałosny poziom reprezentuje sobą moja proza, jak straszliwe mam braki warsztatowe i intelektualne. Było tak jak na początku studiów, gdy zorientowałem się że wcale nie jestem tak genialny jak sądziłem.

Znowu dostałem strasznie po łbie, ale tym razem były to bęcki konstruktywne. W ciągu mniej więcej roku nieregularnych spotkań od ludzi takich jak Iwona Żółtowska, Artur Szrejter czy Jacek Drewnowski nauczyłem się więcej niż przez dekadę samodzielnego rycia długopisem w zeszycie. Wiele Im zawdzięczam i zachowuję Ich w pamięci. Ta postawa – bezinteresowna i wszechstronna pomoc udzielana nowemu pokoleniu twórców była czymś zasadniczo odmiennym od moich dotychczasowych doświadczeń... Część tekstów wówczas omawianych ukazała się w antologii „Robimy Rewolucję”. Był to pierwszy przypadek gdy zobaczyłem mój tekst wydany w książce... Poniekąd drugi debiut.

Zwłaszcza cenna była informacja przekazana przez „doświadczonych”, że nigdy nie należy liczyć na inteligencję czytelnika, a tekst musi być absolutnie jednoznaczny. Bo jeśli są dwie możliwie interpretacje to czytelnik z reguły wybiera te głupszą... Początkowo nie wierzyłem ale później przekonałem się o tym wielokrotnie.

Pisanie i kontakt ze środowiskiem zmieniły mnie. Wyciszyłem się wewnętrznie. Uspokoiłem. Znalazłem swoje miejsce na świecie. Skoncentrowałem się na pracy dającej nadzieję zbudowania kiedyś nazwijmy to kariery. Po huśtawce ego „piszę jestem geniuszem” – „strasznie knocę nic z tego nie będzie” doszedłem do punktu równowagi. Wreszcie znalazłem sobie to czego brakowało mi od dziecka – o czym marzyłem, czego bezskutecznie szukałem – akceptujące moją obecność nietoksyczne środowisko zapewniające elementarną formację duchową i intelektualną.


 

VI Dostaję zlecenie.

Kończyłem studia. Z pieniędzmi było strasznie kuso. Perspektywy zdobycia jakiejkolwiek roboty – mizerne – akurat skokowo rosło bezrobocie. Zaczepiłem się w dwutygodniku „Puls Warszawy”, sporadycznie pisywałem artykuły do innych gazet z czego wpadało po kilkaset złotych miesięcznie. W naprawdę dobre miesiące wyciągałem prawie co najniższą płacę. Perspektywy były jednak wyjątkowo marne. Powoli dochodziłem do wniosku że trzeba się zaczepić w jakimś sklepie na kasie, albo poszukać podobnego zajęcia bo z pisania nic już chyba nie będzie. Ale – zdarzył się cud. 

Po śmierci Zbigniewa Nienackiego wydawnictwo „Warmia” podjęło próbę publikacji kontynuacji przygód „Pana Samochodzika”. Moja Siostra dostała od jakiegoś kumpla jeden tom. Przeczytałem z trochę mieszanymi uczuciami. Miałem przeświadczenie że ja zrobiłbym to inaczej. Minęło może pół roku i okazało się że będzie okazja pokazać jak inaczej bym to zrobił...

Parę razy w życiu miałem straszliwego pecha. Kilka razy miałem niewyobrażalnego farta. Tak było i teraz. Wczesną wiosną 1999 roku zadzwoniłem do Pawła Siedlara dowiedzieć się co dobrego słychać. I po raz drugi ten zdumiewający człowiek zakrzywił wokół mnie czasoprzestrzeń. Przekazał mi mianowicie informację że wydawnictwo szuka jeszcze kogoś do pisania kontynuacji.

Jeszcze parę lat wcześniej nie miałbym odwagi spróbować. Teraz otrzaskany w kontaktach z ludźmi postanowiłem spróbować. Miałem opowiadanie o wspinaczce na Ararat. Wyrwałem trzy tygodnie z życiorysu – napisałem na jego kanwie powieść. Wydrukowałem u znajomego i posłałem w świat. Po mniej więcej tygodniu dostałem telefon z wydawnictwa. Przeczytali, podoba im się, biorą, mają dla mnie pieniądze i przyjadą za tydzień z kawałkiem by podpisać umowę. 

Przeczuwałem że pojawia się szansa na stałą pracę i odrobinę konkretniejsze dochody. Doszedłem do wniosku że bardzo ważne jest pierwsze wrażenie. Że muszę zachować się jak profesjonalista. Miałem trochę czasu. Wyjąłem z życiorysu kolejne dziesięć dni. Gdy wydawcy przyjechali podpisywać papiery mogłem wręczyć Im połowę kolejnego tomu. Dogadaliśmy się. Przez kolejne 5 lat współpracy napisałem dla Nich 19 książek... 

Przeżyłem kompletny szok. W środowisku fantastów dominowały wówczas wydawnictwa spore ale bezwładne. Książek w zasadzie nie wydawały, jak już wydały nie potrafiły tego rozdystrybuować po księgarniach. A jak książka jakimś cudem się sprzedała to nie robiono dodruków bo „zbyt wysokie ryzyko”. Autorom płacono z łaski i marne gorsze. Tu wszystko było inaczej. Wydawnictwo „Warmia” mieściło się w jednym pokoju biurowym wynajętym w kamienicy i składało się z trzech ludzi. Redaktora, handlowca i człowieka „na przychodne” który znał się na komputerach więc robił skład i wysyłał materiały do drukarni. W redakcji komputera nie było, maszynopis obrabiano ołówkiem. Ta zdumiewająca firma była jednak w stanie regularnie dokonywać cudów. Książki leżały po księgarniach, płacono autorom uczciwie co do grosza a do tego często przed terminem. 

Widząc sprawność organizacyjną parokrotnie namawiałem Ich by zajęli się fantastyką. Niestety, była to tematyka odległa od specjalizacji, obawiali się puścić na nieznane wody. Tak czy inaczej współpraca z Nimi uświadomiła mi że moje zamierzenie – życie z pisania fantastyki jest realne. Wymaga tylko innych ludzi. Innych wydawców. Takich jednak nie było.

Latem 1999 roku za pierwsze honorarium z „samochodzika” zrealizowałem odwieczne marzenie. Pojechałem z Ojcem na trzytygodniową włóczęgę po Szwecji i Norwegii. Wycieczka zaowocowała opowiadaniem „2586 kroków” i po latach cyklem „Oko Jelenia”. Wiosną 2000 roku przystąpiłem do rozszerzania bazy wojny. Miałem zamiar napisać w ciągu roku 4 kolejne tomy przygód Pana Samochodzika. Innej roboty nie było. Studia skończyłem. Po raz pierwszy w życiu miałem CZAS. Postanowiłem podwoić dochody. Wymyśliłem cykl powieści dla młodzieży poświęconych podróżom w czasie.

Zdawałem sobie sprawę że jeśli do wydawnictwa wejdzie człowiek z ulicy i zaproponuje napisanie 16 tomowego cyklu zostanie pogoniony jako niebezpieczny wariat.. Musiałem podejść do sprawy jak profesjonalista. Postanowiłem napisać próbkę. Cztery pierwsze tomy. W styczniu i lutym napisałem pierwsze dwa i wysłałem do 4 różnych wydawnictw. Liczyłem że uda mi się podpisać kontrakt na cały cykl – 12-16 tomów i uzyskać stawkę rzędu 4-5 tyś zł za tom.

Miałem 26 lat. Dodatkowe 20 tyś rocznie pozwoliło by poczynić jakieś oszczędności, a być może zdołałabym zebrać wkład własny, wydębić kredyt i szarpnąć się na jakieś cztery kąty. W kamienicy gdzie mieszkał mój Dziadek była wypalona kawalerka. Gdybym miał choć ze 40 tyś mógłbym spróbować ją kupić. W pracach remontowych byłem przeszkolony. W jakiejś tam perspektywie chciałem założyć rodzinę. Miałem też kolejne ambitne plany wakacyjne.

Niestety z czterech wydawnictw które dostały maszynopis odpowiedziało jedno – najpotężniejsze, które w delikatnych słowach wykpiło moje stawki. Nie powiem byłem szczerze zaskoczony – bowiem skoro malutka firma z Olsztyna była w stanie tyle płacić to potentat na rynku powinien wyłożyć taką kasę bez mrugnięcia okiem. Tak czy siak zostałem z dwoma maszynopisami powieści niechcianego cyklu...

Znowu zaczął się okres pewnej stagnacji. Pisałem opowiadania. Pisałem kolejne samochodziki. Miałem z tego całkiem uczciwy grosz. Dzięki tym wpływom mogłem spokojnie ukończyć studia. Miałem też trochę czasu dla siebie, czytałem pisałem i pomijając brak stosownej towarzyszki życia byłem całkiem zadowolony. Niestety kompletnie nikt nie chciał moich książek pisanych pod nazwiskiem – co demotywowało mnie do ich pisania.

Zarobki były w miarę stałe, niezbyt wysokie ale zadowalające. Regularnie pocztą przychodziły egzemplarze autorskie kolejnych tomów „samochodzika”. Ale w głębi duszy znowu poczułem że tracę czas. Kalkulowałem pragmatycznie. Kontynuacja nie cieszyła się wielką poczytnością, nakład raczej powoli spadał niż rósł. Miałem buńczuczne przeświadczenie, że gdybym w trzy lata wydał 12 powieść SF „to nawet sam Mistrz Sapkowski własną czapką buty by mi czyścił”. Etc. Próbowałem wykonać kolejny krok do przodu, ale noga wszędzie zapadała się w błoto.

Nie tylko mi. Kilkoro moich znajomych próbowało w tym czasie coś wydać. Bez skutku. W redakcji czołowego wówczas wydawnictwa zalegało podobno około setki maszynopisów, których nikt nawet nie przeczytał. Dwa pozostałe coś tam niby publikowały, ale z płaceniem autorom było już znacznie gorzej.

Sytuacja dojrzała. Wystarczyło popukać palcem w deskę by wysypało się próchno...


 

VI Przełom.

Latem 2001 roku pojechałem do Wojsławic. Byłem smutny, zmęczony i przygnębiony. Kraj pod rządami czerwonych zamieniał się w chlew. Kupa moich znajomych była bez pracy lub ledwo wiązała koniec z końcem. Widziałem coraz wyraźniej, że fucha z pisaniem Samochodzików to kompletnie ślepa uliczka. Serii groziło wygaszenie, a obok nie rysowała się żadna inna droga. Sprzedaż książek siadała, wydawnictwa branżowe od fantastki też wyraźnie szły na dno. Padł „Fenix”. Klub Tfurców chwilowo zwiesił działalność.

Spędziłem na wsi kilka dni. Ostatniego dnia pobytu skutkiem rozlicznych zbiegów okoliczności trafiłem do gospodarstwa należącego niegdyś do moich Dziadków, a przekształconego obecnie w hurtownię materiałów budowlanych. W stodole wypatrzyłem sierp Dziadka wbity w belkę. Wyprosiłem go. Wyrwałem. Zawinąłem w gazetę i wsadziłem do plecaka. Wróciwszy do domu do Warszawy dowiedziałem się że dzwoniono do mnie z wydawnictwa Fabryka Słów i dwu redaktorów chciałoby wpaść i ze mną pogadać.

Wierzę w znaki. Sierp Przodka czekał piętnaście lat wbity w belkę by raz jeszcze zakrzywić rzeczywistość i uczynić mnie gospodarzem na swoim...

Dalej wszystko potoczyło się już zupełnie inaczej. Jakby ktoś zdjął zły urok. Jesienią na konwencie w Chełmie zobaczyłem pierwsze próbne odbitki „Kronik Jakuba Wędrowycza”. Na Falkonie w Lublinie okazało się że i prywatna sfera życia nagle zaczęła się układać. Mur padł. Trzeba było jeszcze wylać morze potu ale byłem już na właściwym szlaku. Wystarczyło składać teksty w zbiory, uzupełniać nowymi i wydawać kolejne tomiki. Szybko pojawiła się możliwość pisania i wydawania powieści. Zacząłem od trylogii o kuzynkach Kruszewskich. Poprawiłem, przeredagowałem i wydałem „Operację Dzień Wskrzeszenia”...

Powiały nowe wiatry – ludzie powyciągali różności z szuflad a kto tylko mógł siadał do pisania dawno wymyślonych książek... Rosła częstotliwość wydań, powoli zaczęły rosnąc nakłady. Trochę pomogło to że w wiek dojrzały wchodziło pokolenie wstępnie sformatowane Harrym Potterem. Ci ludzie nie byli uprzedzeni do fantastyki, wręcz przeciwnie – pożądali jej. Pomogły nam też jak sądzę kręcone z rozmachem ekranizacje Tolkiena. Nagle okazało się że da się w tym kraju sprzedać nakład większy niż trzy tysiące sztuk. Na sukces ten złożyła się ciężka praca wielu autorów i wydawców. Ale udało się. Polska fantastyka odbiła sporą część rynku i jestem szczęśliwy że mogłem przyłożyć do tego zwycięstwa rękę.

Po pięciu latach pracy dla wydawnictwa „Warmia” mogłem zakończyć pisanie Samochodzików. Pozostały mi dobre wspomnienia po tej współpracy. Dziewiętnaście napisanych tomów pozwoliło mi przetrwać najgorsze lata i podciągnąć się warsztatowo. Jednak była to tylko fucha. Cudzy bohater, narzucona konwencja, sztywne ramy. Wiele się przy tej pracy nauczyłem ale dla rozwoju kariery była niestety bez znaczenia...

W połowie pierwszej dekady XXI wieku osiągnąłem to nad czym pracowałem od jedenastego roku życia. Byłem wolny i wykonywałem wymarzony zawód. Wystarczyło siedzieć i pisać, na co przyszła ochota. Dużo i najlepiej jak się da... Mogłem wykorzystać umiejętności zdobyte na studiach. Zabrałem się za pisanie „Oka Jelenia”...

Jesteśmy w połowie drogi. W chwili gdy nakłady naszych książek przekroczą sto tysięcy egzemplarzy będzie można powiedzieć że naprawdę udało się wygrać. Wierzę że w 2015-tym roku ktoś z polskich autorów sprzeda taki nakład. Będę się starał abym był to ja.

Zakończenie.

Jest taka anegdota – usłyszałem ją w Chełmie od pracownika NIK. W czasie wojny niemcy zakwaterowali na dwa tygodnie we wsi. Wygonili mieszkańców z części chałup. Bali się prawdopodobnie otrucia, więc chodzili po wodę nie do studni, ale do źródła. Mieszkańcy przyuważyli, że każdy niemiec idąc po wodę zawsze bierze ze sobą kamień. Nie wiedzieli dlaczego. Rzecz się wyjaśniła po wyjeździe wermachtowców. Niemcy rzucali te kamienie w błoto koło zdroju. W dwa tygodnie z niczego i kosztem minimalnego wysiłku powstała porządna brukowana dróżka. Wcześniej przez 500 lat ludziska mięsili błoto nogami i nie wpadli że można sobie ułatwić życie...

Wysiłek się akumuluje. Niezależnie od wszystkiego jeśli mamy odpowiedni pomysł, miejsce, umiejętności i czas to możemy osiągnąć naprawdę wiele. Mój problem przez całe lata polegał na tym że brakowało mi umiejętności, nie znałem nikogo kto mógłby mnie uczyć – więc nauka pisania sprowadzała się do pracochłonnej metody prób i błędów, a do tego cierpiałem na chroniczny niedobór czasu.

Ale tak właśnie wyglądało moje życie. Nie znając tej anegdoty rzucałem kamienie. Robiłem coś z niczego. Droga którą ułożyłem sobie od serc czytelników do źródła honorariów to właśnie dziesiątki małych kamieni rzucanych latami w bezdenne z pozoru trzęsawisko. Tysiące godzin spędzone na pokrywaniu bazgrołami 60-cio stronicowych zeszytów w kratkę. Tysiące godzin wklepywania tekstów w kawiaturę.

Spośród 22 książek, które wydałem pod nazwiskiem 10 to zbiory opowiadań. Ponad siedemdziesiąt tekstów o Jakubie Wędrowyczu, ponad 30 bez niego. Sto opowiadań, w tym może ¼ zamieszczona w czasopismach fanzinach i informatorach konwentowych. Pomiędzy debiutem w czasopiśmie a pierwszą książką opublikowaną pod nazwiskiem rzuciłem w błoto dziesiątki głazów. Po takim trakcie pojechały cięższe wozy.

Podobnie widać to w skali makro. „Fabryka Słów” i „Runa” wydały wspólnie już kilka setek książek. To też kamienie, rzucane z pozoru w bezdenną przepaść. Dokonało się to co niemożliwe. To o czym z trudem śmiałem marzyć 15 lat temu. Mamy co najmniej kilku autorów zawodowych – ludzi żyjących z pisania fantastyki. Obok coraz lepiej żyją sobie graficy tworzący ilustracje do okładek. Może trzeba będzie te kamienie rzucać jeszcze przez dekadę ale dorobimy się też własnych reżyserów którzy nakręcą nam polskie filmy. I to lepsze niż „Wiedźmin”.

Druga złota myśl – poznałem ją rozmawiając z Pawłem Siedlarem. Żydzi działają „po łyżeczce”. Jeśli natrafią na problem z pozoru nierozwiązywalny dzielą go sobie na mniejsze i likwidują po kawałeczku. Nie spieszą się, nie liczą na natychmiastowe zyski. Natrafiając na mur szukają sposobu by go ominąć podkopać osłabić rozbijając po jednej cegle.. Powoli cierpliwie uzyskują to, co sobie założyli. To mądry naród – warto podpatrzeć ich, sposoby... Działam w ten sam sposób. Natrafiwszy na problem nie do przeskoczenia szukam możliwości podzielenia go na mniejsze kawałki. I cierpliwie dłubię. Wyskrobuję zaprawę spomiędzy cegieł. Jeśli trzeba to latami. Powolutku, cierpliwie, konsekwentnie. Mam sprecyzowane plany na kolejną dziesięciolatkę.

Trzecia idea – tym razem z dziedziny łowiectwa. Człowiek jest jednym z najwytrzymalszych zwierząt na naszej planecie. Sarna czy jeleń mogą przejść w ciągu doby 20-30 kilometrów. Potem muszą stanąć, solidnie się najść, popić wodą, odespać. Jeśli przejdą jeszcze trochę po prostu padną i prawdopodobnie zdechną. Człowiek dzięki zasobom tłuszczu i odmiennej gospodarce rezerwami jest w stanie przejść jednorazowo siedemdziesiąt do stu kilometrów. Jeśli na sawannie zobaczymy antylopę nie umrzemy z głodu. Co z tego że szybko biega? Wystarczy za nią iść aż padnie. Nie trzeba nawet umieć przebiec maratonu by zagonić zwierzę na śmierć. Są pisarze lepsi ode mnie. Sprawniej operują piórem, czasem mają lepsze przygotowanie. Ale ja biję ich systematycznością. Oni piszą jedną książkę na dwa lata ja dwie do trzech rocznie. Idę ich tropem aż padną.

Dziś proszony o rady rekomenduję początkującym adeptom pióra tę samą strategię. Zacznij od 10 dobrych opowiadań. Rzucaj kamienie. Małe i lekkie ale rzucaj do skutku. Nie nastawiaj się na pisanie jednej książki – planuj wiele. I pamiętaj o czasie. Kariera pisarska to nie totolotek. Tu nie ma natychmiastowych wygranych. Myślmy nie w kategorii lat ale dekad. Aby zdobyć skarby wystarczy długi mozolny i forsowny marsz. Jeśli nie nastąpi żadna tragedia ani katastrofa - dojdziemy.