Wschodni fatalizm

Dyskutując z kumplem w necie przypomniałem sobie postać Zoji Anatoliewnej Kosmodiemianskiej. Młodym ludziom nic to nazwisko nie mówi. Była to nastoletnia komsomołka, zrzucona w 1941 roku za linię frontu na tyły wroga.

Zadanie jej oddziału: pozbawienie niemców kwater zimowych.

Sposób wykonania: podpalanie rosyjskich wsi żeby nie było gdzie kwaterować 

Oddział po spaleniu 10 wiosek (wraz z mieszkańcami...) wpadł w zasadzkę i hitlerowcy wybili partyzantów niemal do nogi. Zoja ocalała, przedarła się z 2 towarzyszami i ...ruszyła spalić wieś jedenastą. Zdołała podłożyć ogień pod trzy chaty. Złapali ją chłopi, obili, przekazali niemieckiej żandarmerii. Dziewczynę poddano torturom wreszcie powieszono. Jej postać szybko obrosła legendą...

Czy to szaleństwo wschodnich nacji? Palić domy własne, lub cudze byle tylko nie zamieszkał w nich wróg.  Jaki w tym tragiczny fatalizm, łączący Rosjan-sowietów i Ukraińców-upowców. Jaka czarna pustka, bezdenna odchłań najczarniejszej rozpaczy. Jaka niewyobrażlna tragedia. I jaka kompletna niewiara w możliwość odzyskania kiedyś swojej siedziby, odbicia wsi z rąk wroga... 

I z podobnego okresu przykład odmienny. W Bykowni pod Kijowem NKWD mordowało polskich oficerów. Jeden z nich używając szpilki wydrapał spiesznie na plastikowym grzebieniu nazwiska - swoje i kilku kolegów. Grzebyk ten znaleziono podczas ekshumacji w 2007-mym roku.

 Idący na śmierć zachował wiarę w Polskę. Wydrapał te nazwiska wierząc, że ten dowód kiedyś przemówi. Że przyjdzie czas gdy Polska zmartwychwstanie, a ktoś szukając prawdy o losach jej synów rozkopie tę mogiłę.