Raport z budowy piramidy

Umieszczam tu mój felieton napisany wiosną 2012.

 

Raport z budowy piramidy.

        Jestem prostym człowiekiem więc otaczających mnie ludzi dzielę na cztery kategorie. Przyjaciel to ktoś podobny do nas. Ktoś z kim lubimy przebywać. Z kim mamy, o czym pogadać, z kim możemy robić interesy, iść na wyprawę, napić się piwa albo w inny sposób spędzić czas. Sojusznik to ktoś podobny do nas ale z kim nie utrzymujemy na co dzień kontaktów. Możemy sprzymierzyć się i pracować razem dla osiągnięcia jakichś celów. Przeciwnik to ktoś podobny do nas – w zasadzie porządny gość – który pechowym splotem wypadków chce posiąść te same dobra co my. Wróg to świnia i kanalia, ktoś kto zrobi wszystko by zwinąć nam sprzed nosa łup, albo podstawi nam nogę „tak-dla-jajec” z czystej małpiej złośliwości.

Podsumowując. Przyjaciel pożyczy nam wykrywacz metalu abyśmy mogli szukać skarbu. Sojusznik podzieli się wiedzą i pomoże wykopać – choć zapewne zechce byśmy mu odpalili jego działkę. Przeciwnik zechce wykopać garnek dukatów pierwszy, ale gdy spotkamy się na polu nie zaciuka nas łopatą tylko zacznie przeszukiwać areał od drugiego końca. Wróg spróbuje nas z pola przegonić, a gdybyśmy złoto jednak wykopali ruszy w pościg by nam wklepać, a skarby zabrać.

Z przeciwnikiem możemy usiąść do partyjki szachów. Wrogowi należy dać szachownicą po łbie i zanim gad wstanie, czym prędzej poprawić młotkiem.

        Jeśli przeciwnik wklepie nam albo my wklepiemy przeciwnikowi w zasadzie nie dzieje się nic strasznego. Szlachetny wojownik nie dobije pokonanego. Zwycięzca i przegrany skiną sobie głowami mówiąc: do następnego razu. Jeśli w starciu dwu szlachetnych przeciwników jeden zginie, triumfator potraktuje jego ciało z szacunkiem, odda ziemi bez obdzierania z dobrych butów, sakiewki, czy zegarka. Przykładem takiej w miarę honorowej walki są powieści Zbigniewa Nienackiego – cykliczne starcia Pana Samochodzika z Waldemarem Baturą. Obaj panowie stosują fortele, jednak nie podkładają sobie świni ani nie kopią leżącego. Bezwzględnie konkurują zachowując jednocześnie pewien poziom.

        Czasem nastąpi przewartościowanie. Człowiek, którego uważaliśmy za wroga dokonuje czegoś, co wymusza awansowanie go na przeciwnika. Przykład? No to dla odmiany historyczny a nie literacki: Cesarz Etiopii Theodor II Kassa zabujał się w cesarzowej Imperium Brytyjskiego Wiktorii. Wysłał swatów ale niestety brytyjski ambasador przekazał od władczyni odpowiedź odmowną. Theodor się wkurzył i kazał ambasadora wsadzić do lochu. Cesarzowa oczywiście nie puściła tego płazem i by odbić swojego sługę wysłała korpus ekspedycyjny pod wodzą lorda Napiera. Cesarz zachował się jak dzikus? Z dzikusami się nie negocjuje. Należy im wklepać. Nowoczesna angielska armia rozgromiła uzbrojone w dzidy i muszkiety oddziały etiopskie i zabrała się za szturm stolicy.

        Lord Napier miał w tym momencie Etiopię pod butem. Wystarczyło wprowadzić korpus ekspedycyjny do miasta, wsadzić cesarza do klatki, lub powiesić i przyłączyć Etiopię do imperium brytyjskiego. Cesarz Teodor rozegrał jednak ostatnią partię po swojemu. Dał list żelazny, zaprosił Lorda na kolację, raz jeszcze wyznał swoją miłość do Wiktorii, a potem wyciągnął spluwę i wypalił sobie w skroń. Szef korpusu ekspedycyjnego parząc na ciało cesarza uznał: „narozrabiał, ale poniósł konsekwencje sam poddając się karze adekwatnej do przewiny. Jesteśmy zatem kwita”. Opuścił pałac i dał armii brytyjskiej sygnał do odwrotu. Czyn cesarza, szalony, ale odwołujący się do uniwersalnego poczucia honoru, uratował niepodległość Etiopii na kolejne sto lat.

        W drugim tomie Oka Jelenia Marek wsiadając na pokład Srebrnej Łani jest dla hanzy wrogiem. Przybłędą z nikąd, który chce wykraść tytułową pieczęć – własność ligi. Zostaje potraktowany z całą surowością należną wrogowi. Plan kupców jest prosty: Najpierw tortury, potem w łeb i trupa za burtę – niech węgorze zjedzą. W chwili gdy akcja zmierza do finału, sprawy zaczynają się plątać. Na Łanię napadają duńscy piraci. Bohater staje po stronie dotychczasowych prześladowców a co więcej ratuje życie akurat tym którzy skazali go na męki.

To tworzy impas. Dla dobra ligi nadal oczywiście należało by dać mu w łeb i zakopać ale... ci którzy wydają takie rozkazy łapią się w pułapkę własnej przyzwoitości. Nie godzi się im likwidować człowieka który w obliczu wspólnego wroga ryzykując życie stanął po ich stronie... Wymusił na nich grę, awansował... Wroga można zabić. Przeciwnika należy już potraktować inaczej: uwięzić, izolować, zepchnąć na fałszywe tropy, zastosować fortele ale najskuteczniejsze metody: szantaż, okaleczenie lub eliminacja znajdują się już poza arsenałem dostępnych środków walki.

Czasem ktoś się tragicznie pomyli. Przyjaciel okaże się wrogiem. Sojusznik zwieje z łupem. Ktoś kogo uważaliśmy za godnego i honorowego przeciwnika okaże się żałosną gnidą i kanalią. Czasem okazuje się że na czele pozornie zgranego kolektywu stoją dobrze maskujące się szuje, łajzy i gówniarze. Ale czasem popełnimy pomyłki jeszcze bardziej kuriozalne...

Swego czasu gdy byłem młody, gniewny, niespełniony, miałem pusto głowie i w kieszeni patrzyłem na świat dużo ostrzej i bardziej agresywnie. Bodaj w 1997-mym roku na Krakonie spotkałem po raz pierwszy Andrzeja Sapkowskiego. Publikował wówczas od dekady. Popatrzyłam na niego. Schodził po schodach. Zwyczajny facet, trochę siwy, chuderlawy, niezbyt wysoki. Nie wyglądał groźnie. Po prawdzie nie wyglądał nawet na pisarza. Pomyślałem: zaczął dziesięć lat wcześniej. To jego główna przewaga nade mną... Nie miałem chwilowo pomysłu jak go prześcignąć. Nie wiedziałem jak strącić go z tronu. Wiedziałem tylko, że muszę go dogonić i zagryźć. Zabrałem się za planowanie strategii.

Dopiero po jakichś dziesięciu latach rozejrzałem się wokoło uważnie i spostrzegłem ku swemu zdumieniu stosy kamienia, cegły, worki z cementem. Uświadomiłem sobie, ze zgrozą, że nie jesteśmy na polu bitwy, ale na gigantycznym placu budowy, a uwijający się opodal z kielnią Sapkowski to nie wróg, ani nawet przeciwnik, ale de facto mój kumpel z roboty i sojusznik.

Budujemy piramidę, której potęga już wprawia ludzi w zachwyt i zabobonny lęk. Każdy buduje ją na swoim odcinku. Ja Dukaj, Grzędowicz i dziesiątki innych. Sapkowski nie jest naszym faraonem, nie siedzi na tronie, więc nie ma potrzeby go z tego tronu strącić. Nie rywalizujemy o koronę fantastów po Stanisławie Lemie, bo nie ma i chyba nigdy nie było takiej korony. Wznosimy piramidę. Każdy po swojemu, każdy na swoim odcinku. Im fajniej i więcej wszyscy piszemy tym bardziej rozwija się rynek. Tym lepiej powodzi się i nam i naszym młodszym kolegom i nawet debiutantom. Gdy ktoś skiepści po prostu spada z rusztowania na łeb i nie musimy mu nawet dawać przysłowiowego kopa w zad. Na budowie bywa różnie. Jednego kumpla polubimy, drugiego nie. Ale gdy brygadzista Sapkowski pcha rampą swoją taczkę cegieł, nie będę odrywał się od mieszania zaprawy by podstawić mu nogę...