1 - 2

 

Lipiec 1898

Lipcowe numery Tygodnika Ilustrowanego w 1898-mym roku, przyniosły szereg ciekawych szczegółów z życia amerykańskich milionerów. Ludzie ci prowadzili się wręcz skandalicznie. P. Cousino urządzał dla swoich znajomych wycieczki statkiem parowym do Ziemi Ognistej (Patagonia). Towarzystwo zabawiało się tam piciem szampana i tańcami w dziewiczych lasach. Miss Vanderbit poślubiła europejskiego księcia dla tytułu, a bankier Drouin kupił konkurencyjny bank by wyrzucić z pracy nieuprzejmego kasjera. Jakże blado na tym tle wyglądali milionerzy polscy: znany filantrop Hipolit Wawelberg, fundujący kamienice na mieszkania dla ubogich robotników, czy baron Leuval kosztem sześćdziesięciu tysięcy rubli budujący łaźnię, odwszalnię i punkt porad lekarskich dla ubogich warszawskich dzieci. Oczywiście gdybyśmy porównali ówczesne ekstrawagancje z obecnymi...

Badając pożółkłe stronice starych gazet natrafić można nieoczekiwanie na korzenie imprezy kolarskiej znanej nam jako wyścig pokoju. Przed stu laty polscy cykliści brali udział w wyścigu na trasie Praga Czeska - Kijów - Moskwa. wyścigi takie organizowano raz w roku. Obecnie zanikł także zwyczaj wysyłania polskiej ekipy na derby organizowane pod Petersburgiem. Nikt też nie organizuje wyścigów konnych na trasie Petersburg - Moskwa - Tuła, których nasi zawodnicy przywozili liczne medale. A szkoda.

Tradycyjnie okres letni dla wielu osób staje się okazją do podniesienia kwalifikacji zawodowych. Odbywają się kursy językowe, maszynopisania, obsługi komputera... Nasi przodkowie doceniali ogromne możliwości jakie niesie okres kanikuły. W Warszawie zorganizowano kursy... piwowarskie. Kurs trwać miał trzy miesiące i obejmował także praktykę w browarze. Cena była dość wysoka - 50 rubli. Z drugiej strony inwestycja zwracała się po niecałych dwu miesiącach pracy. Browary Warszawskie w tym okresie produkowały 1/12-tą całego piwa wypijanego na niezmierzonych przestrzeniach Carskiej Rosji. Sporo produkowano też na eksport do Niemiec. Browary Warszawskie należące do firmy Haberbusch i Schiele były najnowocześniejsze w całym Imperium a ich wartość księgowa równała się 1/4 wartości wszystkich browarów rosyjskich. Dochody z ważenia piwa wynosiły trzy i pół miliona rubli rocznie. Piwo pijano zazwyczaj do obiadu, przy czym równej wielkości porcje otrzymywały także małe dzieci. Lekarze jako pierwsi dostrzegli w tym niebezpieczeństwo i alarmowali rodziców na łamach periodyków medycznych, zwłaszcza Gazety Lekarskiej. Alkoholizm wśród starszej młodzieży był niezwykle rozpowszechniony.

W lipcu odnotowano znaczny wzrost przestępczości. Stosunki międzyludzkie nacechowane były przemocą, dziś niemal niewyobrażalną. A przecież nie było wówczas brutalnych filmów w telewizji. Garść przykładów: bójki na noże stały się tak liczne, że władze policyjne wydały dekret o ściganiu ich z urzędu, a poszukiwaniem nożowników zajęła się Ochrana, będąca de facto policją polityczną, służącą na co dzień raczej do walki z socjalizmem, anarchią i innymi przypadkami odchyłów od norm społecznych. W dorożce pokłócili się narzeczeni. W wyniku sprzeczki niedoszła panna młoda została ugodzona przez niedoszłego pana młodego nożem, po czym wypchnięta z pojazdu. Niemal codziennie gazety donosiły o znalezieniu podrzutków. Niemowlęta porzucano w kościołach, pociągach, oraz na progach domów.

Władze rosyjskie ostro zwalczały wędrowny żywioł Cygański. Cyganom zakazywano za pomocą odpowiednich rozporządzeń włóczęgostwa, z z drugiej strony mieli zakaz osiedlania się w większych miastach. W końcu lipca odbito dziewczynkę piętnastoletnią, która uciekła z domu i przyłączyła się do taboru. Panienka zeznała że biciem zmuszano ją do kradzieży i opowiedziała śledczym „inne swoje przygody”. Włóczęgostwo było karane. Teoretycznie każdy poddany rosyjski zobowiązany był posiadać paszport - odpowiednik naszego dowodu osobistego. Po przybyciu do miasta powinien był zgłosić się do cyrkułu w dzielnicy w której zamierzał zamieszkać i zameldować się na pobyt tymczasowy lub stały. Istniała także kategoria paszportów osiedleńczych. Wydawano je kryminalistom i zesłańcom. Na ich podstawie można było uzyskać zameldowanie jedynie w miejscu docelowym i ewentualnie na punktach etapowych. Za pojawienie się z takim dokumentem w miejscu innym niż to na które opiewał, szło się do więzienia. Za czasów Aleksandra II - go oczyszczono częściowo Warszawę z elementu przestępczego osiedlając kieszonkowców, złodziei, alfonsów i płatne panienki w dość odległym Wołominie. Niektóre gangsterskie dynastie zasiedziałe w tamtych stronach, pochodzą od takich właśnie „osadników”. Z obowiązku meldowania się zwolnieni byli kurierzy i pracownicy organów ścigania. Dokumentów tożsamości nie wydawano żołnierzom. Zastępowały go z powodzeniem naszyte na mundurach odznaki pułkowe. Umożliwiały one szybką identyfikację w przypadku aresztowania. Mimo to włóczęgów nie posiadających dokumentów było zadziwiająco wielu. W lipcu 1898-go roku nadal grasował oszust hiszpański, mamiący ludzi wizją zakopanych bogactw. Gazety ostrzegały także przed wróżką która za kilkadziesiąt kopiejek sprzedawała karteczki z prognozami przyszłości. Na jednej z nich przeczytać można było czterocyfrowy numer - rzekomo szczęśliwy numer biletu loteryjnego. „Jeśli zawiedzie winna będzie loteria” - zapewniała na piśmie wróżka. I jak tu nie wierzyć jasnowidzom.

Magistrat nieustannie obradował nad kanalizacją miasta. Trwały intensywne prace przy Krakowskim Przedmieściu i ulicy Foksal. Fatalna sytuacja panowała na Starym Mieście, które wprawdzie skanalizowane zostało znacznie wcześniej ale późno średniowieczny system rur i ceglanych kanałów ściekowych miał tendencję do częstych awarii. Popularne były szamba przydomowe, oraz kible na podwórkach. Odnotowano pogorszenie się jakości powietrza w modnym wówczas uzdrowisku jakim był podwarszawski Otwock. Pogorszenie wywołane było kopaniem dołów kloacznych i śmietników w pobliżu willi. Także utrzymanie nawierzchni dróg pociągało za sobą znaczne koszta. W Alejach Jerozolimskich wymienić musiano część drewnianej kostki brukowej.

Wraz z nastaniem pory letniej zwiększyła się ilość wędrujących po ulicach obłąkanych. Urząd lekarki postarał się o umieszczenie ich w stosownych zakładach.

Redaktorzy Kuriera Warszawskiego odnotowali znaczne ożywienie na rynku „literatury żargonowej”, jak w tym okresie określano język jidysz. Żydowski wydawca p. Szouer wypuszczał rocznie ponad czterdzieści pozycji książkowych przeznaczonych dla współwyznawców. Pod względem ilości sprzedanych egzemplarzy mógł śmiało konkurować z Gebetnerem i Wolfem - potężnym chrześćjańskim domem wydawniczym. Wśród pozycji wydawanych w języku jidysz przeważały, przynajmniej tak twierdzą ówcześni dziennikarze, „ckliwe ogłupiające romansidła, powieści detektywistyczne, idiotyczne bajki, powieści fantastyczne itp.”. Cóż jeśli przejdziemy się do najbliższego kiosku możemy łatwo się przekonać ze ckliwe romansidła, kryminały i idiotyczne bajki, mimo zaniku w naszym kraju grupy osób posługujących się językiem jidysz, zadomowiły się nad Wisłą, mają się dobrze i rozchodzą w znacznych nakładach zaś ilość tytułów samego wydawnictwa Harlequin, przyprawiła by pana Szouera o zawrót głowy.

Pośród literatury popularnej tamtych czasów trafiały się także prawdziwe perełki, jak chociażby opowiadanie Leo Belmonta „Scherlock Holmes w Warszawie” traktujące o przygodach sławnego detektywa wśród Żydów żyjących nad Wisłą. Równie ciekawa musiała być powieść współczesna oparta na motywach szekspirowskiego Otella, usiana pikantnymi scenami erotycznymi. Można przytoczyć wspaniałe, odkrywające treść dzieła tytuły: „Nieszczęśliwa Miłość”, „Pół człowiek - pół małpa”, czy „W niewoli u ludożerców”. Te arcydzieła literatury od dawna niestety spoczywają pokryte kurzem w magazynach bibliotecznych. Przy okazji piętnowania literatury żydowskiej dziennikarze dokonali odkrycia, które obiektywnie podali do wiadomości publicznej. Wśród Żydów nie natrafili na osoby nie umiejące czytać. Chrześćjanie w tym okresie notowali analfabetyzm rzędu 18- 20%. A pomyśleć, że od czasów Aleksandra Drugiego nauka w zakresie czterech klas była Królestwie Polskim obowiązkowa i teoretycznie przynajmniej - bezpłatna. Wyższy poziom analfabetyzmu notowano na wsi, statystykę Warszawy obniżała znaczna ilość biedoty wegetującej na Powiślu i Mariensztacie, oraz w slumsach Pragi Brudna i Targówka.

Sierpień 1898.

W pierwszych dniach sierpnia korespondent Kuriera Warszawskiego donosił z prowincji, że we wsi Ligowo zlikwidowano sklep monopolowy. Przyczyna - spadek popytu na wódkę. Towarzystwo wstrzemięźliwości istniejące w Warszawie nie mogło się pochwalić aż tak wybitnymi sukcesami.

Nasi „drodzy” okupanci i rusyfikatorzy przeżywali poważne problemy z niepokornym żywiołem Polskim. Tym razem poszło o szyldy. Teoretycznie na szyldach sklepowych właściciele zobowiązani byli umieścić informacje w dwu językach - po polsku i po rosyjsku, przy czym litery części rosyjskiej nie mogły być mniejsze niż części polskiej. Zakaz ten powszechnie obchodzono wywieszając szyldy jednojęzyczne - po francusku. W okresie rządów namiestnika księcia Imertyńskiego, drobne rozluźnienie stalowej ręki cara batiuszki doprowadziło do samorzutnego powrotu języka polskiego na szyldy, przy jednoczesnym zaniku rosyjskiego. Ponadto pojawiły się znowu zakazane od czasów wojen napoleońskich szyldy w kształcie flag. (Swoją drogą ciekawe jakie skojarzenia musiały budzić, że ich zakazano?) Oddzielnym problemem było umieszczanie na afiszach i znakach firmowych całkowicie fikcyjnych dat założenia sklepów. Namiestnik powołał specjalną komisję celem lustracji wszystkich szyldów, oraz wprowadził wymóg posiadania specjalnego zezwolenia dla pragnących ozdobić je datą. Znając poziom ówczesnej korupcji aparatu urzędniczego nowe rozporządzenia nie były zapewne specjalnie trudne do ominięcia.

Cywilizowała się Praga, będąca w ostatniej dekadzie dziewiętnastego wieku jednym gigantycznym placem budowy. Wzdłuż ulicy Targowej, w miejsce drewnianych bud i zajazdów stanowiących własność głównie pewnej mniejszości narodowej, wznoszono szereg reprezentacyjnych murowanych kamienic. Można je oglądać po dzień dzisiejszy, większość z nich przetrwała obie wojny światowe. Elewacje wprawdzie pociemniały na skutek osiadania sadzy, a większość ozdobnych sztukaterii spadła wraz z tynkami i balkonami, ale same domy stoją. Niektóre nawet doczekały się remontu. Budowano także po drugiej stronie Wisły, w okolicach Hali na Koszykach zlikwidowano kilkunasto hektarową szkółkę leśną (!), a splantowany teren stosunkowo szybko zabudowano.

Podstawowym problemem służby zdrowia tak dziś jak i przed wiekiem był brak pieniędzy. Kurier Warszawski podaje ciekawe rozliczenie wpływów jednego z warszawskich szpitali. Przedstawiły się następująco: Zapomogi stałe (szereg osób i instytucji fundował na przykład utrzymanie przez rok jednego łóżka szpitalnego. Istniały także dotacje rządowe i miejskie) - 90 tyś. rubli. Opłaty za leczenie (ludzie ubodzy leczyli się praktycznie za darmo. Koszta pokrywały wszelakiego rodzaju towarzystwa dobroczynności, a czasami towarzystwa reasekuracji i nieliczne jeszcze związki i towarzystwa zawodowe) - 100 tyś. rubli. Podatek szpitalny (płacili go wszyscy mieszkańcy miasta wynosił około trzech rubli rocznie) - 170 tyś rubli. Dochody z udziałów i majątków (szpital posiadał majątki ziemskie, pakiety akcji różnych firm, oraz papiery skarbowe i obligacje rządowe) - 88 tyś. rubli. Łącznie z darowiznami i zapisami testamentowymi na rzecz szpitala, roczny budżet wynosił około 450 tysięcy rubli. Nasze obecne władze mogły by wziąć to pod rozwagę i przekazać szpitalom cześć akcji prywatyzowanych przedsiębiorstw.

Na zabawę ludową zorganizowaną w Parku Praskim ściągnęło przeszło trzydzieści tysięcy ludzi. Organizatorzy zapewnili godziwą rozrywkę. Można było jeździć na karuzeli, huśtać na huśtawkach, oraz wdrapywać się po namydlonym słupie. Ta ostatnia konkurencja cieszyła się szczególnie dużym zainteresowaniem. Wystawiono na wolnym powietrzu sztukę teatralną. (zabrakło biletów dla wszystkich chętnych). Młodzież szalała na strzelnicy. Po zapadnięciu zmroku park rozświetliły dziesiątki chińskich lampionów oraz nieliczne lampy elektryczne. Zaprezentowano film za pomocą ulepszonego kinematografu konstrukcji jednego z pionierów polskiej kinematografi p. Matuszewskiego. Tańczono przy muzyce i puszczono podświetlany balon, który efektownie spłonął nad Wisłą. Zabawę oceniono ogólnie jako niezwykle udaną i zapowiedziano rychłe zorganizowanie następnych. Cały dochód organizatorzy przekazali na cele charytatywne.

W połowie miesiąca przodkowie nasi zainteresować się musieli niewątpliwie konfliktem kubańskim. Wojna wkroczyła właśnie w decydującą fazę. Amerykańska armia wylądowała na wyspie. W związku z zagrożeniem Hiszpanie pojęli decyzję o ewakuacji do ojczyzny zwłok Krzysztofa Kolumba pogrzebanego w katedrze w Hawanie.

Odnotowano także skandale towarzyskie i obyczajowe. Córka właściciela restauracji Towarzystwa Wioślarskiego zbiegła z kelnerem, dodatkowo uszczuplając oszczędności tatusia o tysiąc rubli. Kierunek ucieczki obrała typowy: list do papy nadesłała z Liwerpolu, gdzie oczekiwała z ukochanym na statek do Ameryki. Kelner pozostawił żonę i czwórkę dzieci. A tak na marginesie, skoro jesteśmy nad Wisłą, sprawozdanie finansowe opublikowała spółka rybaków wiślanych. Przed stu laty rzeka przepływająca przez nasze piękne miasto obfitowała w ryby i co najważniejsze nadawały się one do spożycia.

W końcu ubiegłego wieku Warszawa przeżywała okres poważnego zastoju ekonomicznego i cywilizacyjnego oto bowiem na trasie Piotrków - Kalisz uruchomiono właśnie pierwsze w kraju regularne połączenie samochodowe. Onimbus kursujący trzy razy w tygodniu zabierał jednorazowo 10 osób i rozwijał zawrotną jak na owe czasy szybkość 50 kilometrów na godzinę.

Podczas gdy lud się bawił policja cały czas ciężko pracowała. Komendant cyrkułu Zamkowego (podlegało mu Stare Miasto, oraz przyległe dzielnice) podjął się syzyfowego zadania. Na jego rozkaz policjanci oczyścili podległy mu teren przeganiając prostytutki, które stanowiły tu prawdziwą plagę. Warto pokreślić, że Plac Teatralny który obecnie jest miejscem cichym i prawie bezludnym przed stu laty był tętniącym życiem centrum towarzyskim i kulturalnym naszego miasta. Komendant świętował zwycięstwo przez trzy dni. Czwartego panienki powróciły w pełnym składzie jako sprzedawczynie czekoladek. (uliczni sprzedawcy gazet, zapałek i innych artykułów byli wówczas bardzo liczni. Nie było przecież kiosków ruchu). Przedstawicielki najstarszego zawodu świata miały dla niepoznaki gustowne koszyki z towarem oraz mogły się wylegitymować stosowną licencją.

Urządzono kolejne polowanie da dużą skalę na włóczęgów. Pośród nich przychwycono obywatela ziemskiego pana Henryka G., człowieka majętnego i utytułowanego. Po śmierci ubóstwianej żony sprzedał dom, korzystnie ulokował pieniądze, posłał córkę na pensję, a sam przyłączył się do włóczęgów. Nawiasem mówiąc tak wrósł w środowisko, że jego towarzysze słysząc jego zeznanie nie mogli w to uwierzyć. Ponieważ zatrzymany należał do stanu szlacheckiego policja zdecydowała się go zwolnić (pozostali schwytani trafili na trzy miesiące do rot aresztanckich), pouczono go jednak, że powinien zmienić tryb życia. Włóczęga z wyboru stwierdził z rozbrajającym uśmiechem, że spróbuje, ale nie może ręczyć.

Ciekawy sposób zarobkowania wymyślił pewien warszawski młodzieniec. Zapowiedział za pomocą afiszy wzniesienie się balonem na ogrzane powietrze a następnie skok na spadochronie. Zapowiedzi pokazu ściągnęły znaczne tłumy. Młodzieniec wyprzedał bilety po czym usiłował wzbić się w niebiosa. Niestety balon jakoś nie chciał się unosić. Niedoszły aeronauta, porzucił w desperacji warsztat pracy, to znaczy balon i usiłował zbiec z pieniędzmi za bilety, czemu w porę zapobieżono. Odstawiono go do cyrkułu. Jak wykazało śledztwo próba startu balonem była trzecią z kolei. Entuzjasta podboju przestworzy zwrócił pieniądze za bilety. W jego postępowaniu nie dopatrzono się znamion przestępstwa. Został zwolniony, oddano mu nawet jego balon, lecz poradzono aby poszukał sobie innego zajęcia, ewentualnie podniósł kwalifikacje zawodowe przed następnym pokazem.

Ku pokrzepieniu czytelników przygnębionych licznymi oszustwami, kradzieżami i zarządzeniami magistratu opisano następujące zdarzenie. w hotelu Bristol przyjezdny kupiec z prowincji wręczył numerowemu banknot stu rublowy z prośbą o rozmienienie na drobne. Posługacz po chwili przyniósł drobne i banknot stu rublowy. Jak się okazało kupiec dał mu omyłkowo dwa banknoty. Nazwisko uczciwego posługacza odnotowano dla potomności na łamach prasy co i ja uczynię. Nazywał się Piotr Kruszewski. Niech pamięć jego czynu przetrwa kolejny wiek.

Wrzesień 1898r.

„Dzieci bardzo zdolne są w większej części słabe i chorowite. Często zdolności objawiają się w dziecku bardzo wcześnie, nawet bez współudziału osób starszych i jest to znowu przyczyną anormalnego odżywiania ciała: krew silnie przypływa do mózgu i wywołuje ożywioną działalność kosztem całego organizmu. W latach późniejszych osłabienie całego organizmu powoduje osłabienie mózgu. Sztuczne rozwijanie i wczesne nauczanie dziecka musi odbić się na organizmie, wywołując największy procent dzieci neurastenicznych. Widzimy więc, że dzieci mające wyjątkowe zdolności należy raczej powstrzymywać od wczesnej nauki niż zaczynać ją przed innemi”. („Tygodnik Ilustrowany” wrzesień 1898r.) Co może powiedzieć człowiek z końca dwudziestego wieku czytając z wyblakłego mikrofilmu tak błyskotliwy popis wiedzy medycznej swojego przodka? Tekst powyższy wywołać może uśmiech, który po chwili ustępuje pod wpływem zrozumiałej zgrozy. Najżywotniejsze interesy naszego kraju zmuszają nas do wyszukiwania dzieci genialnych i w jak najwcześniejszym wieku otaczania ich opieką ze strony państwa. Służą temu celowi fundowane przez MEN i inne organizacje rządowe stypendia i bardzo jeszcze nieliczne szkoły specjalne mające nieletnich geniuszy uchronić przed rozpuszczeniem w homogenicznej masie uczniów podstawówek. Tymczasem nasi przodkowie przed wiekiem postępowali zgoła odwrotnie. Biografowie Władysława Reymonta wspominają, że przyszły noblista czytać nauczył się już w wieku lat pięciu, jednak apodyktyczny ojciec zamykał przed nim książki na klucz. Czyżby czynił to dla uchronienia organizmu swojego syna przed „ożywioną działalnością mózgu, kosztem reszty organizmu?”.

Wrzesień jest miesiącem gdy dzieci idą do szkoły, rzućmy więc okiem jak wyglądała szkoła przed stu laty. Kary cielesne stosowano często i chętnie, choć na przykład w Prywiślańskim Kraju chłostano uczniów znacznie rzadziej niż w Galicji czy Prusach. Szlachta i synowie szlachty funkcyjnej byli z kar cielesnych najczęściej zwolnieni, choć z drugiej strony groziło im, znacznie większe niż zwykłym uczniom, niebezpieczeństwo relegowania ze szkoły. Dziewczęta chłostano niezwykle żadko. Szczególnie ciężkie życie mieli cierpiący na dyslekcję i dysortografię. Obowiązkowe lekcje kaligrafii przysparzały cierpień zarówno zwykłym gimnazjalistom jak i następcom tronów, (wspomina o tym w swoich pamiętnikach wielki książę Aleksander Michajłowicz). W szkołach polskich lekcje odbywały się częściowo po polsku, częściowo po rosyjsku, z przewagą języka polskiego. W tym też języku wydrukowano większość podręczników. Jednak nauczyciele uczący swojego przedmiotu po rosyjsku otrzymywali dwukrotnie wyższe uposażenie. (Tą prostą i efektywną metodę rusyfikacyjną stosowano na Litwie i Ukrainie do 1990 roku!). W szkołach państwowych rusyfikacja była znacznie ostrzejsza, np. w okresach szczególnego terroru zabraniano uczniom rozmów podczas przerw w języku ojczystym. Z kolei w szkołach prywatnych przepisy te nie miały praktycznie zastosowania. W opisywanym okresie schyłku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, pod rządami namiestnika księcia Imertyńskiego, ostry kurs rusyfikacyjny uległ znacznemu złagodzeniu. Zwiększono liczbę lekcji polskiego w gimnazjach, z jednej godziny tygodniowo do trzech, uczniom szkół realnych musiały chwilowo wystarczyć dwie godziny ojczystego języka (zamiast jednej). Jednocześnie opracowano nowy podręcznik do nauki literatury polskiej. Dzieła Mickiewicza i Słowackiego można było kupić bez najmniejszych przeszkód, choć jeszcze trzydzieści lat wcześniej książki te obłożone były całkowitym zakazem druku. (Liberalny kurs wkrótce się skończył, ale nie uprzedzajmy faktów).

W dzisiejszych czasach wyprawienie dziecka do szkoły nie jest może trudne (szkół mamy znacznie więcej niż sto lat temu), ale za to kosztowne. Przed wiekiem rodzice borykali się z podobnymi problemami. Do bezpłatnych szkół państwowych uczęszczało około 50% dzieci, reszta wykształcenie zdobywała w prywatnych „zakładach naukowych”. Wysokość opłat była zróżnicowana w zależności od standardu i poziomu nauczania. Do niektórych szkół przyjmowano wyłącznie dzieci szlachty i wyższych urzędników państwowych, do większości nie przyjmowano Żydów. Polacy wyznania mojżeszowego rozwiązali ten problem tworząc własne odrębne, hermetyczne szkolnictwo utrzymywane w znacznej części przez gminy wyznaniowe. Problemem był tu jedynie program nauczania dość odbiegający od rządowych wytycznych i problemy z nostryfikacją świadectw ukończenia tych przybytków wiedzy.

Uczniowie musieli być jednolicie umundurowani. Mundurki szkolne i gimnazjalne zaopatrzone były w emblematy, później przekształcone w tarcze szkolne. Oczywiście każdy gimnazjalista obowiązkowo posiadać musiał czapkę. Zwyczaj nakrywania głów był wówczas powszechny i mężczyzn chodzących z gołą głową na ulicach praktycznie nie widywano. Zakup mundurka oraz niezbędnych podręczników stanowił wydatek na który niektórzy rodzice nie mogli sobie pozwolić. Z myślą o nich „Kurier Warszawski” urządził zbiórkę „szkolnego przyodziewku”. Na łamach gazety w rubryce „ofiary” odnotowywano skrzętnie nazwiska filantropów którzy przekazali redakcji datki na szkolne czesne i wpisowe dla niezamożnej młodzieży. Publikowano listę podręczników i lektur potrzebnych pilnie ubogim uczniom.     Przeglądając ten spis zorientować się możemy że gimnazjaliści poznawali dzieje kościoła, gramatykę i literaturę niemiecką, matematykę, chemię, biologię oraz szereg innych przedmiotów. Wszystkie tytuły podręczników podano w języku polskim. Skoro już jesteśmy przy podręcznikach, barbarzyński zwyczaj mazania w książkach szkolnych ma dość długą tradycję. Posiadam w swoim księgozbiorze „Leliusz o przyjaźni” T. Cycerona. Książeczka ta wydana po łacinie w 1889 roku służyła jako czytanka dla uczniów gimnazjów klasycznych. Na marginesach dziełka nieznany uczeń już w 1909-tym roku zaznaczył sobie kopiowym ołówkiem kolejne terminy opracowania części tekstu i wypisał co trudniejsze słowa. Czterdzieści stron arcytrudnego tekstu po łacinie przetłumaczył w niespełna trzy tygodnie.

Księżna Lubomirska wiedziona chęcią ulżenia doli chorych w szpitalach postanowiła zorganizować w dolinie Szwajcarskiej kolejną całonocną zabawę. Dochód przekazany zostałby na tworzenie szpitalnych księgozbiorów. Niestety władze miasta szlachetny zamysł księżnej zdusiły w zarodku, odmowę argumentując faktem, że regulaminy szpitalne nie przewidują istnienia bibliotek w szpitalach. We wrześniu 1898 liczba chorych znacznie wzrosła. W miejscowościach podwarszawskich pojawiły się znowu przypadki cholery i „cholerynki” (jakaś nieokreślona biegunka krwotoczna, być może dezyderia?).

Organizowano ostatnie zabawy ludowe zamykające sezon. Także Towarzystwo Wioślarskie powoli kończyło swoją letnią działalność. Łódki wyciągnięto na brzeg i zabezpieczono przed nadchodzącą zimą. Odbyła się sesja sprawozdawcza na której podsumowano działalność, współpracę z towarzystwem ratowania tonących, oraz rozliczono kasę. We wrześniu 1898-go roku Towarzystwo liczyło 708-miu członków, posiadało własną kawiarnię i restaurację (oczywiście nad Wisłą), sporą ilość różnego typu jednostek pływających i hangary do ich składowania. Byt Towarzystwa zabezpieczały udziały w rożnych spółkach, (np. spółce rybaków wiślanych), a bieżące wydatki finansowano ze składek. Towarzystwo prowadziło ożywioną działalność dobroczynną (głównie wspierając inne mniej zasobne towarzystwa: Dobroczynności, Kąpieli Ludowych itp.

Gazety ubolewały nad upadkiem obyczajów, moralności i ogólnym zdziczeniem społeczeństwa. Na Pradze w opuszczonej stajni odkryto nielegalną rzeźnię w której produkowano mięso z zarażonych „węgrami” tasiemca zwierząt. Spalono znaczną ilość skonfiskowanych wędlin. Z innej rzeźni, tym razem legalnej, przy ulicy Solec, zbiegł ratując życie zarzynany wół. Po drodze usiłował wyrównać porachunki z rodzajem ludzkim i stratował parę osób. Gazety piętnowały młodzieńca dwudziestoletniego który ożenił się z czterdziestoletnią ociemniałą żebraczką. Młody małżonek oświadczył cynicznie, zdumionym reporterom gazety, że nie wyuczył się żadnego fachu, chodzić na wyrobek mu się nie chce, a ociemniała żona użebra na utrzymanie jego i swoje, a ponadto on jako mąż ociemniałej nie będzie wzięty do wojska. Tą błyskotliwą metodę polecam uwadze naszych poborowych. Aresztowano „dwużeńca” (bigamistę). Mężczyzna ten, wyznania pierwotnie mojżeszowego, przeszedł na katolicyzm i ożenił się. Po pewnym czasie porzucił żonę, wrócił do starej religii i ożenił się ponownie z współwyznawczynią. Aresztowano także listonosza który za pomocą sfałszowanego upoważnienia, z równie fałszywym poświadczeniem i fałszywym paszportem, pobierał zamiast adresatów przekazy pieniężne w bankach. Zdążył odłożyć ponad 3,5 tysiąca rubli, czyli równowartość swoich dziesięcioletnich zarobków.

Bujnie kwitł hazard uliczny. Karciarze wygonieni z Parku Praskiego przenieśli się na drugą stronę Wisły. Wykryto podwórkowy totalizator, oraz kolejną „prywatną” loterię.

Piękna przychodnia weterynaryjna powstała przy ulicy Grochowskiej, jednak wielu właścicieli czworonogów różnych gatunków nadal stosowało własne wypróbowane metody lecznicze. Jeden z warszawskich dorożkarzy wrócił zmęczony do domu i dla pokrzepienia wypił kieliszek mikstury własnego pomysłu służącej do nacierania konia, sądząc że wypija kieliszek wódki. Ofiarę w stanie ciężkim przewieziono do szpitala.

Korespondenci z guberni wileńskiej donosili o schwytaniu w tamtejszych lasach, całkowicie zdziczałego mężczyzny. Nieszczęśnik ten pokryty warstwą brudu i splątanego włosia od kilku lat niepokoił okoliczną ludność. Po schwytaniu, okazał się być synem jednego z okolicznych włościan, przed kilkunastu laty zagubionym w lesie.

W połowie miesiąca opinią publiczną wstrząsnęło zabójstwo cesarzowej austryjackiej Elżbiety. Zamachu dokonano w Genewie, gdzie udała się z wizytą. Idącą w towarzystwie damy dworu władczynię pchnął sztyletem miejscowy anarchista. Początkowo rana wydawała się niegroźna, jednak po kilkunastu krokach kobieta upadła i wkrótce zmarła. W odpowiedzi rząd szwajcarski wydalił ze swojego kraju 36-ciu anarchistów. Zamach był szeroko komentowany w prasie, stał się też tematem rozmów prywatnych.

25-go września w Kole pojawił się utrudzony Wędrowiec. Był to francuski turysta Emil Brilant, który 6-go stycznia wyruszył w towarzystwie przyjaciela Pawła Rodier z Algieru. Obaj młodzieńcy założyli się z przyjaciółmi, że w ciągu trzech lat na własnych nogach obejdą świat dookoła. (Suma zakładu niebagatelna - 25 tysięcy franków). Rodier nie przeżył trudów wędrówki i zmarł w Ljonie. Pochowawszy przyjaciela drugi śmiałek ruszył w dalszą drogę. Odpocząwszy w Kole dni kilka skierował się ku Warszawie. Dalsza trasa jego wędrówki wieść miała przez Stambuł i Teheran, do Pekinu.