1 - 3

 

Październik 1898r.

Warunki dokonywania zakupów na miejskich targowiskach przed stu laty nie odbiegały szczególnie od obecnych. Liczne bazary i place targowe na których zaopatrywała się spora część ludności naszej stolicy tonęły w błocie. Brakowało na nich wodociagów oraz szaletów. Okoliczni mieszkancy narzekali na uciążliwe sąsiedztwo. Dla zaradzenia sytuacji w pażdzeirniku 1898-go roku magistrat podjał decyzję o budowie kilku hal targowych, które wchłoną rzeszę drobnych kupców, oraz zapewnią cywilizowane warunki dokonywania zakupów. Projekt budowy hal nie był nowy, wcześniej jednak rosyjski namiestnik nie wyrażał zgody na ich budowę. Duży problem stanowił brak kapitałów w kasie miejskiej. Projektem budowy usiłowano zainteresować kapitał belgijski, ostatecznie ich budowę sfinansowali polscy kapitaliści. Pierwsze, istniejące do dziś, Hale Mirowskie, częściowo finansowane przez spółkę argentyńsko - urugwajską zaczęto budować już na wiosnę 1899-go roku.

Obfite zbiory owoców natchnęły działaczy Towarzystwa Pszczelniczo - Ogrodniczego do zorganizowania bardzo tanich kursów przetwórstwa. Kurier Warszawski tradycyjnie wesząc aferę wysłał na jeden z nich swojego dziennikarza incognito. Afery nie wykryto. Dziennikarz w obszernym artykule opisał jak przez dziesięc dni w towarzystwie 29-ciu innych kursantów zgłębiał tajemnice produkcji konfitur, marmolad i suszów owocowych. W artykule podkreślił znaczną wiedzę fachową porowadzącego kurs p. Wernera, oraz ciepłą i serdeczną atmosferę, jaka panowała między prowadzącym a kursantami.    Wraz z nadejściem jesieni ożywiło się także Towarzystwo Łyżwiarskie. niestety na pierwszym zebraniu otwierajacym sezon zabrakło quorum.

Korespondenci donosili z Berlina o nowo otwartej wystawie Towarzystwa Poprawy Odzieży Kobiecej. Wystawę planowano przenieść po pewnym czasie do Warszawy, jednak niewielkie możliwości finansowe polskiego oddziału towarzystwa pokrzyżowały te plany. Na wystawie zaprezentowano bieliznę kobiecą, oraz fotografie rentgenowskie przedstawiające zgubne skutki noszenia gorsetów. Jednocześnie z tegoż Berlina napłynął manifest hrabiego de Coleville. Hrabia opowiadał się za przeszczepieniem na grunt europejski instytucji... haremów. Widział w nich „jedyną twierdzę przed atakami rozwydrzonego feminizmu”.

Z prowincji donoszono ozaskakującym zdarzeniu. W Raszycach myśliwy wystrzałem z dubeltówki zabił wyjątkowo dziwne zwierzę. Po dokładnych oględzinach stwierdzono że jest to.. hiena. Jak wykazało energiczne śledztwo, nieszczęsna ofiara zbiegła wiosną z wedrownej menażerii. Sezon polowań przeżywał właśnie apogeum, (przodkowie nasi gromadzili zapasy na zimę), gdy zażąd kolei wydał rozporządzenie, że psy myśliwskie mają być odtąd wożone w specjalnych wagonach. Miało to zapobiegać kąsaniu podróżnych.

Rozwijała się warszawska służba zdrowia. Dopiero co świętowano pierwszą rocznicę istnienia pogotowia ratunkowego, a już ogłoszono, że od końca października uruchomione zostaną stacje lekarskie czynne także w nocy.

Zbliżające się zaduszki spowodowały ożywiony ruch na cmentarzach. Gazety z zadowoleniem odnotowały że liczni warszawiacy sadzą drzewa w pobliżu mogił swoich bliskich. Ta stosunkowo nowa moda przyczyniła się do zadrzewienia cmentarzy, czego efekty w postaci stuletniego drzewostanu podziwiać możemy obecnie np. na Powązkach.

Głód ziemi zachęcał licznych chłopów z okolic Warszawy do emigracji. Część udawała się do Ameryki, inni wybierali równie iteresujący kierunek wschodni. Kurier Warszawski potencjalnym osadnikom przybliżał przykładowe ceny ziemi i bydła na południu Syberii. Jedna włóka czarnoziemu (16 morg, - ok. 8,5 hektara), kosztowała tam zaledwie 120 rubli. (W Królestwie blisko pięciokrotnie drożej). Krowy za Uralem można było kupić już po 15 rubli. (Na naszych ziemiach minimum 50 rubli). Ponadto ewentualni osadnicy mogli liczyć na wieloletnie zwolnienie z wszelkich podatków i w początkowym okresie na pomoc państwa. Program kolonizacji Syberii na większą skalę rozwinięto za rządów premiera Piotra Stołypina. W latach 1906-1911, osiedliło się tam ponad 50 tysięcy rodzin chłopskich.        Równie interesujące były propozycje rządu brazylijskiego. Osadnicy z Królestwa Polskiego liczyć mogli na miejscu na czterdzieści hektarów ziemi za darmo (pod warunkiem wykarczowania dźungli lub selvy) i kredyt na zakup wszystkiego co niezbędne. W mit dostatniego życia w USA uwierzyli także dwaj bracia, liczący sobie lat 14. Otrzymawszy od ojca 410 rubli, z poleceniem odniesieniaich pod wskazany adres, zdecydowali się zainwestować te pieniądze w swoją przyszłość. Ruszyli na dworzec i kupili bilety do Odessy, gdzie zamierzali zaokrętować się na statek do Ameryki. Pech chcial, że przyuważono ich podczas wsiadania do pociagu na dworcu Petersburskim (dziś Wileński). Na skutek depeszy denuncjacyjnej zostali przychwyceni w Breściu i odesłani w ramiona taty. Zdążyli wydać na koszta podróży 17 rubli.

Dzieci w tej epoce sprawiać musiały rodzicom nieliche kłopoty wychowawcze. Kurier Warszawski opisuje taki oto przypadek. Szesnastolatek, czekający na proces za huligaństwo i drobne kradzieże został przez sąd przekazany pod nadzór rodziny. Zamknięty na klucz w pokoju najpierw wyrzucił przez okno wiszącą w szafie garderobę ojca, następnie umieściwszy pod łóżkiem zapaloną świecę spuścił się za pomocą sznura na ulicę, gdzie wierni towarzysze kończyli właśnie zbierać wyrzucone „fanty”. Zniknął następnie w sinej dali pozostawaijąc za sobą płonące rodzinne gniazdo.

Niecodzienną rozrywkę wymyśliło sobie kilku młodzieńców. W towarzystwie zaprzyjaźnionych dziewcząt udali się na wycieczkę za miasto. Popiwszy zdrowo ruszyli z powrotem do Warszawy. W drodze zatrzymali konny ambulans. Woźnica ponieważ miał prawie komplet pasażerów odmówił zabrania całej grupy. Zdenerwowani młodzieńcy powybijali w ambulasie szyby i pobili woźnicę, oraz pasażerów. Do awantury ochoczo włączyli się dwaj przechodzacy akurat drogą nożownicy, notowani już wcześniej przez policję. Dopiero szarża oddziału kawalerii z pobliskich koszar położyła kres awanturze. Nadpobudliwi młodzieńcy „pochodzili z dobrych domów”.

Odnotowano kolejne przypadki zdziczenia obyczajów wśród narzeczonych. Oto pewien młodzieniec zerwawszy zaręczyny zarządał od rodziców niedoszłej panny młodej... zwrotu kosztów poniesionych na zakup pierścionka zaręczynowego (50 rubli). Ponieważ rodzice zdązyli w międzyczasie wydać 196 rubli na przygotowania do wesela obie strony spotkały się w sądzie. Przyczyną zerwania zaręczyn w przeddzień ślubu była informacja, że panna młoda nie otrzyma posagu. Atoli byli i ludzie ceniący stan małżeński. Po Pradze wędrowała para żebraków. Oboje mieli specjalne laski ozdobione krzyżami - znak pięćdziesięciu lat pożycia małżeńskiego. Żebrające małżeństwo wzbudzało litość i ofiarność przechodniów. Agentom policji, ludziom z natury wścibskim, wydało się, że oboje są nieco zbyt młodzi, aby pozostawać od pół wieku w stanie małżeńskim. Kontrola dokumentów ujawniła, że mężczyzna lat miał 57, zaś kobieta 62. On był rozwodnikiem, ona wdową. Policja laski skonfiskowała.

Oprócz zdemaskowania staruszków carska policja odniosła inne sukcesy. Udało się mianowicie rozbić osławioną Bandę Włoszczowską. kilkunasto osobowa „zorganizowana grupa przestępcza” działała w oparciu o metody powszechnie stosowane i dzisiaj. Banda zastraszała świadków i podpalała domy ludzi którzy zdecydowali się zeznawać. Głównym źródłem dochodów było porywanie dla okupu koni i bydła. Zwierzęta, których właścicele nie wykupili, były zabijane a mięso rozprowadzane poprzez siatkę nieuczciwych straganiarzy. (Czyż to nie podobne do nękającej nas plagi kradzieży samochodów i rozbierania ich na części?). W trakcie śledztwa, relacjonowanego na bieżąco przez prasę wspomniano o odkrytym przez policję magazynie bandy. Zarżnięty wieprz został zagrzebany w głębokim dole, sam zaś dół zamaskowany poprzez nadsypanie górki i posadzenie na niej kliku drzewek.

Jesienna aura pobudziła warszawskich oszustów do intensywnego wysiłku intelektualnego, którego efektem było artystyczne oskubanie sporej grupy „jeleni”. Na targu pewien włoscianin zauważył mężczyznę podnoszącego zziemi porponetkę. Mężczyzna zaproponował mu układ. Zamiast oddać zgubę zarządowi targowiska - podział zawartości pół na pół. Oględziny porponetki ujawnily w jej wnętrzu banknot stu rublowy. Nieznajomy nie dysponował żadną gotówką, zaś obaj przypadkowi wspólnicy obawiali się rozmienić pieniądze na którymś ze straganów. Ponieważ włościanin miał przy sobie 33 ruble nieznajony wspaniałomyślnie przyjął je jako chwiliowy zastaw i umówiwszy się co do terminu przekazania pozostałych siedemnastu oddalil się. Sturublowy banknot okazał się oczywiście fałszywy. Zamiast nominału posiadał napis cyrylicą „100 razy pozdrawiam!”. W jeszcze bardziej prymitywny sposób okantowany został pewien subiekt sklepowy. Jeden z kilentów dokonawszy niewielkiego zakupu pokazał mu jako ciekawostkę nowe banknoty sturublowe. W kilka dni później inny klient bankotami takimi zapłacił za sprawunki. Umiejętnie „przygotowany” sprzedawca przyjął jej bez wahania.

Ostatnim ciekawym przebłyskiem kryminalnego intelektu naszych przodków jesienią 1898-goroku była głośna sprawa wyłudzeń. Liczni kapitaliści, przeważnie ci drobni otrzymali z Londynu prospekty zachęcająceich do zaciągania nisko oprocentowanych pożyczek w brytyjskiej firmie „Odrowąż i spółka”. Warunkiem rozpatrzenia wniosku o kredyt, było przesłanie niewielkiego wadium na adres spółki. Kurier Warszawski dla zbadania sprawy wysłał do Anglii swojego dziennikarza. Dziennikarz po wielogodzinnym błąkaniu się wśród slumsów na przedmieściach Londynu, odnalazł wreszcie podawany w prospekcie adres. Siedzibą spółki okazała się być odrapana rudera chyląca się ku ziemi. Dziennikarz stwierdziwszy z niejakim zdumieniem brak szyldu z nazwą firmy na frontonie budowli ruszył do szturmu. Po rozmowie z właścicielką budynku, której przedstawił się jako agent policji, uzyskał informację, że faktycznie przed rokiem wynajmował tu pokój pewien Polak, ale dawno się już wyprowadził i jedynie odczasu do casu przysyła chłopaka celem odbioru korespondencji która czasem jeszcze do niego pod ten adres przychodzi.Sprawę przekazano miejscowym organom ścigania.

Listopad 1898r.

W początkach listopada 1898r. opublikowano raport sporządzony przez grupę lekarzy medycyny, a dotyczący ogólnej kondycji dzieci szkolnych. Stwierdzono liczne przypadki skrzywień kręgosłupa, wady wzroku, nerwice oraz wyciągnięto wniosek, że młodzież karłowacieje. Dla zaradzenia złu postanowiono zwiększyć liczbę godzin gimnastyki, oraz nieco odchudzić przeładowane programy. W pierwszej kolejności, już w następnym roku szkolnym wycofano z większości szkół grekę. Szkolnictwo polskie wypadało i tak nie najgorzej w porównaniu z pruskim. Kurier Warszawski donosił że w Niemczech w ciągu ostatnich 10 lat (1887-1897), 407 dzieci poniżej 14 roku życia popełniło samobójstwa. 76 z nich stanowiły dziewczęta. Uwzględniono jedynie przypadki samobójstw popełnionych w szkołach(!), lub jednoznacznie wywołanych przeżyciami szkolnymi. Pruska dyscyplina potrafiła zabijać...

Źle wyglądała sytuacja na Uniwersytecie Warszawskim. 34% studentów posiadało „skłonność dziedziczną do chorób piersiowych”. Chodziło tu głównie o gruźlicę i bronchit. 42,3% chorowało na choroby przewlekłe. 59,67% cierpiało na chroniczne bóle głowy. 41% miało wzrok słaby lub zły. Tylko 9% miało wszystkie zęby.(!). Średnio ówczesnemu studentowi brakowało sześciu zębów(!). A przecież znane były proszki i pasta do zębów. 57% procent cierpiało na skutek permanentnego stresu. Powszechne były cierpienia żołądkowe wywołane siedzącym trybem życia (my raczej przypisalibyśmy winę stresom), oraz niedojadania. Ubóstwo studentów było wręcz przysłowiowe. Nielicznym udawało się dorobić trochę dawaniem korepetycji. Ta metoda wiązania końca z końcem była solą w oku tradycyjnie plujących jadem felietonistów Kuriera Ilustrowanego, oto bowiem jeden z nich wysmarował sążnisty artykuł w którym atakował właśnie ubogich studentów-korepetytorów. Pan, któremu nie będziemy robić krzywdy po nazwisku uważał że na skutek dawania korepetycji rodzice tracą pieniądze, studenci tracą czas, przez co oblewają egzaminy, a dzieciom to i tak nic nie pomaga i zostają na drugi rok w tej samej klasie. W swoim zapale wysunął projekt urzędowego skasowania korepetycji jako nieopłacalnych dla żadnej ze stron. Ciekawe swoją drogą jakie miał wykształcenie?

Wiedza medyczna naszych przodków wprawia mnie nieodmiennie w głębokie zdumienie. Oto bowiem na łamach prasy ówczesne autorytety medyczne ostrzegały przed czytaniem w trakcie spożywania posiłków. „Praca mózgu podczas jedzenia jest szkodliwa” - ostrzegano. Nie podawano za to metod zwalczania odry, szkarlatyny i duru brzusznego, które dziesiątkowały w tym czasie ludność podwarszawskich wiosek i przedmieść stolicy.

Pracowano także nad lekarstwem na raka. Spore nadzieje wiązano z preparatem chininowo - arszenikowym.

Polska myśl techniczna święciła triumfy. Bolesław Matuszewski jeden z pionierów naszej kinematografii wyświetlił w Paryżu pierwszą w historii ludzkości kronikę filmową przed seansem w kinie. Zaproponował także stworzenie archiwum filmów dokumentalnych, co niezwłocznie uczyniono. Dwaj Warszawscy chemicy p. Kipman i Lutosławski otrzymali po raz pierwszy na ziemiach polskich karbid. Lampy „karbidówki”, szybko stały się bardzo popularne. Konstrukcja ich była banalnie prosta. Do szczelnego zbiorniczka wrzucano karbid i zalewano go niewielką ilością wody. W reakcji chemicznej wydzielał się acetylen, który zapalano. Małe lampki karbidowe montowano na rowerach dla oświetlania nocą drogi. Większych używano przy powozach. Najdłużej utrzymały się w kopalniach, w powszechnym użyciu były jeszcze w latach sześćdziesiątych.

Przodkowie nasi lubili niekonwencjonalne rozrywki. Do restauracji Hotelu Europejskiego wjechał konno pewien ziemianin. Jego iście ułańską fantazję poskromiła policja. Jesień jest tradycyjnie okresem przesadzania i przycinania drzewek owocowych. Przekonał się o tym pewien sadownik z Targówka, któremu nieznani sprawcy wykopali nocą pięćdziesiąt jabłonek. Groźniejsza przygoda spotkała maszynistę i palacza pociągu towarowego, wiozącego węgiel. Na stojący pod semaforem skład napadła licząca dwudziestu pięciu opryszków banda, która w ciągu kilkudziesięciu minut zrabowała prawie cały ładunek, przerzucając go na podstawione chłopskie wozy. A skoro już jesteśmy przy wozach. Reporterzy Kuriera zaobserwowali proceder nazywany potocznie „dochodem furmańskim”. Młodzieńcy powożący wozami jadącymi z podwarszawskich cegielni na stołeczne place budowy, mieli w zwyczaju odkładać koło drogi po kilka cegieł z każdego transportu, by po pewnym czasie gdy stos odpowiednio urósł sprzedawać je kręcącym się w okolicy kombinatorom.

Poszukiwanie wszelkiego rodzaju skarbów nadal rozpalało wyobraźnię. Trzej młodzieńcy dowiedziawszy się „z pewnego źródła” o skarbie, wartości 120 tysięcy rubli, ukrytym w lesie wyruszyli nocą aby go wydobyć. Być może udałoby im się wzbogacić, gdyby nie wścibscy strażnicy którzy przychwycili ich na kopaniu wielkiej dziury i ukarali mandatem za niszczenie rządowego lasu.

Korespondenci donosili z Ameryki o nowej modzie. Tamtejsze elegantki zmieniały sobie kolor oczu poprzez zakrapianie farby. Ciekawe wieści docierały także z Europy. Książę Cambone, wielki miłośnik pająków zajął się produkcją przędzy z pajęczyny. Pająki do produkcji nici zmuszane były za pomocą umiejętnego stosowania wyziewów octu, alkoholu, eteru i chloroformu.

Książę pruski Henryk podarował załodze pancernika „König Wilhelm” żywego niedźwiedzia. Maskotka przywiązała się do marynarzy, a oni także darzyli misia wyjątkową sympatią. Gdy pancernik po kilku latach trafił na złom rozparcelowana na inne statki załoga ustaliła na drodze losowania, że miś trafi na pancernik Oldenburg. Dalsze jego losy nie są mi znane.

Anglikom udało się stłumić powstanie derwiszów w Sudanie. W toku wojny zdobyli mauzoleum Mahdiego - przywódcy religijnego znanego nam dobrze z powieści „W pustyni i w puszczy”. Ciało zostało spalone, a głowę przekazano... British Museum.

Praktyczni Niemcy wysłali w końcu listopada cały statek bezrobotnych młodych dziewcząt (18-19 lat), głównie praczek i szwaczek do swoich posiadłości w Afryce. Poza rozwojem przemysłu w koloniach przyświecał im także inny bardziej perfidny cel. Zasiedziali tam koloniści potrzebowali pilnie dużej ilości żon...       

W tym samym czasie gdy rozgrywały się te wszystkie gorszące wydarzenia w laboratorium pod Paryżem Maria Skłodowska-Curie otrzymała 1/10 grama soli radu, czyniąc tym samym przełomowy krok ku nowoczesnej radiologii i fizyce jądrowej.

Grudzień 1898r.

Grudniowe numery Tygodnika Ilustrowanego przyniosły sporą porcję typowych dla tej gazety „serdeczności”. Redaktorzy najpierw napiętnowali rodziców dających dzieciom gwiazdkowe prezenty, jako że „zbyt duża liczba zabawek przygotowuje grunt dla całego szeregu szkodliwych nałogów” (przykładów niestety nie podano). Następnie obryzgali jadem polskich rzemieślników i fabrykantów. Zdaniem felietonistów w naszym kraju nie wytwarzano dostatecznej ilości wyrobów trwałych a przy tym tanich. Opublikowano ciekawy list który napłynął do redakcji. Wstrząśnięty nadawca odkrył w czytelni płatnej p.J.Jelińskiego dzieła W.Hugo, E.Zoli, Drapowa, Spencera, Darwina(!) „oraz innych pornografów i bezbożników”. Czytelnia pozbawiona była za to pism ojców kościoła i żywotów świętych. Abonament tego rozsadnika rozpusty był niewysoki - 30 kopiejek miesięcznie. Przy zapisie pobierano dodatkowo kaucję w wysokości jednego rubla.

Redakcja Kuriera Warszawskiego nie chciała być gorsza i zamieściła w jednym z numerów list od swojej czytelniczki. Dama, której nazwiska niestety nie podano, przedstawiała się jako młoda poetka przerażona upadkiem polskiego piśmiennictwa. Dla ratowania narodowej kultury przesyłała na ręce redakcji garść swoich wierszy, z których rozbawieni redaktorzy opublikowali dwa fragmenty. Reszta spuścizny zapewne przepadła w zawierusze dziejów. Przytoczę tu owe perły literatury:

                                                       ...Gdy zima nastaje

Patrzą w koło biedne ptaszki czy nie ma dla nich ziarnek,

Myśląc, że będąc chłopcem miały by ich cały garnek.

Drugi utwór jest swojego rodzaju manifestem artystycznym młodej poetki.:

Może dla innych to tak straszna nie jest chwila,

Ale duch mój już dawno rzewnie się umila,

Gdy wspominam o czasie mej przeszłej młodości,

I widzę nadchodzący czas przyszłej dojrzałości,

I gdyby nie cześć moim talętom oddana,

Możebym na cmentarzu już była pochowana,

Bom by była anormalna na świecie istota,

Gdybym żyła gdy wkoło obojętność się miota.       

List kończył się patetycznie: „lecz i ja się nie łudzę, ażbym mogła żyć wiecznie. Wiem, że moje śmiertelna cząstka wróci do ziemi. Pozostanie jednak po mnie nieśmiertelna spuścizna talętu, którą przekazuję potomności”. No cóż. Za dar dziękujemy.

Problemy ortografii naszego ojczystego języka od lat stanowią poważny problem wielu naszych rodaków. Jedna z gazet cytowała treść afisza wydrukowanego w jednej z sandomierskich drukarni: „Chistoryczny żywy obraz Żłobek z wielkim apoteozem”. Perfidia redaktorów wyjątkowa. Mogli się domyśleć że w Sandomierzu blisko połowa ludności była wyznania mojżeszowego.

W pierwszych dniach grudnia do Warszawy przybył kolejnyp pieszy podróżnik, wędrujący dookoła Ziemi, P.G.Attias. Dzielny młodzieniec nieco wcześniej wsławił się trzyletnim pobytem w Afryce. Swój zamiar okrążenia kuli ziemskiej zamierzał wypełnić w ciągu trzydziestu miesięcy. W przeciwieństwie do większości piechurów, którzy ziemię okrążali pojedynczo lub niewielkimi grupami p Attias wędrował w towarzystwie dwu sekretarzy, dwojga służących, a dla przebycia Syberii zwerbował trzydziestu mężczyzn dla osobistej ochrony. Chwilowo wykorzystując rezerwę czasową przerwał podróż na kilka dni w Odessie i wyruszył pociągiem, zwiedzić Moskwę i Warszawę. Miasto podobało mu się. Po skompletowaniu ekipy i zakupieniu żywności wyruszył do Archangielska.

Okres przedświąteczny był tradycyjnie dla władz stolicy czasem wytężonej pracy. Miasto zostało dokładnie uporządkowane. Zniknęły ławki stojące dotąd wzdłuż ulic Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich. Na ławkach tych lubili bowiem siadywać i obgadywać ciemne interesy rozmaici łotrzykowie. W przeszło tysiącu sześciuset mieszkaniach przed świętami zainstalowano oświetlenie gazowe. Proste w konstrukcji automaty po wrzuceniu 20 kopiejek dostarczały 85 stóp sześciennych gazu. Ostatnie, wprawdzie dawno już nie działające miałem przyjemność widzieć przed kilku laty w jednym z mieszkań przy ulicy Szwedzkiej na Pradze.

W podwarszawskich Markach uruchomiono cegielnię specjalizującą się w produkcji cegły klinkierowej. Tę wysoce nowoczesną, w porównaniu z kostką drewnianą i „kocimi łbami”, nawierzchnię, zaczęto układać na ulicy Trębackiej.

Chwile grozy przeżyli klienci i personel sklepu z ubiorami męskimi. Do wnętrza wtargnął niespodziewanie koń, który chwilę wcześniej urwał się od wozu. Niecodziennego klienta, nieco poranionego wydobyto ze sklepu dopiero po kilku godzinach starań.

Prymitywnym sprytem wykazał się bohater innego nieco bardziej przemyślnego rabunku. Do kolarza trenującego na welodromie podbiegł młodzieniec z listem rzekomo od wielbicielki. Mistrz zsiadł z roweru i pogrążył się lekturze. List był wyjątkowo długi. Gdy cyklista dobrnął do końca przekonał się, że jego rower zniknął razem z oddawcą. Złodzieja ujęto już w kilkanaście minut później, gdy usiłował zdobyczny rower wymienić na gotówkę w pobliskim lombardzie. Nie obrabowani cykliści urządzili sobie wesołą zabawę adwentową w siedzibie swojego towarzystwa.

Ofiarą wymiaru sprawiedliwości padł także hr. Wielopolski. Podli zaborcy zamierzali wtrącić go na dwa lata do więzienia za zranienie przeciwnika podczas pojedynku. (pojedynków zakazał car jeszcze w 1815 roku). Ostatecznie hrabia wykupił się wysoką grzywną i pozostał na wolności.

W połowie grudnia odnotowano ciekawy ślub. Pewna dziewczyna, nieoczekiwanie powiadomiła znajomych, że żeni się z inną dziewczyną. Sprawa rychło się wyjaśniła. Majętna ciocia obiecała cały swój pokaźny majątek zapisać rodzinie, pod warunkiem, że małżonkowie będą mieli córkę, a nie syna. Gdy przyszedł na świat chłopiec, aby nie tracić przyszłego spadku, przebrano go odpowiednio... Nieszczęśnik paradował w kobiecych strojach przez dwadzieścia trzy lata(!). Dopiero po śmierci cioci mógł pozbyć się znienawidzonych sukien i pojąć wybrankę swojego serca. Miejmy nadzieję, że chociaż odziedziczony majątek wart był tych wyrzeczeń.

W Wigilię odsłonięto pomnik Adama Mickiewicza przy Krakowskim Przedmieściu. Tradycja świętowania Sylwestra nie była jeszcze w tych czasach rozpowszechniona. Zorganizowano zaledwie kilka niedużych zabaw.