1 - 4

 

Styczeń 1899r.

W numerze z drugiego stycznia (pierwszego stycznia 1899r. była niedziela), redaktorzy kuriera Warszawskiego dokonali niewielkiego podsumowania. Gazeta rozpoczęła 79 rok istnienia. (Będzie istniała jeszcze blisko pięćdziesiąt lat). Zatrudniała kilkudziesięciu korespondentów w kilkunastu miastach Królestwa Polskiego i Cesarstwa. Ceny ogłoszeń w Kurierze były najniższe w kraju, a nakład największy. Redakcja mieściła się w reprezentacyjnym lokalu przy ul. Krakowskie Przedmieście 10.

Zima roku 1899 była naprawdę ciężka. Warszawa padła ofiarą szturmu stad wygłodzonych zajęcy. Gryzonie te wdarły się do Łazienek i spustoszyły plantacje na Pradze.

Gazety opublikowały dość przerażające statystyki wypadków na kolejach. W Cesarstwie Rosyjskim ginął jeden podróżny na 116’541. W Anglii jazda była dziesięciokrotnie bezpieczniejsza. Tam tracił życie jeden pasażer na 1’660’000 przewożonych. W ścisłej czołówce bezpieczeństwa podróży znajdowały się Austria 1:2’400’000, i Belgia 1:5’000’000. Najbezpieczniej było jeździć kolejami pruskimi. Tam ginął jeden podróżny na 11’500’000 przewożonych. Wystarczyło zatem przejść granicę między Cesarstwem Rosyjskim a Prusami by bezpieczeństwo podróży wzrosło prawie stokrotnie(!). A tak na marginesie w Rosji szybkość pociągów była średnio o połowę mniejsza niż w pozostałych krajach europejskich.

Odbył się zimowy pobór do armii rosyjskiej. Badania poborowych umożliwiły A.Zakrzewskiemu zestawienie interesującej statystyki. Nasi przodkowie liczący sobie 21 lat mierzyli średnio 165,5 cm. (Był to pewien postęp, bowiem podobna statystyka z roku 1883 podała średni wzrost 160,7 cm). Młodzież żydowska była niższa - średnio 162,3cm. Poborowych mierzących mniej niż 153,3 cm, zwalniano z obowiązku wojskowego. Wzrostu minimalnego nie osiągnęło 1.2% i aż 3,4% żydów. Z powodu przewlekłych chorób i wad wrodzonych zwolniono 4.4% Polaków i aż 7% żydów.

Po sukcesie dwójki ostatnich Azteków wystawianych w grudniu, w styczniu pokazano publiczności „chłopca z lwią grzywą”. Był to prawdopodobnie syn Adriana Żewtyczewa, lub Stefan Bibrowski. Obaj cierpieli na chorobę genetyczną objawiającą się w postaci obfitego owłosienia na całym ciele w tym także na twarzy. Miejsca siedzące 20 kopiejek, stojące 10 kopiejek. Dzieci i żołnierze - 15 kopiejek.

Znany polski wynalazca Jan Szczepanik opracował dwa kolejne wynalazki: fotokomórkę (nie znalazła wówczas zastosowania. Ponownie odkryto ją w latach trzydziestych). Oraz maszynę do tkania gobelinów według wzoru. Urządzenie wykorzystywało wynaleziony także przez Szczepanika system optyczny pozwalający na przetworzenie obrazu widzianego na impulsy elektryczne. Kiepska ochrona patentowa sprawiła że wynalazek został ukradziony, a po kilku latach metodę jako mało wydajną zarzucono. Blisko pięćdziesiąt lat później ponownie odkryta posłużyła do budowy pierwszych kserokopiarek i kamer video. Szczepanik pracował także nad telewizją, oraz jako pierwszy opracował barwną błonę fotograficzną umożliwiającą robienie kolorowych zdjęć. Jak większość polskich wynalazców zmarł w nędzy i zapomnieniu.

Przodków naszych tradycyjnie gnębiły rożne choroby. We wsi Adamowice, koło Grodziska Mazowieckiego wybuchła epidemia czarnej ospy. kilkoro chorych zmarło. W ciągu 1889 roku do kliniki leczącej wściekliznę zgłosiło się ponad 1000 pokąsanych osób. 900 podlegało leczeniu. Zmarło na wściekliznę 6osób (0,5%). Blisko połowę chorych stanowiły dzieci poniżej lat 15. Odnotowano także jeden przypadek trądu. Lekarze odkryli że dla bakterii tyfusu szalejącego w podwarszawskich wsiach zabójczy jest jabłecznik. zalecono stosowanie go jako środka profilaktycznego.

Grasowali złodzieje i oszuści. Przodkowie nasi mogli np. nabyć drogą wysyłkową srebrne meksykańskie bibeloty wyprzedawane przez jedną z niemieckich firm. Komplet składający się z 55 przedmiotów z lanego srebra kosztował zaledwie 10 rubli, podczas gdy sam kruszec wart miał być przeszło 40. Gdyby oczywiście przedmioty były faktycznie ze srebra a nie z polerowanego stopu drukarskiego (cyna i ołów).

We wsi Koło, znajdującej się obecnie niemal w środku Warszawy, odkryto fałszerską mennicę. Produkowano w niej monety jedno rublowe i ćwierć rublówki. Fałszerzy skazano na cztery lata ciężkich robót i dożywotnią zsyłkę.

Do prokuratora zgłosił się dobrze ubrany mężczyzna i oświadczył że jest włóczęgą. Nazwiska nie chciał podać z przyczyn osobistych. Sąd zgodnie z procedurą przyznał mu nowe nazwisko - Sergiusz Jegorow, skazał na rok rot aresztanckich i na prośbę zatrzymanego zesłał dożywotnio na Sybir. Przyczyny rozpaczliwego kroku mężczyzny nie zostały wyjaśnione.

Kurier Warszawski podał receptę jak całkowicie legalnie zostać bigamistą. Należało w tym celu: 1) Uzyskać rozwód z posiadaną dotychczas małżonką, 2) Poślubić czym prędzej inną. 3)Dotychczasowa małżonka powinna wystąpić do sądu o unieważnienie rozwodu. 4) Po unieważnieniu rozwodu oba małżeństwa w świetle prawa są legalne. Polecamy współczesnym polskim miłośnikom haremów.

Luty 1899r.

„Wszystkie fantazje Julesa Verna sprawdziły się. Eteroid będzie podstawą nauki XX stulecia. Jest to energia która sprawi rewolucję w nauce i przemyśle” - pisali przed stu laty felietoniści Kuriera Warszawskiego.

Luty 1899 roku miał stać się przełomowym momentem w historii ludzkości. Franciszek Rychnowski, wynalazca, zbudował maszynę emitującą eter - mistyczną siłę której badaniem zajmowali się liczni uczeni XIX wieku. Eter miał wypełniać całą przestrzeń (z tamtych czasów pochodzi określenie „na falach Eteru”), jednocześnie miał być siłą sprawczą życia i przemian chemicznych. Eter był jednocześnie materią i energią (wedle niektórych nowym nieznanym stanem materii). Wynalazek Rychnowskiego emitował tę niezwykłą substancję. Badania przeprowadzone w obecności reporterów kilku gazet zdawały się potwierdzać, że istotnie dokonano niezwykłego odkrycia. Na przeciw maszyny umieszczono stalową kulę. Pod wpływem siły zaczęła obracać się wokół własnemargin-right: 21.15pt; text-align: justify; line-height: 22pt;j osi. Osłonięto ją szklaną szybą i powtórzono eksperyment. Kula ponownie zaczęła się obracać. Eter przenikał, siła mechaniczna działała przez szkło. Na przeciw maszyny umieszczono butelki z roztworami wodnymi soli. w ciągu kilkunastu minut nastąpiła krystalizacja. Strumień eteru skierowany na metalową płytę wywołał w niej zjawiska elektryczne. Cierpiący na ischias człowiek ustawiony na przeciw urządzenia ozdrowiał. Próżno szukać nazwiska Rychnowskiego w „Słowniku polskich pionierów techniki”. Nie odnotowały go także encyklopedie. O losach wynalazcy i jego maszyny wiadomo niewiele. W latach dwudziestych wydał autobiograficzną broszurkę pt. „Mene Tekel Fares”. Zawarte w niej opisy eksperymentów wskazują, że faktycznie dokonał ciekawego odkrycia. Jego urządzenie było prawdopodobnie słabym emitierem mikrofal używanych obecnie w kuchenkach.

Inny wynalazca pojawił się w warsztacie jednego z warszawskich ślusarzy z plikiem rysunków technicznych pod pachą i zamówił prototyp „młockarni samodziałającej”. Zleceniodawca zapłacił zadatek w wysokości stu rubli. Ślusarz porwany perspektywami dołożył z własnej kieszeni drugie tyle. Wykonany ściśle według planów prototyp nie chciał jednak działać a wynalazca nie zgłosił się po odbiór urządzenia. Rzemieślnik odnalazł jego rodziców, od których dowiedział się że nieszczęsny młody inżynier przebywa w domu dla obłąkanych.

Warszawa borykała się z ostrym atakiem zimy oraz wynikającymi z niego problemami nieobcymi także naszym czasom. Towarzystwo Przeciwżebracze uruchomiło noclegownie dla ubogich bezdomnych. Skorzystało z nich 22’269 osób. Wydano 240 tysięcy ciepłych posiłków w jadłodajniach i garkuchniach. Atoli byli i bezdomni bardziej zaradni. Koło szosy radomskiej policjanci wypatrzyli leżącą na polu sporą skrzynię. Podejrzewając że pochodzi ona z rabunku otwarli ją. Ku swemu zdziwieniu wewnątrz zastali niejakiego Feliksa Dąbika, który wyjaśnił im, że czynsz w kamienicy w której mieszkał okazał się zbyt wysoki, więc nabył sobie tymczasowo tak dziwne lokum. Diogenes XIX wieku - jak ochrzciła go prasa pouczony przez policję zrezygnował z kontynuowanie śmiałego pomysłu.

„Każdy z nas pomiędzy swoimi krewnymi i znajomymi spotyka chorych na suchoty” - alarmował Kurier Warszawski. Na każde 10 tysięcy warszawiaków co roku na gruźlicę umierało 31. Osiem tysięcy pozostawało bez środków umożliwiających leczenie. Grupa lekarzy zarządziła zbiórkę na budowę nowego sanatorium w Otwocku, przeznaczonego właśnie dla ubogich suchotników. Odnotowano także jeden przypadek trądu. Zachorował nań 15 letni Grek, utrzymujący się ze sprzedaży kapci. Chłopca pod eskortą odesłano do ojczyzny. Gazety odnotowały panikę jak zapanowała wśród nabywców obuwia. Szczęśliwie nikt nie uległ zarażeniu, był to prawdopodobnie ostatni przypadek tej strasznej choroby odnotowany na naszych ziemiach.

Sporządzono bilans korzystania z czytelni bezpłatnych. W roku 1898 Warszawa posiadała 23 takie przybytki. Dysponowały one skromnym księgozbiorem złożonym z 50 tysięcy tomów. Korzystało z nich 30 tysięcy czytelników. Odnotowano pół miliona wypożyczeń. Poza siecią czytelni publicznych istniały liczne czytelnie prywatne. Za korzystanie z ich zasobów trzeba było jednak płacić.

U zbiegu ulic Dobrej i Karowej uruchomiono nowoczesny zakład produkujący kostkę brukową. Przodkowie nasi wytwarzali ją z drewna sosnowego. Kostka sosnowa wytrzymywała nacisk 119 pudów na cal kwadratowy (czyli blisko trzysta atmosfer!). Lepsze były kostki dębowe wytrzymujące nacisk 135 pudów (krajowe), oraz 196 pudów (importowane), były jednak znacznie droższe od sosnowych. Fabryczka produkowała dziennie dziesięć tysięcy kostek surowych, oraz posiadała kocioł w którym jednocześnie nasączano olejem i kwasami cztery tysiące. Zabieg wykonywano pod wysokim ciśnieniem. Tak wykonane kostki mogły przetrwać dziesiątki lat. Bruk tego typu zachował się do niedawna wewnątrz budynku hipopotamiarni w warszawskim ZOO. Mimo skrajnie niesprzyjających warunków (duża wilgotność powietrza i tratowanie przez zwierzęta) pełnił swoją funkcję przez kilkadziesiąt lat. Niedawno identyczny usunięto ze słoniarni, zastępując go wylewką betonową. Najtrwalsze ale i najbardziej kosztowne były bruki z kostki granitowej i bazaltowej.

Gazety podały interesujące zarządzenie w sprawie sprzedaży siana i słomy z wozów chłopskich „parkowanych” przy ulicy Koszyki. Cóż, epoka tanich i powszechnie dostępnych materaców z gąbki miała dopiero nadejść...

Niemało zamieszania spowodowało wprowadzenie nowych banknotów o nominale sto rubli. Posiadały one po lewej stronie szeroki, biały, niezadrukowany pasek, na którym umieszczono widoczny pod światło znak wodny. Innowacja ta spodobała się naszym przodkom bardzo. Na białych paskach pojawiły się notatki, pieczątki i podpisy. Banki odmawiały z reguły przyjmowania tak zniszczonych banknotów. Najgorszy jednak cios spotkał pewnego kupca którego małżonka obcięła nożyczkami paski od dziesięciu banknotów i schowała na pamiątkę!

W archiwum Watykańskim odnaleziono arcyważny dokument dotyczący podwalin naszej państwowości - list księcia Leszka Białego do papieża. Książę prosił o zwolnienie go z obowiązku odbycia pielgrzymki do Ziemi Świętej. Prośbę swoją motywował brakiem w krajach Lewantu piwa, bez którego nie potrafił się obejść. Odpowiedź papieża nie zachowała się, książę jednak na pielgrzymkę nie pojechał, z czego należy wnioskować, że prawdopodobnie uznano go za usprawiedliwionego.

Gazety opisywały przypadek włościanina który wygrał 1000 rubli. Porzucił natychmiast żonę i pięcioro dzieci po czym udał się do Warszawy by „żyć wreszcie po pańsku”. Roztrwoniwszy pieniądze i pozostały majątek popełnił samobójstwo.

Z Monaco nadesłano ciekawą widokówkę, jedną z tych których kolporterów usilnie poszukiwała tamtejsza policja. Widniał na niej książę otoczony workami pieniędzy zagarniający złoto grabkami krupierskimi z napisem Monte Carlo. Poniżej zbankrutowany hazardzista strzelał sobie w głowę z rewolweru. Podpis umieszczony pod spodem brzmiał: „Souvenir de Monaco”.

Marzec 1899r.

Kurier Warszawski sprzed stu lat podaje ciekawy sposób określenia szybkości pociągu. Szyna ma dziewięć metrów długości. Koła wagonu stukają na złączeniach. Należy odmierzyć na zegarku trzydzieści dwie sekundy i w tym czasie liczyć ilość stuknięć. Uzyskany wynik wyznaczy szybkość w kilometrach na godzinę. System ten dałoby się chyba zaadaptować do naszych obecnych kolei, należy się jednak spieszyć, bo tory obecne coraz częściej są spawane co skutecznie eliminuje dźwięki.

W pierwszych dniach marca 1899 roku reporter Kuriera Warszawskiego zaobserwował scenę uliczną: chłopiec niósł torbę papierową z kaszą. W pewnej chwili przewrócił się i rozsypał ziarenka. Nie mogąc ich pozbierać zaczął płakać. Uczynny dozorca posesji pojawił się niemal natychmiast z szuflą i miotłą, zmiótł kaszę i pieczołowicie przesypał spowrotem do torebki chłopca. Reporter zgodnie z tradycją tej plującej jadem gazety zamiast wpaść w zachwyt nad szlachetnym postępkiem stróża zanotował, że szufla i miotła nosiły ślady niedawnego używania.

Towarzystwo Wioślarskie dokonało podliczenia kasy przed nadchodzącym sezonem. W ciągu ubiegłego (1898) roku zarobiło ponad dziewiętnaście tysięcy rubli. Pieniądze pochodziły z wynajmu sal, składek członkowskich, oraz organizowanych balów karnawałowych. Wartość majątku na który składało się kilka budynków w różnych częściach miasta, restauracja nad Wisłą, oraz „tabor pływający” oceniono na ponad czterdzieści tysięcy rubli.

Porażką zakończyło się uruchomienie fabryki obuwia przez kapitał amerykański. Przybysze zza oceanu nie sprostali konkurencji miejscowych producentów - chałupników wyznania mojżeszowego i stworzonej przez nich sieci dystrybucji.

Z Syberii korespondent doniósł, że w licznych tamtejszych sklepach można nabyć towary produkowane w Warszawie. Miejscowi, przyzwyczajeni do topornych wyrobów przemysłu rosyjskiego bardzo chwalili sobie trwałość, precyzję wykonania i jakość produktów warszawskich, narzekali jednak na wysokie ceny. Korespondent sugerował dalszy podbój rynków syberyjskich przez warszawskie firmy.

Z Norwegii przyszły bardzo niepokojące wieści. Dwaj profesorowie Birkedai i Mehn na podstawie swoich obliczeń stwierdzili, że słońce gaśnie stopniowo. Przewidywali, że do końca dwudziestego wieku wypali się całkowicie. Ich przepowiednie łatwo sprawdzić, wystarczy wyjrzeć za okno.

Towarzystwo Przeciwżebracze sprzedawało specjalne emblematy do wieszania na drzwiach i bramach. Koloru żółtego całkowicie zabraniały żebrakom wstępu. Koloru zielonego oznaczały, że mogą liczyć na wsparcie, jednak nie wolno im wchodzić od ulicy. Tabliczki cieszyły się niemniejszym popytem niż dzisiejsze wywieszki „Akwizytorom wstęp wzbroniony”.

Brytyjska firma usiłująca wcisnąć się na polski rynek zaproponowała w ramach promocji wyłożyć bramę warszawskiego ratusza kostką brukową z ...kauczuku. Radni z wzgardą odrzucili propozycję. Jednocześnie wydano zarządzenie, aby kosztowny i nowoczesny bruk z kostki drewnianej układać tylko na tych ulicach, pod którymi zainstalowano już wodociągi i kanalizację.

Garść cen: wołowiny funt - 13-15 kopiejek, cielęciny funt - 13 kop., szynki wędzonej funt -18-20 kop., kiełbasy funt - 18 kop. słoniny funt: świeżej - 22 kop., solonej - 22,5 kop. Prosięta 2-2,5 rubla, kaczki 60-70 kop., kury 20-80 kop. Indyki 2,5-4 ruble. Łosoś świeży - 1 rubel za funt, wędzony 75 kopiejek. Śledzie 2-6 kopiejek za sztukę. Dniówka robotnika około 1 rubel.

Swoją drogą ciekawy kraj, w którym słonina kosztuje drożej niż szynka, a indyki więcej niż prosięta. Pozostałe proporcje cen nie odbiegają rażąco od dzisiejszych. Kilogram łososia za pięć kilo kiełbasy.

W jednej z herbaciarni odkryto fałszowaną herbatę. Tajemniczy specyfik po dokonaniu „rozbioru chemicznego” okazał się być parzony z „firmowej mieszanki” na którą składały się: węgiel drzewny, pączki brzeziny, suszone jagody jarzębiny oraz fusy uprzednio parzonych herbat lepszych gatunkowo. Smacznego.

Odnotowano kradzieże, będące niejako ilustracją epoki: pewien biznesmen zorientował się, że podkradane mu są surowe strusie pióra oddawane do ufryzowania. Fryzjerzy mogli spokojnie po cichu uprawiać proceder, przez ich ręce przechodziło 300 tuzinów piór rocznie. Wpadli przy próbie spieniężenia łupów.

Policja nie próżnowała. Dzielni stróże prawa wtargnęli do mieszkania pewnej leciwej damy podejrzewanej o ukrywanie nie zameldowanych. Mieszkanie okazało się być „czyste”. Na odchodnym otworzyli jeszcze dużą szafę i wywlekli z niej obywatela bez paszportu spędzającego tam czas w towarzystwie 68 bel jedwabiu z przemytu.

Odbył się masowy proces liczącej 82 członków zorganizowanej grupy przestępczej zajmującej się kradzieżami koni. Oskarżono ich ogółem o 177 przestępstw. Przesłuchano 500 świadków. Od momentu aresztowania do zapadnięcia wyroku minęły dwa tygodnie(!). Polecam uwadze dzisiejszych sądów.

Na drodze z Radzymina przychwycono kobietę, która niosła na sprzedaż kilka osełek masła. Jak się okazało utoczone były z gotowanych kartofli i oblepione cienką warstewką prawdziwego masła. Kobietę aresztowano. Wielką obławę przeprowadzono na Pradze. Połączone siły policji z kilku cyrkułów przeczesały szopy, cegielnie i zabudowania fabryczne. Aresztowano 40 podejrzanych.

Zabobony dawały się zaobserwować. Pewna kobieta cierpiąca na rozstrój nerwowy postanowiła leczyć się ludowymi metodami. Dla uspokojenia nerwów wystarczyło przyłożyć do serca garść ziemi z grobu samobójcy. Ziemi należało nakopać nocą. Kobieta udała się na Cmentarz Bródnowski, gdzie w wydzielonej kwaterze grzebano samobójców. Niestety w zdobyciu lekarstwa przeszkodził jej ostry atak nerwowy.

O innej ofierze przesądów doniesiono z podwarszawskiej wsi. Robotnik pracujący na budowie cegielni zachorował na reumatyzm. Zamiast udać się do lekarza poradził się znachorek. Dowiedział się że reumatyzm został mu „zadany” za pomocą czarów. Znachorka nie potrafiła jednak wskazać sprawcy. Robotnik ruszywszy głową znalazł czarownicę w osobie matki swojego kolegi z pracy. Udał się do niej i zażądał zwrócenia władzy w nogach. Gdy staruszka odmówiła odrąbał jej nogi toporem. Ofiara zmarła. Został aresztowany, pozostawił czwórkę dzieci.

Magistrat radził nad zainstalowaniem taksometrów w ...dorożkach. Półtora kilometra jazdy kosztowało 15 kopiejek. Każde następne 700 metrów (1000 arszynów) kolejne 5 kopiejek. Za jazdę z dworca do miasta należało dopłacić 15 kopiejek, a zabranie bagażu kosztowało jeszcze 10. Dorożki dwukonne o podwyższonym standarcie (I klasa), kosztowały dwukrotnie drożej.

Dorożkarze byli ludźmi o głębokiej inteligencji, bardzo domyślnymi, znającymi biegle obce języki. Przekonała się o tym francuska aktorka, która wsiadłszy do dorożki wydała dyspozycję: Theatre Varietes! Dorożkarz dowiózł ją na ulicę Bonifraterską, gdzie mieścił się „zakład dla wariatów”.

Kwiecień 1899r.

Pierwszy kwietnia tradycyjnie jest dniem robienia kawałów. Bywają dowcipy bardziej i mniej inteligentne. Przekonał się o tym na własnej skórze robotnik z Brudna, który sto lat temu wróciwszy do mieszkania znalazł pod drzwiami niemowlę, otoczone wianuszkiem sąsiadów. Robotnik miał się wkrótce żenić, sytuacja była więc bardzo delikatna. Na szczęście znalazła się niebawem matka dziecka. Jak się okazało niemowlę wykradziono jej podczas snu. Szczęśliwie skończyło się na nerwach.

Tradycyjnie wiosną budzi się przyroda a w ludziach budzi się chęć podróżowania. Rozmaite towarzystwa i misje rządowe namawiały naszych przodków do emigracji. (pomyśleć tylko, że sto lat temu trzeba było ludzi nakłaniać do osiedlania się w USA!). Do redakcji nadszedł list stałej prenumeratorki, której syn wybierał się do Sydney, usłyszawszy że jest to miasto w którym można się szybko dorobić. Redaktorzy byli sceptycznie i dla ostudzenia młodzieńca podali cenę tej przyjemności. Podróż parostatkiem do Australii kosztowała 350 rubli. Były i tańsze możliwości emigracji. Podróż do Brazylii odbywano najczęściej na koszt tamtejszego rządu. Doniesiono że Yerba Mate, jest w tym kraju nazywana „polską herbatą”.

Podano przepis jak można dorobić się milionów, podany przez amerykańskiego milionera Russela Sege. Wedle jego recepty należało wykazać się uczciwością, wstrzemięźliwością, cierpliwością i punktualnością. Należało starannie planować wydatki, zachować zdrowy tryb życia, nie zmuszać się do roboty wstrętnej, myśleć zawsze chłodno i rozważnie i być gotowym w razie czego postawić wszystko na jedną kartę. Redaktorzy ze swojej strony do tych światłych rad dodali stare polskie przysłowie: Łut szczęścia lepszy niż funt rozumu.

Pewna firma wprowadziła na rynek „ekstrakt orzechowy” służący do... farbowania włosów. Flakon specyfiku kosztował 3 ruble. Z ładnym sepecikiem (etui do buteleczek), 3,60. Osoby niezdecydowane mogły nabyć próbkę w małej flaszeczce za 60 kopiejek.

Sprofanowano zwłoki hrabiego Karola Zamojskiego, spoczywające w rodzinnym mauzoleum. Rabusie nie tknęli złotego sygnetu na jego palcu, zrabowali za to kawał blachy z wewnętrznej ołowianej trumny. Wśród okolicznej ludności rozpowszechniona była legenda, że pan hrabia spoczywa w trumnie ze srebra...

Policja przeprowadziła obławę na żebraków. Aresztowano ich znaczną ilość. Wśród nich znajdował się emerytowany dróżnik, który nie musiał się martwić o pieniądze, a żebrał dla rozrywki, przy czym wyłącznie przed południami, bo wieczory zgodnie z zaleceniami lekarza spędzał w domu.

Przy ulicy Stawki wykryto szulernię. Gdy agencji policji wpadli do środka zastali przy czterech stolikach grupę mężczyzn oddających się grze w pokera. Właściciel lokalu usiłował się wyłgać, lecz policja nie uwierzyła jego zapewnieniom, że goście są jego krewnymi i grają tylko dla rozrywki.

Udaremniono przemyt znacznej wartości. Robotnik kolejowy spostrzegł paczkę zagrzebaną w węglu. Paczka ważyła dwa pudy (36 kilogramów) i zawierała 7800 kosztownych cygar w pudełkach.

Dokonano obserwacji UFO. Pojazd który świadkowie określili jako „balon w kształcie gwiazdy” przeleciał nisko nad podwarszawską stacją Łapy, następnie na dłuższą chwilę zawisł nieruchomo, a potem bardzo szybkim ruchem odleciał na wschód i wkrótce przestał być widoczny. Obserwację dróżnika potwierdziło wielu świadków.

Przeprowadzono badanie śmieci. Odpadki różnych rodzajów usypano w stosy i poddano obserwacji. Cel doświadczenia: wykazanie które rodzaje śmieci najprędzej przekształcają się w nawóz. Cóż epoka plastików i odpadów przemysłowych dopiero miała nadejść...

Przywykło się jakoś uważać samowary za wyrób typowo rosyjski. Tymczasem analizując ogłoszenia z kwietniowych numerów Kuriera Warszawskiego przekonać się można, że w warszawskich sklepach oprócz rosyjskich samowarów prosto z Tuły można było nabyć także samowary warszawskie (produkowane przez zakłady Norblina), bawarskie, a nawet amerykańskie, sprowadzone przez firmę „Emil Trepte - Skład naczyń kuchennych”.

Obradowała rada Warszawy. Przedmiot obrad: elektryczne oświetlenie miasta sposobem gospodarczym. W tym czasie w Paryżu kilka głównych ulic oświetlały lampy łukowe. Na ziemiach polskich na podobną ekstrawagancję pozwoliły sobie jak do tej pory tylko władze Lwowa, które miały też elektryczny tramwaj, napędzany dzięki generatorom inż. Rychnowskiego.

Innym ważnym wydarzeniem było poświęcenie kamienia węgielnego pod hotel Bristol.

Trwały przygotowania do nadchodzącego lata. Towarzystwo Kąpieli Ludowych wraz z Towarzystwem Dobroczynności planowały otworzenie łazienek dla kąpieli zimnych, zasilanych wodą z Wisły. Osiem podobnych przybytków miało powstać na lewym brzegu a tylko dwa na Pradze. Poprawa stanu higieny stolicy była sprawą pilną, bowiem odnotowano 60 zachorowań na tyfus i 7 na ospę. Dwie osoby zmarły.

Zasady BHP były jeszcze ciągle terra incognita. Każdy niemal numer Kuriera informował czytelników o wypadkach przy pracy. Opisywano też przypadek subiekta sklepowego który z racji częstego przecinania sznurków nosił nożyce w cholewie buta. Któregoś razu przewrócił się nieszczęśliwie i nożyce „przecięły mu arterię”. Poszkodowanemu pomocy udzieliło pogotowie. Częstym wypadkom na budowach nie należy się specjalnie dziwić. Na jednej z nich przychwycono mężczyznę, który dostarczał robotnikom piwo, od razu na rusztowanie.

Odnotowano także poważniejsze przestępstwa. W slumsach Pragi przychwycono lekarza niosącego pomoc ubogim robotnikom. Lekarz wylegitymował się dyplomem ...stolarza. W jego mieszkaniu znaleziono niewielkie laboratorium w którym przygotowywał lekarstwa wedle własnego pomysłu.

Zorganizowana grupa przestępcza odpowiadająca z wolnej stopy wpadała na interesujący sposób uciszenia świadków. Porwali listonosza, który miał dostarczyć wezwania na rozprawę. Niewiele im to pomogło, zostali aresztowani.

Dużo szczęścia miała kobieta, która pechowo najęła służącą złodziejkę. Po powrocie do domu stwierdziła brak biżuterii i sreber na łączną kwotę około tysiąca rubli. Za to w swoim łóżku znalazła sprawczynię, która znużona „pracą” drzemała.

Kolej borykająca się obecnie z plagą kradzieży miedzianych części urządzeń sygnalizacyjnych przeżywała podobne problemy już przed stu laty. Wówczas jednak złodzieje kradli metalowe części wagonów, takie jak np. mosiężne klamki i gałki ozdobne.

Zdarzali się jednak i złodzieje cierpiący na wyrzuty sumienia. Oto pewien biznesmen dwa dni po kradzieży portfela otrzymał go spowrotem z całą zawartością i zagadkową kartką „po spowiedzi”.

Koniec miesiąca uświetniła zabawa ludowa przy ulicy Wiejskiej Dolnej. Na skwerze stało 120 huśtawek, a główną atrakcją była karuzela wyposażona w nowoczesny napęd parowy. Wkrótce też rozpoczął się letni sezon koncertowy w Dolinie Szwajcarskiej.

Maj 1899r.

Wiosna jest tradycyjnie okresem wzmożonej walki z alkoholizmem. Odbywają się imprezy promujące zdrowy styl życia, wygłaszane są prelekcje i odczyty na temat trzeźwości. Dla naszych przodków bardziej liczyły się konkretne działania. W maju 1899 roku, władze rosyjskie urządziły Warszawie miesiąc walki z pijaństwem. Namiestnik, książę Imertyński wydał ustawę o utworzeniu przy warszawskich cyrkułach specjalnych kuratoriów. Ich funkcjonariusze mieli za zadanie wyłapywanie pijanych na ulicach, zwalczanie bimbrowni oraz nielegalnych punktów dystrybucji alkoholu. Zatrzymani w miejscach publicznych pijacy trafiali na trzy miesiące do rot aresztanckich. Za recydywę groził podwójny wymiar kary. Fałszerze trunków i bimbrownicy zapewnione mieli dłuższe „wczasy”, w skrajnych przypadkach nawet za Uralem.

Obradowały władze miasta. Podjęto historyczną decyzję skanalizowania Powiśla i Pragi. Roboty potrwać miały trzy lata i pochłonęły niebagatelną kwotę dwu milionów rubli. W ramach prac przewidywano wykopanie 100 tysięcy stóp kanałów oraz ułożenie 11 tysięcy stóp wodociągów (stopa rosyjska ok. 32 cm).

Większość warszawiaków samodzielnie myje szyby. Nie jest to zadanie trudne, ani specjalnie niebezpieczne. Wszystkie okna otwierają się bowiem do środka. (Wyjątkiem są nieliczne stare okna w zabytkowych budynkach). Tymczasem przed stu laty normą były otwierające się na zewnątrz! Myła je głównie służba i to ona padała często ofiarą tej bzdurnej mody. Gazety ówczesne pełne są doniesień o przypadkach wypadnięcia a nawet śmierci podczas mycia okien. Dopiero w maju 1899 roku wydano urzędowy nakaz, by w nowopowstających budynkach instalować okna otwierające się wyłącznie do środka.

Do redakcji Kuriera Warszawskiego wzburzony czytelnik przysłał babkę zakupioną w jednej ze znanych warszawskich cukierni. W cieście tkwił trzycalowy gwóźdź. Osobliwe nadzienie nie było ponoć w wyrobach tej firmy rzadkością. Inni konsumenci wspominali o kamieniach, trocinach a nawet kłębku szpagatu! Redakcja Kuriera musiała mieć z właścicielem cukierni jakieś powiązania, bowiem nie napisano o który lokal chodzi.

Reporterzy natomiast z imienia i nazwiska wymienili autora broszurki „Praktyczny kurs kroju i szycia”. Byli też na tyle złośliwi, że zreprodukowali na łamach swojej gazety jej okładkę, na której widniały spodnie z trzema nogawkami.

Odnotowano tragiczny w skutkach brak rozgarnięcia kobiety z Nowego Dworu Mazowieckiego, która chora ruszyła piechotą do Warszawy w celu uzyskania porady lekarskiej. Na gościńcu znalazła słoik wypełniony białą substancją. Przekonana że jest to lekarstwo na jej dolegliwości po powrocie do domu zażyła dwie dawki i wyzionęła ducha. Znaleziskiem zajęła się policja.

W pierwszej połowie maja przeprowadzono eksperyment z dziedziny akustyki. Oddano strzały armatnie z tarasów zamku, Wilczej Wyspy na Pradze i z Parku Aleksandryjskiego. W mieście najlepiej słyszalny był wystrzał „zamkowy”. Od połowy maja salut armatni oddawany z tarasów zamku codziennie ogłaszał chwilę przejście słońca przez połp udnik warszawski. Podobnie celebrowano południe w Wilnie, Rydze i Sankt Petersburgu.

W podwarszawskiej wsi Mrozy przyszło na świat cielę z dwiema głowami. Gazety ubolewały, ze cenny okaz przyrodniczy został niemal natychmiast zniszczony. Skórę dziwnego zwierzęcia sprzedano zaledwie za kilkadziesiąt kopiejek.

W jednej z praskich fabryk przystąpiono do konserwacji potężnego kotła parowego, napędzającego turbiny maszyn. Z kotła spuszczono kilkaset litrów wody, do pobliskiego rowu. Ku zdumieniu zarządu fabryki niemal natychmiast objawiła się spora liczba poszkodowanych - ubogich mieszkańców okolicznych slumsów, którzy myjąc w tym kanale nogi doznali poparzeń. Kilkadziesiąt osób złożyło pozwy sądowe, przeciw fabryce. Jak ustaliło śledztwo urazy demonstrowane przez ofiary w zdecydowanej większości przypadków nie były oparzeniami. Ponadto stwierdzono, że w chwili spuszczania wody kocioł był od czterdziestu ośmiu godzin wygaszony. Pozwy oddalono.

Przed sądem toczył się bulwersujący opinię publiczną proces dwu lekarzy, którzy podczas operacji przez nieuwagę zostawili w ciele pacjentki dwa stalowe zaciski służące do tamowania krwi. Chora uskarżała się wprawdzie na ból, ale oni sądząc że są to zwykłe bóle pooperacyjne wysłali ją na kurację od Ciechocinka. Kobita po powrocie trafiła do szpitala. Zmarła w trakcie operacji. obu lekarzy uniewinniono!   

Maj nie sprzyjał sprawiedliwości. Przed innym sądem toczyła się sprawa tzw. Kawalerii Piaseczyńskiej. Była to zorganizowana grupa przestępcza zajmująca się zdzieraniem haraczy z krawców, szewców i nauczycieli(!), mieszkających w Piasecznie. Wyroki zapadły łagodne, od sześciu miesięcy do dwu lat pozbawienia wolności. Może dlatego że głównymi poszkodowanymi byli Żydzi? Członek innej mafii został przez kumpli odbity z policyjnego konwoju w Pruszkowie.

Zwierzęta sprawiały poważne kłopoty. W cyrku doszło do strzelaniny. Pogromcy musieli na oczach publiczności zastrzelić lwa, który się „znarowił”. Pod Warszawą prowadzony do rzeźni byk stratował pasterza.      

Jak zaobserwowali radni miejscy jazda dorożkami w Warszawie nie należała do przyjemności. Warszawscy dorożkarze dysponowali prawie wyłącznie odkrytymi pojazdami. Dorożki były niemal bez wyjątku brudne, często mokre lub wilgotne, podczas deszczu lub wiatru właściwie nie nadawały się do jazdy. Tylko nieliczne posiadały stawiane brezentowe budy. Jednocześnie dorożkarze będący kiepsko opłacaną grupą zawodową nie byli w stanie wymienić taboru np. na kryte dorożki francuskie. Radni rozwiązali ten problem. Podjęto uchwałę o zwiększeniu liczby linii tramwajowych. Od tej pory dorożki już zawsze znajdowały się w odwrocie i w chwili obecnej pozostało ich zaledwie kilkanaście. Nadal są odkryte, ale na szczęście dla turystów, poprawił się komfort podróżowania.

Na Wiśle odbyły się regaty zorganizowane przez Towarzystwo Wioślarskie. (Dystans 2000 metrów). Towarzystwo Łyżwiarskie pozazdrościło kolegom sukcesów i z braku lodu zorganizowało zabawę przy muzyce.

Ogłoszenia i reklamy w gazetach informowały o szeregu ciekawych i pożytecznych wynalazków, do nabycia od zaraz. Oferowano preparaty przeciw molom i pluskwom, w tym najnowocześniejsze - bezwonne. Miłośnicy sztukaterii mogli nabywać podobizny sławnych ludzi do umieszczenia na ścianach. Zwolennikom higieny proponowano po atrakcyjnej cenie 22,5 rubla cynkowe wanny-kołyski (huśtały się na boki). Problem czystości był bardzo na czasie, bowiem w końcu maja 1899 roku na przedmieściach Warszawy, jak niemal każdej wiosny wybuchła epidemia tyfusu.  

Pod płotem toru wyścigów konnych na polu Mokotowskim znaleziono robotnika kanalizacyjnego, lat 21, w stanie niemalże agonalnym. Szczęśliwie lekarzom udało się utrzymać go przy życiu. Wybawcom opowiedział historię swojej choroby. Wygrawszy pięć rubli na wyścigach kupił za całą sumę szprotek i czekolady poczym urządził sobie królewską ucztę. Funt (0,42 kg) szprotek kosztował około 40 kopiejek, cena czekolady niestety nie jest mi znana.