1

 

Przed wiekiem

 

Felietony tu zebrane pisałem w latach 1998-1999 na potrzeby nieistniejącego już dwutygodnika „Puls warszawy”. Opierając się na informacjach ze starych gazet dokonywałem retrospektywnego przeglądu wydarzeń – spisując co nasi przodkowie robili dokładnie sto lat temu.

Andrzej Pilipiuk 

*

Koniec stulecia jest wyśmienitą okazją dla dokonania małego obrachunku. Umysł nasz mimowolnie zwraca się ku przeszłości w poszukiwaniu zapomnianej mądrości naszych przodków. Przeszłość leży przed nami jak otwarta księga. Możemy czerpać z niej garściami, wprawdzie niektóre sprawy pozostana dla nas zakryte na zawsze a losów poszczególnych naszych przodków nie sposób często prześledzić, jednak zza mgły niepamięci patrzą ku nam realni żywi ludzie, tacy jak my. Większość problemów z którymi borykają się mieszkańcy naszego miasta nie zmieniła się od stu lat. Czasami za to zmieniły się sposoby ich rozwiązywania. O wielu cennych radach zapomniano. Zapraszam w podróż w czasie. A więc przed wiekiem...

Warszawa w kwietniu 1898-go roku liczyła sobie nieco ponad sześćset tysięcy mieszkańców. Miasto było skanalizowane w około 60-ciu procentach, częściowo zelektryfikowane, choć do oświetlenia ulic powszechnie używano latarni gazowych i takiegoż oświetlenia mieszkań. W dzielnicach peryferyjnych zrezygnowano z tak kosztownego kaprysu i głębokie ciemności nocne rozświetlały jedynie świece, łojówki i lampy naftowe. Warszawa posiadała liczne ulice brukowane kamieniami i niemniej liczne pokryte kostką dębową. Oba brzegi Wisły spinał jeden most, w dodatku drewniany. Warszawa była administracyjną i duchową stolicą Prywiślańskiego Kraju, peryferyjnej, choć posiadającej kluczowe znaczenie strategiczne, prowincji Cesarstwa Rosyjskiego. W mieście tym znajdowało się 31 cerkwi prawosławnych oraz stale stacjonowało około 40 tysięcy żołnierzy rosyjskich.

W połowie kwietnia 1898-go roku podano do wiadomości publicznej wyniki badań wody z ujęć miejskich. I tak: w centymetrze sześciennym wody z ujęcia na Placu Grzybowskim odkryto 25 bakterii, w wodzie z kranu na Nowym mieście 13, z ujęcia na Pradze wyizolowano 32, najczystsza woda była w kranie na Mariensztacie, w niej znaleziono zaledwie 12 bakterii na centymetr sześcienny. Wprawdzie nie wykryto wśród nich bakterii chorobotwórczych, jednak w trosce o zdrowie ludności przeprowadzono szczepienie dzieci przeciw ospie. Koszta operacji pokrył magistrat. Dr. Lozentowicz zwrócił się za pośrednictwem gazet o składanie przeczytanej już prasy w specjalnych skrzynkach. Gazety te miały być przekazywane chorym w szpitalach. Pomysł ten zaowocował dość nieoczekiwanym zarządzeniem władz policyjnych. Nakazano skrupulatną kontrolę zawartości skrzynek przed przekazaniem jej chorym. Widocznie nasi patriotycznie nastawienie przodkowie umieszczali w nich także „bibułę”.

Felietoniści Kuriera Ilustrowanego piętnowali swoich kolegow po piórze, opisujących wyłącznie samobójstwa, krwawe porachunki świata przestępczego, oraz tragedie i wypadki. Jak widać problem przemocy w mediach od stu lat czeka na rozwiązanie.

W początkach maja 1898 - go roku dziennikarze Kuriera Warszawskiego odnotowali, że cena chleba wzrosła o 1/2 kopiejki za funt. Biorąc pod uwagę że w ciągu całego poprzedniego roku cena chleba nie uległa zmianie (!), inflacja tego rzędu mogła wzbudzić poważne zaniepokojenie. Ceny żywności i podstawowych artykułów w „srebrnym okresie” - w czasach panowania Mikołaja Drugiego były na dobrą sprawę stałe. Cesarstwo Rosyjskie opierało się na silnych podstawach ekonomicznych a rosyjska waluta, mająca pełne pokrycie w złocie była chętnie przyjmowana na całym świecie, czego nie da się powiedzieć o obecnych rublach....

 W trosce o stałe podnoszenie higieny uroczyście otwarto sezon kąpielowy. U wylotu ulicy Mostowej urządzono letnie łazienki zasilane wodą z Wisły. Woda wiślana w tamtej epoce nadawała się jeszcze do tych celów, lecz na horyzoncie gromadziły się już pierwsze czarne chmury. Umieszczona opodal rzeźnia spuszczać zaczęła do rzeki swoje ścieki. Co bardziej światłe umysły, widząc w tym pewne niebezpieczeństwo, zasugerowały przeniesienie łaźni powyżej miejsca zrzutu nieczystości. Dla lepszego zobrazowania miejsca ewentualnej nowej lokalizacji nadmienię, że u podnóża Starego Miasta od siedemnastego wieku aż po drugą wojnę światową funkcjonowało gigantyczne wysypisko śmieci.

Czytając „Kurier Warszawski”, bądź „Kurier Poranny” można się było dowiedzieć wielu ciekawych szczegółów z życia pluskiew. „Powodowani troską o stan zdrowia obywateli” fabrykanci, sponsorzy artykułów o tych owadach, proponowali swój niezwykle skuteczny preparat owadobójczy o nazwie Vemina. A pomyśleć, że jeszcze 50 lat wcześniej wzajemne iskanie się z insektów było ulubioną pieszczotą zakochanych. Pieszczota ta miała, co może wydać nam się nieco dziwne, bardzo silny wydźwięk erotyczny. Czasy się zmieniają, a urocze obyczaje naszych przodków zanikają często bez śladu.

„Ruszyły gonitwy konne na Polu Mokotowskim. Znowu będą bankructwa i komornicy” - piali z zachwytu redaktorzy „Kuriera Warszawskiego”. Najwygodniej na teren gonitw można było dojechać tramwajem konnym (do ulicy Filtrowej), a pozostały kawałek przejść spacerkiem na piechotę lub skorzystać z dorożki. Problem uzależnienia od hazardu, był już wówczas dostrzegany, choć nie traktowano go jako schorzenia. Nikt też nie myślał o leczeniu psychiatrycznym hazardzistów. Za to, dla ostrzeżenia, co jakiś czas gazety opisywały różne wstrząsające historie. Powszechnie znany był przypadek subjekta sklepowego który wygrał dzięki losowaniu numerów obligacji rządowych niebagatelną sumę dziesięciu tysięcy rubli. Pieniądze postanowił zainwestować w... Monte Carlo. Po tygodniu spłukany do suchej nitki powrócił szczęśliwie na swoje miejsce za sklepową ladą. Piszę szczęśliwie, gdyż często zbankrutowani hazardziści, kończyli życie samobójczym strzałem z rewolweru. Z bliżej nieznanych przyczyn chętnie dokonywali tego w pociągach.

Turyści zorganizowali się w klub. Wspólnie debatować mieli nad problemami na jakie napotykał ich raczkujący ruch. Wedle przytoczonych przez gazety słów polskich globtroterów wycieczka w Góry Świętokrzyskie, czy do Puszczy Ostrołęckiej była równie skomplikowana jak wyprawa na biegun (!). Należało brać ze sobą „konserwy” (cudzysłów przytaczam za „Tygodnikiem Ilustrowanym”), oraz namiot. Turyści ówcześni spotykali się z brakiem zrozumienia i skrajną nietolerancją. Przodkowie nasi, rozwijający swe zamiłowania do włóczenia się po świecie, borykali się także z innym, skądinąd znanym nam problemem. Rząd niemiecki dla zabezpieczenia się przed polskimi gastarbeiterami zamknął częściowo granicę z Królestwem Polskim. Straż graniczna nie próżnowała. Wykryto kontrabandę w... lokomotywie. Z węgla dzielni celnicy wygrzebali kilka sztuk jedwabiu, oraz parę pudełek pruskich cygar. Cóż, idea podwójnych denek w kanistrach z benzyną ma jak widać głębokie korzenie.

Wiosną 1898-go rośli w siłę cykliści. Liczba rowerów wynosiła w Warszawie 2640, (tyle wydano numerów rejestracyjnych), jednocześnie 2822 osoby mogły wylegitymować się dokumentem uprawiającym do kierowania tym pojazdem. Każdy rower musiał być oznakowany, za pomocą specjalnego numeru, na kształt obecnej tablicy rejestracyjnej. (Wymóg ten przetrwał aż do końca drugiej wojny światowej). Gazety nie wspominają o kradzieżach rowerów, liczne są za to wzmianki o kolizjach z udziałem cyklistów i obrażeniach których doznali w starciach z nieuświadomioną technicznie ludnością tubylczą, z podwarszawskich miejscowości.

Aparat Rentgena, „puszczono w ruch”, jako pierwszy w Królestwie Polskim, w szpitalu św. Ducha. Szpital nieznacznie tylko wyprzedził dwa prywatne gabinety lekarskie, które uruchomiły pracownie rentgenowskie w dwa tygodnie później.

Naszych drogich przodków gryzła także inna troska, nam znana w postaci choroby szalonych krów. W Prywiślańskim Kraju wiosną 1898-go roku szalały: zaraza płucna u świń, nosacizna atakująca konie, oraz wścieklizna. Weterynarze badali szczegółowo mięso wołowe, na obecność „węgrów” (pisownia ówczesna) tasiemca. Mięso zarażone, jeśli liczba pasożytów była niewielka dopuszczano do sprzedaży, ale po znacznie obniżonych cenach i specjalnie stemplowane. 13-go maja na reprezentacyjnym Krakowskim Przedmieściu stójkowy (carski policjant patrolujący określony kawałek ulicy), na oczach tłumu cięciem pałasza zabił wściekłego psa. Jednocześnie przy tejże ulicy kończono wznoszenie cokołu pod pomnik Adama Mickiewicza. Krakowskie Przedmieście „ozdabiał” wówczas także, nie zachowany do naszych, czasów pomnik znanego rusyfikatora Paskiewicza.

Ofiarą genialnego oszusta padło kilkunastu ówczesnych „biznesmenów”. Niejaki Karol Bodega, rzekomo pułkownik kirasjerów gwardii hiszpańskiej, aresztowany w Londynie podczas misji dyplomatycznej, wysyłał do polskich przedsiębiorców listy z informacją że przed laty w piwnicach jednego z domów który obecnie jest ich własnością, zakopał znaczną sumę pieniędzy. Proponował podział pół na pół, a jako, ze chwilowo aresztowany nie mógł opuszczać Anglii obiecywał przysłać córkę w towarzystwie zaufanego służącego, którzy wskażą miejsce ukrycia skarbu i odbiorą jego połowę. Autor listu będąc w ciężkiej sytuacji materialnej prosił o przesłanie niewygórowanej sumy, na koszta podróży córki i służącego, pod wskazany adres w Londynie.

Jednocześnie niektórych oszustów ruszały wyrzuty sumienia. Uboga wdowa otrzymała za pośrednictwem księdza czek na niebagatelną sumę 3000 rubli. przesyłał go skruszony grzesznik, który kiedyś okantował jej męża. Kościół cieszyć się musiał wówczas znacznym autorytetem, bowiem to właśnie z ambon piętnowano przypadki fałszowania mleka masła i chleba.

Wizja zakopanych skarbów rozpalała wyobraźnię naszych przodków znacznie silniej niż dzisiaj. Nocą na podwórzu pewnej kamienicy pojawił się ubogo odziany, starszy wiekiem mężczyzna, uzbrojony w szpadel. Z miejsca przystąpił do kopania wielkiej dziury. Obudzeni, odgłosami rycia w ziemi, mieszkańcy wylegli przed dom. Mężczyzna chętnie podzielił się z nimi sekretem. Otóż na podwórzu tym zakopany miał być skarb. Co było do przewidzenia mimo wydatnej pomocy lokatorów, którym obiecał połowę do podziału, mężczyzna skarbu nie odnalazł. Dopiero późnym rankiem, po całonocnej pracy, stwierdzono, że tajemniczy nocny gość jest po prostu obłąkany. O tym, kto musiał zasypać dół, gazety milczą, a niewykluczone że wśród „poszukiwaczy złota” był właśnie Twój Dziadek, Szanowny Czytelniku.

Czerwiec 1898

W pierwszych dniach czerwca roku pańskiego 1898-go do Warszawy dotarł Fabian Redoules - znany francuski malarz i grafik, który dla zakładu pokonywał pieszo trasę Paryż - Sakt Petersburg. Mieszkańcy zgotowali mu uroczyste powitanie, a wędrowiec ze swojej strony odwdzięczył się, wygłaszając w stołecznym Odeonie pogadankę na temat swojej podróży, oraz ludów, przez których ziemie do tej pory wędrował. W czasie odczytu wykonał trzy szkice, które następnie rozlosowano wśród publiczności.

Do redakcji Kuriera Warszawskiego nadesłano z Kolonii wydany w niemczech samouczek języka polskiego. Broszura zatytułowana „Polyglot” zawierała między innymi takie oto typowo polskie zwroty: „ciesze się pana widzieć”, „proszę o obłożną bułkę pszenną”, „macie do przedania lampy?” oraz „Rzołondek mi boli”. Redaktorzy nie szczędzili złośliwości.

Noc Świętojańska stała się okazją do puszczania wianków na Wisłę. Przodkowie nasi do zadania tego podeszli z właściwym sobie rozmachem. Wieńce o kilkumetrowej czasami średnicy, ozdobione podświetlanymi scenami alegorycznymi puszczano przy blasku fajerwerków. Ogólny patronat nad imprezą sprawowało Towarzystwo Wioślarskie. Wśród puszczających znajdowali się przedstawiciele Towarzystwa Pracowników Handlu i Przemysłu, cechu bednarzy, oraz kilku innych grup zawodowych. Powszechny aplauz wzbudziła delegacja Towarzystwa Łyżwiarskiego która, lekceważąc całkowicie porę roku, przybyła w strojach organizacyjnych, tj. w futrach, papachach i białych jedwabnych szalikach. Tak ubrani odtańczyli kilka tańców.

Noc Świętojańska była tylko jednym z całego szeregu letnich festynów. W Dolinie Służewieckiej zorganizowano jarmark i festyn połączony z loterią. Wśród uczestników znaczny odsetek stanowić musiała ludność wiejska. Świadczą o tym główne nagrody loterii fantowej: złoty zegarek i ...młockarnia. Ponadto firmy dbające o reklamę, ofiarowały na potrzeby loterii suknie, książki, nuty, oraz meble gięte. Bawiono się wesoło do białego dnia. Planowano także przekształcić w plac zabaw Wilczą Wyspę - łachę położoną w pobliżu praskiego brzegu Wisły. Rozważano przerzucenie lekkiego mostu, który ułatwiły dostęp. Niestety wyjątkowo paskudny grunt uniemożliwił postawienie na wyspie huśtawek i karuzeli. Opodal wznoszono właśnie kościół pod wezwaniem św. Floriana.

Tymczasem dziennikarze Tygodnika Ilustrowanego przeżywali upokorzenia. Oto jednemu z nich zachciało się przespacerować wieczorem po Warszawie. Ku niejakiemu zdumieniu przekonał się że Park Łazienkowski od dziesiątej wieczorem jest dla publiczności zamknięty, zaś szwajcarzy pilnujący bram Parku Saskiego nie wpuszczają do środka ludzi odzianych czysto i schludnie, lecz ubogo...

W początkach roku Hipolit Wawelberg, prezes Domu Bankowego Rodziny Wawelbergów - jednego z największych ówczesnych banków, powołał fundację celem budowy tanich mieszkań dla robotników. Przekazał na ten szczytny cel niebagatelną sumę 300 000 rubli. W czerwcu jego ambitny pomysł zaczął przyoblekać się w ciało. Na Woli, przy ulicy Górczewskiej wznoszono trzy z planowanych ośmiu kamienic. Budynki zaprojektowane zostały bardzo nowocześnie. Posiadały bieżącą wodę, rynny, oraz inne udogodnienia. (Wychodki tradycyjnie znajdowały się na podwórku). Kamienice posiadały także klub, salę zabaw, łaźnię, oraz pomieszczenia na przedszkole dla dzieci mieszkańców. Na jednego lokatora przypadało 12 metrów sześciennych powietrza, co łatwo można porównać ze standardem naszych mieszkań. Z ośmiu wzniesionych kamienic, do naszych czasów przetrwało siedem i po niewielkich modernizacjach nadal służą wiernie swoim mieszkańcom, za to bank Wawelbergów nie przetrwał krachu spowodowanego rewolucją w Rosji. Szkoda, trochę polskiego kapitału mogłoby się obecnie przydać.

Dziennikarze odnotowali skrzętnie, że mięso okropnie podrożało (1/2 kopiejki funt), i zaobserwowali brak kultury wśród rzeźników na placu Grzybowskim. Tamtejsi straganiarze mieli wyjątkowo paskudne zwyczaje. Używali rynsztokowego słownictwa, oraz zdarzało im się bić klientki które odmawiały zakupu zepsutych już produktów, (lady chłodnicze pojawiły się dopiero w latach trzydziestych, a i to nie u nas). Dla zapobieżenia podobnym ekscesom koło placu umieszczono posterunek policji. Mięso stało się także przedmiotem paskudnej afery na prowincji. Podczas burzy piorun zabił sześć krów. Mieszkający w pobliżu lekarz weterynarii nakazał bezzwłoczne zakopanie padliny. Nocą kmiotkowie krowy odkopali i zawieźli w postaci wołowiny na targ.

Policja nie próżnowała. W Warszawie wpadła nielegalna fabryka. Pewna firma sprowadzała z zagranicy lakier na spirytusie. Za pomocą aparatury destylacyjnej z lakieru odzyskiwano spirytus, a żeby nie tracić niepotrzebnie dobrej jakości farby, rozcieńczano ją terpentyną i sprzedawano. O smaku spirytusu z lakieru gazety milczą, ale skoro fabryka działała musiał istnieć zbyt.

Czerwiec upłynął w Warszawie pod znakiem walki z żebractwem. Patrole policji wyłapywały żebrzących i osadzały w więzieniach. Żebrzący z nędzy mogli liczyć na wyrozumiałość ze strony sądów, natomiast ci którzy czynili to z lenistwa, lub nałogu traktowani byli z całą surowością. Dla zapobieżenia demoralizacji nieletnich zorganizowano dla nich, wzorem Szwecji, domy zarobkowe. Uboga młodzież uczyła się tam szycia, cerowania, wyplatania koszyków.

Wesoło zabawili się w Warszawie trzej młodzieńcy Wykorzystując fałszywie bilety wizytowe, podając się za hrabiów, pohulali w kawiarniach i hotelach na kilkaset rubli. Wreszcie zostali ujęci, na gorącym uczynku. Nie tylko oni zostali schwytani. Gazety opisywały wyprawę trzynastolatka z Wrocławia, który ukradłwszy babci 160 marek wypuścił się do Berlina z zamiarem zaciągnięcia się do armii amerykańskiej. (trwała właśnie wojna między USA a Hiszpanią). Pechowy ochotnik wpadł podczas próby zakupu broni. Noga podwinęła się także pewnemu inkasentowi Towarzystwa Przewozowego. Pobrawszy 16 tysięcy rubli człowiek ten przepadł bez wieści, co wzbudziło zrozumiały niepokój wśród jego pracodawców. Atoli po kilku dniach szczęśliwie został odnaleziony przez policję. Zeznał że pieniądze skradziono mu... podczas drzemki w parku, a przez następne dni błąkał się po Szmulkach. Przy zatrzymanym znaleziono pęto kiełbasy litewskiej, oraz ręcznik pochodzenia wiejskiego, co obalało jego alibi. Dokonano rewizji w gospodarstwie krewnych inkasenta, na terenie powiatu święcickiego, w guberni wileńskiej. Pieniądze znaleziono. Defraudant zdążył roztrwonić jedynie 500 rubli. (równowartość dziesięciu krów). Zostały ukryte w pudełku zakopanym na głębokości dwu arszynów (ponad 180 cm!). Dla zamaskowania śladów kopania na miejscu dołu ustawiono budę z bardzo złym psem. Agenci carskiej policji byli mistrzami w przeprowadzaniu rewizji.


 

Lipiec 1898

Lipcowe numery Tygodnika Ilustrowanego w 1898-mym roku, przyniosły szereg ciekawych szczegółów z życia amerykańskich milionerów. Ludzie ci prowadzili się wręcz skandalicznie. P. Cousino urządzał dla swoich znajomych wycieczki statkiem parowym do Ziemi Ognistej (Patagonia). Towarzystwo zabawiało się tam piciem szampana i tańcami w dziewiczych lasach. Miss Vanderbit poślubiła europejskiego księcia dla tytułu, a bankier Drouin kupił konkurencyjny bank by wyrzucić z pracy nieuprzejmego kasjera. Jakże blado na tym tle wyglądali milionerzy polscy: znany filantrop Hipolit Wawelberg, fundujący kamienice na mieszkania dla ubogich robotników, czy baron Leuval kosztem sześćdziesięciu tysięcy rubli budujący łaźnię, odwszalnię i punkt porad lekarskich dla ubogich warszawskich dzieci. Oczywiście gdybyśmy porównali ówczesne ekstrawagancje z obecnymi...

Badając pożółkłe stronice starych gazet natrafić można nieoczekiwanie na korzenie imprezy kolarskiej znanej nam jako wyścig pokoju. Przed stu laty polscy cykliści brali udział w wyścigu na trasie Praga Czeska - Kijów - Moskwa. wyścigi takie organizowano raz w roku. Obecnie zanikł także zwyczaj wysyłania polskiej ekipy na derby organizowane pod Petersburgiem. Nikt też nie organizuje wyścigów konnych na trasie Petersburg - Moskwa - Tuła, których nasi zawodnicy przywozili liczne medale. A szkoda.

Tradycyjnie okres letni dla wielu osób staje się okazją do podniesienia kwalifikacji zawodowych. Odbywają się kursy językowe, maszynopisania, obsługi komputera... Nasi przodkowie doceniali ogromne możliwości jakie niesie okres kanikuły. W Warszawie zorganizowano kursy... piwowarskie. Kurs trwać miał trzy miesiące i obejmował także praktykę w browarze. Cena była dość wysoka - 50 rubli. Z drugiej strony inwestycja zwracała się po niecałych dwu miesiącach pracy. Browary Warszawskie w tym okresie produkowały 1/12-tą całego piwa wypijanego na niezmierzonych przestrzeniach Carskiej Rosji. Sporo produkowano też na eksport do Niemiec. Browary Warszawskie należące do firmy Haberbusch i Schiele były najnowocześniejsze w całym Imperium a ich wartość księgowa równała się 1/4 wartości wszystkich browarów rosyjskich. Dochody z ważenia piwa wynosiły trzy i pół miliona rubli rocznie. Piwo pijano zazwyczaj do obiadu, przy czym równej wielkości porcje otrzymywały także małe dzieci. Lekarze jako pierwsi dostrzegli w tym niebezpieczeństwo i alarmowali rodziców na łamach periodyków medycznych, zwłaszcza Gazety Lekarskiej. Alkoholizm wśród starszej młodzieży był niezwykle rozpowszechniony.

W lipcu odnotowano znaczny wzrost przestępczości. Stosunki międzyludzkie nacechowane były przemocą, dziś niemal niewyobrażalną. A przecież nie było wówczas brutalnych filmów w telewizji. Garść przykładów: bójki na noże stały się tak liczne, że władze policyjne wydały dekret o ściganiu ich z urzędu, a poszukiwaniem nożowników zajęła się Ochrana, będąca de facto policją polityczną, służącą na co dzień raczej do walki z socjalizmem, anarchią i innymi przypadkami odchyłów od norm społecznych. W dorożce pokłócili się narzeczeni. W wyniku sprzeczki niedoszła panna młoda została ugodzona przez niedoszłego pana młodego nożem, po czym wypchnięta z pojazdu. Niemal codziennie gazety donosiły o znalezieniu podrzutków. Niemowlęta porzucano w kościołach, pociągach, oraz na progach domów.

Władze rosyjskie ostro zwalczały wędrowny żywioł Cygański. Cyganom zakazywano za pomocą odpowiednich rozporządzeń włóczęgostwa, z z drugiej strony mieli zakaz osiedlania się w większych miastach. W końcu lipca odbito dziewczynkę piętnastoletnią, która uciekła z domu i przyłączyła się do taboru. Panienka zeznała że biciem zmuszano ją do kradzieży i opowiedziała śledczym „inne swoje przygody”. Włóczęgostwo było karane. Teoretycznie każdy poddany rosyjski zobowiązany był posiadać paszport - odpowiednik naszego dowodu osobistego. Po przybyciu do miasta powinien był zgłosić się do cyrkułu w dzielnicy w której zamierzał zamieszkać i zameldować się na pobyt tymczasowy lub stały. Istniała także kategoria paszportów osiedleńczych. Wydawano je kryminalistom i zesłańcom. Na ich podstawie można było uzyskać zameldowanie jedynie w miejscu docelowym i ewentualnie na punktach etapowych. Za pojawienie się z takim dokumentem w miejscu innym niż to na które opiewał, szło się do więzienia. Za czasów Aleksandra II - go oczyszczono częściowo Warszawę z elementu przestępczego osiedlając kieszonkowców, złodziei, alfonsów i płatne panienki w dość odległym Wołominie. Niektóre gangsterskie dynastie zasiedziałe w tamtych stronach, pochodzą od takich właśnie „osadników”. Z obowiązku meldowania się zwolnieni byli kurierzy i pracownicy organów ścigania. Dokumentów tożsamości nie wydawano żołnierzom. Zastępowały go z powodzeniem naszyte na mundurach odznaki pułkowe. Umożliwiały one szybką identyfikację w przypadku aresztowania. Mimo to włóczęgów nie posiadających dokumentów było zadziwiająco wielu. W lipcu 1898-go roku nadal grasował oszust hiszpański, mamiący ludzi wizją zakopanych bogactw. Gazety ostrzegały także przed wróżką która za kilkadziesiąt kopiejek sprzedawała karteczki z prognozami przyszłości. Na jednej z nich przeczytać można było czterocyfrowy numer - rzekomo szczęśliwy numer biletu loteryjnego. „Jeśli zawiedzie winna będzie loteria” - zapewniała na piśmie wróżka. I jak tu nie wierzyć jasnowidzom.

Magistrat nieustannie obradował nad kanalizacją miasta. Trwały intensywne prace przy Krakowskim Przedmieściu i ulicy Foksal. Fatalna sytuacja panowała na Starym Mieście, które wprawdzie skanalizowane zostało znacznie wcześniej ale późno średniowieczny system rur i ceglanych kanałów ściekowych miał tendencję do częstych awarii. Popularne były szamba przydomowe, oraz kible na podwórkach. Odnotowano pogorszenie się jakości powietrza w modnym wówczas uzdrowisku jakim był podwarszawski Otwock. Pogorszenie wywołane było kopaniem dołów kloacznych i śmietników w pobliżu willi. Także utrzymanie nawierzchni dróg pociągało za sobą znaczne koszta. W Alejach Jerozolimskich wymienić musiano część drewnianej kostki brukowej.

Wraz z nastaniem pory letniej zwiększyła się ilość wędrujących po ulicach obłąkanych. Urząd lekarki postarał się o umieszczenie ich w stosownych zakładach.

Redaktorzy Kuriera Warszawskiego odnotowali znaczne ożywienie na rynku „literatury żargonowej”, jak w tym okresie określano język jidysz. Żydowski wydawca p. Szouer wypuszczał rocznie ponad czterdzieści pozycji książkowych przeznaczonych dla współwyznawców. Pod względem ilości sprzedanych egzemplarzy mógł śmiało konkurować z Gebetnerem i Wolfem - potężnym chrześćjańskim domem wydawniczym. Wśród pozycji wydawanych w języku jidysz przeważały, przynajmniej tak twierdzą ówcześni dziennikarze, „ckliwe ogłupiające romansidła, powieści detektywistyczne, idiotyczne bajki, powieści fantastyczne itp.”. Cóż jeśli przejdziemy się do najbliższego kiosku możemy łatwo się przekonać ze ckliwe romansidła, kryminały i idiotyczne bajki, mimo zaniku w naszym kraju grupy osób posługujących się językiem jidysz, zadomowiły się nad Wisłą, mają się dobrze i rozchodzą w znacznych nakładach zaś ilość tytułów samego wydawnictwa Harlequin, przyprawiła by pana Szouera o zawrót głowy.

Pośród literatury popularnej tamtych czasów trafiały się także prawdziwe perełki, jak chociażby opowiadanie Leo Belmonta „Scherlock Holmes w Warszawie” traktujące o przygodach sławnego detektywa wśród Żydów żyjących nad Wisłą. Równie ciekawa musiała być powieść współczesna oparta na motywach szekspirowskiego Otella, usiana pikantnymi scenami erotycznymi. Można przytoczyć wspaniałe, odkrywające treść dzieła tytuły: „Nieszczęśliwa Miłość”, „Pół człowiek - pół małpa”, czy „W niewoli u ludożerców”. Te arcydzieła literatury od dawna niestety spoczywają pokryte kurzem w magazynach bibliotecznych. Przy okazji piętnowania literatury żydowskiej dziennikarze dokonali odkrycia, które obiektywnie podali do wiadomości publicznej. Wśród Żydów nie natrafili na osoby nie umiejące czytać. Chrześćjanie w tym okresie notowali analfabetyzm rzędu 18- 20%. A pomyśleć, że od czasów Aleksandra Drugiego nauka w zakresie czterech klas była Królestwie Polskim obowiązkowa i teoretycznie przynajmniej - bezpłatna. Wyższy poziom analfabetyzmu notowano na wsi, statystykę Warszawy obniżała znaczna ilość biedoty wegetującej na Powiślu i Mariensztacie, oraz w slumsach Pragi Brudna i Targówka.

Sierpień 1898.

W pierwszych dniach sierpnia korespondent Kuriera Warszawskiego donosił z prowincji, że we wsi Ligowo zlikwidowano sklep monopolowy. Przyczyna - spadek popytu na wódkę. Towarzystwo wstrzemięźliwości istniejące w Warszawie nie mogło się pochwalić aż tak wybitnymi sukcesami.

Nasi „drodzy” okupanci i rusyfikatorzy przeżywali poważne problemy z niepokornym żywiołem Polskim. Tym razem poszło o szyldy. Teoretycznie na szyldach sklepowych właściciele zobowiązani byli umieścić informacje w dwu językach - po polsku i po rosyjsku, przy czym litery części rosyjskiej nie mogły być mniejsze niż części polskiej. Zakaz ten powszechnie obchodzono wywieszając szyldy jednojęzyczne - po francusku. W okresie rządów namiestnika księcia Imertyńskiego, drobne rozluźnienie stalowej ręki cara batiuszki doprowadziło do samorzutnego powrotu języka polskiego na szyldy, przy jednoczesnym zaniku rosyjskiego. Ponadto pojawiły się znowu zakazane od czasów wojen napoleońskich szyldy w kształcie flag. (Swoją drogą ciekawe jakie skojarzenia musiały budzić, że ich zakazano?) Oddzielnym problemem było umieszczanie na afiszach i znakach firmowych całkowicie fikcyjnych dat założenia sklepów. Namiestnik powołał specjalną komisję celem lustracji wszystkich szyldów, oraz wprowadził wymóg posiadania specjalnego zezwolenia dla pragnących ozdobić je datą. Znając poziom ówczesnej korupcji aparatu urzędniczego nowe rozporządzenia nie były zapewne specjalnie trudne do ominięcia.

Cywilizowała się Praga, będąca w ostatniej dekadzie dziewiętnastego wieku jednym gigantycznym placem budowy. Wzdłuż ulicy Targowej, w miejsce drewnianych bud i zajazdów stanowiących własność głównie pewnej mniejszości narodowej, wznoszono szereg reprezentacyjnych murowanych kamienic. Można je oglądać po dzień dzisiejszy, większość z nich przetrwała obie wojny światowe. Elewacje wprawdzie pociemniały na skutek osiadania sadzy, a większość ozdobnych sztukaterii spadła wraz z tynkami i balkonami, ale same domy stoją. Niektóre nawet doczekały się remontu. Budowano także po drugiej stronie Wisły, w okolicach Hali na Koszykach zlikwidowano kilkunasto hektarową szkółkę leśną (!), a splantowany teren stosunkowo szybko zabudowano.

Podstawowym problemem służby zdrowia tak dziś jak i przed wiekiem był brak pieniędzy. Kurier Warszawski podaje ciekawe rozliczenie wpływów jednego z warszawskich szpitali. Przedstawiły się następująco: Zapomogi stałe (szereg osób i instytucji fundował na przykład utrzymanie przez rok jednego łóżka szpitalnego. Istniały także dotacje rządowe i miejskie) - 90 tyś. rubli. Opłaty za leczenie (ludzie ubodzy leczyli się praktycznie za darmo. Koszta pokrywały wszelakiego rodzaju towarzystwa dobroczynności, a czasami towarzystwa reasekuracji i nieliczne jeszcze związki i towarzystwa zawodowe) - 100 tyś. rubli. Podatek szpitalny (płacili go wszyscy mieszkańcy miasta wynosił około trzech rubli rocznie) - 170 tyś rubli. Dochody z udziałów i majątków (szpital posiadał majątki ziemskie, pakiety akcji różnych firm, oraz papiery skarbowe i obligacje rządowe) - 88 tyś. rubli. Łącznie z darowiznami i zapisami testamentowymi na rzecz szpitala, roczny budżet wynosił około 450 tysięcy rubli. Nasze obecne władze mogły by wziąć to pod rozwagę i przekazać szpitalom cześć akcji prywatyzowanych przedsiębiorstw.

Na zabawę ludową zorganizowaną w Parku Praskim ściągnęło przeszło trzydzieści tysięcy ludzi. Organizatorzy zapewnili godziwą rozrywkę. Można było jeździć na karuzeli, huśtać na huśtawkach, oraz wdrapywać się po namydlonym słupie. Ta ostatnia konkurencja cieszyła się szczególnie dużym zainteresowaniem. Wystawiono na wolnym powietrzu sztukę teatralną. (zabrakło biletów dla wszystkich chętnych). Młodzież szalała na strzelnicy. Po zapadnięciu zmroku park rozświetliły dziesiątki chińskich lampionów oraz nieliczne lampy elektryczne. Zaprezentowano film za pomocą ulepszonego kinematografu konstrukcji jednego z pionierów polskiej kinematografi p. Matuszewskiego. Tańczono przy muzyce i puszczono podświetlany balon, który efektownie spłonął nad Wisłą. Zabawę oceniono ogólnie jako niezwykle udaną i zapowiedziano rychłe zorganizowanie następnych. Cały dochód organizatorzy przekazali na cele charytatywne.

W połowie miesiąca przodkowie nasi zainteresować się musieli niewątpliwie konfliktem kubańskim. Wojna wkroczyła właśnie w decydującą fazę. Amerykańska armia wylądowała na wyspie. W związku z zagrożeniem Hiszpanie pojęli decyzję o ewakuacji do ojczyzny zwłok Krzysztofa Kolumba pogrzebanego w katedrze w Hawanie.

Odnotowano także skandale towarzyskie i obyczajowe. Córka właściciela restauracji Towarzystwa Wioślarskiego zbiegła z kelnerem, dodatkowo uszczuplając oszczędności tatusia o tysiąc rubli. Kierunek ucieczki obrała typowy: list do papy nadesłała z Liwerpolu, gdzie oczekiwała z ukochanym na statek do Ameryki. Kelner pozostawił żonę i czwórkę dzieci. A tak na marginesie, skoro jesteśmy nad Wisłą, sprawozdanie finansowe opublikowała spółka rybaków wiślanych. Przed stu laty rzeka przepływająca przez nasze piękne miasto obfitowała w ryby i co najważniejsze nadawały się one do spożycia.

W końcu ubiegłego wieku Warszawa przeżywała okres poważnego zastoju ekonomicznego i cywilizacyjnego oto bowiem na trasie Piotrków - Kalisz uruchomiono właśnie pierwsze w kraju regularne połączenie samochodowe. Onimbus kursujący trzy razy w tygodniu zabierał jednorazowo 10 osób i rozwijał zawrotną jak na owe czasy szybkość 50 kilometrów na godzinę.

Podczas gdy lud się bawił policja cały czas ciężko pracowała. Komendant cyrkułu Zamkowego (podlegało mu Stare Miasto, oraz przyległe dzielnice) podjął się syzyfowego zadania. Na jego rozkaz policjanci oczyścili podległy mu teren przeganiając prostytutki, które stanowiły tu prawdziwą plagę. Warto pokreślić, że Plac Teatralny który obecnie jest miejscem cichym i prawie bezludnym przed stu laty był tętniącym życiem centrum towarzyskim i kulturalnym naszego miasta. Komendant świętował zwycięstwo przez trzy dni. Czwartego panienki powróciły w pełnym składzie jako sprzedawczynie czekoladek. (uliczni sprzedawcy gazet, zapałek i innych artykułów byli wówczas bardzo liczni. Nie było przecież kiosków ruchu). Przedstawicielki najstarszego zawodu świata miały dla niepoznaki gustowne koszyki z towarem oraz mogły się wylegitymować stosowną licencją.

Urządzono kolejne polowanie da dużą skalę na włóczęgów. Pośród nich przychwycono obywatela ziemskiego pana Henryka G., człowieka majętnego i utytułowanego. Po śmierci ubóstwianej żony sprzedał dom, korzystnie ulokował pieniądze, posłał córkę na pensję, a sam przyłączył się do włóczęgów. Nawiasem mówiąc tak wrósł w środowisko, że jego towarzysze słysząc jego zeznanie nie mogli w to uwierzyć. Ponieważ zatrzymany należał do stanu szlacheckiego policja zdecydowała się go zwolnić (pozostali schwytani trafili na trzy miesiące do rot aresztanckich), pouczono go jednak, że powinien zmienić tryb życia. Włóczęga z wyboru stwierdził z rozbrajającym uśmiechem, że spróbuje, ale nie może ręczyć.

Ciekawy sposób zarobkowania wymyślił pewien warszawski młodzieniec. Zapowiedział za pomocą afiszy wzniesienie się balonem na ogrzane powietrze a następnie skok na spadochronie. Zapowiedzi pokazu ściągnęły znaczne tłumy. Młodzieniec wyprzedał bilety po czym usiłował wzbić się w niebiosa. Niestety balon jakoś nie chciał się unosić. Niedoszły aeronauta, porzucił w desperacji warsztat pracy, to znaczy balon i usiłował zbiec z pieniędzmi za bilety, czemu w porę zapobieżono. Odstawiono go do cyrkułu. Jak wykazało śledztwo próba startu balonem była trzecią z kolei. Entuzjasta podboju przestworzy zwrócił pieniądze za bilety. W jego postępowaniu nie dopatrzono się znamion przestępstwa. Został zwolniony, oddano mu nawet jego balon, lecz poradzono aby poszukał sobie innego zajęcia, ewentualnie podniósł kwalifikacje zawodowe przed następnym pokazem.

Ku pokrzepieniu czytelników przygnębionych licznymi oszustwami, kradzieżami i zarządzeniami magistratu opisano następujące zdarzenie. w hotelu Bristol przyjezdny kupiec z prowincji wręczył numerowemu banknot stu rublowy z prośbą o rozmienienie na drobne. Posługacz po chwili przyniósł drobne i banknot stu rublowy. Jak się okazało kupiec dał mu omyłkowo dwa banknoty. Nazwisko uczciwego posługacza odnotowano dla potomności na łamach prasy co i ja uczynię. Nazywał się Piotr Kruszewski. Niech pamięć jego czynu przetrwa kolejny wiek.

Wrzesień 1898r.

„Dzieci bardzo zdolne są w większej części słabe i chorowite. Często zdolności objawiają się w dziecku bardzo wcześnie, nawet bez współudziału osób starszych i jest to znowu przyczyną anormalnego odżywiania ciała: krew silnie przypływa do mózgu i wywołuje ożywioną działalność kosztem całego organizmu. W latach późniejszych osłabienie całego organizmu powoduje osłabienie mózgu. Sztuczne rozwijanie i wczesne nauczanie dziecka musi odbić się na organizmie, wywołując największy procent dzieci neurastenicznych. Widzimy więc, że dzieci mające wyjątkowe zdolności należy raczej powstrzymywać od wczesnej nauki niż zaczynać ją przed innemi”. („Tygodnik Ilustrowany” wrzesień 1898r.) Co może powiedzieć człowiek z końca dwudziestego wieku czytając z wyblakłego mikrofilmu tak błyskotliwy popis wiedzy medycznej swojego przodka? Tekst powyższy wywołać może uśmiech, który po chwili ustępuje pod wpływem zrozumiałej zgrozy. Najżywotniejsze interesy naszego kraju zmuszają nas do wyszukiwania dzieci genialnych i w jak najwcześniejszym wieku otaczania ich opieką ze strony państwa. Służą temu celowi fundowane przez MEN i inne organizacje rządowe stypendia i bardzo jeszcze nieliczne szkoły specjalne mające nieletnich geniuszy uchronić przed rozpuszczeniem w homogenicznej masie uczniów podstawówek. Tymczasem nasi przodkowie przed wiekiem postępowali zgoła odwrotnie. Biografowie Władysława Reymonta wspominają, że przyszły noblista czytać nauczył się już w wieku lat pięciu, jednak apodyktyczny ojciec zamykał przed nim książki na klucz. Czyżby czynił to dla uchronienia organizmu swojego syna przed „ożywioną działalnością mózgu, kosztem reszty organizmu?”.

Wrzesień jest miesiącem gdy dzieci idą do szkoły, rzućmy więc okiem jak wyglądała szkoła przed stu laty. Kary cielesne stosowano często i chętnie, choć na przykład w Prywiślańskim Kraju chłostano uczniów znacznie rzadziej niż w Galicji czy Prusach. Szlachta i synowie szlachty funkcyjnej byli z kar cielesnych najczęściej zwolnieni, choć z drugiej strony groziło im, znacznie większe niż zwykłym uczniom, niebezpieczeństwo relegowania ze szkoły. Dziewczęta chłostano niezwykle żadko. Szczególnie ciężkie życie mieli cierpiący na dyslekcję i dysortografię. Obowiązkowe lekcje kaligrafii przysparzały cierpień zarówno zwykłym gimnazjalistom jak i następcom tronów, (wspomina o tym w swoich pamiętnikach wielki książę Aleksander Michajłowicz). W szkołach polskich lekcje odbywały się częściowo po polsku, częściowo po rosyjsku, z przewagą języka polskiego. W tym też języku wydrukowano większość podręczników. Jednak nauczyciele uczący swojego przedmiotu po rosyjsku otrzymywali dwukrotnie wyższe uposażenie. (Tą prostą i efektywną metodę rusyfikacyjną stosowano na Litwie i Ukrainie do 1990 roku!). W szkołach państwowych rusyfikacja była znacznie ostrzejsza, np. w okresach szczególnego terroru zabraniano uczniom rozmów podczas przerw w języku ojczystym. Z kolei w szkołach prywatnych przepisy te nie miały praktycznie zastosowania. W opisywanym okresie schyłku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, pod rządami namiestnika księcia Imertyńskiego, ostry kurs rusyfikacyjny uległ znacznemu złagodzeniu. Zwiększono liczbę lekcji polskiego w gimnazjach, z jednej godziny tygodniowo do trzech, uczniom szkół realnych musiały chwilowo wystarczyć dwie godziny ojczystego języka (zamiast jednej). Jednocześnie opracowano nowy podręcznik do nauki literatury polskiej. Dzieła Mickiewicza i Słowackiego można było kupić bez najmniejszych przeszkód, choć jeszcze trzydzieści lat wcześniej książki te obłożone były całkowitym zakazem druku. (Liberalny kurs wkrótce się skończył, ale nie uprzedzajmy faktów).

W dzisiejszych czasach wyprawienie dziecka do szkoły nie jest może trudne (szkół mamy znacznie więcej niż sto lat temu), ale za to kosztowne. Przed wiekiem rodzice borykali się z podobnymi problemami. Do bezpłatnych szkół państwowych uczęszczało około 50% dzieci, reszta wykształcenie zdobywała w prywatnych „zakładach naukowych”. Wysokość opłat była zróżnicowana w zależności od standardu i poziomu nauczania. Do niektórych szkół przyjmowano wyłącznie dzieci szlachty i wyższych urzędników państwowych, do większości nie przyjmowano Żydów. Polacy wyznania mojżeszowego rozwiązali ten problem tworząc własne odrębne, hermetyczne szkolnictwo utrzymywane w znacznej części przez gminy wyznaniowe. Problemem był tu jedynie program nauczania dość odbiegający od rządowych wytycznych i problemy z nostryfikacją świadectw ukończenia tych przybytków wiedzy.

Uczniowie musieli być jednolicie umundurowani. Mundurki szkolne i gimnazjalne zaopatrzone były w emblematy, później przekształcone w tarcze szkolne. Oczywiście każdy gimnazjalista obowiązkowo posiadać musiał czapkę. Zwyczaj nakrywania głów był wówczas powszechny i mężczyzn chodzących z gołą głową na ulicach praktycznie nie widywano. Zakup mundurka oraz niezbędnych podręczników stanowił wydatek na który niektórzy rodzice nie mogli sobie pozwolić. Z myślą o nich „Kurier Warszawski” urządził zbiórkę „szkolnego przyodziewku”. Na łamach gazety w rubryce „ofiary” odnotowywano skrzętnie nazwiska filantropów którzy przekazali redakcji datki na szkolne czesne i wpisowe dla niezamożnej młodzieży. Publikowano listę podręczników i lektur potrzebnych pilnie ubogim uczniom.     Przeglądając ten spis zorientować się możemy że gimnazjaliści poznawali dzieje kościoła, gramatykę i literaturę niemiecką, matematykę, chemię, biologię oraz szereg innych przedmiotów. Wszystkie tytuły podręczników podano w języku polskim. Skoro już jesteśmy przy podręcznikach, barbarzyński zwyczaj mazania w książkach szkolnych ma dość długą tradycję. Posiadam w swoim księgozbiorze „Leliusz o przyjaźni” T. Cycerona. Książeczka ta wydana po łacinie w 1889 roku służyła jako czytanka dla uczniów gimnazjów klasycznych. Na marginesach dziełka nieznany uczeń już w 1909-tym roku zaznaczył sobie kopiowym ołówkiem kolejne terminy opracowania części tekstu i wypisał co trudniejsze słowa. Czterdzieści stron arcytrudnego tekstu po łacinie przetłumaczył w niespełna trzy tygodnie.

Księżna Lubomirska wiedziona chęcią ulżenia doli chorych w szpitalach postanowiła zorganizować w dolinie Szwajcarskiej kolejną całonocną zabawę. Dochód przekazany zostałby na tworzenie szpitalnych księgozbiorów. Niestety władze miasta szlachetny zamysł księżnej zdusiły w zarodku, odmowę argumentując faktem, że regulaminy szpitalne nie przewidują istnienia bibliotek w szpitalach. We wrześniu 1898 liczba chorych znacznie wzrosła. W miejscowościach podwarszawskich pojawiły się znowu przypadki cholery i „cholerynki” (jakaś nieokreślona biegunka krwotoczna, być może dezyderia?).

Organizowano ostatnie zabawy ludowe zamykające sezon. Także Towarzystwo Wioślarskie powoli kończyło swoją letnią działalność. Łódki wyciągnięto na brzeg i zabezpieczono przed nadchodzącą zimą. Odbyła się sesja sprawozdawcza na której podsumowano działalność, współpracę z towarzystwem ratowania tonących, oraz rozliczono kasę. We wrześniu 1898-go roku Towarzystwo liczyło 708-miu członków, posiadało własną kawiarnię i restaurację (oczywiście nad Wisłą), sporą ilość różnego typu jednostek pływających i hangary do ich składowania. Byt Towarzystwa zabezpieczały udziały w rożnych spółkach, (np. spółce rybaków wiślanych), a bieżące wydatki finansowano ze składek. Towarzystwo prowadziło ożywioną działalność dobroczynną (głównie wspierając inne mniej zasobne towarzystwa: Dobroczynności, Kąpieli Ludowych itp.

Gazety ubolewały nad upadkiem obyczajów, moralności i ogólnym zdziczeniem społeczeństwa. Na Pradze w opuszczonej stajni odkryto nielegalną rzeźnię w której produkowano mięso z zarażonych „węgrami” tasiemca zwierząt. Spalono znaczną ilość skonfiskowanych wędlin. Z innej rzeźni, tym razem legalnej, przy ulicy Solec, zbiegł ratując życie zarzynany wół. Po drodze usiłował wyrównać porachunki z rodzajem ludzkim i stratował parę osób. Gazety piętnowały młodzieńca dwudziestoletniego który ożenił się z czterdziestoletnią ociemniałą żebraczką. Młody małżonek oświadczył cynicznie, zdumionym reporterom gazety, że nie wyuczył się żadnego fachu, chodzić na wyrobek mu się nie chce, a ociemniała żona użebra na utrzymanie jego i swoje, a ponadto on jako mąż ociemniałej nie będzie wzięty do wojska. Tą błyskotliwą metodę polecam uwadze naszych poborowych. Aresztowano „dwużeńca” (bigamistę). Mężczyzna ten, wyznania pierwotnie mojżeszowego, przeszedł na katolicyzm i ożenił się. Po pewnym czasie porzucił żonę, wrócił do starej religii i ożenił się ponownie z współwyznawczynią. Aresztowano także listonosza który za pomocą sfałszowanego upoważnienia, z równie fałszywym poświadczeniem i fałszywym paszportem, pobierał zamiast adresatów przekazy pieniężne w bankach. Zdążył odłożyć ponad 3,5 tysiąca rubli, czyli równowartość swoich dziesięcioletnich zarobków.

Bujnie kwitł hazard uliczny. Karciarze wygonieni z Parku Praskiego przenieśli się na drugą stronę Wisły. Wykryto podwórkowy totalizator, oraz kolejną „prywatną” loterię.

Piękna przychodnia weterynaryjna powstała przy ulicy Grochowskiej, jednak wielu właścicieli czworonogów różnych gatunków nadal stosowało własne wypróbowane metody lecznicze. Jeden z warszawskich dorożkarzy wrócił zmęczony do domu i dla pokrzepienia wypił kieliszek mikstury własnego pomysłu służącej do nacierania konia, sądząc że wypija kieliszek wódki. Ofiarę w stanie ciężkim przewieziono do szpitala.

Korespondenci z guberni wileńskiej donosili o schwytaniu w tamtejszych lasach, całkowicie zdziczałego mężczyzny. Nieszczęśnik ten pokryty warstwą brudu i splątanego włosia od kilku lat niepokoił okoliczną ludność. Po schwytaniu, okazał się być synem jednego z okolicznych włościan, przed kilkunastu laty zagubionym w lesie.

W połowie miesiąca opinią publiczną wstrząsnęło zabójstwo cesarzowej austryjackiej Elżbiety. Zamachu dokonano w Genewie, gdzie udała się z wizytą. Idącą w towarzystwie damy dworu władczynię pchnął sztyletem miejscowy anarchista. Początkowo rana wydawała się niegroźna, jednak po kilkunastu krokach kobieta upadła i wkrótce zmarła. W odpowiedzi rząd szwajcarski wydalił ze swojego kraju 36-ciu anarchistów. Zamach był szeroko komentowany w prasie, stał się też tematem rozmów prywatnych.

25-go września w Kole pojawił się utrudzony Wędrowiec. Był to francuski turysta Emil Brilant, który 6-go stycznia wyruszył w towarzystwie przyjaciela Pawła Rodier z Algieru. Obaj młodzieńcy założyli się z przyjaciółmi, że w ciągu trzech lat na własnych nogach obejdą świat dookoła. (Suma zakładu niebagatelna - 25 tysięcy franków). Rodier nie przeżył trudów wędrówki i zmarł w Ljonie. Pochowawszy przyjaciela drugi śmiałek ruszył w dalszą drogę. Odpocząwszy w Kole dni kilka skierował się ku Warszawie. Dalsza trasa jego wędrówki wieść miała przez Stambuł i Teheran, do Pekinu.


 

Październik 1898r.

Warunki dokonywania zakupów na miejskich targowiskach przed stu laty nie odbiegały szczególnie od obecnych. Liczne bazary i place targowe na których zaopatrywała się spora część ludności naszej stolicy tonęły w błocie. Brakowało na nich wodociagów oraz szaletów. Okoliczni mieszkancy narzekali na uciążliwe sąsiedztwo. Dla zaradzenia sytuacji w pażdzeirniku 1898-go roku magistrat podjał decyzję o budowie kilku hal targowych, które wchłoną rzeszę drobnych kupców, oraz zapewnią cywilizowane warunki dokonywania zakupów. Projekt budowy hal nie był nowy, wcześniej jednak rosyjski namiestnik nie wyrażał zgody na ich budowę. Duży problem stanowił brak kapitałów w kasie miejskiej. Projektem budowy usiłowano zainteresować kapitał belgijski, ostatecznie ich budowę sfinansowali polscy kapitaliści. Pierwsze, istniejące do dziś, Hale Mirowskie, częściowo finansowane przez spółkę argentyńsko - urugwajską zaczęto budować już na wiosnę 1899-go roku.

Obfite zbiory owoców natchnęły działaczy Towarzystwa Pszczelniczo - Ogrodniczego do zorganizowania bardzo tanich kursów przetwórstwa. Kurier Warszawski tradycyjnie wesząc aferę wysłał na jeden z nich swojego dziennikarza incognito. Afery nie wykryto. Dziennikarz w obszernym artykule opisał jak przez dziesięc dni w towarzystwie 29-ciu innych kursantów zgłębiał tajemnice produkcji konfitur, marmolad i suszów owocowych. W artykule podkreślił znaczną wiedzę fachową porowadzącego kurs p. Wernera, oraz ciepłą i serdeczną atmosferę, jaka panowała między prowadzącym a kursantami.    Wraz z nadejściem jesieni ożywiło się także Towarzystwo Łyżwiarskie. niestety na pierwszym zebraniu otwierajacym sezon zabrakło quorum.

Korespondenci donosili z Berlina o nowo otwartej wystawie Towarzystwa Poprawy Odzieży Kobiecej. Wystawę planowano przenieść po pewnym czasie do Warszawy, jednak niewielkie możliwości finansowe polskiego oddziału towarzystwa pokrzyżowały te plany. Na wystawie zaprezentowano bieliznę kobiecą, oraz fotografie rentgenowskie przedstawiające zgubne skutki noszenia gorsetów. Jednocześnie z tegoż Berlina napłynął manifest hrabiego de Coleville. Hrabia opowiadał się za przeszczepieniem na grunt europejski instytucji... haremów. Widział w nich „jedyną twierdzę przed atakami rozwydrzonego feminizmu”.

Z prowincji donoszono ozaskakującym zdarzeniu. W Raszycach myśliwy wystrzałem z dubeltówki zabił wyjątkowo dziwne zwierzę. Po dokładnych oględzinach stwierdzono że jest to.. hiena. Jak wykazało energiczne śledztwo, nieszczęsna ofiara zbiegła wiosną z wedrownej menażerii. Sezon polowań przeżywał właśnie apogeum, (przodkowie nasi gromadzili zapasy na zimę), gdy zażąd kolei wydał rozporządzenie, że psy myśliwskie mają być odtąd wożone w specjalnych wagonach. Miało to zapobiegać kąsaniu podróżnych.

Rozwijała się warszawska służba zdrowia. Dopiero co świętowano pierwszą rocznicę istnienia pogotowia ratunkowego, a już ogłoszono, że od końca października uruchomione zostaną stacje lekarskie czynne także w nocy.

Zbliżające się zaduszki spowodowały ożywiony ruch na cmentarzach. Gazety z zadowoleniem odnotowały że liczni warszawiacy sadzą drzewa w pobliżu mogił swoich bliskich. Ta stosunkowo nowa moda przyczyniła się do zadrzewienia cmentarzy, czego efekty w postaci stuletniego drzewostanu podziwiać możemy obecnie np. na Powązkach.

Głód ziemi zachęcał licznych chłopów z okolic Warszawy do emigracji. Część udawała się do Ameryki, inni wybierali równie iteresujący kierunek wschodni. Kurier Warszawski potencjalnym osadnikom przybliżał przykładowe ceny ziemi i bydła na południu Syberii. Jedna włóka czarnoziemu (16 morg, - ok. 8,5 hektara), kosztowała tam zaledwie 120 rubli. (W Królestwie blisko pięciokrotnie drożej). Krowy za Uralem można było kupić już po 15 rubli. (Na naszych ziemiach minimum 50 rubli). Ponadto ewentualni osadnicy mogli liczyć na wieloletnie zwolnienie z wszelkich podatków i w początkowym okresie na pomoc państwa. Program kolonizacji Syberii na większą skalę rozwinięto za rządów premiera Piotra Stołypina. W latach 1906-1911, osiedliło się tam ponad 50 tysięcy rodzin chłopskich.        Równie interesujące były propozycje rządu brazylijskiego. Osadnicy z Królestwa Polskiego liczyć mogli na miejscu na czterdzieści hektarów ziemi za darmo (pod warunkiem wykarczowania dźungli lub selvy) i kredyt na zakup wszystkiego co niezbędne. W mit dostatniego życia w USA uwierzyli także dwaj bracia, liczący sobie lat 14. Otrzymawszy od ojca 410 rubli, z poleceniem odniesieniaich pod wskazany adres, zdecydowali się zainwestować te pieniądze w swoją przyszłość. Ruszyli na dworzec i kupili bilety do Odessy, gdzie zamierzali zaokrętować się na statek do Ameryki. Pech chcial, że przyuważono ich podczas wsiadania do pociagu na dworcu Petersburskim (dziś Wileński). Na skutek depeszy denuncjacyjnej zostali przychwyceni w Breściu i odesłani w ramiona taty. Zdążyli wydać na koszta podróży 17 rubli.

Dzieci w tej epoce sprawiać musiały rodzicom nieliche kłopoty wychowawcze. Kurier Warszawski opisuje taki oto przypadek. Szesnastolatek, czekający na proces za huligaństwo i drobne kradzieże został przez sąd przekazany pod nadzór rodziny. Zamknięty na klucz w pokoju najpierw wyrzucił przez okno wiszącą w szafie garderobę ojca, następnie umieściwszy pod łóżkiem zapaloną świecę spuścił się za pomocą sznura na ulicę, gdzie wierni towarzysze kończyli właśnie zbierać wyrzucone „fanty”. Zniknął następnie w sinej dali pozostawaijąc za sobą płonące rodzinne gniazdo.

Niecodzienną rozrywkę wymyśliło sobie kilku młodzieńców. W towarzystwie zaprzyjaźnionych dziewcząt udali się na wycieczkę za miasto. Popiwszy zdrowo ruszyli z powrotem do Warszawy. W drodze zatrzymali konny ambulans. Woźnica ponieważ miał prawie komplet pasażerów odmówił zabrania całej grupy. Zdenerwowani młodzieńcy powybijali w ambulasie szyby i pobili woźnicę, oraz pasażerów. Do awantury ochoczo włączyli się dwaj przechodzacy akurat drogą nożownicy, notowani już wcześniej przez policję. Dopiero szarża oddziału kawalerii z pobliskich koszar położyła kres awanturze. Nadpobudliwi młodzieńcy „pochodzili z dobrych domów”.

Odnotowano kolejne przypadki zdziczenia obyczajów wśród narzeczonych. Oto pewien młodzieniec zerwawszy zaręczyny zarządał od rodziców niedoszłej panny młodej... zwrotu kosztów poniesionych na zakup pierścionka zaręczynowego (50 rubli). Ponieważ rodzice zdązyli w międzyczasie wydać 196 rubli na przygotowania do wesela obie strony spotkały się w sądzie. Przyczyną zerwania zaręczyn w przeddzień ślubu była informacja, że panna młoda nie otrzyma posagu. Atoli byli i ludzie ceniący stan małżeński. Po Pradze wędrowała para żebraków. Oboje mieli specjalne laski ozdobione krzyżami - znak pięćdziesięciu lat pożycia małżeńskiego. Żebrające małżeństwo wzbudzało litość i ofiarność przechodniów. Agentom policji, ludziom z natury wścibskim, wydało się, że oboje są nieco zbyt młodzi, aby pozostawać od pół wieku w stanie małżeńskim. Kontrola dokumentów ujawniła, że mężczyzna lat miał 57, zaś kobieta 62. On był rozwodnikiem, ona wdową. Policja laski skonfiskowała.

Oprócz zdemaskowania staruszków carska policja odniosła inne sukcesy. Udało się mianowicie rozbić osławioną Bandę Włoszczowską. kilkunasto osobowa „zorganizowana grupa przestępcza” działała w oparciu o metody powszechnie stosowane i dzisiaj. Banda zastraszała świadków i podpalała domy ludzi którzy zdecydowali się zeznawać. Głównym źródłem dochodów było porywanie dla okupu koni i bydła. Zwierzęta, których właścicele nie wykupili, były zabijane a mięso rozprowadzane poprzez siatkę nieuczciwych straganiarzy. (Czyż to nie podobne do nękającej nas plagi kradzieży samochodów i rozbierania ich na części?). W trakcie śledztwa, relacjonowanego na bieżąco przez prasę wspomniano o odkrytym przez policję magazynie bandy. Zarżnięty wieprz został zagrzebany w głębokim dole, sam zaś dół zamaskowany poprzez nadsypanie górki i posadzenie na niej kliku drzewek.

Jesienna aura pobudziła warszawskich oszustów do intensywnego wysiłku intelektualnego, którego efektem było artystyczne oskubanie sporej grupy „jeleni”. Na targu pewien włoscianin zauważył mężczyznę podnoszącego zziemi porponetkę. Mężczyzna zaproponował mu układ. Zamiast oddać zgubę zarządowi targowiska - podział zawartości pół na pół. Oględziny porponetki ujawnily w jej wnętrzu banknot stu rublowy. Nieznajomy nie dysponował żadną gotówką, zaś obaj przypadkowi wspólnicy obawiali się rozmienić pieniądze na którymś ze straganów. Ponieważ włościanin miał przy sobie 33 ruble nieznajony wspaniałomyślnie przyjął je jako chwiliowy zastaw i umówiwszy się co do terminu przekazania pozostałych siedemnastu oddalil się. Sturublowy banknot okazał się oczywiście fałszywy. Zamiast nominału posiadał napis cyrylicą „100 razy pozdrawiam!”. W jeszcze bardziej prymitywny sposób okantowany został pewien subiekt sklepowy. Jeden z kilentów dokonawszy niewielkiego zakupu pokazał mu jako ciekawostkę nowe banknoty sturublowe. W kilka dni później inny klient bankotami takimi zapłacił za sprawunki. Umiejętnie „przygotowany” sprzedawca przyjął jej bez wahania.

Ostatnim ciekawym przebłyskiem kryminalnego intelektu naszych przodków jesienią 1898-goroku była głośna sprawa wyłudzeń. Liczni kapitaliści, przeważnie ci drobni otrzymali z Londynu prospekty zachęcająceich do zaciągania nisko oprocentowanych pożyczek w brytyjskiej firmie „Odrowąż i spółka”. Warunkiem rozpatrzenia wniosku o kredyt, było przesłanie niewielkiego wadium na adres spółki. Kurier Warszawski dla zbadania sprawy wysłał do Anglii swojego dziennikarza. Dziennikarz po wielogodzinnym błąkaniu się wśród slumsów na przedmieściach Londynu, odnalazł wreszcie podawany w prospekcie adres. Siedzibą spółki okazała się być odrapana rudera chyląca się ku ziemi. Dziennikarz stwierdziwszy z niejakim zdumieniem brak szyldu z nazwą firmy na frontonie budowli ruszył do szturmu. Po rozmowie z właścicielką budynku, której przedstawił się jako agent policji, uzyskał informację, że faktycznie przed rokiem wynajmował tu pokój pewien Polak, ale dawno się już wyprowadził i jedynie odczasu do casu przysyła chłopaka celem odbioru korespondencji która czasem jeszcze do niego pod ten adres przychodzi.Sprawę przekazano miejscowym organom ścigania.

Listopad 1898r.

W początkach listopada 1898r. opublikowano raport sporządzony przez grupę lekarzy medycyny, a dotyczący ogólnej kondycji dzieci szkolnych. Stwierdzono liczne przypadki skrzywień kręgosłupa, wady wzroku, nerwice oraz wyciągnięto wniosek, że młodzież karłowacieje. Dla zaradzenia złu postanowiono zwiększyć liczbę godzin gimnastyki, oraz nieco odchudzić przeładowane programy. W pierwszej kolejności, już w następnym roku szkolnym wycofano z większości szkół grekę. Szkolnictwo polskie wypadało i tak nie najgorzej w porównaniu z pruskim. Kurier Warszawski donosił że w Niemczech w ciągu ostatnich 10 lat (1887-1897), 407 dzieci poniżej 14 roku życia popełniło samobójstwa. 76 z nich stanowiły dziewczęta. Uwzględniono jedynie przypadki samobójstw popełnionych w szkołach(!), lub jednoznacznie wywołanych przeżyciami szkolnymi. Pruska dyscyplina potrafiła zabijać...

Źle wyglądała sytuacja na Uniwersytecie Warszawskim. 34% studentów posiadało „skłonność dziedziczną do chorób piersiowych”. Chodziło tu głównie o gruźlicę i bronchit. 42,3% chorowało na choroby przewlekłe. 59,67% cierpiało na chroniczne bóle głowy. 41% miało wzrok słaby lub zły. Tylko 9% miało wszystkie zęby.(!). Średnio ówczesnemu studentowi brakowało sześciu zębów(!). A przecież znane były proszki i pasta do zębów. 57% procent cierpiało na skutek permanentnego stresu. Powszechne były cierpienia żołądkowe wywołane siedzącym trybem życia (my raczej przypisalibyśmy winę stresom), oraz niedojadania. Ubóstwo studentów było wręcz przysłowiowe. Nielicznym udawało się dorobić trochę dawaniem korepetycji. Ta metoda wiązania końca z końcem była solą w oku tradycyjnie plujących jadem felietonistów Kuriera Ilustrowanego, oto bowiem jeden z nich wysmarował sążnisty artykuł w którym atakował właśnie ubogich studentów-korepetytorów. Pan, któremu nie będziemy robić krzywdy po nazwisku uważał że na skutek dawania korepetycji rodzice tracą pieniądze, studenci tracą czas, przez co oblewają egzaminy, a dzieciom to i tak nic nie pomaga i zostają na drugi rok w tej samej klasie. W swoim zapale wysunął projekt urzędowego skasowania korepetycji jako nieopłacalnych dla żadnej ze stron. Ciekawe swoją drogą jakie miał wykształcenie?

Wiedza medyczna naszych przodków wprawia mnie nieodmiennie w głębokie zdumienie. Oto bowiem na łamach prasy ówczesne autorytety medyczne ostrzegały przed czytaniem w trakcie spożywania posiłków. „Praca mózgu podczas jedzenia jest szkodliwa” - ostrzegano. Nie podawano za to metod zwalczania odry, szkarlatyny i duru brzusznego, które dziesiątkowały w tym czasie ludność podwarszawskich wiosek i przedmieść stolicy.

Pracowano także nad lekarstwem na raka. Spore nadzieje wiązano z preparatem chininowo - arszenikowym.

Polska myśl techniczna święciła triumfy. Bolesław Matuszewski jeden z pionierów naszej kinematografii wyświetlił w Paryżu pierwszą w historii ludzkości kronikę filmową przed seansem w kinie. Zaproponował także stworzenie archiwum filmów dokumentalnych, co niezwłocznie uczyniono. Dwaj Warszawscy chemicy p. Kipman i Lutosławski otrzymali po raz pierwszy na ziemiach polskich karbid. Lampy „karbidówki”, szybko stały się bardzo popularne. Konstrukcja ich była banalnie prosta. Do szczelnego zbiorniczka wrzucano karbid i zalewano go niewielką ilością wody. W reakcji chemicznej wydzielał się acetylen, który zapalano. Małe lampki karbidowe montowano na rowerach dla oświetlania nocą drogi. Większych używano przy powozach. Najdłużej utrzymały się w kopalniach, w powszechnym użyciu były jeszcze w latach sześćdziesiątych.

Przodkowie nasi lubili niekonwencjonalne rozrywki. Do restauracji Hotelu Europejskiego wjechał konno pewien ziemianin. Jego iście ułańską fantazję poskromiła policja. Jesień jest tradycyjnie okresem przesadzania i przycinania drzewek owocowych. Przekonał się o tym pewien sadownik z Targówka, któremu nieznani sprawcy wykopali nocą pięćdziesiąt jabłonek. Groźniejsza przygoda spotkała maszynistę i palacza pociągu towarowego, wiozącego węgiel. Na stojący pod semaforem skład napadła licząca dwudziestu pięciu opryszków banda, która w ciągu kilkudziesięciu minut zrabowała prawie cały ładunek, przerzucając go na podstawione chłopskie wozy. A skoro już jesteśmy przy wozach. Reporterzy Kuriera zaobserwowali proceder nazywany potocznie „dochodem furmańskim”. Młodzieńcy powożący wozami jadącymi z podwarszawskich cegielni na stołeczne place budowy, mieli w zwyczaju odkładać koło drogi po kilka cegieł z każdego transportu, by po pewnym czasie gdy stos odpowiednio urósł sprzedawać je kręcącym się w okolicy kombinatorom.

Poszukiwanie wszelkiego rodzaju skarbów nadal rozpalało wyobraźnię. Trzej młodzieńcy dowiedziawszy się „z pewnego źródła” o skarbie, wartości 120 tysięcy rubli, ukrytym w lesie wyruszyli nocą aby go wydobyć. Być może udałoby im się wzbogacić, gdyby nie wścibscy strażnicy którzy przychwycili ich na kopaniu wielkiej dziury i ukarali mandatem za niszczenie rządowego lasu.

Korespondenci donosili z Ameryki o nowej modzie. Tamtejsze elegantki zmieniały sobie kolor oczu poprzez zakrapianie farby. Ciekawe wieści docierały także z Europy. Książę Cambone, wielki miłośnik pająków zajął się produkcją przędzy z pajęczyny. Pająki do produkcji nici zmuszane były za pomocą umiejętnego stosowania wyziewów octu, alkoholu, eteru i chloroformu.

Książę pruski Henryk podarował załodze pancernika „König Wilhelm” żywego niedźwiedzia. Maskotka przywiązała się do marynarzy, a oni także darzyli misia wyjątkową sympatią. Gdy pancernik po kilku latach trafił na złom rozparcelowana na inne statki załoga ustaliła na drodze losowania, że miś trafi na pancernik Oldenburg. Dalsze jego losy nie są mi znane.

Anglikom udało się stłumić powstanie derwiszów w Sudanie. W toku wojny zdobyli mauzoleum Mahdiego - przywódcy religijnego znanego nam dobrze z powieści „W pustyni i w puszczy”. Ciało zostało spalone, a głowę przekazano... British Museum.

Praktyczni Niemcy wysłali w końcu listopada cały statek bezrobotnych młodych dziewcząt (18-19 lat), głównie praczek i szwaczek do swoich posiadłości w Afryce. Poza rozwojem przemysłu w koloniach przyświecał im także inny bardziej perfidny cel. Zasiedziali tam koloniści potrzebowali pilnie dużej ilości żon...       

W tym samym czasie gdy rozgrywały się te wszystkie gorszące wydarzenia w laboratorium pod Paryżem Maria Skłodowska-Curie otrzymała 1/10 grama soli radu, czyniąc tym samym przełomowy krok ku nowoczesnej radiologii i fizyce jądrowej.

Grudzień 1898r.

Grudniowe numery Tygodnika Ilustrowanego przyniosły sporą porcję typowych dla tej gazety „serdeczności”. Redaktorzy najpierw napiętnowali rodziców dających dzieciom gwiazdkowe prezenty, jako że „zbyt duża liczba zabawek przygotowuje grunt dla całego szeregu szkodliwych nałogów” (przykładów niestety nie podano). Następnie obryzgali jadem polskich rzemieślników i fabrykantów. Zdaniem felietonistów w naszym kraju nie wytwarzano dostatecznej ilości wyrobów trwałych a przy tym tanich. Opublikowano ciekawy list który napłynął do redakcji. Wstrząśnięty nadawca odkrył w czytelni płatnej p.J.Jelińskiego dzieła W.Hugo, E.Zoli, Drapowa, Spencera, Darwina(!) „oraz innych pornografów i bezbożników”. Czytelnia pozbawiona była za to pism ojców kościoła i żywotów świętych. Abonament tego rozsadnika rozpusty był niewysoki - 30 kopiejek miesięcznie. Przy zapisie pobierano dodatkowo kaucję w wysokości jednego rubla.

Redakcja Kuriera Warszawskiego nie chciała być gorsza i zamieściła w jednym z numerów list od swojej czytelniczki. Dama, której nazwiska niestety nie podano, przedstawiała się jako młoda poetka przerażona upadkiem polskiego piśmiennictwa. Dla ratowania narodowej kultury przesyłała na ręce redakcji garść swoich wierszy, z których rozbawieni redaktorzy opublikowali dwa fragmenty. Reszta spuścizny zapewne przepadła w zawierusze dziejów. Przytoczę tu owe perły literatury:

                                                       ...Gdy zima nastaje

Patrzą w koło biedne ptaszki czy nie ma dla nich ziarnek,

Myśląc, że będąc chłopcem miały by ich cały garnek.

Drugi utwór jest swojego rodzaju manifestem artystycznym młodej poetki.:

Może dla innych to tak straszna nie jest chwila,

Ale duch mój już dawno rzewnie się umila,

Gdy wspominam o czasie mej przeszłej młodości,

I widzę nadchodzący czas przyszłej dojrzałości,

I gdyby nie cześć moim talętom oddana,

Możebym na cmentarzu już była pochowana,

Bom by była anormalna na świecie istota,

Gdybym żyła gdy wkoło obojętność się miota.       

List kończył się patetycznie: „lecz i ja się nie łudzę, ażbym mogła żyć wiecznie. Wiem, że moje śmiertelna cząstka wróci do ziemi. Pozostanie jednak po mnie nieśmiertelna spuścizna talętu, którą przekazuję potomności”. No cóż. Za dar dziękujemy.

Problemy ortografii naszego ojczystego języka od lat stanowią poważny problem wielu naszych rodaków. Jedna z gazet cytowała treść afisza wydrukowanego w jednej z sandomierskich drukarni: „Chistoryczny żywy obraz Żłobek z wielkim apoteozem”. Perfidia redaktorów wyjątkowa. Mogli się domyśleć że w Sandomierzu blisko połowa ludności była wyznania mojżeszowego.

W pierwszych dniach grudnia do Warszawy przybył kolejnyp pieszy podróżnik, wędrujący dookoła Ziemi, P.G.Attias. Dzielny młodzieniec nieco wcześniej wsławił się trzyletnim pobytem w Afryce. Swój zamiar okrążenia kuli ziemskiej zamierzał wypełnić w ciągu trzydziestu miesięcy. W przeciwieństwie do większości piechurów, którzy ziemię okrążali pojedynczo lub niewielkimi grupami p Attias wędrował w towarzystwie dwu sekretarzy, dwojga służących, a dla przebycia Syberii zwerbował trzydziestu mężczyzn dla osobistej ochrony. Chwilowo wykorzystując rezerwę czasową przerwał podróż na kilka dni w Odessie i wyruszył pociągiem, zwiedzić Moskwę i Warszawę. Miasto podobało mu się. Po skompletowaniu ekipy i zakupieniu żywności wyruszył do Archangielska.

Okres przedświąteczny był tradycyjnie dla władz stolicy czasem wytężonej pracy. Miasto zostało dokładnie uporządkowane. Zniknęły ławki stojące dotąd wzdłuż ulic Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich. Na ławkach tych lubili bowiem siadywać i obgadywać ciemne interesy rozmaici łotrzykowie. W przeszło tysiącu sześciuset mieszkaniach przed świętami zainstalowano oświetlenie gazowe. Proste w konstrukcji automaty po wrzuceniu 20 kopiejek dostarczały 85 stóp sześciennych gazu. Ostatnie, wprawdzie dawno już nie działające miałem przyjemność widzieć przed kilku laty w jednym z mieszkań przy ulicy Szwedzkiej na Pradze.

W podwarszawskich Markach uruchomiono cegielnię specjalizującą się w produkcji cegły klinkierowej. Tę wysoce nowoczesną, w porównaniu z kostką drewnianą i „kocimi łbami”, nawierzchnię, zaczęto układać na ulicy Trębackiej.

Chwile grozy przeżyli klienci i personel sklepu z ubiorami męskimi. Do wnętrza wtargnął niespodziewanie koń, który chwilę wcześniej urwał się od wozu. Niecodziennego klienta, nieco poranionego wydobyto ze sklepu dopiero po kilku godzinach starań.

Prymitywnym sprytem wykazał się bohater innego nieco bardziej przemyślnego rabunku. Do kolarza trenującego na welodromie podbiegł młodzieniec z listem rzekomo od wielbicielki. Mistrz zsiadł z roweru i pogrążył się lekturze. List był wyjątkowo długi. Gdy cyklista dobrnął do końca przekonał się, że jego rower zniknął razem z oddawcą. Złodzieja ujęto już w kilkanaście minut później, gdy usiłował zdobyczny rower wymienić na gotówkę w pobliskim lombardzie. Nie obrabowani cykliści urządzili sobie wesołą zabawę adwentową w siedzibie swojego towarzystwa.

Ofiarą wymiaru sprawiedliwości padł także hr. Wielopolski. Podli zaborcy zamierzali wtrącić go na dwa lata do więzienia za zranienie przeciwnika podczas pojedynku. (pojedynków zakazał car jeszcze w 1815 roku). Ostatecznie hrabia wykupił się wysoką grzywną i pozostał na wolności.

W połowie grudnia odnotowano ciekawy ślub. Pewna dziewczyna, nieoczekiwanie powiadomiła znajomych, że żeni się z inną dziewczyną. Sprawa rychło się wyjaśniła. Majętna ciocia obiecała cały swój pokaźny majątek zapisać rodzinie, pod warunkiem, że małżonkowie będą mieli córkę, a nie syna. Gdy przyszedł na świat chłopiec, aby nie tracić przyszłego spadku, przebrano go odpowiednio... Nieszczęśnik paradował w kobiecych strojach przez dwadzieścia trzy lata(!). Dopiero po śmierci cioci mógł pozbyć się znienawidzonych sukien i pojąć wybrankę swojego serca. Miejmy nadzieję, że chociaż odziedziczony majątek wart był tych wyrzeczeń.

W Wigilię odsłonięto pomnik Adama Mickiewicza przy Krakowskim Przedmieściu. Tradycja świętowania Sylwestra nie była jeszcze w tych czasach rozpowszechniona. Zorganizowano zaledwie kilka niedużych zabaw.


 

Styczeń 1899r.

W numerze z drugiego stycznia (pierwszego stycznia 1899r. była niedziela), redaktorzy kuriera Warszawskiego dokonali niewielkiego podsumowania. Gazeta rozpoczęła 79 rok istnienia. (Będzie istniała jeszcze blisko pięćdziesiąt lat). Zatrudniała kilkudziesięciu korespondentów w kilkunastu miastach Królestwa Polskiego i Cesarstwa. Ceny ogłoszeń w Kurierze były najniższe w kraju, a nakład największy. Redakcja mieściła się w reprezentacyjnym lokalu przy ul. Krakowskie Przedmieście 10.

Zima roku 1899 była naprawdę ciężka. Warszawa padła ofiarą szturmu stad wygłodzonych zajęcy. Gryzonie te wdarły się do Łazienek i spustoszyły plantacje na Pradze.

Gazety opublikowały dość przerażające statystyki wypadków na kolejach. W Cesarstwie Rosyjskim ginął jeden podróżny na 116’541. W Anglii jazda była dziesięciokrotnie bezpieczniejsza. Tam tracił życie jeden pasażer na 1’660’000 przewożonych. W ścisłej czołówce bezpieczeństwa podróży znajdowały się Austria 1:2’400’000, i Belgia 1:5’000’000. Najbezpieczniej było jeździć kolejami pruskimi. Tam ginął jeden podróżny na 11’500’000 przewożonych. Wystarczyło zatem przejść granicę między Cesarstwem Rosyjskim a Prusami by bezpieczeństwo podróży wzrosło prawie stokrotnie(!). A tak na marginesie w Rosji szybkość pociągów była średnio o połowę mniejsza niż w pozostałych krajach europejskich.

Odbył się zimowy pobór do armii rosyjskiej. Badania poborowych umożliwiły A.Zakrzewskiemu zestawienie interesującej statystyki. Nasi przodkowie liczący sobie 21 lat mierzyli średnio 165,5 cm. (Był to pewien postęp, bowiem podobna statystyka z roku 1883 podała średni wzrost 160,7 cm). Młodzież żydowska była niższa - średnio 162,3cm. Poborowych mierzących mniej niż 153,3 cm, zwalniano z obowiązku wojskowego. Wzrostu minimalnego nie osiągnęło 1.2% i aż 3,4% żydów. Z powodu przewlekłych chorób i wad wrodzonych zwolniono 4.4% Polaków i aż 7% żydów.

Po sukcesie dwójki ostatnich Azteków wystawianych w grudniu, w styczniu pokazano publiczności „chłopca z lwią grzywą”. Był to prawdopodobnie syn Adriana Żewtyczewa, lub Stefan Bibrowski. Obaj cierpieli na chorobę genetyczną objawiającą się w postaci obfitego owłosienia na całym ciele w tym także na twarzy. Miejsca siedzące 20 kopiejek, stojące 10 kopiejek. Dzieci i żołnierze - 15 kopiejek.

Znany polski wynalazca Jan Szczepanik opracował dwa kolejne wynalazki: fotokomórkę (nie znalazła wówczas zastosowania. Ponownie odkryto ją w latach trzydziestych). Oraz maszynę do tkania gobelinów według wzoru. Urządzenie wykorzystywało wynaleziony także przez Szczepanika system optyczny pozwalający na przetworzenie obrazu widzianego na impulsy elektryczne. Kiepska ochrona patentowa sprawiła że wynalazek został ukradziony, a po kilku latach metodę jako mało wydajną zarzucono. Blisko pięćdziesiąt lat później ponownie odkryta posłużyła do budowy pierwszych kserokopiarek i kamer video. Szczepanik pracował także nad telewizją, oraz jako pierwszy opracował barwną błonę fotograficzną umożliwiającą robienie kolorowych zdjęć. Jak większość polskich wynalazców zmarł w nędzy i zapomnieniu.

Przodków naszych tradycyjnie gnębiły rożne choroby. We wsi Adamowice, koło Grodziska Mazowieckiego wybuchła epidemia czarnej ospy. kilkoro chorych zmarło. W ciągu 1889 roku do kliniki leczącej wściekliznę zgłosiło się ponad 1000 pokąsanych osób. 900 podlegało leczeniu. Zmarło na wściekliznę 6osób (0,5%). Blisko połowę chorych stanowiły dzieci poniżej lat 15. Odnotowano także jeden przypadek trądu. Lekarze odkryli że dla bakterii tyfusu szalejącego w podwarszawskich wsiach zabójczy jest jabłecznik. zalecono stosowanie go jako środka profilaktycznego.

Grasowali złodzieje i oszuści. Przodkowie nasi mogli np. nabyć drogą wysyłkową srebrne meksykańskie bibeloty wyprzedawane przez jedną z niemieckich firm. Komplet składający się z 55 przedmiotów z lanego srebra kosztował zaledwie 10 rubli, podczas gdy sam kruszec wart miał być przeszło 40. Gdyby oczywiście przedmioty były faktycznie ze srebra a nie z polerowanego stopu drukarskiego (cyna i ołów).

We wsi Koło, znajdującej się obecnie niemal w środku Warszawy, odkryto fałszerską mennicę. Produkowano w niej monety jedno rublowe i ćwierć rublówki. Fałszerzy skazano na cztery lata ciężkich robót i dożywotnią zsyłkę.

Do prokuratora zgłosił się dobrze ubrany mężczyzna i oświadczył że jest włóczęgą. Nazwiska nie chciał podać z przyczyn osobistych. Sąd zgodnie z procedurą przyznał mu nowe nazwisko - Sergiusz Jegorow, skazał na rok rot aresztanckich i na prośbę zatrzymanego zesłał dożywotnio na Sybir. Przyczyny rozpaczliwego kroku mężczyzny nie zostały wyjaśnione.

Kurier Warszawski podał receptę jak całkowicie legalnie zostać bigamistą. Należało w tym celu: 1) Uzyskać rozwód z posiadaną dotychczas małżonką, 2) Poślubić czym prędzej inną. 3)Dotychczasowa małżonka powinna wystąpić do sądu o unieważnienie rozwodu. 4) Po unieważnieniu rozwodu oba małżeństwa w świetle prawa są legalne. Polecamy współczesnym polskim miłośnikom haremów.

Luty 1899r.

„Wszystkie fantazje Julesa Verna sprawdziły się. Eteroid będzie podstawą nauki XX stulecia. Jest to energia która sprawi rewolucję w nauce i przemyśle” - pisali przed stu laty felietoniści Kuriera Warszawskiego.

Luty 1899 roku miał stać się przełomowym momentem w historii ludzkości. Franciszek Rychnowski, wynalazca, zbudował maszynę emitującą eter - mistyczną siłę której badaniem zajmowali się liczni uczeni XIX wieku. Eter miał wypełniać całą przestrzeń (z tamtych czasów pochodzi określenie „na falach Eteru”), jednocześnie miał być siłą sprawczą życia i przemian chemicznych. Eter był jednocześnie materią i energią (wedle niektórych nowym nieznanym stanem materii). Wynalazek Rychnowskiego emitował tę niezwykłą substancję. Badania przeprowadzone w obecności reporterów kilku gazet zdawały się potwierdzać, że istotnie dokonano niezwykłego odkrycia. Na przeciw maszyny umieszczono stalową kulę. Pod wpływem siły zaczęła obracać się wokół własnemargin-right: 21.15pt; text-align: justify; line-height: 22pt;j osi. Osłonięto ją szklaną szybą i powtórzono eksperyment. Kula ponownie zaczęła się obracać. Eter przenikał, siła mechaniczna działała przez szkło. Na przeciw maszyny umieszczono butelki z roztworami wodnymi soli. w ciągu kilkunastu minut nastąpiła krystalizacja. Strumień eteru skierowany na metalową płytę wywołał w niej zjawiska elektryczne. Cierpiący na ischias człowiek ustawiony na przeciw urządzenia ozdrowiał. Próżno szukać nazwiska Rychnowskiego w „Słowniku polskich pionierów techniki”. Nie odnotowały go także encyklopedie. O losach wynalazcy i jego maszyny wiadomo niewiele. W latach dwudziestych wydał autobiograficzną broszurkę pt. „Mene Tekel Fares”. Zawarte w niej opisy eksperymentów wskazują, że faktycznie dokonał ciekawego odkrycia. Jego urządzenie było prawdopodobnie słabym emitierem mikrofal używanych obecnie w kuchenkach.

Inny wynalazca pojawił się w warsztacie jednego z warszawskich ślusarzy z plikiem rysunków technicznych pod pachą i zamówił prototyp „młockarni samodziałającej”. Zleceniodawca zapłacił zadatek w wysokości stu rubli. Ślusarz porwany perspektywami dołożył z własnej kieszeni drugie tyle. Wykonany ściśle według planów prototyp nie chciał jednak działać a wynalazca nie zgłosił się po odbiór urządzenia. Rzemieślnik odnalazł jego rodziców, od których dowiedział się że nieszczęsny młody inżynier przebywa w domu dla obłąkanych.

Warszawa borykała się z ostrym atakiem zimy oraz wynikającymi z niego problemami nieobcymi także naszym czasom. Towarzystwo Przeciwżebracze uruchomiło noclegownie dla ubogich bezdomnych. Skorzystało z nich 22’269 osób. Wydano 240 tysięcy ciepłych posiłków w jadłodajniach i garkuchniach. Atoli byli i bezdomni bardziej zaradni. Koło szosy radomskiej policjanci wypatrzyli leżącą na polu sporą skrzynię. Podejrzewając że pochodzi ona z rabunku otwarli ją. Ku swemu zdziwieniu wewnątrz zastali niejakiego Feliksa Dąbika, który wyjaśnił im, że czynsz w kamienicy w której mieszkał okazał się zbyt wysoki, więc nabył sobie tymczasowo tak dziwne lokum. Diogenes XIX wieku - jak ochrzciła go prasa pouczony przez policję zrezygnował z kontynuowanie śmiałego pomysłu.

„Każdy z nas pomiędzy swoimi krewnymi i znajomymi spotyka chorych na suchoty” - alarmował Kurier Warszawski. Na każde 10 tysięcy warszawiaków co roku na gruźlicę umierało 31. Osiem tysięcy pozostawało bez środków umożliwiających leczenie. Grupa lekarzy zarządziła zbiórkę na budowę nowego sanatorium w Otwocku, przeznaczonego właśnie dla ubogich suchotników. Odnotowano także jeden przypadek trądu. Zachorował nań 15 letni Grek, utrzymujący się ze sprzedaży kapci. Chłopca pod eskortą odesłano do ojczyzny. Gazety odnotowały panikę jak zapanowała wśród nabywców obuwia. Szczęśliwie nikt nie uległ zarażeniu, był to prawdopodobnie ostatni przypadek tej strasznej choroby odnotowany na naszych ziemiach.

Sporządzono bilans korzystania z czytelni bezpłatnych. W roku 1898 Warszawa posiadała 23 takie przybytki. Dysponowały one skromnym księgozbiorem złożonym z 50 tysięcy tomów. Korzystało z nich 30 tysięcy czytelników. Odnotowano pół miliona wypożyczeń. Poza siecią czytelni publicznych istniały liczne czytelnie prywatne. Za korzystanie z ich zasobów trzeba było jednak płacić.

U zbiegu ulic Dobrej i Karowej uruchomiono nowoczesny zakład produkujący kostkę brukową. Przodkowie nasi wytwarzali ją z drewna sosnowego. Kostka sosnowa wytrzymywała nacisk 119 pudów na cal kwadratowy (czyli blisko trzysta atmosfer!). Lepsze były kostki dębowe wytrzymujące nacisk 135 pudów (krajowe), oraz 196 pudów (importowane), były jednak znacznie droższe od sosnowych. Fabryczka produkowała dziennie dziesięć tysięcy kostek surowych, oraz posiadała kocioł w którym jednocześnie nasączano olejem i kwasami cztery tysiące. Zabieg wykonywano pod wysokim ciśnieniem. Tak wykonane kostki mogły przetrwać dziesiątki lat. Bruk tego typu zachował się do niedawna wewnątrz budynku hipopotamiarni w warszawskim ZOO. Mimo skrajnie niesprzyjających warunków (duża wilgotność powietrza i tratowanie przez zwierzęta) pełnił swoją funkcję przez kilkadziesiąt lat. Niedawno identyczny usunięto ze słoniarni, zastępując go wylewką betonową. Najtrwalsze ale i najbardziej kosztowne były bruki z kostki granitowej i bazaltowej.

Gazety podały interesujące zarządzenie w sprawie sprzedaży siana i słomy z wozów chłopskich „parkowanych” przy ulicy Koszyki. Cóż, epoka tanich i powszechnie dostępnych materaców z gąbki miała dopiero nadejść...

Niemało zamieszania spowodowało wprowadzenie nowych banknotów o nominale sto rubli. Posiadały one po lewej stronie szeroki, biały, niezadrukowany pasek, na którym umieszczono widoczny pod światło znak wodny. Innowacja ta spodobała się naszym przodkom bardzo. Na białych paskach pojawiły się notatki, pieczątki i podpisy. Banki odmawiały z reguły przyjmowania tak zniszczonych banknotów. Najgorszy jednak cios spotkał pewnego kupca którego małżonka obcięła nożyczkami paski od dziesięciu banknotów i schowała na pamiątkę!

W archiwum Watykańskim odnaleziono arcyważny dokument dotyczący podwalin naszej państwowości - list księcia Leszka Białego do papieża. Książę prosił o zwolnienie go z obowiązku odbycia pielgrzymki do Ziemi Świętej. Prośbę swoją motywował brakiem w krajach Lewantu piwa, bez którego nie potrafił się obejść. Odpowiedź papieża nie zachowała się, książę jednak na pielgrzymkę nie pojechał, z czego należy wnioskować, że prawdopodobnie uznano go za usprawiedliwionego.

Gazety opisywały przypadek włościanina który wygrał 1000 rubli. Porzucił natychmiast żonę i pięcioro dzieci po czym udał się do Warszawy by „żyć wreszcie po pańsku”. Roztrwoniwszy pieniądze i pozostały majątek popełnił samobójstwo.

Z Monaco nadesłano ciekawą widokówkę, jedną z tych których kolporterów usilnie poszukiwała tamtejsza policja. Widniał na niej książę otoczony workami pieniędzy zagarniający złoto grabkami krupierskimi z napisem Monte Carlo. Poniżej zbankrutowany hazardzista strzelał sobie w głowę z rewolweru. Podpis umieszczony pod spodem brzmiał: „Souvenir de Monaco”.

Marzec 1899r.

Kurier Warszawski sprzed stu lat podaje ciekawy sposób określenia szybkości pociągu. Szyna ma dziewięć metrów długości. Koła wagonu stukają na złączeniach. Należy odmierzyć na zegarku trzydzieści dwie sekundy i w tym czasie liczyć ilość stuknięć. Uzyskany wynik wyznaczy szybkość w kilometrach na godzinę. System ten dałoby się chyba zaadaptować do naszych obecnych kolei, należy się jednak spieszyć, bo tory obecne coraz częściej są spawane co skutecznie eliminuje dźwięki.

W pierwszych dniach marca 1899 roku reporter Kuriera Warszawskiego zaobserwował scenę uliczną: chłopiec niósł torbę papierową z kaszą. W pewnej chwili przewrócił się i rozsypał ziarenka. Nie mogąc ich pozbierać zaczął płakać. Uczynny dozorca posesji pojawił się niemal natychmiast z szuflą i miotłą, zmiótł kaszę i pieczołowicie przesypał spowrotem do torebki chłopca. Reporter zgodnie z tradycją tej plującej jadem gazety zamiast wpaść w zachwyt nad szlachetnym postępkiem stróża zanotował, że szufla i miotła nosiły ślady niedawnego używania.

Towarzystwo Wioślarskie dokonało podliczenia kasy przed nadchodzącym sezonem. W ciągu ubiegłego (1898) roku zarobiło ponad dziewiętnaście tysięcy rubli. Pieniądze pochodziły z wynajmu sal, składek członkowskich, oraz organizowanych balów karnawałowych. Wartość majątku na który składało się kilka budynków w różnych częściach miasta, restauracja nad Wisłą, oraz „tabor pływający” oceniono na ponad czterdzieści tysięcy rubli.

Porażką zakończyło się uruchomienie fabryki obuwia przez kapitał amerykański. Przybysze zza oceanu nie sprostali konkurencji miejscowych producentów - chałupników wyznania mojżeszowego i stworzonej przez nich sieci dystrybucji.

Z Syberii korespondent doniósł, że w licznych tamtejszych sklepach można nabyć towary produkowane w Warszawie. Miejscowi, przyzwyczajeni do topornych wyrobów przemysłu rosyjskiego bardzo chwalili sobie trwałość, precyzję wykonania i jakość produktów warszawskich, narzekali jednak na wysokie ceny. Korespondent sugerował dalszy podbój rynków syberyjskich przez warszawskie firmy.

Z Norwegii przyszły bardzo niepokojące wieści. Dwaj profesorowie Birkedai i Mehn na podstawie swoich obliczeń stwierdzili, że słońce gaśnie stopniowo. Przewidywali, że do końca dwudziestego wieku wypali się całkowicie. Ich przepowiednie łatwo sprawdzić, wystarczy wyjrzeć za okno.

Towarzystwo Przeciwżebracze sprzedawało specjalne emblematy do wieszania na drzwiach i bramach. Koloru żółtego całkowicie zabraniały żebrakom wstępu. Koloru zielonego oznaczały, że mogą liczyć na wsparcie, jednak nie wolno im wchodzić od ulicy. Tabliczki cieszyły się niemniejszym popytem niż dzisiejsze wywieszki „Akwizytorom wstęp wzbroniony”.

Brytyjska firma usiłująca wcisnąć się na polski rynek zaproponowała w ramach promocji wyłożyć bramę warszawskiego ratusza kostką brukową z ...kauczuku. Radni z wzgardą odrzucili propozycję. Jednocześnie wydano zarządzenie, aby kosztowny i nowoczesny bruk z kostki drewnianej układać tylko na tych ulicach, pod którymi zainstalowano już wodociągi i kanalizację.

Garść cen: wołowiny funt - 13-15 kopiejek, cielęciny funt - 13 kop., szynki wędzonej funt -18-20 kop., kiełbasy funt - 18 kop. słoniny funt: świeżej - 22 kop., solonej - 22,5 kop. Prosięta 2-2,5 rubla, kaczki 60-70 kop., kury 20-80 kop. Indyki 2,5-4 ruble. Łosoś świeży - 1 rubel za funt, wędzony 75 kopiejek. Śledzie 2-6 kopiejek za sztukę. Dniówka robotnika około 1 rubel.

Swoją drogą ciekawy kraj, w którym słonina kosztuje drożej niż szynka, a indyki więcej niż prosięta. Pozostałe proporcje cen nie odbiegają rażąco od dzisiejszych. Kilogram łososia za pięć kilo kiełbasy.

W jednej z herbaciarni odkryto fałszowaną herbatę. Tajemniczy specyfik po dokonaniu „rozbioru chemicznego” okazał się być parzony z „firmowej mieszanki” na którą składały się: węgiel drzewny, pączki brzeziny, suszone jagody jarzębiny oraz fusy uprzednio parzonych herbat lepszych gatunkowo. Smacznego.

Odnotowano kradzieże, będące niejako ilustracją epoki: pewien biznesmen zorientował się, że podkradane mu są surowe strusie pióra oddawane do ufryzowania. Fryzjerzy mogli spokojnie po cichu uprawiać proceder, przez ich ręce przechodziło 300 tuzinów piór rocznie. Wpadli przy próbie spieniężenia łupów.

Policja nie próżnowała. Dzielni stróże prawa wtargnęli do mieszkania pewnej leciwej damy podejrzewanej o ukrywanie nie zameldowanych. Mieszkanie okazało się być „czyste”. Na odchodnym otworzyli jeszcze dużą szafę i wywlekli z niej obywatela bez paszportu spędzającego tam czas w towarzystwie 68 bel jedwabiu z przemytu.

Odbył się masowy proces liczącej 82 członków zorganizowanej grupy przestępczej zajmującej się kradzieżami koni. Oskarżono ich ogółem o 177 przestępstw. Przesłuchano 500 świadków. Od momentu aresztowania do zapadnięcia wyroku minęły dwa tygodnie(!). Polecam uwadze dzisiejszych sądów.

Na drodze z Radzymina przychwycono kobietę, która niosła na sprzedaż kilka osełek masła. Jak się okazało utoczone były z gotowanych kartofli i oblepione cienką warstewką prawdziwego masła. Kobietę aresztowano. Wielką obławę przeprowadzono na Pradze. Połączone siły policji z kilku cyrkułów przeczesały szopy, cegielnie i zabudowania fabryczne. Aresztowano 40 podejrzanych.

Zabobony dawały się zaobserwować. Pewna kobieta cierpiąca na rozstrój nerwowy postanowiła leczyć się ludowymi metodami. Dla uspokojenia nerwów wystarczyło przyłożyć do serca garść ziemi z grobu samobójcy. Ziemi należało nakopać nocą. Kobieta udała się na Cmentarz Bródnowski, gdzie w wydzielonej kwaterze grzebano samobójców. Niestety w zdobyciu lekarstwa przeszkodził jej ostry atak nerwowy.

O innej ofierze przesądów doniesiono z podwarszawskiej wsi. Robotnik pracujący na budowie cegielni zachorował na reumatyzm. Zamiast udać się do lekarza poradził się znachorek. Dowiedział się że reumatyzm został mu „zadany” za pomocą czarów. Znachorka nie potrafiła jednak wskazać sprawcy. Robotnik ruszywszy głową znalazł czarownicę w osobie matki swojego kolegi z pracy. Udał się do niej i zażądał zwrócenia władzy w nogach. Gdy staruszka odmówiła odrąbał jej nogi toporem. Ofiara zmarła. Został aresztowany, pozostawił czwórkę dzieci.

Magistrat radził nad zainstalowaniem taksometrów w ...dorożkach. Półtora kilometra jazdy kosztowało 15 kopiejek. Każde następne 700 metrów (1000 arszynów) kolejne 5 kopiejek. Za jazdę z dworca do miasta należało dopłacić 15 kopiejek, a zabranie bagażu kosztowało jeszcze 10. Dorożki dwukonne o podwyższonym standarcie (I klasa), kosztowały dwukrotnie drożej.

Dorożkarze byli ludźmi o głębokiej inteligencji, bardzo domyślnymi, znającymi biegle obce języki. Przekonała się o tym francuska aktorka, która wsiadłszy do dorożki wydała dyspozycję: Theatre Varietes! Dorożkarz dowiózł ją na ulicę Bonifraterską, gdzie mieścił się „zakład dla wariatów”.

Kwiecień 1899r.

Pierwszy kwietnia tradycyjnie jest dniem robienia kawałów. Bywają dowcipy bardziej i mniej inteligentne. Przekonał się o tym na własnej skórze robotnik z Brudna, który sto lat temu wróciwszy do mieszkania znalazł pod drzwiami niemowlę, otoczone wianuszkiem sąsiadów. Robotnik miał się wkrótce żenić, sytuacja była więc bardzo delikatna. Na szczęście znalazła się niebawem matka dziecka. Jak się okazało niemowlę wykradziono jej podczas snu. Szczęśliwie skończyło się na nerwach.

Tradycyjnie wiosną budzi się przyroda a w ludziach budzi się chęć podróżowania. Rozmaite towarzystwa i misje rządowe namawiały naszych przodków do emigracji. (pomyśleć tylko, że sto lat temu trzeba było ludzi nakłaniać do osiedlania się w USA!). Do redakcji nadszedł list stałej prenumeratorki, której syn wybierał się do Sydney, usłyszawszy że jest to miasto w którym można się szybko dorobić. Redaktorzy byli sceptycznie i dla ostudzenia młodzieńca podali cenę tej przyjemności. Podróż parostatkiem do Australii kosztowała 350 rubli. Były i tańsze możliwości emigracji. Podróż do Brazylii odbywano najczęściej na koszt tamtejszego rządu. Doniesiono że Yerba Mate, jest w tym kraju nazywana „polską herbatą”.

Podano przepis jak można dorobić się milionów, podany przez amerykańskiego milionera Russela Sege. Wedle jego recepty należało wykazać się uczciwością, wstrzemięźliwością, cierpliwością i punktualnością. Należało starannie planować wydatki, zachować zdrowy tryb życia, nie zmuszać się do roboty wstrętnej, myśleć zawsze chłodno i rozważnie i być gotowym w razie czego postawić wszystko na jedną kartę. Redaktorzy ze swojej strony do tych światłych rad dodali stare polskie przysłowie: Łut szczęścia lepszy niż funt rozumu.

Pewna firma wprowadziła na rynek „ekstrakt orzechowy” służący do... farbowania włosów. Flakon specyfiku kosztował 3 ruble. Z ładnym sepecikiem (etui do buteleczek), 3,60. Osoby niezdecydowane mogły nabyć próbkę w małej flaszeczce za 60 kopiejek.

Sprofanowano zwłoki hrabiego Karola Zamojskiego, spoczywające w rodzinnym mauzoleum. Rabusie nie tknęli złotego sygnetu na jego palcu, zrabowali za to kawał blachy z wewnętrznej ołowianej trumny. Wśród okolicznej ludności rozpowszechniona była legenda, że pan hrabia spoczywa w trumnie ze srebra...

Policja przeprowadziła obławę na żebraków. Aresztowano ich znaczną ilość. Wśród nich znajdował się emerytowany dróżnik, który nie musiał się martwić o pieniądze, a żebrał dla rozrywki, przy czym wyłącznie przed południami, bo wieczory zgodnie z zaleceniami lekarza spędzał w domu.

Przy ulicy Stawki wykryto szulernię. Gdy agencji policji wpadli do środka zastali przy czterech stolikach grupę mężczyzn oddających się grze w pokera. Właściciel lokalu usiłował się wyłgać, lecz policja nie uwierzyła jego zapewnieniom, że goście są jego krewnymi i grają tylko dla rozrywki.

Udaremniono przemyt znacznej wartości. Robotnik kolejowy spostrzegł paczkę zagrzebaną w węglu. Paczka ważyła dwa pudy (36 kilogramów) i zawierała 7800 kosztownych cygar w pudełkach.

Dokonano obserwacji UFO. Pojazd który świadkowie określili jako „balon w kształcie gwiazdy” przeleciał nisko nad podwarszawską stacją Łapy, następnie na dłuższą chwilę zawisł nieruchomo, a potem bardzo szybkim ruchem odleciał na wschód i wkrótce przestał być widoczny. Obserwację dróżnika potwierdziło wielu świadków.

Przeprowadzono badanie śmieci. Odpadki różnych rodzajów usypano w stosy i poddano obserwacji. Cel doświadczenia: wykazanie które rodzaje śmieci najprędzej przekształcają się w nawóz. Cóż epoka plastików i odpadów przemysłowych dopiero miała nadejść...

Przywykło się jakoś uważać samowary za wyrób typowo rosyjski. Tymczasem analizując ogłoszenia z kwietniowych numerów Kuriera Warszawskiego przekonać się można, że w warszawskich sklepach oprócz rosyjskich samowarów prosto z Tuły można było nabyć także samowary warszawskie (produkowane przez zakłady Norblina), bawarskie, a nawet amerykańskie, sprowadzone przez firmę „Emil Trepte - Skład naczyń kuchennych”.

Obradowała rada Warszawy. Przedmiot obrad: elektryczne oświetlenie miasta sposobem gospodarczym. W tym czasie w Paryżu kilka głównych ulic oświetlały lampy łukowe. Na ziemiach polskich na podobną ekstrawagancję pozwoliły sobie jak do tej pory tylko władze Lwowa, które miały też elektryczny tramwaj, napędzany dzięki generatorom inż. Rychnowskiego.

Innym ważnym wydarzeniem było poświęcenie kamienia węgielnego pod hotel Bristol.

Trwały przygotowania do nadchodzącego lata. Towarzystwo Kąpieli Ludowych wraz z Towarzystwem Dobroczynności planowały otworzenie łazienek dla kąpieli zimnych, zasilanych wodą z Wisły. Osiem podobnych przybytków miało powstać na lewym brzegu a tylko dwa na Pradze. Poprawa stanu higieny stolicy była sprawą pilną, bowiem odnotowano 60 zachorowań na tyfus i 7 na ospę. Dwie osoby zmarły.

Zasady BHP były jeszcze ciągle terra incognita. Każdy niemal numer Kuriera informował czytelników o wypadkach przy pracy. Opisywano też przypadek subiekta sklepowego który z racji częstego przecinania sznurków nosił nożyce w cholewie buta. Któregoś razu przewrócił się nieszczęśliwie i nożyce „przecięły mu arterię”. Poszkodowanemu pomocy udzieliło pogotowie. Częstym wypadkom na budowach nie należy się specjalnie dziwić. Na jednej z nich przychwycono mężczyznę, który dostarczał robotnikom piwo, od razu na rusztowanie.

Odnotowano także poważniejsze przestępstwa. W slumsach Pragi przychwycono lekarza niosącego pomoc ubogim robotnikom. Lekarz wylegitymował się dyplomem ...stolarza. W jego mieszkaniu znaleziono niewielkie laboratorium w którym przygotowywał lekarstwa wedle własnego pomysłu.

Zorganizowana grupa przestępcza odpowiadająca z wolnej stopy wpadała na interesujący sposób uciszenia świadków. Porwali listonosza, który miał dostarczyć wezwania na rozprawę. Niewiele im to pomogło, zostali aresztowani.

Dużo szczęścia miała kobieta, która pechowo najęła służącą złodziejkę. Po powrocie do domu stwierdziła brak biżuterii i sreber na łączną kwotę około tysiąca rubli. Za to w swoim łóżku znalazła sprawczynię, która znużona „pracą” drzemała.

Kolej borykająca się obecnie z plagą kradzieży miedzianych części urządzeń sygnalizacyjnych przeżywała podobne problemy już przed stu laty. Wówczas jednak złodzieje kradli metalowe części wagonów, takie jak np. mosiężne klamki i gałki ozdobne.

Zdarzali się jednak i złodzieje cierpiący na wyrzuty sumienia. Oto pewien biznesmen dwa dni po kradzieży portfela otrzymał go spowrotem z całą zawartością i zagadkową kartką „po spowiedzi”.

Koniec miesiąca uświetniła zabawa ludowa przy ulicy Wiejskiej Dolnej. Na skwerze stało 120 huśtawek, a główną atrakcją była karuzela wyposażona w nowoczesny napęd parowy. Wkrótce też rozpoczął się letni sezon koncertowy w Dolinie Szwajcarskiej.

Maj 1899r.

Wiosna jest tradycyjnie okresem wzmożonej walki z alkoholizmem. Odbywają się imprezy promujące zdrowy styl życia, wygłaszane są prelekcje i odczyty na temat trzeźwości. Dla naszych przodków bardziej liczyły się konkretne działania. W maju 1899 roku, władze rosyjskie urządziły Warszawie miesiąc walki z pijaństwem. Namiestnik, książę Imertyński wydał ustawę o utworzeniu przy warszawskich cyrkułach specjalnych kuratoriów. Ich funkcjonariusze mieli za zadanie wyłapywanie pijanych na ulicach, zwalczanie bimbrowni oraz nielegalnych punktów dystrybucji alkoholu. Zatrzymani w miejscach publicznych pijacy trafiali na trzy miesiące do rot aresztanckich. Za recydywę groził podwójny wymiar kary. Fałszerze trunków i bimbrownicy zapewnione mieli dłuższe „wczasy”, w skrajnych przypadkach nawet za Uralem.

Obradowały władze miasta. Podjęto historyczną decyzję skanalizowania Powiśla i Pragi. Roboty potrwać miały trzy lata i pochłonęły niebagatelną kwotę dwu milionów rubli. W ramach prac przewidywano wykopanie 100 tysięcy stóp kanałów oraz ułożenie 11 tysięcy stóp wodociągów (stopa rosyjska ok. 32 cm).

Większość warszawiaków samodzielnie myje szyby. Nie jest to zadanie trudne, ani specjalnie niebezpieczne. Wszystkie okna otwierają się bowiem do środka. (Wyjątkiem są nieliczne stare okna w zabytkowych budynkach). Tymczasem przed stu laty normą były otwierające się na zewnątrz! Myła je głównie służba i to ona padała często ofiarą tej bzdurnej mody. Gazety ówczesne pełne są doniesień o przypadkach wypadnięcia a nawet śmierci podczas mycia okien. Dopiero w maju 1899 roku wydano urzędowy nakaz, by w nowopowstających budynkach instalować okna otwierające się wyłącznie do środka.

Do redakcji Kuriera Warszawskiego wzburzony czytelnik przysłał babkę zakupioną w jednej ze znanych warszawskich cukierni. W cieście tkwił trzycalowy gwóźdź. Osobliwe nadzienie nie było ponoć w wyrobach tej firmy rzadkością. Inni konsumenci wspominali o kamieniach, trocinach a nawet kłębku szpagatu! Redakcja Kuriera musiała mieć z właścicielem cukierni jakieś powiązania, bowiem nie napisano o który lokal chodzi.

Reporterzy natomiast z imienia i nazwiska wymienili autora broszurki „Praktyczny kurs kroju i szycia”. Byli też na tyle złośliwi, że zreprodukowali na łamach swojej gazety jej okładkę, na której widniały spodnie z trzema nogawkami.

Odnotowano tragiczny w skutkach brak rozgarnięcia kobiety z Nowego Dworu Mazowieckiego, która chora ruszyła piechotą do Warszawy w celu uzyskania porady lekarskiej. Na gościńcu znalazła słoik wypełniony białą substancją. Przekonana że jest to lekarstwo na jej dolegliwości po powrocie do domu zażyła dwie dawki i wyzionęła ducha. Znaleziskiem zajęła się policja.

W pierwszej połowie maja przeprowadzono eksperyment z dziedziny akustyki. Oddano strzały armatnie z tarasów zamku, Wilczej Wyspy na Pradze i z Parku Aleksandryjskiego. W mieście najlepiej słyszalny był wystrzał „zamkowy”. Od połowy maja salut armatni oddawany z tarasów zamku codziennie ogłaszał chwilę przejście słońca przez połp udnik warszawski. Podobnie celebrowano południe w Wilnie, Rydze i Sankt Petersburgu.

W podwarszawskiej wsi Mrozy przyszło na świat cielę z dwiema głowami. Gazety ubolewały, ze cenny okaz przyrodniczy został niemal natychmiast zniszczony. Skórę dziwnego zwierzęcia sprzedano zaledwie za kilkadziesiąt kopiejek.

W jednej z praskich fabryk przystąpiono do konserwacji potężnego kotła parowego, napędzającego turbiny maszyn. Z kotła spuszczono kilkaset litrów wody, do pobliskiego rowu. Ku zdumieniu zarządu fabryki niemal natychmiast objawiła się spora liczba poszkodowanych - ubogich mieszkańców okolicznych slumsów, którzy myjąc w tym kanale nogi doznali poparzeń. Kilkadziesiąt osób złożyło pozwy sądowe, przeciw fabryce. Jak ustaliło śledztwo urazy demonstrowane przez ofiary w zdecydowanej większości przypadków nie były oparzeniami. Ponadto stwierdzono, że w chwili spuszczania wody kocioł był od czterdziestu ośmiu godzin wygaszony. Pozwy oddalono.

Przed sądem toczył się bulwersujący opinię publiczną proces dwu lekarzy, którzy podczas operacji przez nieuwagę zostawili w ciele pacjentki dwa stalowe zaciski służące do tamowania krwi. Chora uskarżała się wprawdzie na ból, ale oni sądząc że są to zwykłe bóle pooperacyjne wysłali ją na kurację od Ciechocinka. Kobita po powrocie trafiła do szpitala. Zmarła w trakcie operacji. obu lekarzy uniewinniono!   

Maj nie sprzyjał sprawiedliwości. Przed innym sądem toczyła się sprawa tzw. Kawalerii Piaseczyńskiej. Była to zorganizowana grupa przestępcza zajmująca się zdzieraniem haraczy z krawców, szewców i nauczycieli(!), mieszkających w Piasecznie. Wyroki zapadły łagodne, od sześciu miesięcy do dwu lat pozbawienia wolności. Może dlatego że głównymi poszkodowanymi byli Żydzi? Członek innej mafii został przez kumpli odbity z policyjnego konwoju w Pruszkowie.

Zwierzęta sprawiały poważne kłopoty. W cyrku doszło do strzelaniny. Pogromcy musieli na oczach publiczności zastrzelić lwa, który się „znarowił”. Pod Warszawą prowadzony do rzeźni byk stratował pasterza.      

Jak zaobserwowali radni miejscy jazda dorożkami w Warszawie nie należała do przyjemności. Warszawscy dorożkarze dysponowali prawie wyłącznie odkrytymi pojazdami. Dorożki były niemal bez wyjątku brudne, często mokre lub wilgotne, podczas deszczu lub wiatru właściwie nie nadawały się do jazdy. Tylko nieliczne posiadały stawiane brezentowe budy. Jednocześnie dorożkarze będący kiepsko opłacaną grupą zawodową nie byli w stanie wymienić taboru np. na kryte dorożki francuskie. Radni rozwiązali ten problem. Podjęto uchwałę o zwiększeniu liczby linii tramwajowych. Od tej pory dorożki już zawsze znajdowały się w odwrocie i w chwili obecnej pozostało ich zaledwie kilkanaście. Nadal są odkryte, ale na szczęście dla turystów, poprawił się komfort podróżowania.

Na Wiśle odbyły się regaty zorganizowane przez Towarzystwo Wioślarskie. (Dystans 2000 metrów). Towarzystwo Łyżwiarskie pozazdrościło kolegom sukcesów i z braku lodu zorganizowało zabawę przy muzyce.

Ogłoszenia i reklamy w gazetach informowały o szeregu ciekawych i pożytecznych wynalazków, do nabycia od zaraz. Oferowano preparaty przeciw molom i pluskwom, w tym najnowocześniejsze - bezwonne. Miłośnicy sztukaterii mogli nabywać podobizny sławnych ludzi do umieszczenia na ścianach. Zwolennikom higieny proponowano po atrakcyjnej cenie 22,5 rubla cynkowe wanny-kołyski (huśtały się na boki). Problem czystości był bardzo na czasie, bowiem w końcu maja 1899 roku na przedmieściach Warszawy, jak niemal każdej wiosny wybuchła epidemia tyfusu.  

Pod płotem toru wyścigów konnych na polu Mokotowskim znaleziono robotnika kanalizacyjnego, lat 21, w stanie niemalże agonalnym. Szczęśliwie lekarzom udało się utrzymać go przy życiu. Wybawcom opowiedział historię swojej choroby. Wygrawszy pięć rubli na wyścigach kupił za całą sumę szprotek i czekolady poczym urządził sobie królewską ucztę. Funt (0,42 kg) szprotek kosztował około 40 kopiejek, cena czekolady niestety nie jest mi znana.