1 - 2

 

Zabierają dzieci

W Szkocji władze odebrały rodzicom siedmioro dzieci - w tym noworodka. Powód? Dzieci były za grube. Każdy myślący człowiek zdaje sobie sprawę jak wiele jest wokół rodzin patologicznych i że są sytuacje gdy dzieci trzeba rodzicom odebrać – po prostu aby je ratować. Jednak wieści z Wielkiej Brytanii niepokoją. Dlaczego? Po pierwsze podano wagę tylko dwójki odebranych – 14 latek miał ważyć około 100 kilogramów. Nie podano jednak żadnych informacji o jego wzroście. Nie wiemy czy była to zwykła otyłość czy monstrualna otyłość… Po drugie dzieci odebrano decyzją urzędnika. Nie odebrał ich sąd ale ktoś siedzący za biurkiem. Dzieci odebrano nie na mocy wyroku sądowego poprzedzonego postępowaniem, ale decyzją administracyjną. Po trzecie nie jest to pierwszy przypadek. Nie tak dawno para dziadków straciła dwójkę maluchów. Urzędnik uznał że dziadkowie są za starzy by się dziećmi opiekować i przekazał je …parze gejów. Media donosiły ostatnio że dziecko zaraz po urodzeniu straci szesnastolatka która nieopatrznie zaszła w ciążę. Podobne doniesienia wskazują że na wyspach dzieje się coś bardzo niedobrego.

Poza tym powstaje precedens. Biurokraci zdobywają nowe „prawa”. Jedni ludzie stracili dzieci bo byli za starzy. Drudzy – bo dzieci były za grube. Kolejna matka - „bo za młoda by wychować”. Czym to się skończy? Zapewne jak w Chinach – koniecznością uzyskania pozwolenia na każde dziecko. A ja mam skojarzenia z wcale nie tak odległą historią. Z czasami gdy polskie dzieci porywali hitlerowcy.

 

Dzisiaj o małpach

W krajach trzeciego świata małpy są straszliwymi szkodnikami upraw. Problem z nimi polega nie na tym, że małpa ukradnie Murzynowi banana. Problem polega na tym, że małpa zrzuci kiść bananów, nagryzie dwadzieścia, resztę podepcze i pójdzie dalej. Małpa niszczy nawet dwadzieścia razy więcej żywności niż faktycznie zje. Kto nie wierzy – polecam wycieczkę do ZOO i obserwację tych zwierząt w porze karmiołki.

Polscy politycy przypominają małpy. Polski polityk by zgarnąć 20 tysięcy zł łapówki bez mrugnięcia okiem narobi strat za dwieście milionów.

 

Wszystkie Ofiary stanu wojennego.

Mija kolejna rocznica wprowadzenia Stanu Wojennego. Przy okazji wspomina się ofiary tej „operacji”. Wspomina się je niestety wybiórczo. Wszystkie media powtarzają jak mantrę: kilkanaście ofiar śmiertelnych, w tym dziewięciu górników z kopalni „Wujek”. Dopiero w 2006 Instytut Pamięci Narodowej podał swoje oszacowanie: (w okresie od 13 grudnia 1981 do 22 lipca 1983) zastrzelono lub zakatowano na śmierć 56 osób. Dziennikarze jeszcze się tego nie nauczyli.

Do tej liczby często dołącza się nazwiska z tzw. “listy Rokity”. Komisja pod przewodnictwem tego polityka na pocz. lat 90-tych badała sprawę ok. 400 morderstw i niewyjaśnionych zgonów członków i sympatyków opozycji które nastąpiły w latach 1982-91. Ustaliła wówczas że w ok. 150 sprawach ślady mataczenia są na tyle wyraźne że należałoby wznowić śledztwa. (oczywiście nie zrobiono nic…). Niezależne media przychylają się do tezy się że w okresie 1981-83 zabito lub zamordowano około setki uczestników strajków, oraz działaczy i sympatyków opozycji.

A ja się zastanawiam nad ciemną liczbą nad którą nie debatują historycy. Ilu starych i schorowanych ludzi umarło przez pierwsze noce stanu wojennego tylko dla tego że nie było możliwości wezwania pogotowia ratunkowego? Cukrzycy, zawałowcy, ludzie z udarem mózgu, powikłaniami umierali odcięci od świata. Jedni samotnie inni ratowani w miarę możliwości przez rodzinę i sąsiadów… Ile porodów trzeba było odebrać w warunkach domowych? Pogotowie w samej Warszawie w ciągu jednej nocy podejmuje około tysiąca interwencji. Przez pierwsze noce stanu wojennego nie miało nocnych przepustek. Potem łaskawie zezwolono by obywatele mogli wzywać je za pośrednictwem wyposażonych w radiotelefony patroli MO.Ilu ludzi zabił brak sygnału w słuchawce?

 

4 miliony dzieci? Da się zrobić

Parę lat temu w epoce „straszliwego dwukaczyzmu” nieoczekiwanie nastąpił skok demograficzny. Na moim osiedlu widoczny był aż nadto wyraźnie. Nagle pojawiły się kobiety w zaawansowanej ciąży, nieoczekiwanie zaroiło się od rodziców i babć pchających wózki z maluchami.

Obserwowałem tę sytuację, usiłując dojść przyczyn. Okres rządów PiS & Przystawek pamiętam jako czas względnej prosperity – pieniądze za książki zaczęły spływać szybciej i bardziej regularnie. Akurat zmieniałem mieszkanie na ciut większe – kredyt dostałem nieomal od ręki. Patrząc w koło i wyciągając wnioski z obserwacji, doszedłem do konkluzji, iż minieksplozja demograficzna nastąpiła z połączenia kilku czynników powiązanych w ciąg przyczynowo-skutkowy.

1) Likwidowano zatory płatnicze - ludzie mieli więcej pieniędzy.

2) Poluzowano politykę kredytową – ludzie zainwestowali te pieniądze w zakup mieszkań.

3) Posiadanie mieszkania – choćby z obciążoną hipoteką – natchnęło spory odsetek z nich do realizacji wcześniej odkładanych „planów dynastycznych”.

4) Nastąpił boom budowlany, a jednocześnie ok. 2 milionów Polaków pojechało do pracy na Zachód. Spory odsetek przysyłał pieniądze do kraju lub powróciwszy zainwestował oszczędności we własne cztery kąty.

Czyli kluczem do zagadki zwiększonej rozrodczości okazały się mieszkania. Potem niestety zaczął się okres „Cudów Rudego Donka” i budowy „Drugiej Irlandi”. Cuda wyszły głównie na papierze, drugą Irlandię zbudowano, ale w jej wersji z połowy XIX wieku i przyrost naturalny skończył się wraz z boomem budowlanym.Nadal jak się oblicza 2 miliony polskich rodzin chciałyby przenieść się na swoje. Czy zatem budowa przysłowiowych 2 milionów mieszkań jest możliwa? W zasadzie nic nie stoi na przeszkodzie. Jedynym problemem jest cena metra kwadratowego kompletnie nieadekwatna do naszych zarobków. Ponieważ podniesienie zarobków niezbyt „naszym” władzom wychodzi, popatrzmy od drugiej strony – czy możliwe jest obniżenie cen?Tak.Należy tylko podejść kompleksowo.

1) Grunta

Na cenę mieszkań znacząco wpływa cena gruntów i dostępność działek, które można przeznaczyć pod zabudowę. Wystarczy rozejrzeć się po naszych miastach, by bez trudu dostrzec ogromne areały ziemi leżącej odłogiem. Jadąc z centrum Krakowa na moje osiedle, mijam całe kilometry kwadratowe pustek, nieużytków, chaszczy. To wszystko tereny należące do państwa. Władza nie robi z nimi nic. Ziemia leży odłogiem, zarasta krzakami, staje się miejscem dzikich wysypisk śmieci. Urzędnikom problem zwisa do tego stopnia, że nawet nie pokuszą się o sprzedaż jej kolesiom.

Drugi problem to pola. W obrębie naszych miast żyją… rolnicy. Pola uprawne, często orane jeszcze poczciwym konikiem, znajdują się o rzut beretem od linii warszawskiego metra. Chłopi nie chcą sprzedawać ojcowizny, a odrolnienie tej ziemi to droga przez urzędnicze rafy i konieczność wniesienia gigantycznych opłat adiacenckich (od wzrostu wartości nieruchomości gminy rąbią słony haracz).„Dwukaczystowski” projekt automatycznego odrolnienia wszystkich gruntów ornych w obrębie miast upadł. Tysiące hektarów ziemi w atrakcyjnych punktach nadal zamiast mieszkań będą rodzić kartofle.Jako pierwszy krok należy zatem wyprzedać grunty państwowe i odrolnić grunty prywatne. To zapewni tereny pod budownictwo.

2) Biurokracja.

W epoce komunistycznego zamordyzmu prawo budowlane liczyło 4 strony maszynopisu. Dziś stron tych jest kilkadziesiąt. Potencjalny inwestor, by budować dom lub blok mieszkalny, na dzień dobry musi załatwić bodaj 17 różnych zezwoleń.Drugim krokiem powinna być bezwzględna rozprawa z barierami biurokratycznymi.

3) Ceny i koszta.

Na cenę przyszłego domu lub mieszkania składają się głównie koszta materiałów budowlanych i robocizny. Maszerując ku zjednoczeniu z UE, kraj nasz wprowadził wiele głupich i szkodliwych praw – m.in. idiotyzm wszechczasów – podatek VAT. Na materiały budowlane obowiązuje stawka maksymalna – 22%. Podatek ten rodzi dodatkowe koszta obsługi biurokratycznej. Bez niego przysłowiowa cegła byłaby o ¼ tańsza!Podatku tego znieść już nie możemy. Jest jednak wyjście z tej patowej sytuacji – urząd skarbowy może zwolnić dowolną osobę fizyczną bądź podmiot od konieczności jego uiszczenia. Może zatem dla rozwiązania problemu wystarczy zwalniać każdego chętnego?

Podobnie załatwić można kwestię podatku VAT od usług budowlanych. Dałoby to realny spadek kosztów budowy o 25%. Budżet też by na tym nie stracił – boom budowlany nakręciłby koniunkturę w wielu branżach.Warto przypomnieć, że na początku okresu transformacji ustrojowej posiadaliśmy w systemie podatkowym m.in. tzw. dużą ulgę budowlaną. Może dla wsparcia koniunktury warto pomyśleć nad jej przywróceniem? Pisałem też wcześniej o ogromnych kwotach leżących na drugim filarze OFE.Trzecim krokiem powinno być zatem konkretne uderzenie po lepkich paluszkach fiskusa.

4) Tzw. ekologia.

Produkcję materiałów budowlanych ograniczają poważnie dwa czynniki. Pierwszym są przepisy ustaw o „ochronie” kopalin, zakładające wprost limity wydobycia glin, margli i żwirów. Drugim wchodzące w życie limity emisji CO2 – które wymuszą ograniczenia produkcji lub wzrost cen cementu i cegły tradycyjnej.Czwartym krokiem powinna być zatem ostra rozprawa z ekoterrorystami.

5) Technologie.

W Polsce pokutuje masa „mitów budowlanych” – irracjonalnych przyzwyczajeń. Ot, choćby piwnice. „Prawdziwy dom musi być podpiwniczony”. To nic, że w ziemię pcha się metry sześcienne cennych materiałów, to nic, że trzeba to forsownie izolować, to nic, że podpiwniczenie podnosi koszt budowy o 30-40%. Piwnica być musi. W chwili obecnej to się na szczęście zmienia…

Drugi przesąd: „Wiatry teraz takie - tylko murowaniec się im oprze”. Nadal popularne jest stawianie domów z betonu, cegły i pustaka. Szczęśliwie tania i zdrowa technologia domów z bali i konstrukcji szkieletowych wraca powoli do łask.Niestety, droga przed nami jeszcze daleka…Piątym krokiem powinna być zatem edukacja technologiczna oraz szerokie podpatrywanie dobrych rozwiązań realizowanych w innych krajach.

6) Mieszkania czy domy?

Na moim osiedlu na terenie około 5 hektarów znajduje się kilkanaście 2-4 kondygnacyjnych bloków mieszczących łącznie około tysiąca mieszkań. Na każdego z mieszkańców przypada więc średnio 100 m2 powierzchni osiedla.A gdyby podzielić inaczej? Te 5 tys. mieszkańców mogłoby zamieszkać w domkach szeregowych z ogródkami… I ta sama liczba ludności zostałaby zatem upchnięta na identycznym areale, ale za to w znacznie bardziej komfortowych warunkach…

2 miliony domków na małych działkach? To raptem tysiąc kilometrów kwadratowych. 0,3% powierzchni kraju. Dwa miliony rodzin na swoim w szybkim tempie wyprodukuje cztery miliony dzieci.W 2015 roku może nas być ponad 40 milionów.

 

Wolność słowa? Tak ale...

Problemem wszystkich generałów jest to że są doskonale przygotowani do poprzedniej wojny. Cóż - sztuki taktyki uczą się analizując manewry wykonane przez dawnych wrogów i sojuszników. W walce politycznej występuje zjawisko analogiczne. Ludzie zakładają partie i chcąc pochwycić władzę zaczynają robotę dokładnie według XIX wiecznych wzorców. Struktura pionowa i pozioma, zebrania w lokalach partyjnych, rozmowy do późna, hektolitry kawy, kilogramy tytoniu, odezwy, biuletyny, ulotki plakaty… Tymczasem dziwnym trafem to nie działa.

Pod koniec istnienia komuny, w ostatniej dekadzie PRL narodziły się RUCH, KPN, ROBCiO, KOR, wreszcie Solidarność. Wszystkie te organizacje działały dokładnie tak samo, szły stuletnim szlakiem wytyczonym przez PROLETARYAT, PPS, bolszewików, mieńszewików. Szły całkiem skutecznie. Podgryzały system aż w połączeniu z krachem ekonomicznym doprowadziły do jego wywrotki. Przez cały okres zaborów, okupacji hitlerowskiej i komuny trwała nieustanna walka o wolość słowa i swobodę przepływu informacji. Ulotki, biuletyny, ksiązki, podziemna prasa, nadajniki radiowe były cennym i skutecznym narzędziem walki. Łamały monopol państwa.Do dziś wolość słowa uważana jest za swoisty fundament systemu demokratycznego. Czy słusznie?

U zarania niepodległości dziesiątki organizacji ruszyły do walki o władzę nad reformującym się krajem. Dziś nazwy większości z nich nic już nam nie mówią. Jedne umarły śmiercią naturalną inne weszły w skład nowych partii, niektóre uznane za szczególnie niebezpieczne zostały rozbite od wewnątrz i od do zewnątrz przez służby. Wszystkie działały wedle tego samego sprawdzonego schematu: ulotki, biuletyny, happeningi… Tylko że coś uległo zmianie. Generałowie poszli do boju wedle schematów dawnych bitew, ze starą bronią, ale w polu czekał już zupełnie inny przeciwnik.

Wolność słowa którą wywalczyli w krwawym boju okazała się niewiele warta wobec masowości informacji. Za komuny walka toczyła się z konkretnym przeciwnikiem. Wydawanie całej prasy nadzorowała jedna komórka, a kontrolowała jedna agenda państwowa.

W nowej sytuacji nadciągające oddziały i oddziałki nie mogły uderzyć w centrum, nie mogły wymacać sztabu przeciwnika bo tego centrum już nie było. Dziesiątki gazet puszczonych samopas zaczęły realizować różne linie programowe. (tzn. cel ogólny był jasny: konserwowanie socjalizmu i nadanie mu pozorów ludzkiej twarzy, gazety miały jednak swoje sympatie i próbowały wbijać ludziom go głów że socjalizm będą konserwować ci których redakcja lubi.)

Przez kilka miesięcy była jeszcze nadzieja. Od powstania Gazety Wyborczej do jej przejęcia przez spółkę Agora można było liczyć że pojawi się antykomunistyczny dziennik o zasięgu ogólnokrajowym. Nadzieja ta spełzła jednak na niczym. Ustalono kto będzie uprawiał politykę i w jaki sposób. Klasa polityczna zaczęła się hermetyzować. Na lodzie pozostały dziesiątki mniejszych i większych partii. Wszyscy uznani za „radykałów”… Wylądowali na lodzie pospołu anarchiści, monarchiści, dogmatyczni kapitaliści, komuniści, wolnościowcy, zamordyści, katolicy, sekciarze, ateiści… Media straciły jakiekolwiek zainteresowania nimi i ich postulatami. Dziennikarze nie przychodzili na konferencje prasowe, redakcje nie wysyłały obserwatorów na zjazdy i kongresy.

Nieliczne większe niezależne gazety, stacje radiowe i telewizyjne uległy likwidacji lub wykupieniu – często w nader podejrzanych okolicznościach. Przypomnę tu historię dziennika tv a następnie gazety pt. „Obserwator”.

Generałowie przegrywających partyjek nie wyciągnęli jednak żadnych wniosków. Sądzili ze wygrają tradycyjnymi metodami. Założyli dziesiątki własnych niszowych gazet i gazetek. Wydali setki książek i biuletynów. W międzyczasie zaczęła się era internetu, tu też podjęli atak.

Dziś cieszymy się powszechną wolnością słowa i przepływu informacji. Każdy chętny może wydawać gazetę, władza toleruje pisma neobolszewickie pospołu z antysemickimi. W internecie znaleźć można zarówno listy „żydów” jak i pisma amerykańskich liberałów z XIX wieku. Jednak przegrywamy. Przegrywamy z masowością informacji. Z wielkim stadem dziennikarskich hien biegnących w tym samym kierunku.

Wolność słowa sprawia że możemy opisać wszystko. Każdy szwindel, przekręt i niesprawiedliwość. Przeczyta to 50 tyś czytelników „Niezależnej Gazety Polskiej”. Przeczyta to 40 tysięcy czytelników „Najwyższego Czasu”. Ale „Wprost” czy „Polityka” mają tych czytelników dziesięciokrotnie więcej. A nasz czytelnik może jeszcze włączyć sobie telewizor i znowu wywrócą mu światopogląd na lewą stronę. Wolność słowa to nadal miecz. Tylko że w dzisiejszych czas nieliczny zastęp rycerzy z mieczami próbuje zawrócić z drogi gigantyczną kolumnę czołgów…