1 - 3

 

Euroateiści to durnie

W kościele luterańskim szaleje postęp a ich świątynie zioną tolerancją. Lesbijka została biskupem Uppsali. Nowotwór drąży kościół anglikański – coraz liczniejsi pastorowie przerażeni nowinkami własnej religii rozważają przejście na katolicyzm, a nieliczni myślący hierarchowie negocjują z Watykanem połączenie wspólnot. Źle dzieje się u unitów – hierarchia tego kościoła włączyła się twórczo w proces wybielania ewidentnych bandziorów z OUN i UPA. Twardym jądrem europejskiego chrześcijaństwa pozostaje katolicyzm. Na jak długo?

Na naszych oczach nasila się walka z kościołem katolickim. W Hiszpanii szaleje lewicowy premier, we Włoszech płaci się słone odszkodowania „pokrzywdzonym” ateistom, dwa tygodnie temu znana z nienawiści do katolicyzmu polska feministka została przewodniczącą komisji Parlamentu Europejskiego d/s przestrzegania świeckiej polityki i rozdziału kościoła od państwa w krajach UE. W RFN i Hiszpanii krzyże ze ścian szkół zdjęto już dawno (opór stawia jeszcze katolicka Bawaria). We Włoszech karczuje się krzyże przydrożne.

Co będzie dalej? Pustka? Chrześcijaństwo różnych odmian stanowiło nie tylko fundament kultury europejskiej ale też integralny element życia codziennego mieszkańców kontynentu. Laicyzacja i ateizacja ma wpływ na wiele spraw. Przed kilkoma dekadami jak Europa długa i szeroka w niedzielę szło się całą rodziną do kościoła. Wypadało się umyć, ładnie ubrać i być przy tym trzeźwym. Dziś powszechnie panuje „kultura” totalnego luzu. Masy młodych ludzi zaczynają ostro pić w piątek po robocie by zacząć trzeźwieć w niedzielę po południu.

Przez dziesięciolecia patrząc wokół uważaliśmy że Polacy piją za dużo. Narzekaliśmy na upadek wiary. Dziś okazuje się że pod względem spożycia etanolu wleczemy się na szarym końcu wśród narodów UE, a nasza młodzież pracująca na zachodzie przeważnie postrzegana jest przez rówieśników jako banda nudnych zdewociałych abstynentów.

Alkohol i brak wiary skutkuje zanikiem rodziny i brakiem uczuć wyższych. Przypadkowe związki, przypadkowe dzieci, aborcje, masowe rozwody. O tym jak głęboki jest rozkład społeczeństwa niech świadczy fakt że w Szwecji 45% urn z prochami zmarłych pozostaje w spopielarniach zwłok. Rodziny nie odbierają ich z krematoriów. Nie grzebią. Rezygnują nawet z możliwości osobistego rozrzucenia ich na wiatr.

http://www.youtube.com/watch?v=EFIwFnrNX1M

W Holandii popularne jest określenie „depozyt genetyczny” – mówi się tak w przypadku jedynego dziecka dwójki jedynaków. Skutki wieloletniej polityki proaborcyjnej i propagandy antyrodzinnej widzieliśmy po wejściu do UE – dwa miliony Polaków bez trudu znalazło zatrudnienie na zachodzie. Zajęli wakaty – miejsca pracy których nie obsadziły wyabortowane przed laty dzieci tubylców. Co będzie dalej?

Już w tej chwili w unii europejskiej żyje kilkadziesiąt milionów muzułmanów. Przebywają w Europie zarówno legalnie jak i nielegalnie. W większości przypadków nie integrują się i nie mają takiego zamiaru. Pobierają zasiłki – zwłaszcza zasiłki na kolejne dzieci, ale pracę najczęściej podejmują na czarno i w swoim środowisku. W efekcie nie dokładają się do budżetów krajów pobytu. Nielegalnych imigrantów deportuje się jedynie sporadycznie – chronią ich organizacje obrońców praw człowieka, antyrasiści i partie lewicowe. Czemu lewicowe?

Europejscy socjaliści od lat funkcjonują w próżni społecznej. Klasa robotnicza do której kierowali swoją ofertę postmarksiści jest obecnie syta i zadowolona z poziomu życia. Pojawia się zatem potrzeba zdobycia proletariatu zastępczego – część głosów zapewniają feministki, zieloni i pożyteczni idioci. Imigranci legalni i nielegalni są tu odpowiednią klientelą. W efekcie oficjalnie laicka Francja która nie ma pieniędzy na remonty zabytkowych kościołów hojnie dotuje budowę meczetów. Dla socjalistów muzułmanie są też potencjalnymi sprzymierzeńcami w walce z chrześcijaństwem – w pierwszej kolejności katolicyzmem. I koło się zamyka. Oriana Falaci w swoich książkach przestrzegła przed tym zjawiskiem.

Zniszczenie kościołów Europy za pomocą działań administracyjnych, procesów karnych i wspierania rozkładu wewnętrznego powoli staje się faktem. Tylko jaki będzie efekt? Już dziś wokół Paryża czy Londynu znajdują się osiedla gdzie „białym” wstęp jest wzbroniony. Wyznawcy islamu mnożą się na potęgę wykorzystując system socjalny krajów UE, przy czym są całkowicie nieprzemakalni mentalnie. Idee zaniku rodziny, tolerancji wobec mniejszości seksualnych, czy laickości kompletnie do nich nie trafiają. Ich rodziny są silne i zwarte. Rozwody? Tylko jeśli mężczyzna wyrzuca kobietę z domu. Porzucenie islamu? Karane śmiercią. Cudzołóstwo? Karane śmiercią. Większość spraw nie wychodzi poza cztery ściany domu. Jeśli wychodzi - organizacje kobiece które tak chętnie walczą z „białymi” tu nabierają wody w usta. Nietolerancja? Każdy młody Arab czy Turek może przeciw prześladowcom wystawić legion braci kuzynów, wujków i stryjków. Albo poskarżyć się władzom. Świadkowie? Będzie ich mnóstwo - rodzinka pomoże. A kary za „rasizm” są drakońskie.

Większość „gości” nie akceptuje też zdobyczy cywilizacji europejskiej – praw kobiet, swobód obywatelskich, wolności słowa. Wykorzystują strach przed oskarżeniami o rasizm by wyszarpać możliwie liczne przywileje. Bogatsi po cichu kultywują niewolnictwo. Wątek prowadzonych przez Turków domów publicznych przewija się jak nitka w wielu śledztwach w sprawie porwań Polek, Serbek, Ukrainek…

W efekcie za dwadzieścia lat eurolewica ocknie się nagle w świecie gdzie zepchnięte na margines wyznania chrześcijańskie zastąpiło coś zupełnie innego. Nagle przekonają się że miejsce zniszczonego „opresyjnego i nietolerancyjnego” kościoła zajęli duchowni zupełnie innego wyznania. Nagle okaże się że bez dzieci nie ma pracowników, a bez pracowników nie ma emerytur. Młodzi muzułmanie nie będą łożyć na starych autochtonów. Pozostanie eutanazja. Oczyma wyobraźni widzą jak w 2029 roku do Polski czy na Ukrainę napływają niemcy i Francuzi. Nie pruscy rugownicy, nie butni hitlerowcy, nie zwycięskie wojska Napoleona, tylko umęczeni i zastraszeni uchodźcy skamlający o prawo osiedlenia się w ostatnich chrześcijańskich krajach Europy.

 

Monopartia?

Polacy wierzą w demokrację i pluralizm polityczny. Jest to wiara iście dziecinna gorąca i naiwna zarazem. Czy naprawdę panuje w naszym kraju system wielopartyjny? Śmiem wątpić. Wszystkie „partie” od skrajnie „prawicowej” LPR po skrajnie lewicowy SLD realizują ten sam program społeczny gospodarczy i polityczny. Wszystkie wspólnie dążą do depopulacji kraju, sztucznego utrzymywania wysokiego bezrobocia i niskiego poziomu życia obywateli. Wszystkie jak mogą tak blokują prywatyzację i prywatną inicjatywę. Wszystkie zgodnie realizują politykę zamordyzmu fiskalnego. Żadna nie dąży do likwidacji ZUS czy choćby weryfikacji 2 milionów fałszywych rencistów.

Różnice w stosunku do Kościoła i religii oraz spuścizny patriotycznej są trzeciorzędne. Stosunek do aborcji czy in vitro służy wyłącznie jako amunicja do ostrzału „wrogów”. Gdyby nie prywatne animozje pomiędzy członkami poszczególnych ugrupowań jutro można by zwołać kongres zjednoczeniowy wszystkich partii rządzących i parlamentarnych partii opozycyjnych.

Stawiam zatem tezę: w Polsce od 1944 roku rządzi monopartia. Od 1989-tego dzieli się ona na frakcje które nam przedstawiane są jako niezależne byty. Frakcje te walczą ze sobą o koryto. To ich członkom wolno. Zakazane są natomiast wszelkie działania mogące naruszyć system. Zwycięstwo jednej lub drugiej frakcji przełożyć się może co najwyżej na powołanie kilku komisji śledczych i kilka-kilkanaście procesów komunistycznych oprawców zakończonych symbolicznymi wyrokami.

 

Policzyłem

W 1979-tym roku mój Ojciec wyrwawszy się na dwa tygodnie z siermiężnego PRL-u odwiedził Szwecję. Wiedziony ciekawością podróżnika wpadł z wizytą do zakładu pracy analogicznego do tego w którym pracował. Do oprowadzenia niespodziewanego gościa oddelegowano pracownika wykonującego mniej więcej jego funkcję. Pogadali. Doświadczeń w zasadzie nie było jak wymienić – poziom mechanizacji i organizacja pracy były diametralnie inne. Szwed zarabiał wówczas tyle samo. Tylko że on zarabiał w wymienialnych koronach – mój Ojciec otrzymywał identyczną kwotę w złotówkach…

Zarobków ówczesnych w ogóle nie da się porównać. Polska przeciętna płaca po czarnorynkowym kursie wynosiła około 20 dolarów amerykańskich. Jednak struktura cen dóbr i usług sprawiała że realna siła nabywcza była wyższa. Szwed zarabiał w naszym mniemaniu niewyobrażalną fortunę, ale ceny w jego kraju też musiały nas szokować… Porównać można jedynie poziom życia.

My jedliśmy jabłka – oni banany. My mieliśmy kupowane na zapisy meble z płyty paździerzowej, oni od ręki kupowali w IKEI mebelki z litego drewna lub szlachetnych sklejek. My jeździliśmy na wakacje pociągiem nad Bałtyk, oni własnym autem do Hiszpanii lub samolotem do Grecji. U nas wynajmowało się na godziny łódkę by popływać po Zalewie Zegrzyńskim, oni własnymi jachtami buszowali po Bałtyku. By mieszkaliśmy w gierkowskich blokach z wielkiej płyty, oni w podmiejskich domach z ogrodami, lub na kameralnych osiedlach. My dychawicznymi autobusami jeździliśmy do pracy, oni mieli już rozwinięty transport publiczny i własne samochody. U nich telefon był czymś normalnym, u nas na ten „luksus” czekało się po kilkanaście lat. Wreszcie oni wszyscy mieli paszporty.

Moi rówieśnicy żyjący na zachodzie jeździli za granicę, kąpali się w ciepłym morzu, zwiedzali zabytki kultury antycznej, uczyli się w szkole angielskiego, oglądali filmy na video, a w telewizorze mieli 20 kanałów. Dla nich naturalne były letnie wyprawy wozami kempingowymi przez wolne kraje Europy. Podczas gdy oni żyli my mogliśmy sobie pomarzyć.

1989-tym komunę obalono. Urealniono kurs dolara – i naraz ludzie zaczęli zarabiać po 250-300 zielonych. Szybko wzrosły też ceny w wielu przypadkach doganiając średnią europejską lub nawet ją przekraczając. Komunę obalono – ale lewica pozostała. Reformy gospodarcze były powierzchowne. Zaniechano dekomunizacji i deubekizacji – zatem nasz pseudokapitalizm z jednej strony budowały elity złożone z partyjniaków, bezpieczniaków i kryminalistów, z drugiej strony aparat urzędniczy uparcie usiłował realizować budowę nie wolnego rynku tylko dziwacznej hybrydy – socjalizmu quasi rynkowego. Partie lewicowe okupujące 80-90% sceny politycznej skutecznie hamowały rozwój, sabotowały próby reform prorynkowych, a wszelkie nadwyżki wypracowane wbrew ich planom rozdrapywały i marnotrawiły.

Zarobki (nie mówię tu o mistycznych średnich krajowych) przez kolejne 20 lat wzrosły nieznacznie – dziś zarabia się przeciętnie około 450-500 dolarów. Do przeciętnych zarobków zachodnich brak nam nadal ¾.Jak już pisałem nie sposób oszacować strat które przyniosła nam komuna. Można to zrobić wycinkowo. Wyliczyć różnice w PKB per capita, porównać sieć dróg, infrastrukturę, tonaż statków czy tabor kolejowy. Można zapłakać nad czterdziestoma tysiącami szlacheckich dworków rozwalonych za PRL, albo wspomnieć wakacje na brudnej bałtyckiej plaży.

Za to dwudziestoletnie rządy postkomuny można ubrać w liczby. Skutkiem działań lewicowych mafii (dla niepoznaki zwanych partiami politycznymi), skutkiem sztucznych ograniczeń gospodarki, złodziejstwa, korupcji, rozbuchanego fiskalizmu, ździerstwa ze strony państwa etc. przeciętny pracujący Polak tracił około 1500 dolarów miesięcznie. Od obalenia czerwonych minęło 240 miesięcy. Zatem lewica postkomunistyczna wisi nam z tytułu utraconych korzyści po 360 tysięcy dolarów na łba.

 

Cztery klasy

Dawne społeczeństwo stanowe składało się z duchowieństwa, szlachty mieszczaństwa i chłopstwa. Za komuny wprowadzono podział na inteligencję, robotników i chłopów. Patrząc dziś na ludzi okiem kapitalisty wyróżniam cztery grupy. Grupa pierwsza to ludzie którzy stanowią elitę. Niezależnie od formalnego wykształcenia pracę mają zawsze. Gdy jej nie mają – tworzą ją. Organizują robotę sobie, potrafią ją zorganizować innym. W dawnej fabryce byliby dyrektorami. Grupa druga to samodzielni pracownicy. Nie są w stanie sami stworzyć sobie miejsca pracy ale gdy takowe obejmą wystarczą im ogólne instrukcje by dobrze i wydajnie pracować oraz posiadają umiejętności pozwalające nadzorować innych członków zespołu. W dawnej fabryce byliby brygadzistami. Grupa trzecia to zwykli pracownicy. Będą chętnie i wydajnie pracować, ale nie są zbyt lotni więc potrzebują nad sobą brygadzisty wyznaczającego konkretne zadania, w razie czego służącego też radą. W dawnej fabryce byliby zwykłymi robolami. Grupa czwarta to lenie i nieroby. Pracują tylko gdy muszą i tylko pod batem. Trzeba wyznaczać im bardzo konkretne zadania, pilnować i instruować przy pracy, oraz surowo rozliczać z ich wykonania. Niska wydajności koszta kontroli sprawiają ze ich zatrudnienie jest w zasadzie nieopłacalne. Jednym z podstawowych problemów naszego kraju jest to że panujący w nim system układów i koterii dąży do ochroną przed konsekwencjami pasożytniczego stylu życia.

 

Bezrobocie czy nierobotność?

Polska jest krajem biednym i na zawsze takim pozostanie. Przyczyn biedy jest wiele. W naszym kraju najwyraźniej widoczne są trzy: totalne lenistwo mieszkańców, brutalne grabienie nielicznych pracowitych, oraz kosmiczne marnotrawstwo wypracowanych środków. Człowiek któremu chce się pracować jest na dzień dobry skubany przez urząd skarbowy i ZUS. Od tego co zostanie mu w kieszeni płacić musi vat. Masę pieniędzy traci płacąc podatki ukryte w cenach dóbr i usług. Zdzierana forsa jest marnotrawiona. Władza hojnie dotuje miliony fałszywych rencistów, utrzymuje korpus 570 tyś urzędników, buduje sobie pałace etc. Ostatnio opracowano program dostosowania do norm unijnych Domów Dziecka. Program szczytny i chwalebny tyle że …Domy Dziecka mają być w ciągu dwu lat zlikwidowane i zastąpione strukturą opierającą się na rodzinach zastępczych. Przykłady marnowania naszych pieniędzy są rozliczne i malownicze – ale dziś napisać chciałem o tym co szczególnie mnie drażni – o zasiłkach dla bezrobotnych. Czym jest zasiłek? Nagrodą za brak zaradności życiowej. Pieniędzmi które dostaje się za sam fakt istnienia. Co więcej warunkiem jego otrzymania jest brak jakichkolwiek dochodów, zatem by go otrzymać należy stanowczo odżegnać się od jakiejkolwiek aktywności. Zasiłkobiorca za uzyskane środki robi zakupy (głównie tanie wino…) i tym samym pieniądze wracają jakoś na rynek. Socjaliści będą w tym miejscu twierdzić wręcz że dzięki zasiłkom bezrobotni generują nowe miejsca pracy. Niestety – pieniądze te nie biorą się z nikąd. By wypłacić 600 zł władza musi zedrzeć około tysiąca. 400 pochłania bowiem, obsługa urzędnicza, aparat kontroli, koszt obsługi biurokratycznej etc. By utrzymać bezrobotnych i obsługujący ich aparat trzeba podnosić podatki. Dla wielu firm balansujących na granicy rentowności kolejny ciężar może być nie do udźwignięcia. W efekcie wypłata zasiłków dla bezrobotnych niszczy miejsca pracy produkując kolejnych bezrobotnych, którym trzeba wypłacać zasiłki. Dla słabej gospodarki może to być spiralą śmierci. Nie bez znaczenia jest fakt że bezrobotni (pomijając nielicznych cwaniaków pracujących na czarno) nie generują dóbr ani usług, w żaden sposób nie dokładają swojej cegiełki. Konieczność ich obsługi i kontroli sprawia że tysiące ludzi zatrudnionych w pośredniakach wykonuje pracę o zerowej użyteczności publicznej. Jedynym jej efektem są skoroszyty papierzysk, które po paru latach trafią do pieca lub na makulaturę. Zakładam ze istnieją ludzie niezaradni życiowo, niezdolni do samodzielnego znalezienia pracy. Społeczeństwo powinno jakoś się nad nimi pochylić. Tylko dlaczego niby mamy finansować komuś leżenie przed telewizorem? Czy nie lepiej za te pieniądze stworzyć ćwiartki i połówki etatów, a bezrobotnym wręczyć miotły i zagonić do przysłowiowego zamiatania ulic? Do roboty brudnej i kiepsko płatnej przyszliby wyłącznie ci naprawdę potrzebujący. Można jeszcze prościej. Obniżyć narzuty podatkowe którymi obłożona jest w naszym kraju ludzka praca. Wtedy nie będzie potrzeby organizowania ludziom zajęcia – bo rynek sam wchłonie nadwyżki siły roboczej.

Podstawowym zadaniem władz powinna być natychmiastowa likwidacja zasiłków dla tzw. „bezrobotnych”. To jest program na dziś.