1 - 6

 

*****************************************2010**************************************

 

Za żarówki - grzywna!

Uznawszy że zapasik tradycyjnych żarówek stuwatowych który zgromadziłem jest mimo wszystko zbyt szczupły postanowiłem nieco go powiększyć. W tym celu nawiązałem kontakt z kuzynem który z przyczyn rodzinnych, towarzyskich i dla nabywania różnych produktów bywa średnio raz w tygodniu na Ukrainie.Poprosiłem żeby przywiózł mi sto sztuk. Niestety już próba przewiezienia pierwszych dziesięciu skończyła się katastrofą.

Polski celnik autorytarnie zakazał wwozu powołując się na obowiązujący w UE zakaz …produkcji. Nie potrafił wskazać przepisów zabraniających importu ani przywozu żarówek, nie umiał wyjaśnić czy w naszym kraju zakazane jest ich posiadanie. Mocą swego urzędniczego jestestwa nakazał cofkę i zagroził słoną grzywną w razie kolejnej próby „przemytu”.Za dziesięć lat bojówki ekonazistów będą krążyć po osiedlach i przez lornetki patrzeć w nasze okna

 

Zardzewiały pomnik

Po publikacji książki Artur Domosławskiego „Kapuściński non-fiction” przez media przetacza się fala tekstów mniej i bardziej pochlebnych poświęconych Ryszardowi Kapuścińskiemu. Z twórczością dziennikarza-podróżnika zetknąłem się trzykrotnie. Po raz pierwszy na początku lat 90-tych czytając „Imperium”. Miałem szesnaście lat. Książkę przyjąłem wówczas bardzo dobrze, jedynym zgrzytem który mnie wówczas silnie zniesmaczył było zdanie zrównujące ofiary i katów w reportażu o Kołymie. Nazwisko autora nic mi nie mówiło. Pogrzebałem trochę i ku swojemu zdumieniu dowiedziałem się że do samego końca był członkiem PZPR. Stwierdziłem że widocznie nie ogarniam świata ale wydało mi się czymś odrażającym iż człowiek który przeżył piekło sowieckiej okupacji na kresach i był świadkiem deportacji swoich szkolnych kolegów mógł zapisać się do tak nikczemnej organizacji. Na wiele lat odstręczyło mnie to zagłębiania się w twórczość tego człowieka.

Zadecydował przypadek. Interesując się Etiopią wcześniej czy później musiałem sięgnąć po „Cesarza”. Tym razem rozczarowanie było o wiele silniejsze. Czytałem o Hajle Sylasje. O reformach, budowie kolei, dzielnym oporze przeciw włoskiej okupacji, o odważnym przeciwstawieniu się pierwszemu sowieckiemu puczowi w 1960-tym roku. Z licznych rozproszonych informacji złożyłem sobie obraz wybitnego męża stanu, dalekowzrocznego polityka, człowieka dumnie kroczącego drogą swego przodka cesarza Teodora II Kassy. O „Cesarzu” słyszałem że to arcydzieło. Słyszałem że autor jako jeden z bardzo nielicznych cudzoziemców znalazł się w odpowiednim czasie i odpowiednim miejscu. Otworzyłem książkę i zamiast reportażu dostałem prymitywny propagandowy kit. Autor nie szczędząc wysiłku z najwybitniejszego polityka czarnej Afryki robił analfabetę-przygłupa, tchórza i rozrzutnego prymitywa. Kapuściński dostał niezwykłą szansę od losu. Był świadkiem mordu na cesarstwie i władcy. Tymczasem wypłodził produkcyjniaka na zapotrzebowanie wydziału propagandy KC PZPR.Zgrzytnąłem zębami. Cóż „cesarz” ukazał się w 1978-mym roku. Pomyślałem ze może autor nie miał innego wyjścia.

Raz jeszcze dałem Kapuścińskiemu szansę. Kilka lat później sięgnąłem po „Heban”. Te książkę napisano 20 lat po „Cesarzu”. 8 lat po upadku komuny. 8 lat po likwidacji wydziału propagandy i urzędu cenzury. Sądziłem że Kapuściński zdobędzie się choć na tyle honoru by odszczekać największe swoje kłamstwa. Zawiodłem się po raz kolejny. Być może inne książki są lepsze, ale zbyt wiele razy poczęstowano mnie plewami…Zaraz po śmierci „cesarza reportażu” tygodnik „Najwyższy Czas” jako pierwszy przerwał zmowę milczenia informując iż w zasobach IPN-u znajdują się cztery teczki (podano nawet ich sygnatury). Rychło okazało się że Kapuściński bynajmniej nie pracował wyłącznie dla wywiadu wojskowego, (co do pewnego stopnia byłoby zrozumiałe) ale był też pospolitym TW – „kapuściem” ubecji.

Zaraz potem zaczęły się spekulacje na temat wartości poszczególnych reportaży. Kapuściński tworzył w warunkach ogromnej swobody konfabulacyjnej. Mało kto w naszym kraju miał paszport. On miał. Mało kto z zachodnich dziennikarzy mógł dotrzeć na tereny opanowane przez komunistyczne bojówki – on mógł. Te warunki załamały się w roku 1990-tym. Nagle paszporty zaczęto dawać wsjem. Nagle ludzie zaczęli jeździć do krajów które opisywał. Znajomość języków zachodnich upowszechniła się. Upadło wiele wspieranych przez Moskwę reżimów. Łgarstwa ujrzały światło dzienne. Okazało się że w Sudanie nie ma opisywanych plemion murzyńskich. Okazało się że opisane święta i rytuały są kompletnie nieznane nie tylko zachodnim etnografom ale i ludom które miały je kultywować. Pojawiły się artykuły i książki o Etiopii tłumaczone z angielskiego.

Michnikowszczyzna za życia zrobiła z Kapuścińskiego pomnik z brązu. Na naszych oczach brąz zamiast pokrywać się szlachetną patyną ordynarnie zardzewiał. Ciągle była jednak nadzieja że pod warstwą korozji kryje się chociaż solidne żeliwo. Wystarczyło odrobinę poskrobać by błysnął gips… Kolejny autorytet moralny okazał się wydmuszką.

Kuroń, Geremek, Skubiszewki, Edelman i szereg innych odeszło już do krainy wiecznego śledztwa. Z żywych pomników michnikowi został już tylko „profesor” Władysław Bartoszewski. Ale i nad nim zbierają się chmury. Ludzie coraz śmielej pytają jak to możliwe że …z uwagi na zły stan zdrowia wypuszczono go najpierw z Auschwitz a potem ze stalinowskiego więzienia!

 

O dorosłości...

Pomysł Platformy Obywatelskiej by nadać prawo głosu w wyborach już 16-latkom budzi zrozumiałe kontrowersje. Nie podoba się nawet młodym. Często podnosi się argument że ludzie w tym wieku nie są zdolni do samodzielnego podejmowania tak trudnych decyzji. W ramach korzystania z dorobku innych narodów sięgnijmy do mądrości „starszych braci”. Od czasów głębokiego średniowiecza żydowscy chłopcy przechodzą bar micwę. Jest to święto będące swego rodzaju wprowadzeniem w świat dorosłych. Należy ukończyć 13 lat i zdać egzamin z wiedzy religijnej. Ot tej pory młody człowiek odpowiada za swoje czyny wobec Boga i ludzi. A jak ktoś nie zda? No cóż – traktowany jest nadal jako dzieciak. A kto by chciał zatrudniać dzieciaka czy robić z nim interesy?

Może zatem skopiujmy to rozwiązanie? Wprowadźmy dla młodych ludzi świecką odmianę żydowskiej bar micwy. Kto chce być traktowany jak dorosły – proszę bardzo. Te same prawa, te same obowiązki, ta sama odpowiedzialność…

 

Kwintesencja...

Parokrotnie w historii ludzkości różne grupy brały się za wcielanie w życie socjalistycznej utopi. Przeważnie zabierali się do tego wizjonerzy gromadzący wokół siebie ochotników. Czasem socjalistyczny model gospodarki próbowali zastosować wodzowie różnych sekt religijnych. Eksperyment za każdym razem kończył się budową społeczności quasi niewolniczej, ucieczką „pionierów socjalizmu” i większą lub mniejszą rzeźnią. Powstające w XX wieku państwa socjalistyczne były swego rodzaju hybrydą. Nie udawało się wprowadzić w nich czystego socjalizmu, dopuszczano istnienie tak prywaciarzy jak i własności. Atoli był jeden przypadek gdy zdołano stworzyć i przez jakiś czas utrzymać destylat socjalizmu w postaci nieomal czystej.

8 lutego 1940 roku na podstawie zarządzenia prezydenta policji w Łodzi Johanna Schäfera utworzone zostało łódzkie getto. Na obszarze niespełna 4 kilometrów kwadratowych osiedlono blisko 160 tyś ludzi. Wprowadzono przymus pracy - w myśl idei Marksa/Lenina/Hitlera – kto nie pracował ten nie jadł. w 1942 roku kult pracy osiągnął poziom ostateczny – wywieziono do obozów zagłady wszystkich „nieproduktywnych” – czyli dzieci poniżej 14 roku życia i starców. Wszyscy pozostali zostali zagonieni do pracy na rzecz Rzeszy. Znikły wszelkie prywatne warsztaty. Na bieżąco mordowano chorych i ludzi którzy ulegli trwałym okaleczeniom skutkiem wypadków przy pracy. (jednocześnie z bardzo marnych płac okupant i tak pobierał składki na …ubezpieczenie!). Skrajnie nienormalne warunki bytowania, przegęszczenie i polityka kwaterunkowa spowodowały rozsiedlenie rodzin, a bezlitosna walka o pożywienie i przetrwanie spowodowały destrukcyjne zmiany osobowościowe wywołując u wielu słabszych psychicznie jednostek eksplozję skrajnego egoizmu. Bezwzględny zakaz posiadania dzieci realizowano za pomocą antykoncepcji i przymusowej aborcji. Nieunikniony spadek liczny ludności uzupełniano dowożąc „siłę roboczą” z innych gett i obozów koncentracyjnych. Po czterech latach nadeszli Rosjanie i „eksperyment” zakończono. Część niewolników wywieziono, pozostałych wymordowano.

Oczywiście zgodnie z ideami bakunina-nieczajewa-marksa-trockiego społeczeństwo niewolników posiadało swoich właścicieli - żyjących po drugiej stronie muru niemców.Patrzę na dzisiejszą Unię Europejską i widzę przerażające analogie. Eksperyment tym razem rozciągnięto w czasie. Ograniczono przymus bezpośredni na rzecz długofalowego oddziaływania za pomocą propagandy. Ale model docelowy staje się podobny – nie identyczny ale podobny: Społeczeństwo produkcyjne, bez „balastu”. Z aborcją wobec dzieci. Z eutanazją dla kalek i starców. Z marnymi zarobkami (popatrzcie jak bardzo waluty europy straciły w stosunku do złota! Cena kruszcu w euro wzrosła pięciokrotnie w ciągu niespełna dekady!). Ze składkami które nie gwarantują niemal żadnej opieki lekarskiej. Z zanikiem więzi rodzinnych i destrukcją podstawowych więzi społecznych. Z depopulacją i z masowym importem siły roboczej… Są i właściciele – tylko że nauczeni Procesami Norymberskimi tym razem zadbali by ukryć się trochę staranniej.

 

Dlaczego nie kochamy szkoły

/dla ciekawych wklejam mój tekst bodaj z 2005-tego roku/

“Gdy okoliczności nie pozwalają zasnąć, senność jest najohydniejszą torturą. Wiem coś o tym ze szkoły” - zapisał przed półwieczem R. Taylor.

Podbudowani przykładem wybitnego amerykańskiego pisarza zastanówmy się teraz nad fenomenem szkoły. Zasadniczo ludzkość wynalazła tą instytucję dość dawno, jednak od zaledwie mniej więcej stu lat jej istnienie dokuczać zaczęło całej populacji dziatwy w odpowiednim wieku. Wcześniej nauka obejmowała tylko nieliczne jednostki: mieszkające w miastach dzieci bogatych rodziców, ewentualnie dzieci bogatych chłopów i wiejskich potentatów wysłane “na naukę”. Na wsiach życie toczyło się spokojnym rytmem zmieniających się pór roku. Alfabetu uczył kościelny, albo pani z dworu zabijała w ten sposób nudę. Czytać i pisać umiało mniej więcej 10 procent populacji. To zabawne ale obecnie zauważyć można powrót do tej tendencji. 50% Polaków nie przeczytało w zeszłym roku ani jednej książki, regularnie czyta od 6 do 8 %, dalsze 40% czytać umie, ale nie rozumie czytanego tekstu. 400 tysięcy dorosłych Polaków w ogóle nie umie czytać ani pisać. Czyli na wprowadzeniu obowiązkowej nauki czytania i pisania właściwie nic nie zyskaliśmy.

Skoro już wiemy z grubsza że szkoła nie uczy czytać pomyślmy czego uczy. O programie nauczania napisano już całe tomy, nie będę się nim zajmował, choć mam trochę żalu do nauczycieli, że wbili mi do głowy, jakie enzymy występują w żołądku człowieka, a nie mam na przykład pojęcia które grzyby są jadalne, albo jak rozpoznawać w locie gatunki naszych polskich ptaków. Zasadniczo szkoła poza oficjalnym programem nauczania uczy krętactwa i nieuczciwości. Nauczycielowi na pytanie: “Dlaczego znowu się spóźniłeś”, raczej nie mamy szans odpowiedzieć zgodnie z prawdą “Bo znowu zaspałem”, albo “bo uznałem, ze obejrzenie do końca nowego odcinka Czarodziejki z Księżyca jest ważniejsze dla mojego rozwoju intelektualnego niż słuchanie co też nowego wymyślił Adam Mickiewicz w drugiej części Dziadów”. Za udzielenie takiej odpowiedzi, zgodnej przecież z prawdą, a mamy w naszym kraju zagwarantowaną w konstytucji wolność sumienia i głoszenia poglądów, grozi mam wezwanie rodziców, lub w zależności od humoru nauczyciela nawet relegowanie z przybytku oświaty. Dlatego stając przed nauczycielem uczymy się kłamać, co później niektórym przechodzi, ale u większości nawyk ten pozostaje na całe życie.

Wiadomo, że ludzie, w tym także uczniowie, dzielą się na wyjątkowo inteligentnych i całą resztę. Ludzie inteligentni nie lubią kucia na pamięć całych stron z książek, co jest wymagane w wielu szkołach, ludzie mniej inteligentni nie są w stanie dokonać takich wysiłków umysłowych. Obie grupy cierpią i aby sobie ulżyć przygotowują ściągi. W naszym społeczeństwie jakoś zatarła się świadomość że ściąganie to w rzeczywistości oszukiwanie nauczyciela. Zwyczaj oszukiwania niektórym mija wraz ze szkołą, większości zostaje na całe życie… Przygotowywanie ściąg jest głęboko demoralizujące. Uwalnia ucznia od konsekwencji jego nieuctwa. Tym samym koduje w nim przekonanie że własne zaniedbania można zawsze “po cichu” ominąć i że nie ma sytuacji bez wyjścia.

Istnieje coś co nazywa się kanonem lektur. Składają się nań dzieła uznane przed laty za wybitne. Co do wybitności szeregu pozycji zalecałbym ostrożność. Kanon ten teoretycznie każdy powinien przeczytać, choć problemy moralne i rozterki duchowe bohaterów dla dzisiejszej młodzieży są całkowicie abstrakcyjne. Kanon od dawna nie przeszedł gruntownego odświeżenia. Nadal poczesne miejsce zajmują w nim dzieła propagujące nachalnie różne odmiany komunizmu i socjalizmu jak np. nowela “Doktor Piotr”, czy “wybitne” powieści w rodzaju “Przedwiośnia” i “Ludzi Bezdomnych”. Do kanonu trafiają też różne współczesne śmieci, natomiast brak w nim pozycji spod znaku SF i Fantasy. Dzieci w podstawówce katuje się wprawdzie kilkoma nowelami S.Lema, ale dobrano takie, by dzieciakom fantastykę obrzydzić do grobowej deski…

Wymogi czytania lektur omija się za pomocą bryków, które obecnie znalazły się w powszechnym użyciu, a niektórzy nauczyciele wręcz zachęcają do ich lektury. Cóż minęły czasy gdy człowiek korzystający z bryku był traktowany przez ogół klasy jako biedny niedorozwinięty umysłowo idiota. Powtarzalność tematów zaowocowała masową publikacją zbiorków wzorcowych wypracowań. Ostatnio można też znaleźć je w internecie. Przyjmijmy teraz, że znajdzie się w szkole uczeń, który wyniósł z domu rodzinnego (szkoła go tego nie nauczy), pewien zespół wartości. Nie kłamie, nie ściąga i czyta pilnie lektury zadane przez nauczyciela. Naharuje się jak durny, a efekty uzyska porównywalne, lub gorsze od tych uzyskanych przez kłamców, ściągaczy i brykowców. Na skutek tego doświadczenia może dojść do wniosku, że uczciwość jest nieopłacalna. Jeśli przekona się o tym dzieciak powiedzmy dziewięcioletni skutki będą opłakane.

Co jeszcze daje nam szkoła? Ano cóż. Przejdźmy do aspektów medycznych. Szkoła daje nam siedzenie w ławkach po sześć, siedem godzin dziennie, a podczas przerw spokojne spacerowanie. Plus obowiązkowe dwie godziny wuefu, najczęściej na wylanym asfaltem podwórku, albo na brudnym korytarzu. A tak na marginesie. Czy fatalna kondycja naszej piłki nożnej nie jest czasem spowodowana asfaltowaniem boisk? Bramkarz w pogoni za piłką chętnie rzuci się na trawę lub nawet w błoto, ale czy równie chętnie zapozna się z urokami asfaltu? Z małych piłkarzy z czasem wyrosnąć mogą dorośli piłkarze… nie umiejący bronić bramki!

Siedzenie w niewygodnej pozycji i noszenie przeładowanych teczek powoduje skrzywienia kręgosłupa, a trzeba pamiętać, że niekiedy siedmiolatek dźwiga w tornistrze nawet pięciokilogramowy ładunek. Wady postawy ma zdaje się około 60 % dzieci. Wszystkie wywołane są zablokowaniem naturalnych możliwości rozwoju ciała. Mówiąc o aspektach medycznych nie należy zapominać też o skutkach długotrwałego stresu, na jaki narażony jest niemal każdy chodzący do szkoły. Efekty widać potem podczas poboru. Różne dolegliwości psychiczne, oraz wady fizyczne powodują eliminację z szeregów poborowych blisko 50 % dziewiętnastolatków. Najczęstsze przyczyny przyznania kategorii D to: nerwica, depresje, zespół dezadaptacyjny, urojenia maniakalne, psychozy etc. W większości wywołane przez chodzenie do szkoły…

Przemoc w szkole? Na dobrą sprawę zostanie wykorzeniona chyba tylko razem ze szkołą. W szkole w każdej chwili człowiek jest gnębiony. Nauczyciel gnębi ucznia, ten wyżywa się na słabszym. Kujony traktują z pogardą głupków, głupki mszczą się na kujonach. Rozbrykana klasa terroryzuje nauczyciela. W zawodówkach i sporej części liceów pojawiała się przejęta z wojska tzw. fala. (notabene zjawisko wysługiwanie się młodszymi przez starszych w szkołach angielskich zwane “fagizmem” odnotowała już literatura XIX wieku). W każdej szkole a niekiedy i w klasie znajdziemy co najmniej pracę typów antypatycznych z którymi nie zamierzamy utrzymywać żadnych stosunków towarzyskich. Tymczasem w ich obecności musimy spędzać po siedem - osiem godzin dziennie. Co oczywiście odbija się na psychice.

Czy szkoła może zagrozić życiu? Oczywiście może. Człowiek z rozwiniętą depresją na podłożu przeżyć szkolnych ma niewielką szansę długo pożyć. Jeśli nie popełni samobójstwa jeszcze podczas nauki, zrobi to wkrótce potem. Czasem wyręczy go organizm. Swojego czasu prasa szeroko pisała o śmiertelnym zawale serca u osiemnastoletniego licealisty. Choć i tak jest już nieco lepiej. Kurier Warszawski w 1899 roku podawał statystykę samobójstw uczniów szkół zaboru pruskiego. w ciągu 10 lat (1889-1899), odebrało sobie życie ponad 400 uczniów, w tym ponad dwadzieścia dziewcząt. Uwzględniono tylko przypadki samobójstw popełnionych w szkołach (!), oraz jednoznacznie wiążących się z przeżyciami szkolnymi. W Polsce obecnie takiej statystyki nie prowadzi się, jednak od czasu do czasu prasa, głównie brukowa, donosi o dramacie kolejnych licealistów, którzy nie zdołali znieść humorów nauczycieli - psychopatów i wybrali niepewny los na tamtym świecie…

Czy szkoła jest potrzebna? Przydaje się określonym grupom społecznym. Praca w szkole jest wymarzonym zajęciem dla psychopatów, socjopatów, sadystów i zboczeńców. W szkole przystań życiową znajdują życiowe fajtłapy, które nie zdołały załapać się do ciekawszej i lepiej płatnej pracy. Na prowincji szkoła jest instytucją zmniejszającą bezrobocie, zwłaszcza wśród rodziny i znajomych dyrektora. Wreszcie na szkole żeruje spora grupa urzędników. Nieliczni pedagodzy z prawdziwego zdarzenia nie są w stanie zwalczyć niekorzystnych tendencji.Czy szkoła jest potrzebna uczniom? Oczywiście nie. Im potrzebne jest wykształcenie. A jego raczej nie zdobędą w szkole.

Obecnie w dobie internetu i tanich nośników informacji instytucja szkoły, jako zbędna i szkodliwa może spokojnie odejść do lamusa. Dziecku wystarczy dać komputer z modemem i dostęp do odpowiednich stworzonych specjalnie dla niego baz danych. Sześcio - siedmiolatek nauczony korzystania z komputera poradzi sobie bez problemu ze ściąganiem potrzebnych mu materiałów. Raz w miesiącu uda się do dzielnicowego ośrodka egzaminacyjnego i zda przyswojony materiał. W każdej chwili do jego dyspozycji będzie też kilku nauczycieli ukrytych gdzieś na końcu internetu, których będzie mógł za pośrednictwem meila zapytać o taki, czy inny szczegół. Jeśli zainteresuje go jakiś problem, będzie mógł ściągnąć sobie nagranie z wykładów uniwersyteckich, lub literaturę fachową. Program miesięczny będzie programem minimum. Dzieci inteligentne w tym czasie mogą przyswoić dwa lub trzy razy więcej informacji. Dzięki temu podstawówkę skończą w wieku nie piętnastu, ale dziesięciu czy jedenastu lat. Zwykłe zestawienie dat rozpoczęcia i zakończenia nauki pozwoli natychmiast wyłapać najzdolniejszych. Można będzie im podsunąć nieco poszerzone dane, i ogólnie wziąć pod obserwację. Przydzielić profesorów do konsultowania trybu nauki. Dzikie temu posunięciu szybko można wyselekcjonować grupę najwartościowszych, w przyszłości stanowiących elitę intelektualną naszego narodu. Obecnie na każdego odkrytego młodego geniusza przypadają dziesiątki zmielonych przez system szkolny… Rokrocznie tracimy w ten sposób niezmierzony potencjał intelektualny.

Wszystko to odbędzie się minimalnym kosztem. Już w pierwszym, roku po likwidacji szkół wydatki zwrócą się wielokrotnie. Pomyślmy… Państwo nie będzie musiało łożyć na utrzymanie kilkudziesięciu tysięcy nauczycieli, zastąpi ich kilkuset najlepszych i dobrze opłacanych. (Oczywiście obok państwowej oświaty będzie też mogła istnieć prywatna i społeczna). Pojawia się pytanie co robić ze zwolnionymi pedagogami. Średnia wieku w szkolnictwie jest na tyle wysoka, że większość bez problemu można wysłać na emerytury, spory odsetek zamknąć w zakładach dla umysłowo chorych, a pozostałych przekwalifikować na strażników więziennych i ochroniarzy, (nawet nie zauważą różnicy). Odpadnie koszt utrzymania tysięcy szkół. W pustych lokalach urządzić można hurtownie, warsztaty, czy ośrodki reedukacji dla byłych nauczycieli. Rodzice nie będą musieli wydawać co roku bajońskich sum na zakup podręczników. Zastąpią je bez trudu CD-Romy i krążki DVD. Koszt wytłoczenia jednego oscyluje w granicach złotówki, a mieści się na nim około miliona stron maszynopisu. Napisanie każdego rozdziału podręcznika można powierzyć innemu profesorowi a przy tym hojnie go opłacić, po rozbiciu kosztów na milion tłoczonych krążków, uzyskamy sumy zaniedbywalnie małe. Uczniowie kupią sobie krążki na własność, najbiedniejsi odkupią od nich używane, jak to się obecnie praktykuje z podręcznikami. W ostateczności można urządzić wypożyczalnie. Z komputerami też nie będzie większego problemu. Spory odsetek dzieciaków już ma w domach takie urządzenia. Reszcie zapewnić można bardzo tanie. Skąd je wziąć? Ano z Tajwanu. Tylko trzeba zrezygnować z cła i podatku wat, a maszynę kosztującą obecnie dwa i pół tysiąca będzie można kupić za 300 - 400 złotych. Po rozłożeniu tego na raty uzyskamy kwoty na które pozwolić sobie będą mogły nawet rodziny bardzo wielodzietne. Przy zastosowaniu systemu operacyjnego linuxkoszta oprogramowania spadną praktycznie do zera. Można też pójść o krok dalej i zwolnić z cła i watu wszystkie komputery sprowadzane do kraju. Efekt będzie taki, że cudzoziemcy zamiast przepłacać u siebie kupować będą je u nas. Ale wróćmy do tematu.

Po reformie szkoły odpadnie problem z wagarowiczami, bo uczyć można się będzie kiedy dusza zapragnie a rodzice pozwolą. Dla naszego umysłu nie ma większej różnicy czy przyswajamy wiedzę od ósmej do piętnastej czy od jedenastej do pierwszej w nocy. Spory odsetek dzieci ma wynikającą z uwarunkowań genetycznych potrzebę długiego snu. Dzieciak taki wysłany na ósmą do szkoły i tak przez pierwsze dwie godziny nauki będzie siedział bezmyślnie i walczył z ogarniającą go sennością. W tym czasie oczywiście niewiele sobie przyswoi wiedzy. Moje własne obserwacje dowodzą, że dla wielu ludzi właśnie noc jest okresem najintensywniejszej pracy umysłowej. Ciemność i cisza sprzyjają skupieniu… A jeśli trzeba będzie przez kilka dni odpocząć to też nic nie stoi na przeszkodzie.

Już słyszę głosy oburzenia. Argumenty, że dzięki mojej metodzie tysiące bachorów natychmiast stanie się bandziorami, bo pozbawieni wychowawczego wpływu szkoły… Po pierwsze nikt tego jeszcze nie próbował. (Poza Australią gdzie nauka przez radio a obecnie przez Internet wobec nikłej gęstości zaludnienia jest stosowana od lat czterdziestych, daje wymierne efekty i zdobywa coraz większą rzeszę zwolenników). Po drugie szkoła nikogo jeszcze nie wychowała. Wychowuje dom rodzinny i otoczenie. W tym przypadku likwidacja szkoły wyjdzie uczniom tylko na dobre. Bo pomyślmy, z kim zetknąć się może dziecko w szkole? Ano z młodymi złodziejami, nieletnimi handlarzami narkotyków i narkomanami oraz cała masą rozmaitej młodocianej swołoczy. Dla jednostek które nie będą w stanie się przystosować i samodzielnie realizować miesięcznych porcji programu należy zostawić na postrach w każdym większym mieście po jednej szkole starego typu. Szczególnie zatwardziałych zwolnić z obowiązku. I tak niczego się nauczą a społeczeństwo sobie bez nich poradzi.

Szkoła obecna ma jedną cechę dość istotną, a przy tym pozytywną. Nawiązują się w niej przyjaźnie i sympatie, często utrzymujące się przez całe życie. W nowej szkole znajomości można nawiązywać przez sieć. Za pomocą Internetu można wymieniać poglądy z koleżanką na drugim końcu Polski, albo np. w Kanadzie. W ostateczności spora grupa spotka się raz w miesiącu podczas zdawania przyswojonego materiału.

Odniesione natychmiastowe korzyści w zupełności zrównoważą ewentualne straty. Nowe pokolenie uczniów będzie zdrowsze, mądrzejsze, dzięki internetowym bibliotekom bardziej oczytane, dysponujące dostępem do najnowszych osiągnięć wiedzy. No i na koniec trochę socjalizmu: System ten ma też jeszcze jedną ważną zaletę. Wyrówna szanse dzieci z miast i ze wsi. Biednych i bogatych. Natychmiast i praktycznie za darmo.