1

 

 

Jest to zbiór najciekawszych notatek, komentarzy politycznych i przemyśleń z mojego bloga na nie istniejącym już portalu NetBird. Ukazywały się od jesieni 2009-tego do połowy 2010-tego kiedy to serwis przestał funkcjonować.

Andrzej Pilipiuk 

************************************** 2009 ***************************************

 

Mądrość na poziomie bazaru

Nasz prezydent podpisał tzw. „traktat lizboński”. Rozumiem że są sytuacje historyczne w których przywódca musi sprzedać swój kraj. Tylko dla czego do cholery tak tanio!? Historycy analizujący proces wstępowania Polski do wspólnot europejskich za sto czy dwieście lat będą rżeli ze śmiechu jak osły. Bo jak to wygląda? Nasi negocjatorzy pojechali do Brukseli padli na kolana spuścili spodnie i wypięli zady, po czym zaskamlali zgodnym chórem „przyjmijcie nas, chcemy wejść do UE za wszelką cenę”. Zabrakło im zwykłej codziennej mądrości średnio rozgarniętego bywalca bazarów. Jak należało to zrobić? Przyjmijmy że jest znowu rok 1993 i chcemy wejść do UE. Należało zatem wysłać jedną delegację do Waszyngtonu – niech negocjuje nasze wejście do NAFTA. Drugą delegację posłać do Moskwy – niech pogada o zniesieniu barier celnych i kapitałowych bo Polska rozważa wstąpienie do WNP. Należało też zacieśniać stosunki z grupą Wyszehradzką. W efekcie przestraszone kacyki z UE przysłały by delegację do nas. Potem należało by ich dłuższy czas zbywać, lekceważyć, mnożyć trudności. Posłać delegację do Chin, do Brazylii – niech gada o stowarzyszeniu z krajami grupy MERCOSUR. U wreszcie po 3-4 latach łaskawie pozwolić by UE przedstawiło swoje propozycje. I z miejsca je bezlitośnie wyśmiać wyjaśniając (łgarstwo w polityce bywa cnotą) i NAFTA i WNP na wstępie oferują lepsze warunki. „Pomyślcie robaczki i wrócicie z lepszą ofertą. Tylko nie za tydzień a za trzy lata bo sami rozumiecie mamy teraz dużo roboty z procesem integracji Europy Wschodniej”. Niestety historia zapamięta naszych dyplomatów nie jako mężów stanu, a jako skamlających FRAJERÓW. Dziś jest za późno. Ale jeszcze wczoraj była okazja coś wyszarpać. Wszyscy którzy się stawiali coś ugrali. W ciągu ostatniego miesiąca swoje zyski polityczne i ekonomiczne odnotowali niemcy i Irlandczycy. Co należało zrobić? Prezydent powinien powiedzieć wprost: no dobra ewentualnie kiedyś podpiszę, ale najpierw pogadamy o konfiturach. Chcemy dostać to co niemcy i Irlandczycy razem wzięci i jeśli naprawdę Wam zależy na tym głupim traktacie to dorzućcie coś jeszcze.

 

Pazerność "naszych"

Coraz więcej ludzi ma kłopoty ze spłacaniem kredytu. Media opisują te problemy na przykładzie 28-letniej kobiety która kupiła mieszkanie i teraz zarabiając 4 tyś (5,6 tyś brutto) ledwo wyrabia na kolejne raty. Widzę tu aż dwa zagadnienia sprowadzające się do jednego mianownika: chciwości władzy.

1) Pazerne „nasze” państwo konfiskuje kobiecie w podatkach aż 1,6 tyś zł miesięcznie. Zapewne zdziera też spory ZUS. Gdy dziewczynę eksmitują zapewne straci też pracę i przestanie odprowadzać jakiekolwiek podatki. Czy to ma sens? Już starożytni tyrani mawiali że owce należy strzydz a nie obdzierać ze skóry.

2) Kobieta ma pieniądze – kilka może kilkanaście tysięcy odłożone na II filarze. Teoretycznie należą do niej. Dlaczego nie może z nich skorzystać by się ratować?

 

Dumając jeszcze nad kredytami...

Około 120 miliardów złotych zebrali Polacy na tzw. II filarze.Gdyby pozwolić ludziom wycofać te środki z przeznaczeniem na cele mieszkaniowe (budowa domów, zakup mieszkań, zamiana mieszkań na większe, spłata kredytów) ta kwota pozwoliłaby na zbudowanie około 30 milionów metrów kwadratowych dodatkowej powierzchni mieszkalnej. Za te pieniądze można by zatem teoretycznie uzyskać jakieś 700 tysięcy dwupokojowych mieszkań o powierzchni do 40 metrów kwadratowych. Przy okazji dla ich wzniesienia potrzebni byliby robotnicy, zarówno na budowach jak i w cementowniach, cegielniach, stolarniach hutach… Praca i własne mieszkanie to dla wielu ludzi zachęta do zakładania rodziny i rozmnażania. Za jednym zamachem likwidujemy bezrobocie, poprawiamy przyrost naturalny, zapewniamy setki tysięcy mieszkań chętnym.

Proste? Niestety nie. Tych pieniędzy nie da się bowiem wycofać. De facto nie wiemy nawet czy one istnieją. OFE kupiło bowiem za nie m.in. obligacje „naszego” państwa. Sprzedaż aktywów wywróciła by wszystko…

 

Tragedia Ukrainy

Tragedią Ukrainy jest jej historia. Gdy Polak patrzy w przeszłość znajduje wszystko co jest mu potrzebne. Bogactwo epoki Jagiellonów, ogromny dorobek kultury szlacheckiej, chwalebne dzieje oręża, tradycję walki za wolność „naszą i waszą”, ofiarę powstań narodowych. Ale też parokrotną odbudowę zniszczonego kraju, przemysłowców, filantropów, wynalazców, mężów stanu. Mamy harcerstwo, spółdzielczość, samopomoc studencką w wykonaniu Młodzieży Wszechpolskiej. Oraz oczywiście trochę śmieci, błota i syfu ukrytych wstydliwie tu i ówdzie.

Historia to kufer skarbów dla ludzi wszelkich opcji i sympatii politycznych. Polak narodowiec czcił będzie bohaterów z NSZ, centrowiec odwoła się do tradycji AK, ludowiec z dumą oświadczy że BCh było największą ludową partyzantką w dziejach, nawet Polak komunista obok zwałów obornika znajdzie w annałach parę potyczek AL z niemcami.

Ukrainiec patrząc na przeszłość swego kraju ma problem. Elity narodu polonizowały się lub rusyfikowały. Jeden z najwybitniejszych twórców - Nikołaj Gogol pisał wyłącznie po rosyjsku. Dorobek piśmienniczy dawniejszych epok jest mizerny. Miasta na Ukrainie były polskie, rosyjskie, ormiańskie, żydowskie, Rusini czasem tylko wchodzili w skład rady.

Ukraińska inteligencja powstała w II połowie XIX wieku po czym nim na dobre okrzepła legła pokotem na pobojowiskach I wojny światowej, została przetrzebiona przez Polaków w bratobójczych walkach o Galicję, a następnie dobita i unicestwiona przez sowietów.

Ma kozaków zaporoskich, którzy dokonali cudów waleczności ale niestety i łomot zebrali i Żydów rżnęli i sprzymierzyli się z muzułmanami, a na koniec poszli na żołd carów i ulegli wynarodowieniu. Ma Strzelców Siczowych którzy choć walczyli dzielnie, zebrali niestety łomot od sowietów i „białych” a na zakończenie zostali internowani i rozbrojeni przez „Lachów”. I wreszcie II wojna światowa.

Ukrainiec komunista może się odwołać do tradycji sowieckiej partyzantki, w której szeregach walczyli Ukraińcy. Walczyli z niemcami ale i ukraińskim chłopom się przy okazji straszliwie oberwało. Ukrainiec nacjonalista może wspomnieć półgębkiem SS-Hałyczyna i krwawy bój tej formacji pod Brodami. Wreszcie jest bardziej „neutralna” i akceptowalna UPA. Z tą ostatnią jest jednak problem bo obok Lachów i Żydów wyrżnęła też ok. 80 tyś „swojaków”. Ciekawy jest okres powojenny działań tej formacji. Próby rozmów między „panami a rezunami”, rajd do Rumunii, ostatnie oddziały leśne rozbite na sowieckiej Ukrainie w 1961 roku.

Każdy naród potrzebuje bohaterów. Potrzebuje zaczynu, idei historycznej która spaja naród. Problem w tym że nasi bracia Rusini mają problem z kandydatami na pomniki. W tej chwili stawiają na „herosów’ z UPA. Nie wróżę tu łatwego pojednania.

 

Wraca stare...

Czkawką wraca w mediach temat eutanazji. Co szczególnie przerażające w dyskusjach internetowych zwolennicy stopniowo uzyskują przewagę. A fakty? No cóż nie są mocną stroną rozdyskutowanego szczeniactwa.

W Holandii wykonuje się obecnie 19 tyś eutanazji rocznie. (1/5 wszystkich zgonów). ok. 4,5 tyś można zakwalifikować jako samobójstwo wspomagane. Chory na wyraźne żądanie otrzymuje trutkę, łyka w obecności lekarza i przenosi się do świata lepszego niż Holandia. W pozostałych ¾ przypadków mamy do czynienia z uśpieniem terminalnym. Dogorywający pacjent dostaje końska dawkę środków znieczulających po których zapada w śpiączkę. Odłącza się odżywianie i po 2-3 dniach następuje koniec.

Co do zgody na takie praktyki – tu jest problem. Coraz częściej pacjenta nikt o nic nie pyta. Zrezygnowano z kilkuetapowego postępowania, zrezygnowano z obowiązkowych konsultacji z drugim lekarzem. Zaczęto po prostu ordynarnie dobijać. W 10% przypadków dobija się wbrew wyraźnej woli chorego.

Wraca stare… Gdy byłem mały niejednokrotnie przechodziłem z Babcią koło szpitala w Chełmie. Znajduje się tam niewielki kurhan – miejsce gdzie spoczęły zwłoki około 500 umysłowo chorych rozstrzelanych przez nazistów w styczniu 1940 roku. Ilekroć wraca temat eutanazji przypomina mi się ksiązkaGittySereny – „W stronę ciemności” – wywiad z Otto Stanglem – „pracownikiem” Sobiboru, później komendantem obozu śmierci w Treblince.

Nazista ten „karierę” zaczął przy programie T4. „Popracował”, przy dobijaniu dzieci i zdemenciałych staruszków. Potem skierowano go od innych „zadań” w okupowanej Polsce. Wreszcie trafił do Sobiboru gdzie ku swojemu zaskoczeniu spotkał starych współpracowników. Personel z programu T4 został przerzucony na nowy „front robót” – do gazowania Żydów. „Ostateczne rozwiązanie” wymagało odpowiednich ludzi. Spece od eutanazji, umiejący gasić życie ludzkie spokojnie i na zimno byli dla nazistów cenną kadrą. Program T4 zaczęto realizować w 1939-tym roku. Na ponury żart historii zakrawa fakt że zginęli w nim pospołu kuzynka hitlera i brat obecnego Papieża. W 1940-tym miały miejsce masowe zbrodnie na pacjentach polskich szpitali psychiatrycznych. W 1942 uruchomiono pierwsze obozy śmierci.

Zaledwie trzy lata minęły od pierwszego zastrzyku z trucizną do uruchomienia pierwszej komory gazowej. I – powtórzę – robili to ci sami ludzie. Europa nie chce już o tym pamiętać.

 


 

Zabierają dzieci

W Szkocji władze odebrały rodzicom siedmioro dzieci - w tym noworodka. Powód? Dzieci były za grube. Każdy myślący człowiek zdaje sobie sprawę jak wiele jest wokół rodzin patologicznych i że są sytuacje gdy dzieci trzeba rodzicom odebrać – po prostu aby je ratować. Jednak wieści z Wielkiej Brytanii niepokoją. Dlaczego? Po pierwsze podano wagę tylko dwójki odebranych – 14 latek miał ważyć około 100 kilogramów. Nie podano jednak żadnych informacji o jego wzroście. Nie wiemy czy była to zwykła otyłość czy monstrualna otyłość… Po drugie dzieci odebrano decyzją urzędnika. Nie odebrał ich sąd ale ktoś siedzący za biurkiem. Dzieci odebrano nie na mocy wyroku sądowego poprzedzonego postępowaniem, ale decyzją administracyjną. Po trzecie nie jest to pierwszy przypadek. Nie tak dawno para dziadków straciła dwójkę maluchów. Urzędnik uznał że dziadkowie są za starzy by się dziećmi opiekować i przekazał je …parze gejów. Media donosiły ostatnio że dziecko zaraz po urodzeniu straci szesnastolatka która nieopatrznie zaszła w ciążę. Podobne doniesienia wskazują że na wyspach dzieje się coś bardzo niedobrego.

Poza tym powstaje precedens. Biurokraci zdobywają nowe „prawa”. Jedni ludzie stracili dzieci bo byli za starzy. Drudzy – bo dzieci były za grube. Kolejna matka - „bo za młoda by wychować”. Czym to się skończy? Zapewne jak w Chinach – koniecznością uzyskania pozwolenia na każde dziecko. A ja mam skojarzenia z wcale nie tak odległą historią. Z czasami gdy polskie dzieci porywali hitlerowcy.

 

Dzisiaj o małpach

W krajach trzeciego świata małpy są straszliwymi szkodnikami upraw. Problem z nimi polega nie na tym, że małpa ukradnie Murzynowi banana. Problem polega na tym, że małpa zrzuci kiść bananów, nagryzie dwadzieścia, resztę podepcze i pójdzie dalej. Małpa niszczy nawet dwadzieścia razy więcej żywności niż faktycznie zje. Kto nie wierzy – polecam wycieczkę do ZOO i obserwację tych zwierząt w porze karmiołki.

Polscy politycy przypominają małpy. Polski polityk by zgarnąć 20 tysięcy zł łapówki bez mrugnięcia okiem narobi strat za dwieście milionów.

 

Wszystkie Ofiary stanu wojennego.

Mija kolejna rocznica wprowadzenia Stanu Wojennego. Przy okazji wspomina się ofiary tej „operacji”. Wspomina się je niestety wybiórczo. Wszystkie media powtarzają jak mantrę: kilkanaście ofiar śmiertelnych, w tym dziewięciu górników z kopalni „Wujek”. Dopiero w 2006 Instytut Pamięci Narodowej podał swoje oszacowanie: (w okresie od 13 grudnia 1981 do 22 lipca 1983) zastrzelono lub zakatowano na śmierć 56 osób. Dziennikarze jeszcze się tego nie nauczyli.

Do tej liczby często dołącza się nazwiska z tzw. “listy Rokity”. Komisja pod przewodnictwem tego polityka na pocz. lat 90-tych badała sprawę ok. 400 morderstw i niewyjaśnionych zgonów członków i sympatyków opozycji które nastąpiły w latach 1982-91. Ustaliła wówczas że w ok. 150 sprawach ślady mataczenia są na tyle wyraźne że należałoby wznowić śledztwa. (oczywiście nie zrobiono nic…). Niezależne media przychylają się do tezy się że w okresie 1981-83 zabito lub zamordowano około setki uczestników strajków, oraz działaczy i sympatyków opozycji.

A ja się zastanawiam nad ciemną liczbą nad którą nie debatują historycy. Ilu starych i schorowanych ludzi umarło przez pierwsze noce stanu wojennego tylko dla tego że nie było możliwości wezwania pogotowia ratunkowego? Cukrzycy, zawałowcy, ludzie z udarem mózgu, powikłaniami umierali odcięci od świata. Jedni samotnie inni ratowani w miarę możliwości przez rodzinę i sąsiadów… Ile porodów trzeba było odebrać w warunkach domowych? Pogotowie w samej Warszawie w ciągu jednej nocy podejmuje około tysiąca interwencji. Przez pierwsze noce stanu wojennego nie miało nocnych przepustek. Potem łaskawie zezwolono by obywatele mogli wzywać je za pośrednictwem wyposażonych w radiotelefony patroli MO.Ilu ludzi zabił brak sygnału w słuchawce?

 

4 miliony dzieci? Da się zrobić

Parę lat temu w epoce „straszliwego dwukaczyzmu” nieoczekiwanie nastąpił skok demograficzny. Na moim osiedlu widoczny był aż nadto wyraźnie. Nagle pojawiły się kobiety w zaawansowanej ciąży, nieoczekiwanie zaroiło się od rodziców i babć pchających wózki z maluchami.

Obserwowałem tę sytuację, usiłując dojść przyczyn. Okres rządów PiS & Przystawek pamiętam jako czas względnej prosperity – pieniądze za książki zaczęły spływać szybciej i bardziej regularnie. Akurat zmieniałem mieszkanie na ciut większe – kredyt dostałem nieomal od ręki. Patrząc w koło i wyciągając wnioski z obserwacji, doszedłem do konkluzji, iż minieksplozja demograficzna nastąpiła z połączenia kilku czynników powiązanych w ciąg przyczynowo-skutkowy.

1) Likwidowano zatory płatnicze - ludzie mieli więcej pieniędzy.

2) Poluzowano politykę kredytową – ludzie zainwestowali te pieniądze w zakup mieszkań.

3) Posiadanie mieszkania – choćby z obciążoną hipoteką – natchnęło spory odsetek z nich do realizacji wcześniej odkładanych „planów dynastycznych”.

4) Nastąpił boom budowlany, a jednocześnie ok. 2 milionów Polaków pojechało do pracy na Zachód. Spory odsetek przysyłał pieniądze do kraju lub powróciwszy zainwestował oszczędności we własne cztery kąty.

Czyli kluczem do zagadki zwiększonej rozrodczości okazały się mieszkania. Potem niestety zaczął się okres „Cudów Rudego Donka” i budowy „Drugiej Irlandi”. Cuda wyszły głównie na papierze, drugą Irlandię zbudowano, ale w jej wersji z połowy XIX wieku i przyrost naturalny skończył się wraz z boomem budowlanym.Nadal jak się oblicza 2 miliony polskich rodzin chciałyby przenieść się na swoje. Czy zatem budowa przysłowiowych 2 milionów mieszkań jest możliwa? W zasadzie nic nie stoi na przeszkodzie. Jedynym problemem jest cena metra kwadratowego kompletnie nieadekwatna do naszych zarobków. Ponieważ podniesienie zarobków niezbyt „naszym” władzom wychodzi, popatrzmy od drugiej strony – czy możliwe jest obniżenie cen?Tak.Należy tylko podejść kompleksowo.

1) Grunta

Na cenę mieszkań znacząco wpływa cena gruntów i dostępność działek, które można przeznaczyć pod zabudowę. Wystarczy rozejrzeć się po naszych miastach, by bez trudu dostrzec ogromne areały ziemi leżącej odłogiem. Jadąc z centrum Krakowa na moje osiedle, mijam całe kilometry kwadratowe pustek, nieużytków, chaszczy. To wszystko tereny należące do państwa. Władza nie robi z nimi nic. Ziemia leży odłogiem, zarasta krzakami, staje się miejscem dzikich wysypisk śmieci. Urzędnikom problem zwisa do tego stopnia, że nawet nie pokuszą się o sprzedaż jej kolesiom.

Drugi problem to pola. W obrębie naszych miast żyją… rolnicy. Pola uprawne, często orane jeszcze poczciwym konikiem, znajdują się o rzut beretem od linii warszawskiego metra. Chłopi nie chcą sprzedawać ojcowizny, a odrolnienie tej ziemi to droga przez urzędnicze rafy i konieczność wniesienia gigantycznych opłat adiacenckich (od wzrostu wartości nieruchomości gminy rąbią słony haracz).„Dwukaczystowski” projekt automatycznego odrolnienia wszystkich gruntów ornych w obrębie miast upadł. Tysiące hektarów ziemi w atrakcyjnych punktach nadal zamiast mieszkań będą rodzić kartofle.Jako pierwszy krok należy zatem wyprzedać grunty państwowe i odrolnić grunty prywatne. To zapewni tereny pod budownictwo.

2) Biurokracja.

W epoce komunistycznego zamordyzmu prawo budowlane liczyło 4 strony maszynopisu. Dziś stron tych jest kilkadziesiąt. Potencjalny inwestor, by budować dom lub blok mieszkalny, na dzień dobry musi załatwić bodaj 17 różnych zezwoleń.Drugim krokiem powinna być bezwzględna rozprawa z barierami biurokratycznymi.

3) Ceny i koszta.

Na cenę przyszłego domu lub mieszkania składają się głównie koszta materiałów budowlanych i robocizny. Maszerując ku zjednoczeniu z UE, kraj nasz wprowadził wiele głupich i szkodliwych praw – m.in. idiotyzm wszechczasów – podatek VAT. Na materiały budowlane obowiązuje stawka maksymalna – 22%. Podatek ten rodzi dodatkowe koszta obsługi biurokratycznej. Bez niego przysłowiowa cegła byłaby o ¼ tańsza!Podatku tego znieść już nie możemy. Jest jednak wyjście z tej patowej sytuacji – urząd skarbowy może zwolnić dowolną osobę fizyczną bądź podmiot od konieczności jego uiszczenia. Może zatem dla rozwiązania problemu wystarczy zwalniać każdego chętnego?

Podobnie załatwić można kwestię podatku VAT od usług budowlanych. Dałoby to realny spadek kosztów budowy o 25%. Budżet też by na tym nie stracił – boom budowlany nakręciłby koniunkturę w wielu branżach.Warto przypomnieć, że na początku okresu transformacji ustrojowej posiadaliśmy w systemie podatkowym m.in. tzw. dużą ulgę budowlaną. Może dla wsparcia koniunktury warto pomyśleć nad jej przywróceniem? Pisałem też wcześniej o ogromnych kwotach leżących na drugim filarze OFE.Trzecim krokiem powinno być zatem konkretne uderzenie po lepkich paluszkach fiskusa.

4) Tzw. ekologia.

Produkcję materiałów budowlanych ograniczają poważnie dwa czynniki. Pierwszym są przepisy ustaw o „ochronie” kopalin, zakładające wprost limity wydobycia glin, margli i żwirów. Drugim wchodzące w życie limity emisji CO2 – które wymuszą ograniczenia produkcji lub wzrost cen cementu i cegły tradycyjnej.Czwartym krokiem powinna być zatem ostra rozprawa z ekoterrorystami.

5) Technologie.

W Polsce pokutuje masa „mitów budowlanych” – irracjonalnych przyzwyczajeń. Ot, choćby piwnice. „Prawdziwy dom musi być podpiwniczony”. To nic, że w ziemię pcha się metry sześcienne cennych materiałów, to nic, że trzeba to forsownie izolować, to nic, że podpiwniczenie podnosi koszt budowy o 30-40%. Piwnica być musi. W chwili obecnej to się na szczęście zmienia…

Drugi przesąd: „Wiatry teraz takie - tylko murowaniec się im oprze”. Nadal popularne jest stawianie domów z betonu, cegły i pustaka. Szczęśliwie tania i zdrowa technologia domów z bali i konstrukcji szkieletowych wraca powoli do łask.Niestety, droga przed nami jeszcze daleka…Piątym krokiem powinna być zatem edukacja technologiczna oraz szerokie podpatrywanie dobrych rozwiązań realizowanych w innych krajach.

6) Mieszkania czy domy?

Na moim osiedlu na terenie około 5 hektarów znajduje się kilkanaście 2-4 kondygnacyjnych bloków mieszczących łącznie około tysiąca mieszkań. Na każdego z mieszkańców przypada więc średnio 100 m2 powierzchni osiedla.A gdyby podzielić inaczej? Te 5 tys. mieszkańców mogłoby zamieszkać w domkach szeregowych z ogródkami… I ta sama liczba ludności zostałaby zatem upchnięta na identycznym areale, ale za to w znacznie bardziej komfortowych warunkach…

2 miliony domków na małych działkach? To raptem tysiąc kilometrów kwadratowych. 0,3% powierzchni kraju. Dwa miliony rodzin na swoim w szybkim tempie wyprodukuje cztery miliony dzieci.W 2015 roku może nas być ponad 40 milionów.

 

Wolność słowa? Tak ale...

Problemem wszystkich generałów jest to że są doskonale przygotowani do poprzedniej wojny. Cóż - sztuki taktyki uczą się analizując manewry wykonane przez dawnych wrogów i sojuszników. W walce politycznej występuje zjawisko analogiczne. Ludzie zakładają partie i chcąc pochwycić władzę zaczynają robotę dokładnie według XIX wiecznych wzorców. Struktura pionowa i pozioma, zebrania w lokalach partyjnych, rozmowy do późna, hektolitry kawy, kilogramy tytoniu, odezwy, biuletyny, ulotki plakaty… Tymczasem dziwnym trafem to nie działa.

Pod koniec istnienia komuny, w ostatniej dekadzie PRL narodziły się RUCH, KPN, ROBCiO, KOR, wreszcie Solidarność. Wszystkie te organizacje działały dokładnie tak samo, szły stuletnim szlakiem wytyczonym przez PROLETARYAT, PPS, bolszewików, mieńszewików. Szły całkiem skutecznie. Podgryzały system aż w połączeniu z krachem ekonomicznym doprowadziły do jego wywrotki. Przez cały okres zaborów, okupacji hitlerowskiej i komuny trwała nieustanna walka o wolość słowa i swobodę przepływu informacji. Ulotki, biuletyny, ksiązki, podziemna prasa, nadajniki radiowe były cennym i skutecznym narzędziem walki. Łamały monopol państwa.Do dziś wolość słowa uważana jest za swoisty fundament systemu demokratycznego. Czy słusznie?

U zarania niepodległości dziesiątki organizacji ruszyły do walki o władzę nad reformującym się krajem. Dziś nazwy większości z nich nic już nam nie mówią. Jedne umarły śmiercią naturalną inne weszły w skład nowych partii, niektóre uznane za szczególnie niebezpieczne zostały rozbite od wewnątrz i od do zewnątrz przez służby. Wszystkie działały wedle tego samego sprawdzonego schematu: ulotki, biuletyny, happeningi… Tylko że coś uległo zmianie. Generałowie poszli do boju wedle schematów dawnych bitew, ze starą bronią, ale w polu czekał już zupełnie inny przeciwnik.

Wolność słowa którą wywalczyli w krwawym boju okazała się niewiele warta wobec masowości informacji. Za komuny walka toczyła się z konkretnym przeciwnikiem. Wydawanie całej prasy nadzorowała jedna komórka, a kontrolowała jedna agenda państwowa.

W nowej sytuacji nadciągające oddziały i oddziałki nie mogły uderzyć w centrum, nie mogły wymacać sztabu przeciwnika bo tego centrum już nie było. Dziesiątki gazet puszczonych samopas zaczęły realizować różne linie programowe. (tzn. cel ogólny był jasny: konserwowanie socjalizmu i nadanie mu pozorów ludzkiej twarzy, gazety miały jednak swoje sympatie i próbowały wbijać ludziom go głów że socjalizm będą konserwować ci których redakcja lubi.)

Przez kilka miesięcy była jeszcze nadzieja. Od powstania Gazety Wyborczej do jej przejęcia przez spółkę Agora można było liczyć że pojawi się antykomunistyczny dziennik o zasięgu ogólnokrajowym. Nadzieja ta spełzła jednak na niczym. Ustalono kto będzie uprawiał politykę i w jaki sposób. Klasa polityczna zaczęła się hermetyzować. Na lodzie pozostały dziesiątki mniejszych i większych partii. Wszyscy uznani za „radykałów”… Wylądowali na lodzie pospołu anarchiści, monarchiści, dogmatyczni kapitaliści, komuniści, wolnościowcy, zamordyści, katolicy, sekciarze, ateiści… Media straciły jakiekolwiek zainteresowania nimi i ich postulatami. Dziennikarze nie przychodzili na konferencje prasowe, redakcje nie wysyłały obserwatorów na zjazdy i kongresy.

Nieliczne większe niezależne gazety, stacje radiowe i telewizyjne uległy likwidacji lub wykupieniu – często w nader podejrzanych okolicznościach. Przypomnę tu historię dziennika tv a następnie gazety pt. „Obserwator”.

Generałowie przegrywających partyjek nie wyciągnęli jednak żadnych wniosków. Sądzili ze wygrają tradycyjnymi metodami. Założyli dziesiątki własnych niszowych gazet i gazetek. Wydali setki książek i biuletynów. W międzyczasie zaczęła się era internetu, tu też podjęli atak.

Dziś cieszymy się powszechną wolnością słowa i przepływu informacji. Każdy chętny może wydawać gazetę, władza toleruje pisma neobolszewickie pospołu z antysemickimi. W internecie znaleźć można zarówno listy „żydów” jak i pisma amerykańskich liberałów z XIX wieku. Jednak przegrywamy. Przegrywamy z masowością informacji. Z wielkim stadem dziennikarskich hien biegnących w tym samym kierunku.

Wolność słowa sprawia że możemy opisać wszystko. Każdy szwindel, przekręt i niesprawiedliwość. Przeczyta to 50 tyś czytelników „Niezależnej Gazety Polskiej”. Przeczyta to 40 tysięcy czytelników „Najwyższego Czasu”. Ale „Wprost” czy „Polityka” mają tych czytelników dziesięciokrotnie więcej. A nasz czytelnik może jeszcze włączyć sobie telewizor i znowu wywrócą mu światopogląd na lewą stronę. Wolność słowa to nadal miecz. Tylko że w dzisiejszych czas nieliczny zastęp rycerzy z mieczami próbuje zawrócić z drogi gigantyczną kolumnę czołgów…

 


 

Euroateiści to durnie

W kościele luterańskim szaleje postęp a ich świątynie zioną tolerancją. Lesbijka została biskupem Uppsali. Nowotwór drąży kościół anglikański – coraz liczniejsi pastorowie przerażeni nowinkami własnej religii rozważają przejście na katolicyzm, a nieliczni myślący hierarchowie negocjują z Watykanem połączenie wspólnot. Źle dzieje się u unitów – hierarchia tego kościoła włączyła się twórczo w proces wybielania ewidentnych bandziorów z OUN i UPA. Twardym jądrem europejskiego chrześcijaństwa pozostaje katolicyzm. Na jak długo?

Na naszych oczach nasila się walka z kościołem katolickim. W Hiszpanii szaleje lewicowy premier, we Włoszech płaci się słone odszkodowania „pokrzywdzonym” ateistom, dwa tygodnie temu znana z nienawiści do katolicyzmu polska feministka została przewodniczącą komisji Parlamentu Europejskiego d/s przestrzegania świeckiej polityki i rozdziału kościoła od państwa w krajach UE. W RFN i Hiszpanii krzyże ze ścian szkół zdjęto już dawno (opór stawia jeszcze katolicka Bawaria). We Włoszech karczuje się krzyże przydrożne.

Co będzie dalej? Pustka? Chrześcijaństwo różnych odmian stanowiło nie tylko fundament kultury europejskiej ale też integralny element życia codziennego mieszkańców kontynentu. Laicyzacja i ateizacja ma wpływ na wiele spraw. Przed kilkoma dekadami jak Europa długa i szeroka w niedzielę szło się całą rodziną do kościoła. Wypadało się umyć, ładnie ubrać i być przy tym trzeźwym. Dziś powszechnie panuje „kultura” totalnego luzu. Masy młodych ludzi zaczynają ostro pić w piątek po robocie by zacząć trzeźwieć w niedzielę po południu.

Przez dziesięciolecia patrząc wokół uważaliśmy że Polacy piją za dużo. Narzekaliśmy na upadek wiary. Dziś okazuje się że pod względem spożycia etanolu wleczemy się na szarym końcu wśród narodów UE, a nasza młodzież pracująca na zachodzie przeważnie postrzegana jest przez rówieśników jako banda nudnych zdewociałych abstynentów.

Alkohol i brak wiary skutkuje zanikiem rodziny i brakiem uczuć wyższych. Przypadkowe związki, przypadkowe dzieci, aborcje, masowe rozwody. O tym jak głęboki jest rozkład społeczeństwa niech świadczy fakt że w Szwecji 45% urn z prochami zmarłych pozostaje w spopielarniach zwłok. Rodziny nie odbierają ich z krematoriów. Nie grzebią. Rezygnują nawet z możliwości osobistego rozrzucenia ich na wiatr.

http://www.youtube.com/watch?v=EFIwFnrNX1M

W Holandii popularne jest określenie „depozyt genetyczny” – mówi się tak w przypadku jedynego dziecka dwójki jedynaków. Skutki wieloletniej polityki proaborcyjnej i propagandy antyrodzinnej widzieliśmy po wejściu do UE – dwa miliony Polaków bez trudu znalazło zatrudnienie na zachodzie. Zajęli wakaty – miejsca pracy których nie obsadziły wyabortowane przed laty dzieci tubylców. Co będzie dalej?

Już w tej chwili w unii europejskiej żyje kilkadziesiąt milionów muzułmanów. Przebywają w Europie zarówno legalnie jak i nielegalnie. W większości przypadków nie integrują się i nie mają takiego zamiaru. Pobierają zasiłki – zwłaszcza zasiłki na kolejne dzieci, ale pracę najczęściej podejmują na czarno i w swoim środowisku. W efekcie nie dokładają się do budżetów krajów pobytu. Nielegalnych imigrantów deportuje się jedynie sporadycznie – chronią ich organizacje obrońców praw człowieka, antyrasiści i partie lewicowe. Czemu lewicowe?

Europejscy socjaliści od lat funkcjonują w próżni społecznej. Klasa robotnicza do której kierowali swoją ofertę postmarksiści jest obecnie syta i zadowolona z poziomu życia. Pojawia się zatem potrzeba zdobycia proletariatu zastępczego – część głosów zapewniają feministki, zieloni i pożyteczni idioci. Imigranci legalni i nielegalni są tu odpowiednią klientelą. W efekcie oficjalnie laicka Francja która nie ma pieniędzy na remonty zabytkowych kościołów hojnie dotuje budowę meczetów. Dla socjalistów muzułmanie są też potencjalnymi sprzymierzeńcami w walce z chrześcijaństwem – w pierwszej kolejności katolicyzmem. I koło się zamyka. Oriana Falaci w swoich książkach przestrzegła przed tym zjawiskiem.

Zniszczenie kościołów Europy za pomocą działań administracyjnych, procesów karnych i wspierania rozkładu wewnętrznego powoli staje się faktem. Tylko jaki będzie efekt? Już dziś wokół Paryża czy Londynu znajdują się osiedla gdzie „białym” wstęp jest wzbroniony. Wyznawcy islamu mnożą się na potęgę wykorzystując system socjalny krajów UE, przy czym są całkowicie nieprzemakalni mentalnie. Idee zaniku rodziny, tolerancji wobec mniejszości seksualnych, czy laickości kompletnie do nich nie trafiają. Ich rodziny są silne i zwarte. Rozwody? Tylko jeśli mężczyzna wyrzuca kobietę z domu. Porzucenie islamu? Karane śmiercią. Cudzołóstwo? Karane śmiercią. Większość spraw nie wychodzi poza cztery ściany domu. Jeśli wychodzi - organizacje kobiece które tak chętnie walczą z „białymi” tu nabierają wody w usta. Nietolerancja? Każdy młody Arab czy Turek może przeciw prześladowcom wystawić legion braci kuzynów, wujków i stryjków. Albo poskarżyć się władzom. Świadkowie? Będzie ich mnóstwo - rodzinka pomoże. A kary za „rasizm” są drakońskie.

Większość „gości” nie akceptuje też zdobyczy cywilizacji europejskiej – praw kobiet, swobód obywatelskich, wolności słowa. Wykorzystują strach przed oskarżeniami o rasizm by wyszarpać możliwie liczne przywileje. Bogatsi po cichu kultywują niewolnictwo. Wątek prowadzonych przez Turków domów publicznych przewija się jak nitka w wielu śledztwach w sprawie porwań Polek, Serbek, Ukrainek…

W efekcie za dwadzieścia lat eurolewica ocknie się nagle w świecie gdzie zepchnięte na margines wyznania chrześcijańskie zastąpiło coś zupełnie innego. Nagle przekonają się że miejsce zniszczonego „opresyjnego i nietolerancyjnego” kościoła zajęli duchowni zupełnie innego wyznania. Nagle okaże się że bez dzieci nie ma pracowników, a bez pracowników nie ma emerytur. Młodzi muzułmanie nie będą łożyć na starych autochtonów. Pozostanie eutanazja. Oczyma wyobraźni widzą jak w 2029 roku do Polski czy na Ukrainę napływają niemcy i Francuzi. Nie pruscy rugownicy, nie butni hitlerowcy, nie zwycięskie wojska Napoleona, tylko umęczeni i zastraszeni uchodźcy skamlający o prawo osiedlenia się w ostatnich chrześcijańskich krajach Europy.

 

Monopartia?

Polacy wierzą w demokrację i pluralizm polityczny. Jest to wiara iście dziecinna gorąca i naiwna zarazem. Czy naprawdę panuje w naszym kraju system wielopartyjny? Śmiem wątpić. Wszystkie „partie” od skrajnie „prawicowej” LPR po skrajnie lewicowy SLD realizują ten sam program społeczny gospodarczy i polityczny. Wszystkie wspólnie dążą do depopulacji kraju, sztucznego utrzymywania wysokiego bezrobocia i niskiego poziomu życia obywateli. Wszystkie jak mogą tak blokują prywatyzację i prywatną inicjatywę. Wszystkie zgodnie realizują politykę zamordyzmu fiskalnego. Żadna nie dąży do likwidacji ZUS czy choćby weryfikacji 2 milionów fałszywych rencistów.

Różnice w stosunku do Kościoła i religii oraz spuścizny patriotycznej są trzeciorzędne. Stosunek do aborcji czy in vitro służy wyłącznie jako amunicja do ostrzału „wrogów”. Gdyby nie prywatne animozje pomiędzy członkami poszczególnych ugrupowań jutro można by zwołać kongres zjednoczeniowy wszystkich partii rządzących i parlamentarnych partii opozycyjnych.

Stawiam zatem tezę: w Polsce od 1944 roku rządzi monopartia. Od 1989-tego dzieli się ona na frakcje które nam przedstawiane są jako niezależne byty. Frakcje te walczą ze sobą o koryto. To ich członkom wolno. Zakazane są natomiast wszelkie działania mogące naruszyć system. Zwycięstwo jednej lub drugiej frakcji przełożyć się może co najwyżej na powołanie kilku komisji śledczych i kilka-kilkanaście procesów komunistycznych oprawców zakończonych symbolicznymi wyrokami.

 

Policzyłem

W 1979-tym roku mój Ojciec wyrwawszy się na dwa tygodnie z siermiężnego PRL-u odwiedził Szwecję. Wiedziony ciekawością podróżnika wpadł z wizytą do zakładu pracy analogicznego do tego w którym pracował. Do oprowadzenia niespodziewanego gościa oddelegowano pracownika wykonującego mniej więcej jego funkcję. Pogadali. Doświadczeń w zasadzie nie było jak wymienić – poziom mechanizacji i organizacja pracy były diametralnie inne. Szwed zarabiał wówczas tyle samo. Tylko że on zarabiał w wymienialnych koronach – mój Ojciec otrzymywał identyczną kwotę w złotówkach…

Zarobków ówczesnych w ogóle nie da się porównać. Polska przeciętna płaca po czarnorynkowym kursie wynosiła około 20 dolarów amerykańskich. Jednak struktura cen dóbr i usług sprawiała że realna siła nabywcza była wyższa. Szwed zarabiał w naszym mniemaniu niewyobrażalną fortunę, ale ceny w jego kraju też musiały nas szokować… Porównać można jedynie poziom życia.

My jedliśmy jabłka – oni banany. My mieliśmy kupowane na zapisy meble z płyty paździerzowej, oni od ręki kupowali w IKEI mebelki z litego drewna lub szlachetnych sklejek. My jeździliśmy na wakacje pociągiem nad Bałtyk, oni własnym autem do Hiszpanii lub samolotem do Grecji. U nas wynajmowało się na godziny łódkę by popływać po Zalewie Zegrzyńskim, oni własnymi jachtami buszowali po Bałtyku. By mieszkaliśmy w gierkowskich blokach z wielkiej płyty, oni w podmiejskich domach z ogrodami, lub na kameralnych osiedlach. My dychawicznymi autobusami jeździliśmy do pracy, oni mieli już rozwinięty transport publiczny i własne samochody. U nich telefon był czymś normalnym, u nas na ten „luksus” czekało się po kilkanaście lat. Wreszcie oni wszyscy mieli paszporty.

Moi rówieśnicy żyjący na zachodzie jeździli za granicę, kąpali się w ciepłym morzu, zwiedzali zabytki kultury antycznej, uczyli się w szkole angielskiego, oglądali filmy na video, a w telewizorze mieli 20 kanałów. Dla nich naturalne były letnie wyprawy wozami kempingowymi przez wolne kraje Europy. Podczas gdy oni żyli my mogliśmy sobie pomarzyć.

1989-tym komunę obalono. Urealniono kurs dolara – i naraz ludzie zaczęli zarabiać po 250-300 zielonych. Szybko wzrosły też ceny w wielu przypadkach doganiając średnią europejską lub nawet ją przekraczając. Komunę obalono – ale lewica pozostała. Reformy gospodarcze były powierzchowne. Zaniechano dekomunizacji i deubekizacji – zatem nasz pseudokapitalizm z jednej strony budowały elity złożone z partyjniaków, bezpieczniaków i kryminalistów, z drugiej strony aparat urzędniczy uparcie usiłował realizować budowę nie wolnego rynku tylko dziwacznej hybrydy – socjalizmu quasi rynkowego. Partie lewicowe okupujące 80-90% sceny politycznej skutecznie hamowały rozwój, sabotowały próby reform prorynkowych, a wszelkie nadwyżki wypracowane wbrew ich planom rozdrapywały i marnotrawiły.

Zarobki (nie mówię tu o mistycznych średnich krajowych) przez kolejne 20 lat wzrosły nieznacznie – dziś zarabia się przeciętnie około 450-500 dolarów. Do przeciętnych zarobków zachodnich brak nam nadal ¾.Jak już pisałem nie sposób oszacować strat które przyniosła nam komuna. Można to zrobić wycinkowo. Wyliczyć różnice w PKB per capita, porównać sieć dróg, infrastrukturę, tonaż statków czy tabor kolejowy. Można zapłakać nad czterdziestoma tysiącami szlacheckich dworków rozwalonych za PRL, albo wspomnieć wakacje na brudnej bałtyckiej plaży.

Za to dwudziestoletnie rządy postkomuny można ubrać w liczby. Skutkiem działań lewicowych mafii (dla niepoznaki zwanych partiami politycznymi), skutkiem sztucznych ograniczeń gospodarki, złodziejstwa, korupcji, rozbuchanego fiskalizmu, ździerstwa ze strony państwa etc. przeciętny pracujący Polak tracił około 1500 dolarów miesięcznie. Od obalenia czerwonych minęło 240 miesięcy. Zatem lewica postkomunistyczna wisi nam z tytułu utraconych korzyści po 360 tysięcy dolarów na łba.

 

Cztery klasy

Dawne społeczeństwo stanowe składało się z duchowieństwa, szlachty mieszczaństwa i chłopstwa. Za komuny wprowadzono podział na inteligencję, robotników i chłopów. Patrząc dziś na ludzi okiem kapitalisty wyróżniam cztery grupy. Grupa pierwsza to ludzie którzy stanowią elitę. Niezależnie od formalnego wykształcenia pracę mają zawsze. Gdy jej nie mają – tworzą ją. Organizują robotę sobie, potrafią ją zorganizować innym. W dawnej fabryce byliby dyrektorami. Grupa druga to samodzielni pracownicy. Nie są w stanie sami stworzyć sobie miejsca pracy ale gdy takowe obejmą wystarczą im ogólne instrukcje by dobrze i wydajnie pracować oraz posiadają umiejętności pozwalające nadzorować innych członków zespołu. W dawnej fabryce byliby brygadzistami. Grupa trzecia to zwykli pracownicy. Będą chętnie i wydajnie pracować, ale nie są zbyt lotni więc potrzebują nad sobą brygadzisty wyznaczającego konkretne zadania, w razie czego służącego też radą. W dawnej fabryce byliby zwykłymi robolami. Grupa czwarta to lenie i nieroby. Pracują tylko gdy muszą i tylko pod batem. Trzeba wyznaczać im bardzo konkretne zadania, pilnować i instruować przy pracy, oraz surowo rozliczać z ich wykonania. Niska wydajności koszta kontroli sprawiają ze ich zatrudnienie jest w zasadzie nieopłacalne. Jednym z podstawowych problemów naszego kraju jest to że panujący w nim system układów i koterii dąży do ochroną przed konsekwencjami pasożytniczego stylu życia.

 

Bezrobocie czy nierobotność?

Polska jest krajem biednym i na zawsze takim pozostanie. Przyczyn biedy jest wiele. W naszym kraju najwyraźniej widoczne są trzy: totalne lenistwo mieszkańców, brutalne grabienie nielicznych pracowitych, oraz kosmiczne marnotrawstwo wypracowanych środków. Człowiek któremu chce się pracować jest na dzień dobry skubany przez urząd skarbowy i ZUS. Od tego co zostanie mu w kieszeni płacić musi vat. Masę pieniędzy traci płacąc podatki ukryte w cenach dóbr i usług. Zdzierana forsa jest marnotrawiona. Władza hojnie dotuje miliony fałszywych rencistów, utrzymuje korpus 570 tyś urzędników, buduje sobie pałace etc. Ostatnio opracowano program dostosowania do norm unijnych Domów Dziecka. Program szczytny i chwalebny tyle że …Domy Dziecka mają być w ciągu dwu lat zlikwidowane i zastąpione strukturą opierającą się na rodzinach zastępczych. Przykłady marnowania naszych pieniędzy są rozliczne i malownicze – ale dziś napisać chciałem o tym co szczególnie mnie drażni – o zasiłkach dla bezrobotnych. Czym jest zasiłek? Nagrodą za brak zaradności życiowej. Pieniędzmi które dostaje się za sam fakt istnienia. Co więcej warunkiem jego otrzymania jest brak jakichkolwiek dochodów, zatem by go otrzymać należy stanowczo odżegnać się od jakiejkolwiek aktywności. Zasiłkobiorca za uzyskane środki robi zakupy (głównie tanie wino…) i tym samym pieniądze wracają jakoś na rynek. Socjaliści będą w tym miejscu twierdzić wręcz że dzięki zasiłkom bezrobotni generują nowe miejsca pracy. Niestety – pieniądze te nie biorą się z nikąd. By wypłacić 600 zł władza musi zedrzeć około tysiąca. 400 pochłania bowiem, obsługa urzędnicza, aparat kontroli, koszt obsługi biurokratycznej etc. By utrzymać bezrobotnych i obsługujący ich aparat trzeba podnosić podatki. Dla wielu firm balansujących na granicy rentowności kolejny ciężar może być nie do udźwignięcia. W efekcie wypłata zasiłków dla bezrobotnych niszczy miejsca pracy produkując kolejnych bezrobotnych, którym trzeba wypłacać zasiłki. Dla słabej gospodarki może to być spiralą śmierci. Nie bez znaczenia jest fakt że bezrobotni (pomijając nielicznych cwaniaków pracujących na czarno) nie generują dóbr ani usług, w żaden sposób nie dokładają swojej cegiełki. Konieczność ich obsługi i kontroli sprawia że tysiące ludzi zatrudnionych w pośredniakach wykonuje pracę o zerowej użyteczności publicznej. Jedynym jej efektem są skoroszyty papierzysk, które po paru latach trafią do pieca lub na makulaturę. Zakładam ze istnieją ludzie niezaradni życiowo, niezdolni do samodzielnego znalezienia pracy. Społeczeństwo powinno jakoś się nad nimi pochylić. Tylko dlaczego niby mamy finansować komuś leżenie przed telewizorem? Czy nie lepiej za te pieniądze stworzyć ćwiartki i połówki etatów, a bezrobotnym wręczyć miotły i zagonić do przysłowiowego zamiatania ulic? Do roboty brudnej i kiepsko płatnej przyszliby wyłącznie ci naprawdę potrzebujący. Można jeszcze prościej. Obniżyć narzuty podatkowe którymi obłożona jest w naszym kraju ludzka praca. Wtedy nie będzie potrzeby organizowania ludziom zajęcia – bo rynek sam wchłonie nadwyżki siły roboczej.

Podstawowym zadaniem władz powinna być natychmiastowa likwidacja zasiłków dla tzw. „bezrobotnych”. To jest program na dziś.


 

Uczmy się od Żydów!

W Monachium trwa proces Iwana Demianiuka. Trzęsący się starzec w terminalnej fazie raka aby stanąć przed sądem został deportowany z USA. Zarzuty: w czasie okupacji pracował dla niemców mordując Żydów w obozie pracy w Trawnikach oraz w komorach gazowych obozu śmierci - Treblinki. Z uwagi na niewyobrażalne okrucieństwo więźniowie nazywać go mieli „Iwanem Groźnym”.

Demianiuk raz już stawał przed sądem. W 1986-tym roku pozbawiono go obywatelstwa USA i deportowano do Izraela. Tam po krótkim procesie uznano go winnym zbrodni i skazano na śmierć. Miał dużo szczęścia – sąd najwyższy Izraela w trakcie rewizji procesu stwierdził że obciążające go dokumenty dostarczone przez ZSRR są sfałszowane. Demianiuk został uniewinniony i powrócił do USA. Uznano wówczas że osławionym Iwanem Groźnym był inny ukraiński strażnik – Iwan Marczenko. Niebawem pojawiły się jednak inne dokumenty. Wynikało z nich że Demianiuk faktycznie mordował Żydów ale nie w Treblince a w Sobiborze. Ponownie pozbawiony obywatelstwa USA został deportowany do RFN. Wygląda na to że tym razem dowody są mocniejsze…

Można zadać sobie pytanie: Czy jest sens stawiać przed sądem starca na wózku inwalidzkim? Minęło blisko siedemdziesiąt lat. Biologia już wydała na niego wyrok. Szanse że dożyje końca procesu zaplanowanego na maj są niewielkie. Na to pytanie jest tylko jedna odpowiedź. Ma to sens.

Żydzi pokazują nam właściwą drogę. właściwą metodę postępowania. Procesy starców na wózkach to jasny przekaz: ten kto skrzywdzi Żyda będzie miał przechlapane. To jasny komunikat: Będziemy ścigać przez dziesięciolecia. Wykopiemy choćby spod ziemi i przywleczemy przed trybunał. Nie ochroni go nikt. Ani rodzina ani władza. Nie będziemy się przejmować prawem międzynarodowym. Jeśli zajdzie potrzeba porwiemy zbrodniarza przed jego własnym domem (jak Eichmana). Nawet jeśli komuś uda się wymknąć do końca życia będzie się bał własnego cienia. Do końca życia każdy nocny szmer będzie mógł oznaczać dla niego wizytę egzekutorów z Mosadu.

A My Polacy? Czy zrozumieliśmy lekcję udzielaną przez Starszych Braci? Niestety. Świat jest pełen ludzi którzy krzywdzili Polaków. Zbrodniarze z UPA żyją spokojnie w USA i Kanadzie. W czasach Adenauera nazistowscy oprawcy piastowali wysokie funkcje w rządzie i administracji RFN. Spośród setek SS-manów z załóg obozów koncentracyjnych udało się powiesić garstkę. PO 1990-tym roku stowarzyszenie Memoriał namierzyło ponoć dwu oprawców z Katynia – żyjących na Białorusi. Strona polska nie podjęła żadnych działań.

Kaci z UB otrzymali symboliczne wyroki i z uwagi na stan zdrowia najczęściej nawet ich nie odsiedzieli. Niepodległa RP nie zdobyła się na porwanie i przywleczenie przed sąd Wolińskiej, Morela czy Stefana Michnika. Nigdy nawet nie próbowano wyjaśnić sprawy „szwadronów śmierci” SB, a „lista Rokity” jest jedynym świadectwem licznych mordów politycznych z lat 1982-90.Nigdy nie wykonano nawet centralnego indeksu ofiar. Nigdy nie wykonano spisu znanych katów. Gdy znowu zbiorą się chmury wróg zewnętrzny i wewnętrzny będzie nas szatkował jak kapustę. Ten sam wróg przypomni sobie proces starca na wózku inwalidzkim i ominie łukiem Żyda – nauczony że zabijanie przedstawicieli tej nacji może przynieść nader przykre skutki…

 

SB na rencie

Ubecy latami dostawali wysokie emerytury. Ich obniżenie przez Sejm jest w moim odczuciu błędem. Dlaczego?

1) III RP zachowuje ciągłość prawną z PRL – zatem te zobowiązania po prostu na nas ciążą.

2) Ubecja odwoła się do Strasburga i wygra w cuglach a my znowu dostaniemy po uszach.

3) Odebranie emerytur jednej grupie może stanowić dla urzędasów cenny precedens. Podobnie dowalenie specpodatku…

Wyjścia widzę dwa:

1) Wystrzelać całą tę hołotę. Rodziny zainkasują zasiłek pogrzebowy i na tym sprawa wypłat z budżetu się skończy.

2) Realne: wszystkim ofiarom ubecji zasądzać lub przyznawać w trybie administracyjnym wysokie dożywotnie renty zdzierane z emerytur, rent i majątku sprawców

 

Spadek po wujaszku Adolfie

Za wyzwolenie Europy spod brunatnego jarzma zapłacono niewiarygodnie wysoką cenę. Na frontach poległy miliony żołnierzy, roztrwoniono niewyobrażalne zasoby surowców. W zamian za pomoc militarną, ogromne połacie Europy oddano ludożercy Stalinowi przyzwalając by obrócił sobie ich mieszkańców w niewolników. Wszystkiego tego, czynów chwalebnych, bohaterskich, świństw, łajdactw a nawet zbrodni, dokonano byle tylko zniszczyć Hitlera i hitlerowców. By przestały dymić krematoria obozów koncentracyjnych, by ludzie przestali umierać w komorach gazowych. Dokonano tego dosłownie rzutem na taśmę. Gdyby wojna potrwała zaledwie parę miesięcy dłużej naziści zapewne poczęstowaliby by przeciwników bombami atomowymi.

Dla potępienia zbrodniczej ideologii przywódcy III Rzeszy zostali osądzeni i (nie wszyscy) straceni. Z ukaraniem konkretnych zbrodniarzy było już nie tak różowo (np. w dwu procesach załogi Auschwitz zapadły wyroki szokująco niskie!!!). Wydawać by się mogło że przedstawiciele wolnego świata – ludzie żyjący na zachód od żelaznej kurtyny powinni dołożyć wszelkich starań by wszyscy pogrobowcy Hitlera zostali zneutralizowani. Niestety pomysły „wodza” i jego przydupasów odbijają się czkawką do dziś. Ideologia III Rzeszy sprowadzała się do kilku zasadniczych punktów. Omówię zaledwie cztery z nich.

1) Aborcja.

Naziści nie ukrywali, że aborcja jest elementem wojny demograficznej. W III Rzeszy była ona surowo zakazana – ale zakaz ten obejmował tylko Niemców. Na terenach podbitych aborcją była dostępna powszechnie i za darmo dla tubylców. Miała doprowadzić do ich depopulacji - zwłaszcza planowano uderzyć w rasę słowiańską która jako pierwsza miała ustąpić przestrzeni życiowej germanom. Na propagowanie aborcji przeznaczano spore środki finansowe. Propagowaniem aborcji wśród żydów nie zajmowano się licząc że i tak wkrótce ich problem zostanie „ostatecznie rozwiązany”. Liczba dzieci wyabortowanych przez nazistów nie jest dokładnie znana.Po II wojnie światowej aborcja „na życzenie” była dłuższy czas zakazana.

W Europie wschodniej zalegalizowano ją w większości krajów po śmierci Stalina (w Polsce w 1956). Tym razem chodziło nie o depopluację jako cel sam w sobie tylko o prozaiczne uniknięcie klęski głodu. Gospodarka kołchozowa nie gwarantowała wyżywienia rosnącej liczby dzieci. W europie zachodniej gdzie nie było przyczyn ekonomicznych legalizowano ją znacznie później Szwecja - 1968, RFN - 1978, Hiszpania - 1982.Liczbę przeprowadzonych w Europie aborcji szacuje się różnie – zazwyczaj przyjmuje się że zginęło w ten sposób około 80-100 milionów dzieci – w tym ok. 500 tyś. w Polsce. Ciężka praca kościoła katolickiego i wielu nieformalnych środowisk sprawiła że Polska otrząsnęła się z aborcyjnego amoku i przez cały okres lat 80-tych liczba „zabiegów” systematycznie spadała. Jako jedyni napiętnowaliśmy też aborcję w sferze obyczajowej sprawiając że dziś jest ona praktykowana niemal wyłącznie w kręgach radykalnych feministek oraz marginesu społecznego. Skutki rewolucji seksualnej powszechnej antykoncepcji i upowszechnienia się aborcji na zachodzie narastały lawinowo w latach osiemdziesiątych. Kraje EWG przeżywające już stopniową depopulację nastawiły się wówczas na masowy import siły roboczej z Jugosławii i Turcji.

W latach 90-tych zjawiska te przybrały rozmiar lawiny i w wielu krajach „wolnego świata” tzw. „starej Unii” liczba imigrantów sięga dziś 10% całej populacji. My zobaczyliśmy to wyraźnie po otwarciu rynków pracy w UE. Z dnia na dzień dwa miliony Polaków podjęły pracę na zachodzie. Dlaczego? Zajęły miejsca swoich wyabortowanych rówieśników. Niektóre miejsca, bowiem fala ta trafiła do społeczeństwa de facto multietnicznego między wcześniej przyhołubione grupy ludzi wszelkich odcieni skóry i religii. Pozostaje zadać sobie pytanie najważniejsze: III Rzesza dokonywała depopulacji ludów podbitych by zapewnić warunki rozwoju „swoim”. UE robi to samo. Czy jest to samobójstwo wplecione jakoś w prawa biologii (przeludnienie?). Czy też czyszczenie kontynentu z ludów tubylczych odbywa się na konkretne zlecenie np. władz państw islamskich co podejrzewała śp.OrianaFalaci.Niemniej jeśli chodzi o aborcję, w dzisiejszej UE pomysły nazistów mają się zaskakująco dobrze.

2) Eugenika

W III rzeszy dążono do poprawy rasy na drodze eugeniki czyli celowej i planowej hodowli osobników jak najdoskonalszych a uniemożliwianiu lub utrudnianiu rozmnażania osobnikom ras niepełnowartościowych. W ramach tej akcji podjęto masę działań. Wydawano certyfikaty czystości rasowej, obłożono bezdzietnych SS-manów podatkiem, wartościowe rasowo kobiety zapładniano w specjalnych ośrodkach, etc. Jednocześnie sterylizowano osobników o obniżonej wartości. W praktyce czystej krwi Niemiec, podręcznikowy niebieskooki blondyn, mógł zostać wykastrowany, jeśli komisja uznała, że jego niski wzrost wskazuje na obciążenia genetyczne. Zbrodnicze doświadczenia pseudomedyczne w obozach koncentracyjnych w wielu przypadkach dotyczyły właśnie zagadnień masowej sterylizacji.

Po wojnie programy eugeniczne III rzeszy zostały surowo napiętnowane. Nie wszędzie. W wolnej i demokratycznej Szwecji, rządzonej przez jaczejkę socjaldemokratyczną właśnie po wojnie zaczęto realizować szeroki program eugeniczny, który w straszliwy sposób dotknął Saamów - ludność lapońską. Szwedzcy eugenicy i antropolodzy uznali ich za „zdegenerowaną rasę schyłkową” i zaczęli prowadzić wobec nich politykę wzorowaną wprost na nazistowskiej. Wśród kobiet lapońskich propagowano aborcję (zakazaną do 1968r. „aryjskim” Szwedkom!), wreszcie szereg kobiet poddano przymusowej sterylizacji, (a w wielu przypadkach dokonano tego potajemnie). Zdarzały się przypadki zapisywania środków poronnych zamiast lekarstw. Przymusowej sterylizacji poddano też około 40 tysięcy osobników „opóźnionych umysłowo”. I znowu oberwało się lapończykom – wielu z nich prowadząc tradycyjny koczowniczy tryb życia było na bakier z obowiązkiem szkolnym i nie miało matur. Programy eugeniczne zaczęto wygaszać dopiero w latach 70-tych.Podobny program sterylizacji wobec Cyganek próbowała wprowadzić Czechosłowacja.

Obecnie UE p r a w d o p o d o b n i e nie prowadzi programów eugenicznych. Elementem eugeniki może być selektywna aborcja w przypadkach, gdy testy wykażą u dzieci ryzyko chorób genetycznych. Powrót do eugeniki wydaje mi się jednak bardzo prawdopodobny.

3) Eutanazja.

W III Rzeszy przybrała rozmiary raczej skromne. (jak na ogólna zbrodniczość reżimu). W 1939-tym roku ruszył program T4. W jego ramach uśmiercono bliżej nieznaną liczbę upośledzonych umysłowo i fizycznie dzieci, chorych umysłowo i staruszków dotkniętych demencją. (wyjątek: kawalerowie żelaznego krzyża). Ofiarą programu padli m.in. cierpiący na zespół Downa brat obecnego papieża i kuzynka Hitlera cierpiąca na schizofrenię. Po ogromnych protestach społecznych w 1941 roku program zawieszono by po chichu przywrócić go rok później. Na wszystkich terenach podbitych oddziały SS dokonały też masakry pacjentów szpitali psychiatrycznych. Eutanazja pochłonęła prawdopodobnie życie około 90 tyś ludzi. Obecnie eutanazja wraca czkawką choć jednocześnie zmieniła nieco charakter.

Chwilowo nie uśmierca się niemowląt Po prostu najczęściej nie ma takiej potrzeby postęp diagnostyki prenatalnej sprawił że ten „probem” „rozwiązuje się” wcześniej za pomocą aborcji. Już dziś w Europie ogromną rzadkością są dzieci z zespołem Downa – zdecydowana większość jest uśmiercana jeszcze w łonie matki. Eutanazja stosowana jest natomiast wobec żywych. W tej chwili legalna jest w Holandii, w Szwajcarii natomiast legalna jest asysta przy samobójstwie.

W chwili wprowadzenia eutanazji stosowano dość rygorystyczne procedury. Chory musiał wyrazić wolę na piśmie, co najmniej dwukrotnie w określonych odstępach czasu. Lekarz prowadzący zobowiązany był skonsultować przypadek. Decyzję podejmowała komisja. Dziś procedury uległy ogromnemu uproszczeniu a eutanazja stanowi przyczynę ¼ wszystkich zgonów. (ok. 16 tyś przypadków rocznie).

W wielu przypadkach mamy do czynienia z kryptazją – czyli ordynarnym dobiciem chorych którzy pogrążeni w śpiączce nie są w stanie wyrazić woli. Mnożą się doniesienia o dobijaniu całkowicie świadomych chorych wbrew ich woli. Liczne nadużycia lekceważone przez wymiar sprawiedliwości przenikają do świadomości publicznej. Jednym z akcentów ostatnich miesięcy była wypowiedź byłej minister zdrowia Holandii która obecnie publicznie kaja się za swój udział w legalizacji tej zbrodni.Idee Hitlera w Holandii padły na podatny grunt. Do legalizacji dobijania przymierzają się Belgia, Francja i RFN.

4) Germanizacja i indoktrynacja

Hitlerowcy stosowali dwa rodzaje germanizacji. Pierwszy dotyczył odzyskiwania potencjału biologicznego rasy – chodziło o regermanizację ludzi pochodzenia niemieckiego. Domieszka krwi Śląskiej, Mazurskiej, czy Polskiej nie była w żadnym stopniu dyskwalifikująca. Na dobrą sprawę wystarczyło że jedno z dziadków miało niemieckie korzenie by w kilka lat awansować na „prawdziwego Niemca”. Volksdeustche w podbitej Europie mogli liczyć na naprawdę poważne „konfitury” – było też ryzyko – wcielano ich do wermachtu i SS…Zasadniczo germanizacja była dobrowolna, choć znane są przypadki gdy czyści etnicznie Niemcy obywatele II RP za odmowę podpisania volkslisty trafili do obozów koncentracyjnych!

Innym obliczem germanizacji były porwania „wartościowych rasowo” dzieci głównie polskich i ukraińskich. Uprowadzono ich 250 tysięcy. Po wojnie zdołano odnaleźć i zwrócić rodzicom zaledwie 10% z nich. Wydawać by się mogło ze zbrodnia jaką jest porywanie dzieci z rodzin zostanie przez kraje wolnego świata jednoznacznie i na zawsze odrzucona. Niestety.Znowu musimy przywołać pamięć Saamów-Lapończyków prześladowanych w demokratycznej Szwecji. Po uznaniu ich za rasę schyłkową zabrano się za piętnowanie ich stylu życia. Tradycyjna gospodarka tego ludu opierała się na hodowli reniferów. Saamowie pędzili życie półkoczownicze. Wiosną ruszali ze swoimi stadami w tundrę, na zimę wracali do osad zimowych położonych w lasach. W tych warunkach trudno było realizować obowiązek szkolny (aczkolwiek analfabetyzm był wśród nich ogromną rzadkością). Władza od połowy lat czterdziestych wprowadziła szereg szykan i zachęt by zmusić ich do osiadłego trybu życia. Koczujących uznano za element aspołeczny. Wreszcie zaczęto odbierać opornym dzieci. Co najmniej kilkanaście tysięcy lapońskich dzieci odebrano rodzicom i przekazano na wychowanie do domów dziecka, szkół z internatami, poprawczaków i rodzin zastępczych na południu Szwecji. Obierano decyzją administracyjną od której nie przysługiwało odwołanie. Zdarzały się dramatyczne ucieczki, szaleńcze próby odnalezienia potomstwa podejmowane przez rodziców i krewnych. Tylko powiedzcie jakie szanse dotarcia do domu miałby śniady skośnooki ośmiolatek który zbiegłszy wiosną z zakładu np. w Malmo próbowałby pieszo przedrzeć się tysiąc kilometrów na północ? Większość ofiar uprowadzenia rodziny zobaczyła ponownie dopiero po uzyskaniu pełnoletności. Wrócili w rodzinne strony nie znając już języka ani tradycji ludu, z którego pochodzili. Programy te podobnie wygaszono dopiero w latach 70-tych, choć sporadycznie przypadki takie trafiały się jeszcze niedawno.

Mimo wielu szaleństw decydentów PRL-u nie doszło u nas do aż takich wynaturzeń, choć trafiały się podobno przypadki polonizacji sierot i dzieci łemkowskich, oraz bez odpowiedniego uzasadnienia sądy pozbawiały praw rodzicielskich Romów. Dzieci w domach dziecka podlegały przymusowej ateizacji. Mimo to pamięć martyrologii własnego narodu jakoś stopowała zapędy urzędników.Uzupełnię tylko że jeszcze w latach 80-tych szykany spotykały dzieci kaszubskie i śląskie rozmawiające na przerwach w swoich językach!

Jak idea germanizacji poprzez rabunek dzieci wygląda dziś? Stary nazistowski pomysł okazał się zaskakująco żywotny!!! W RFN opieka nad dziećmi z rodzin mieszanych przyznawana jest z reguły rodzicowi narodowości niemieckiej. Rodzice próbujący utrzymać kontakt z dziećmi zmuszani są do …rozmawiania z nimi tylko po niemiecku i tylko w obecności urzędnika. Odbieranie dzieci osobnikom uznanym przez władze za element aspołeczny jest dziś w Europie nagminne. Kilka lat temu dzieci stracił (na szczęście tylko czasowo) niemiecki biznesmen. Powód? Miał ich siedmioro. Dla lokalnego MOPS-u sprawa była jasna. Człowiek ma siedmioro dzieci a nie bierze zasiłku – to oznacza że jest skrajnie nieodpowiedzialny i niezaradny życiowo,(nawet wniosku nie umie wypełnić) a dzieci żyją w nędzy więc należy je odebrać. Fakt że kogoś może być stać na utrzymanie tak licznej gromadki w ogóle nie mieścił im się w głowie.W Szkocji odebrano ośmioro dzieci rodzinie bo urzędnik uznał że …są za grube.Gdzie indziej dziecko straciła 17-latka bo uznano że jest za młoda i sobie nie poradzi.Wreszcie w Anglii parze dziadków (bynajmniej nie staruszków! Dziadek miał bowiem …56 lat!) odebrano wnuka i przekazano na wychowanie …parze gejów. Urzędnik uznał najpierw, że dziadkowie są za starzy a postraszony że to „dyskryminacja z uwagi na wiek” zmienił kwalifikację argumentując że babcia nie ma certyfikatów ukończenia szkoleń z dziedziny opieki nad dzieckiem. (musi mieć je każdy kto chce opiekować się cudzym dzieckiem).

W niemczech obowiązuje przepis że dziecko poniżej 16 roku życia może być pozostawione samo na nie więcej niż 2 godziny. W przypadku jeśli oboje rodzice pracują i urzędnik przyłapie ich po raz trzeci na „zaniedbaniach” dziecko trafia do ośrodków opieki społecznej.

Także u nas w ciągu ostatniego roku sądy podjęły szereg bandyckich decyzji odbierania ludziom dzieci. Ale i tak mamy szczęście że sprawy takie muszą być załatwiane sądownie. Szykowana przez władze ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie dla polskim urzędnikom opieki społecznej nieograniczone uprawnienia odbierania dzieci na podstawie podejrzeń i potencjalnego niebezpieczeństwa mogącego wystąpić w przyszłości. Liczę że za tę ustawę społeczeństwo im przy urnach serdecznie PO-dziękuje.

Cztery powyższe aspekty nazistowskiego ludobójstwa zostały po wojnie potępione. Twórcy programu T4, lekarze-bandyci, i szefowie band porywaczy dzieci stanęli przed sądami i wielu przypadkach za swe zbrodnie zostali powieszeni. Tymczasem minęło zaledwie 65 lat od tych wypadków i oto budzimy się w świecie wymyślonym przez Hitlera.W EUROPIE NAZISTOWSKIEJ.

 

Złota myśl

Większość problemów naszych czasów sprowadza się do utrwalenia mentalnego spadku po systemach totalitarnych: Zbyt duża część populacji nie ma żadnych oporów moralnych przed swobodnym dysponowaniem cudzą własnością. Dotyczy to i dotyka niemal każdej dziedziny życia. Od pospolitego złodziejstwa, przez piractwo komputerowe, działania naszych urzędasów, aż po decyzje najwyższych władz państwowych.

 

Uczmy się od przeciwników

Każdy poważny kraj prowadzi swoją politykę historyczną. Zasadniczo sprowadza się ona do edukowania społeczeństwa i wpajania mu dumy z osiągnięć przeszłości. Duma ta stanowi element spajający społeczeństwo i fundament przyszłości. Polityka historyczna tworzona jest na różnych poziomach i w różny sposób trafia go rozmaitych grup. Popatrzmy na początek na sąsiednią Rosję. W czasach ZSRR kręcono masę filmów i wydawano multum książek. Cześć z nich była produkcjami typowo historycznymi – kto nie zna monumentalnego dzieła „Aleksander Newski” ze sceną w której pod krzyżakami pękają tafle lodu? Produkowano też filmy dla młodszego widza, oparte np. na nowogrodzkich bylinach. Oczywiście cała ta produkcja nasycona była silnie propagandą socjalistyczną wiec gros produkcji koncentrował się na opiewaniu rewolucji październikowej i bohaterskich zmagań z nazistami.

Obecnie rosyjscy reżyserzy odwołują się chętniej do tradycji militarnych dawnej Rusi. Dla dzieci kręci się pełnometrażowe filmy animowane o przygodach herosów DobryniNikitycza i Ilii Muromca. Dla starszego widza powstają monumentalne produkcje kostiumowe jak „1612” czy „Taras Bulba”. Filmom tym towarzyszy wysyp publikacji popularno-naukowych i historyczno-przygodowych pisanych pod tą samą tezę. Także Ukraina nie zasypia gruszek w popiele – ostatnio na ekranach ich kin gościł film „Wiśniowe noce” opisujący miłość dwu bohaterów: upowca i enkawyudysty do ładnej pielęgniarki, a w tle ukazujący heroiczny bój oddziałów UPA z wojskami NKWD. We Lwowskich księgarniach bez trudu znajdziemy książki o „bohaterach UPA” skierowane do dzieci i masę publikacji tematycznych dla różnych grup odbiorców.

Trochę inaczej działają Amerykanie. U nich panuje większe rozgraniczenie. Filmy ukazujące bohaterskie boje USArmy mają za zadanie edukować patriotycznie murzynów latynosów i co głupszych białych nastolatków. Przy okazji załatwia się rytualne pokłony wobec wpływowych mniejszości ot choćby filmem „Opór” gdzie z żydowskich bandziorów współpracujących z Sowietami zrobiono bohaterskich partyzantów. Książki opisujące jak to było naprawdę też powstają, ale przeznaczone są dla inteligencji i osobników dociekliwych. Amerykanie czytają niewiele więc ten kierunek działań propagandowych jest tam lekceważony.

Za historyczne pranie mózgów z pewną nieśmiałością zabrali się Niemcy. Na razie ostrożnie – zaczęli od przedstawienia tragedii uchodźców z okrętu „Wilhelm Gustloff”. Pomagają im dawni wrogowie Amerykanie - kręcąc „Valkirię” – gdzie z antysemity i polakożercy zrobiono bohatera i męża stanu. Za dziesięć lat z pewnością obejrzymy na ekranach kin film o bohaterskich wermachtowcach walczących z Armią Czerwoną – chyba że polityka zbliżenia na osi Moskwa – Berlin wymusi w pierwszej kolejności pokazanie prusko-rosyjskiego braterstwa broni w walce z Napoleonem…

A co dzieje się w Polsce? Ano nic. W epoce „dwukaczyzmu” wsparto obchody Powstania Warszawskiego. Inicjatywa cenna – szkoda że ograniczająca się do jednego wydarzenia historycznego. Trochę ciekawych pomysłów mają władze lokalne – turystyka historyczna powoli się rodzi, bractwa rekonstrukcyjne rosną w siłę.

Jednak nasza polityka historyczna ignoruje ciekawe inicjatywy lokalne. Wysiłek urzędników od kultury sprowadza się do dofinansowania kręcenia kosmicznej bzdury o „tajemnicy” Westerplatte. Spartolono ekranizację „Ogniem i mieczem”. Przez niemal dwadzieścia lat czekaliśmy na film o Katyniu. (bo ponoć pan Wajda „zarezerwował” sobie temat!!!). Niedawną produkcję fabularną p. Wołoszańskiego pominę litościwym milczeniem. „Orlęta Lwowskie”, „Biali Kurierzy”, bohaterska obrona Grodna w 1939-tym, dzieje rotmistrza Pileckiego, żołnierzy wyklętych: „Łupaszki”, „Uskoka”,„Ognia”, „Młota” to dla filmowców nadal terra incognita. A najbardziej potrzebnych filmów historyczno – przygodowych dla dzieci nie robi się u nas wcale.


 

Polityka zagraniczna III RP

Po odzyskaniu niepodległości od początku lat 90-tych nasz kraj prowadził i prowadzi nadal iście samobójczą politykę zagraniczną. Podstawowym problemem z którym nasz kraj boryka się na zachodzie jest kwestia tzw. Ziem Odzyskanych. Tereny przyznane nam po wojnie przez Stalina to niestety kukułcze jajo. Po pierwsze nie zdołaliśmy ich właściwie zagospodarować. Na Śląsku, Warmii i Mazurach straszą dziś pustki osadnicze. Dawne pola zarastają lasem, linie kolejowe są likwidowane jako nierentowne a o dawnej gęstości zaludnienia świadczą liczne opuszczone ewangelickie cmentarze i ruiny poniemieckich gospodarstw.

W całym okresie PRL gwarantem utrzymania tej zdobyczy był ZSRR. Stalin oddając nam te ziemie uczynił Polskę wieczystą klientką Imperium. W momencie krachu zostaliśmy na lodzie. Jednak rozpad systemu RWPG dał nam paradoksalnie szansę. RFN zajęty przyłączaniem NRD przez dłuższy czas nie zajmował się kwestią ziem utraconych. W tym momencie była okazja do działania. Istniały możliwości by samodzielnie bądź z naszym nadal formalnym sojusznikiem ostatecznie zaklepać sprawę ewentualnych rewindykacji granic i mienia. Zamiast tego nasza dyplomacja uzyskała ustne zapewnienia trzeciorzędnych niemieckich polityków. Za błędami i zaniedbaniami polityki zagranicznej poszły tragiczne błędy polityki wewnętrznej. Kolejne rządy wyraźnie kochają Niemców głęboką choć nieodwzajemnioną miłością i gotowe są im nieba przychylić. Oczywiście naszym kosztem.

Przez dwadzieścia lat państwo polskie nie zrobiło nic w kwestii uregulowania spraw własnościowych. Nie przekształcono wieczystych dzierżaw w prawa własności, nie pozwolono na wykup domów i gospodarstw. Nie skorygowano nawet ksiąg wieczystych w których jako właściciele nadal figurują dawni mieszkańcy tych terenów. Przed prowadzeniem takiej polityki ostrzegali i Janusz Korwin-Mikke i Jan Olszewski i Roman Giertych. Efekty? Dziś Niemcy odzyskują swoje kamienice, grunta, lasy. Pierwsi Polacy wylecieli już na bruk. Coraz liczniejsi muszą co miesiąc wysyłać czynsz do Berlina. Kuriozalne decyzje naszych sądów tworzą niebezpieczne precedensy. Na Opolszczyźnie są gminy gdzie roszczenia wystosowano do 1/3 powierzchni. Niemieckie firmy operujące w Polsce też cieszą się ogromną przychylnością decydentów. Kupowano za grosze polskie zakłady, tylko po to by je likwidować. Dziś jeszcze Niemcy w Polsce zachowują się jak na terenie podbitym. Otrzymują ulgi podatkowe, zwolnienia, patrzy się przez palce na rozmaite przekręty… To wszystko dzieje się przy rosnącym terrorze fiskalno-biurokratycznym wobec firm polskich.

Polityka bezwzględnej uległości wobec RFN nie jest nakryta nawet figowym listkiem. Niemcom sprzedaje się firmy energetyczne i gazety. Niemiecka kolej szykuje się do przejęcia części PKP. Nie tak dawno pisałem jakimi kwotami polski rząd wsparł prywatną niemiecką firmę montującą Ople w Gliwicach. Drugi problem to tragiczne błędy popełnione w kwestiach polityki wschodniej. Rozpad ZSRR dał nam unikalną szansę trwałego zabezpieczenia wschodniej flanki. Ta szansa została totalnie zmarnowana. Na początku lat 90-tych na Ukrainie i Białorusi odbyły się wybory prezydenckie. W obu przypadkach w szranki stanęli kandydaci promoskiewscy i prozachodni. Odwieczny układ polityczny znalazł się w punkcie bardzo niestabilnym. Drobne wsparcie udzielone siłom demokratycznym, pozwoliłoby na pewne i mocne zwycięstwo kandydatów prozachodnich: Czornowiła na Ukrainie i Szuszkiewicza na Białorusi. Rosja pod rządami Jelcyna była wówczas najsłabsza w swojej historii. Druga taka szansa powtórzy się może za sto lat…

Silne gospodarczo Białoruś i Ukraina to dla nas najlepsza bariera ochronna. W razie agresji ze strony Federacji Rosyjskiej to nasza strefa buforowa. Litwa, Białoruś i Ukraina to wreszcie nasza naturalna strefa ekspansji gospodarczej. Ogromny rynek zbytu dla naszych towarów i zarazem partner handlowy. Niestety dziś granice celne sprawiają że nie sposób w naszych sklepach kupić krymskiego wina a brzozę na meble sprowadzamy z Finlandii zamiast z tańszej i bliższej Białorusi. Co gorsza nie bardzo mamy tam dziś z kim rozmawiać. Chyba że Jakunowycz rozpocznie prozachodni kurs polityki… Białoruś podporządkowana dyktatowi Moskwy, kraj półsuwerenny, na którego terytorium stacjonują dziś uderzeniowe jednostki rosyjskie jest dla nas stracona – być może na zawsze.

Odrębną kwestią jest problem zamieszkującej tam ludności polskiej. Łącznie ziemie dawnej Rzeczpospolitej zamieszkuje około trzech milionów Polaków lub ludzi z racji polskiego pochodzenia i propolskich sympatii gotowych do repolonizacji. Żyją tam też weterani polskich sił zbrojnych w tym coraz szczuplejsza garstka żołnierzy AK. Niepodległa RP przez dwadzieścia lat swojego istnienia nie zrobiła dla tych ludzi nic. Tymczasem należało przeprowadzić trzy operacje:

a) Umożliwić ewakuację do Polski tym którzy sobie tego zażyczą. (terenów pod osadnictwo na ziemiach odzyskanych mamy jak wspomniałem pod dostatkiem).

b) Wzmocnić ekonomicznie żywioł polski na tamtych terenach wydając tamtejszym Polakom wizy pracownicze i polskie paszporty umożliwiające podjęcie legalnej pracy w krajach UE.

c) Nadać uprawnienia kombatanckie i wypłacać emerytury naszym żołnierzom. Można by wykorzystać tu różnice kursów walut. 50 dolarów to dziś na Ukrainie nadal niezły pieniądz.

Zamiast tego szykanuje się studentów polskiego pochodzenia zmuszając ich do regularnego odnawiania wiz umożliwiających naukę w naszym kraju… Zamiast tego Polaków żyjących w krajach WNP traktuje się w polskich placówkach dyplomatycznych w sposób urągający ludzkiej godności… W tej sytuacji młode pokolenie będzie dla nas niebawem stracone. Młodzi ludzie mający dziadków Polaków i znający z domu język polski rozpłyną się w masie stając Rosjanami, Białorusinami i Ukraińcami.

 

Wygrzebane w necie

Na marginesie dyskusji o postawie Piusa XII w czasie II wojny światowej garść cytatów:

1940 Albert Einstein. Przypominając w "Time" jak szybko udało się nazistom zmusić do milczenia uniwersytety i wielkich wydawców gazet, napisał: "Jedynie Kościół zagrodził drogę hitlerowskim kampaniom zdławienia prawdy. Nigdy przedtem nie interesowałem się Kościołem, lecz dziś budzi on we mnie zachwyt i uczucie przyjaźni. Jedynie Kościół bowiem miał odwagę i upór, by bronić prawdy i wolności moralnej. Musze wyznać, ze to, czym kiedyś pogardzałem, dziś wychwalam bezwarunkowo".

1943 Chaim Weizmann, późniejszy prezydent Izraela: Stolica Święta użycza swej potężnej pomocy gdzie tylko może, by złagodzić los moich prześladowanych współwyznawców.

1944 Isaak Herzog, główny rabin Izraela: Lud Izraela nigdy nie zapomni, co Jego Świątobliwość i jego znakomici przedstawiciele, pobudzeni wiecznymi zasadami religii, która kształtuje sam fundament prawdziwej cywilizacji, czynią dla naszych nieszczęśliwych braci i sióstr w tej najtragiczniejszej godzinie naszej historii, co jest żywym dowodem Boskiej Opatrzności na tym świecie.

Pod koniec wojny MosheSharett, późniejszy premier Izraela oświadczył o Piusie XII : "Powiedziałem, że moim pierwszym obowiązkiem będzie podziękowanie mu, a przez niego Kościołowi katolickiemu, w imieniu społeczności żydowskiej, za wszystko, co uczynili w różnych krajach, by ratować Żydów."

1945 Leon Kubowitzky, sekretarz generalny Światowego Kongresu Żydów osobiście dziękował Piusowi XII za interwencje  

1945 Światowy Kongres Żydów: "W uznaniu tego, co Stolica Święta uczyniła dla ratowania Żydów przed faszystowskimi i nazistowskimi prześladowaniami." Ofiarował pieniądze na watykańskie dzieła charytatywne

1945 dr Josepha Natana w imieniu ItalianHebreCommision: "Nade wszystko wyrażamy nasze uznanie dla Papieża, zakonników i zakonnic wykonujących jego polecenia, zwłaszcza uznania przez Papieża wszystkich prześladowanych jako braci i spieszenie nam z pomocą, wszelkimi siłami bez oglądania się na grożące im niebezpieczeństwo."

1955 Unia Włoskich Wspólnot Żydowskich ogłosiła 17 maja "Dniem Wdzięczności" za działania papieża w czasie wojny.  

26 maja 1955 r. Izraelska Orkiestra Filharmoniczna leci do Rzymu by koncertem dać wyraz wdzięczności dla papieża

1958 przedstawicielka Izraela Golda Meir na forum ONZ o Piusie XII: "Kiedy straszliwe męczeństwo stało się udziałem naszego narodu, Papież wznosił głos w obronie ofiar. Głęboko bolejemy nad strata, jaka stanowi śmierć tego wielkiego Sługi pokoju".

Elio Toaff, późniejszy główny rabin Rzymu, który przeżył Holocaust : "Bardziej niż wszyscy inni mieliśmy sposobność doświadczyć wielkiej współczującej dobroci i wielkoduszności papieża podczas tych nieszczęśliwych lat prześladowania i terroru, kiedy wydawało się, że nie ma już dla nas ucieczki."

Historyk niemieckiego pochodzenia Rudolf Fisher-Wollpert w opracowaniu pt. Lexikon der Papste na bazie dokumentów watykańskich ocenił liczbę uratowanych na ~5 000 osób z 1985 roku. Jest to jednak szacunek bardzo ostrożny, gdyż historyk Żydowskiego pochodzenia PinchasLapide (pracował jako izraelski konsul w Mediolanie i przesłuchiwał tych, którzy przeżyli włoski Holocaust), w swojej książce Three Popes and the Jews stwierdza, na podstawie archiwów YadVashem, ze Pius XII i Kościół Katolicki, poprzez swoje działanie w czasie II Wojny światowej uratował - poprzez Kościół - życie 860 tysięcy Żydów, czyli w więcej niz. wszyscy inni razem wzięci.

Papieża Piusa XII uczczono za to specjalna tablica pamiątkowa w Muzeum Wyzwolenia w Rzymie, na której umieszczono słowa podziękowania skierowanie do tego papieża przez Żydów. Stwierdzili oni m.in.: "Zjazd delegatów włoskich wspólnot żydowskich, który odbył się w Rzymie po raz pierwszy od zakończenia wojny, czuje głęboki obowiązek oddać hołd Jego świątobliwości i wyrazić uczucia wdzięczności wszystkich Żydów za okazane ze strony Kościoła dowody ludzkiego braterstwa w czasie lat prześladowań, gdy ich życie było zagrożone przez nazistowskie i hitlerowskie barbarzyństwo. Wielu księży cierpiało w więzieniach i w obozach koncentracyjnych za to, ze udzielali pomocy Żydom….Żydzi będą zawsze pamiętać to, co w owych strasznych latach Kościół pod przewodnictwem Papieży uczynił dla nich".

Ale czerwoni zawsze "wiedzą lepiej".

 

Ku sprawiedliwości...

Obecnie prawo w naszym kraju działa kiepsko. Policja nie szczędząc wysiłków chwyta przestępców, sądy ich wypuszczają albo wymierzają wyroki budzące co najwyżej uśmiech politowania. Zastanawiając się nad tym problemem doszedłem do pewnych wniosków. Wniosków prostego człowieka. Wymiar sprawiedliwości nie zaspokaja potrzeby sprawiedliwości. Dlatego uważam że obecny system należy zmienić, a nowy oparłbym go na trzech zasadach:

1) Zadośćuczynienie.

Obecnie ofiara przestępstwa nawet w razie wykrycia sprawcy najczęściej pozostaje na lodzie. Policja rzadko odzyskuje skradzione fanty. Ubezpieczyciele rzadko wypłacają odszkodowania pozwalające w pełni pokryć poniesione straty. Jedynie nieliczni sędziowie zasądzają od razu nawiązki na rzecz ofiar. Przeważnie trzeba się o to procesować oddzielnie. Uważam że to pierwsza rzecz którą należy zmienić! Sprawca zobowiązany byłby do pokrycia wszelkich strat, które nastąpiły w wyniku jego przestępstw. Jeśli skradzionych przedmiotów nie udało się odzyskać musi za nie zapłacić. Jeśli włamując się do cudzego mieszkania przeciął kratę – musi oddać i za skradzione fanty i za kratę. Jeśli wyłamał zabytkowe drzwi musi pokryć koszta ich pełnej konserwacji. Jeśli kradnąc miedziane druty trakcji elektrycznej spowodował milionowe straty PKP – to musi oddać miliony. Jeśli to co ukradł nie było ubezpieczone pieniądze oddaje właścicielowi. Jeśli było – firmie ubezpieczającej. (to przy okazji radykalnie obniży nam składki). Jeśli popełniając przestępstwo kogoś zranił pokrywa koszta leczenia. Jeśli zabił – ma płacić rentę rodzinie zabitego.

2) Pokrycie kosztów.

By schwytać przestępcę policja angażuje czas funkcjonariuszy, wykonuje kosztowne badania i analizy, czasem używa agentury i informatorów. Walka z przestępczością pochłania miliardy złotych. Dlaczego mają za to płacić uczciwi obywatele, skoro koszt ścigania bandziorów można przerzucić na samych bandziorów? Czemu nie wprowadzić zasady że przestępca ma pokryć koszta jego przywleczenia przed sąd? Dla umożliwienia ubogim skazańcom pokrycia grzywien i nawiązek należy skopiować rozwiązania z USA - zbudować przywięzienne fabryki, stworzyć fermy i obozy pracy w pobliżu kamieniołomów.

3) Resocjalizacja lub likwidacja.

Zawodowi kryminaliści krótkie odsiadki mają niejako „wliczone w koszta działalności”. Początkujący łudzą się ze nigdy nie zostaną złapani, zawodowcy wiedzą że co jakiś czas powinie im się noga. Po trwającej kilkanaście miesięcy odsiadce wracają „na łono społeczeństwa” czyli do „zawodu”. Resocjalizuje się niewielki procent. Więzienie jest w stanie przestraszyć tylko początkujących. Symboliczne wyroki zamykają usta świadkom. Kto będzie zeznawał przeciw bandytom mając świadomość że za kilka lat wyjdą i dopadną go na ulicy? Symboliczne wyroki nie zaspokajają społecznej potrzeby sprawiedliwości. „Dożywotnie więzienie” to w krajach UE średnio …11 lat odsiadki. Obecne prawo faworyzuje zawodowych kryminalistów. Dlaczego? Mamy zasadę nie sumowania wyroków. Skazany za jedno włamanie odsiedzi rok. Skazany za piętnaście włamań nie dostanie 15 lat pozbawienia wolności… Dlatego wprowadziłbym po pierwsze zasadę sumowania wyroków. Po drugie spory odsetek więźniów to zawodowi kryminaliści. Więzienie jest krótkotrwałym wybawieniem społeczeństwa od ich obecności. Po odsiadce wracają równie groźni, równie zdemoralizowani… Jeśli ktoś staje przed sądem po raz trzeci, czwarty, piąty, powinien otrzymać karę bezterminową. Odsiadka dopóki komisja ekspertów nie uzna że faktycznie się zmienił i że można go wypuścić. Po trzecie istnieją osobniki totalnie zdemoralizowane, jak i sprawcy szczególnie ohydnych przestępstw. Nie tak dawno nastolatek z Warszawy gwałcił i skatował kobietę w zaawansowanej ciąży. Regularnie dochodzi do mordów na dzieciach. Dla takich nie powinno być żadnej litości. Stryczek, kwadransik w powietrzu i do parku sztywnych. Nie ma się co patyczkować. Kara śmierci dla zwyrodnialców? Oczywiście!!!

Niech za przykład posłuży tu sprawa pedofila mordercy Marcela Dutroux. Aresztowany w 1986-tym za porwanie i gwałt na pięciu nastolatkach otrzymał wyrok trzynastu lat więzienia. Zakład karny opuścił po …trzech latach – „za dobre sprawowanie”. Co więcej zgłosił się do psychiatry. Jako …chory umysłowo otrzymał wysoką rentę(!!!) oraz zapisano mu silne środki uspokajające. Przy ich użyciu oszołomił i porwał cztery kolejne nastolatki. Wszystkie gwałcił. Dwie zagłodził na śmierć w piwnicy pod domem. Jak na ironię dokonał tych czynów w okresie gdy powinien jeszcze odsiadywać pierwszy wyrok. Ujęty tylko dzięki splotowi szczęśliwych zbiegów okoliczności, w 2004-tym roku otrzymał wyrok dożywotniego więzienia. Prawdopodobnie chroni go rozbudowana siatka pedofilska, w którą zamieszani są holenderscy politycy i policjanci. Raz już zbiegł z konwoju, schwytano go cudem w wyniku obławy w której brało udział 15 tysięcy ludzi. Kiedy opuści zakład karny? W 2015-tym? W 2020-tym? Przyjaciele z pewnością będą naciskać by wypuszczono go jak najszybciej. Dziś ma 56 lat. Opuści mury więzienia jako mężczyzna nadal w sile wieku. Nadal śmiertelnie niebezpieczny.

 

Szafowanie wybaczeniem

Zaczęło się od grubej kreski – półoficjalnego zapewnienia że nie będzie ścigania komunistów. Potem Adam Michnik odwiedził generał Kiszczaka. Pogadali. Wynikiem tej rozmowy był artykuł w „Gazecie Wyborczej”. Samozwańczy przywódca opozycji w imieniu tejże opozycji namaścił głównego oprawcę na człowieka honoru. Były też stwierdzenia że Kiszczak i Jaruzelski „odkupili swe winy sto tysięcy razy”. Pomijam że w demokratycznym państwie wielbiciel demokracji Michnik powinien najpierw zwołać wiec opozycjonistów i demokratycznie przegłosować kwestię wybaczenia. Pomijam ze Kiszczak nigdy nie pokajał się i nie prosił o wybaczenie. Problem bowiem w tym że nawet mając pełne poparcie delegatów takiego kongresu Michnik po prostu nie mógł tego zrobić.

Wybaczyć można wyłącznie krzywdy własne. Krzywdy doznane przez krewnych, przyjaciół i towarzyszy mamy obowiązek POMŚCIĆ. Człowiek wylany z pracy w latach osiemdziesiątych, pobity przez nieznanych sprawców, może ewentualnie wybaczyć swoim krzywdzicielom i ich mocodawcom. Represje, pobicia, zagadkowe włamania i podpalenia, groźby, konfiskaty etc. to jednak tylko część winy „służb” PRL. Przeszło setka ludzi została zamordowanych tylko w latach 1982-91 Mamy moralny obowiązek dopaść i ukarać sprawców. Także dlatego by taka sytuacja nigdy więcej się nie powtórzyła.

Dla komuny - Norymberga!

 

Grzech kościoła w liczbach bezwzględnych

W 2002 roku wybuchła „sprawa bostońska”. Oto grupa mężczyzn nieoczekiwanie „przypomniała sobie” że w dzieciństwie i młodości była molestowana uwodzona lub gwałcona przez lokalnych księży. Pokrzywdzeni zebrali się do kupy, zrobili zrzutkę na adwokatów i wytoczyli proces o gigantyczne odszkodowania. Wygrali, diecezja bostońska omal nie zbankrutowała. Cała afera dziwnie śmierdziała od samego początku. Wyglądało na to że „sprawa jest robiona”. Niemal wszystkie przypadki miały miejsce dawno – w latach 60-tych i 70-tych.Czemu nie wyciągnięto tej sprawy w tamtej epoce? Stanami rządziła lewica, uczelnie opanowane były przez marksistów. USA to kraj protestancki. Główne media od zawsze znajdują się w rękach anglikanów i żydów. W okresie tym agentura sowiecka szalała podgryzając na różne sposoby korzenie amerykańskiego społeczeństwa. Pokrzywdzeni mieli dokąd iść. Uderzenie w kościół było na rękę co najmniej trzem potężnym siłom. A jednak afera wybuchła dopiero dziś - po trzydziestu latach…

Co więcej oskarżano często księży, którzy od lat nie żyli. Niemal wszyscy sprawcy w chwili wybuchu afery byli w podeszłym wieku, niektórzy nie dożyli wyroków – zmarli w trakcie procesów lub w oczekiwaniu na proces. W zeznaniach były luki. Materiał dowodowy – skromny. Opierano się głównie na zeznaniach pokrzywdzonych. Powołano bardzo nielicznych świadków obrony. Przesłanki do wydania wyroków były marne. Z jednej strony trudno o jakikolwiek mocne dowody po trzydziestu latach. Z drugiej skarżący mieli całe miesiące na uzgodnienie zeznań…

Mimo to bezsprzecznie udowodniono winę licznych księży, udowodniono że ich występki były znane zwierzchnikom. Udowodniono że hierarchia wiedziała ale ukrywała przestępstwa podwładnych. W kilku przypadkach sąd uznał że rzecz jest nie do udowodnienia ale mimo to …także nakazał wypłatę odszkodowań. Gigantycznych. Kościół katolicki w USA by zgromadzić środki spieniężył nieruchomości i aktywa o wartości 2 miliardów dolarów. Ilu było autentycznie pokrzywdzonych? Ilu naciągaczy skorzystało z okazji by się obłowić? O tym media milczą. Wiemy tylko, że grupa Eskimosów z Alaski usiłowała podpiąć się pod proces i obłowić – ale pomylili daty i nazwiska – misjonarz który miał ich molestować w latach 60-tych pracował w tym czasie gdzie indziej…Nagonka medialna i podchwycenie tematyki przez popkulturę zadały kościołowi katolickiemu w USA ogromny cios. Skojarzenie „ksiądz katolicki = pedofil” trwale zagościło w umysłach ludzi.

A teraz garść ciekawych liczb. Ilu kapłanów splamiło się tym grzechem? Ilu oskarżono? Ilu udowodniono winę? Ano cóż. Wedle raportu podsumowującego aferę: Wniesiono 11 tysięcy oskarżeń przeciw ok. 4’500 duchownym i świeckim pracownikom instytucji kościelnych. W toku szeregu procesów uznano winnymi i skazano 252 „pedofilów”. W tym około 100 osadzono w więzieniach pozostałych skazano na inne kary – przy czym nie bardzo wiadomo jakie. I znowu – trudno o mocne dowody – z pewnością część winnych zdołała się wykręcić. I z drugiej strony – w tej sytuacji całkowicie niewinnym łatwo było przyczepić zdechłego kota… Ale porównując liczbę oskarżonych i skazanych możemy stwierdzić: sądy USA uznały winnymi i skazały 6% oskarżonych w tym 2% osadziły w pudle.Biorąc pod uwagę że kler katolicki w USA liczy około 80 tyś duchownych te 252 czarne owce stanowią zaledwie ok. 0,3% pasterzy…

Philip Jenkins, profesor Wydziału Religii i Historii w PennStateUniversity, w 2003 roku wydał publikację w której dokonał zbiorczej analizy wszystkich afer seksualnych z udziałem duchownych katolickich w USA. Wyliczył że czyny zakazane prawem udowodniono zaledwie 0,2% funkcjonariuszom kościoła. W samej sprawie bostońskiej zaledwie jeden(!!!) duchowny był typowym pedofilem, pozostali skazani nawiązywali kontakty seksualne z nastolatkami powyżej 15-tego roku życia (prawo USA zabrania współżyć z nieletnimi do 18-tego roku życia). Raport Johna Jay’a z 2004 roku podaje dane na tematy duchowieństwa USA, według zanalizowanych liczb 4% duchownych różnych wyznań było oskarżanych o nadużycia seksualne w stosunku do nieletnich. Jednak dzięki umiejętnym manipulacjom medialnym praktycznie całe odium winy spadło na kościół katolicki. Jednocześnie starannie omijano temat że większość czynów zabronionych popełnili księża - homoseksualiści.

Ale cóż jedno zgniłe jabłko psuje smak całej beczki marmolady. Dlatego episkopat USA wyciągnął wnioski. Zwiększono rygory w przyjmowaniu do seminariów, wydano drobiazgowe instrukcje postępowania i nakazano każdy kolejny sygnał od wiernych przekazywać od razu organom ścigania. Nakazano ekskomunikę każdego duchownego któremu sąd udowodni winę. Afera bostońska przygasła. Wrogowie kościoła liczyli zapewne na większe sukcesy. Zaczęli analizować przyczyny klęski. Niestety gdy siły zła szykowały się do kolejnej bitwy kościół europejski w żaden sposób nie wyciągnął wniosków z tego co stało się za oceanem.

„Sprawa irlandzka” jest jeszcze bardziej interesująca. W 2005 roku arcybiskup Diarmuid Martin przedstawił raport z którego wynikało że na terenie archidiecezji dublińskiej w latach 1940-2000 doszło do około 400 przypadków przestępstw seksualnych wobec nieletnich w co zamieszanych było 102 duchownych. 91 postawiono zarzuty. „Rekordziści” SeánFortune, Brend Smyth i Bill Carney mieli na koncie odpowiednio 74, 66 i 34 ofiary. W toku dalszych postępowań o stosunki z nieletnimi i krycie podwładnych oskarżono kolejnych 46 duchownych w tym winę udowodniono jedenastu. Nie jest jasne ilu grzeszyło a ilu ich kryło, jednak ta parszywa jedenastka dopuszczała się swoich czynów na przestrzeni około 60 lat. Łącznie o afery z seksualne z udziałem nieletnich (czynne wykorzystywanie i krycie sprawców) oskarżono zatem około 150 duchownych, skazano setkę a liczba ofiar (nie podawana do publicznej wiadomości) zapewne sięga 1000.Kler irlandzki liczy około 50 tyś duchownych. Biorąc pod uwagę wymianę pokoleń od 1940-tego roku tych stu dewiantów to znowu około 0,2%

Jak zaznaczyłem wyżej irlandzki episkopat nie wyciągnął wniosków z afery bostońskiej czym sam ułatwił atak wrogom… W czasie gdy w USA obligatoryjnie ekskomunikowano duchownych dewiantów i wydawano ich policji w Irlandii nadal próbowano zamieść śmieci pod dywan.Szczególnie mało ciekawy jest sposób w jaki zabrano się za porządkowanie tego bagienka. Z pomocą kościołowi przyszedł tu bowiem rząd irlandzki który naszykował sporą pulę pieniędzy na odszkodowania. Następnie zawarto zbiorową „ugodę” ze zgłaszającymi się pokrzywdzonymi. Otrzymali kasę w zamian za nie kierowanie kolejnych spraw do sądu. Jest to rozwiązanie w oczywisty sposób potrójnie złe – faktyczni sprawcy są nadal kryci, niewinni a pomówieni nie mają możliwości oczyścić się z zarzutów, a oprócz faktycznych ofiar niezłą kasę zgarnęli też rozmaici naciągacze…

Rozdmuchanie afery przez prasę – głównie pozostającą w rękach anglikanów prasę brytyjską i lewicującą prasę irlandzką spowodowało katastrofalny spadek zaufania społeczeństwa irlandzkiego do kościoła. W ciągu ostatniej dekady liczba praktykujących katolików spadła w tym kraju drastycznie. I znowu - prasa bijąc w kościół omijała starannie problem orientacji seksualnej sprawców.

20 maja 2009 roku Komisja Rządowo-Kościelna opublikowała Raport Ryana – dotyczący stosowania przemocy fizycznej, psychicznej i nadużyć seksualnych w ok. 200 sierocińcach, domach opieki i zakładach poprawczych prowadzonych w Irlandii przez instytucje kościelne. Raport oparto na zeznaniach 2000 świadków, liczbę małoletnich ofiar złego traktowania oszacowano na 30 tysięcy. Sięgnięto aż do lat 30-tych XX wieku. Główne zarzuty dotyczą stosowania przemocy w postaci kar fizycznych, oraz zmuszania wychowanków do pracy, w tym do prac polowych w należących do kościoła gospodarstwach rolnych. Khm… Zastanawiam się czy aby nie nazbyt pochopnie przyłożono dzisiejszą miarę do wypadków sprzed lat. Kary fizyczne w brytyjskich szkołach były nagminnie stosowane do końca lat 70-tych. Ostatecznie zakazano ich w 1987- mym. (renomowane szkoły prywatne np. Eton zachowały ten przywilej jeszcze w latach 90-tych, ostateczny zakaz wszedł w 2003-cim roku). Podkreślę: kary te stosowano w zwykłych szkołach – tymczasem w Irlandii zarzut dotyczy stosowanie chłosty w …ośrodkach poprawczych! Co do zmuszania do pracy fizycznej – też nie dajmy się zwariować. Przed laty, nim państwo opiekuńcze na dobre rozwinęło skrzydła, praca wychowanków stanowiła ważny element utrzymywania się instytucji opiekuńczych i traktowana była jako ważny czynnik wychowawczy!

W całej tej ohydnej sprawie uderzają oczywiste błędy taktycznych popełnione przez episkopaty oraz skala manipulacji medialnej. Żonglowano liczbami, zatajano faktyczną skalę problemu, nie szczędząc wysiłku z igły zrobiono widły, omijano problem kontaktów homoseksualnych… A naprawdę ciekawa byłaby dokładna analiza przebiegu nagonki medialnej wytext-align: justify;konana przez fachowców…

A teraz popatrzmy od jeszcze innej strony:Pedofilia jest w Unii Europejskiej powszechnie tolerowana a do pewnego stopnia nawet akceptowana. Dowody?Wedle wpływowych komentatorów znany reżyser spółkujący klasycznie i analnie(!) z naćpaną 13-latką jedynie „poszerzał granice wolności osobistej”. Jego ekstradycja w ręce odwetowców z USA byłaby „barbarzyństwem”. Listy w jego obronie podpisują artyści i politycy.Niegdysiejszy lewicowy bojówkarz i zarazem pedofil wykorzystujący dzieci w przedszkolu(!!!) został po latach jednym z prominentów w strukturach władzy UE. Dwójka eurodeputowanych szczególnie zaangażowanych w walkę z homofobią w Polsce jest umoczona w przynależność do humanitischeunion – organizacji której szefostwo to pedofil na pedofilu. Francuski minister otwarcie przyznaje się że jeździł do Tajlandii bzykać chłopców. (potem zastrzegał że …tylko pełnoletnich).W Polsce „jedynie słuszna gazeta” serię klasyki zaczyna od publikacji pedofilskich wypocin Nabokova. W Holandii legalnie działa propedofilska partia polityczna. Także homoseksualizm od dawna jest trendy.

Wydawać by się mogło że ksiądz homopedofil dokazujący z ministrantem powinien być uznany za bohatera mediów i autorytet moralny. Wszak – hłehłe – „pomaga chłopcu wyzwolić się z homofobii”, „twórczo poszerza granice wolności i samorealizacji jednostki”, a do tego „niesie pochodnię postępu przez mroki najbardziej ciemnogrodzkiej instytucji świata”… Ale cóż: “co wolno wojewodzie, to nie tobie…” Podczas gdy bzykanie dzieciaków przez elitę jest trendy, bzykanie niepełnoletnich (np. 17-latków) przez duchownego jest zbrodnią. Wot schizofrenia…

 

Wykastrowani

Mężczyzna powinien zbudować dom, zasadzić drzewo i spłodzić syna.Mężczyzna powinien być odpowiedzialny za swoje słowa i czyny. Mężczyzna powinien zapewnić utrzymanie i ochronę kobiecie i dzieciom. Mężczyzna ma za zadanie walczyć. Walczyć z wrogiem, walczyć o byt, walczyć z dziką naturą. Mężczyzna dla każdej władzy to wróg.To człowiek uzbrojony, myślący, potencjalnie niebezpieczny. Twardy, gotów bronić swojej rodziny i swoich racji. Ziarnko piasku w trybach. To człowiek świadomy swej siły i używający jej rozważnie: ergo potrafiący jej użyć.

Od co najmniej 1944 roku polscy mężczyźni są programowo kastrowani psychicznie. Mężczyzna powinien znać się na broni. Nie musi być od razu snajperem, powinien jednak umieć odstrzelić napastnika z broni palnej, rozwalić mu łeb szablą lub chociaż dać w mordę.Zazwyczaj umiejętności takie kształtuje służba wojskowa lub przeszkolenie w tym kierunku. Służba wojskowa przez cały okres komuny sprowadzała się do kopania rowów, wysługiwania trepom, oraz zabaw w dziadków i koty. Wojsko to był rok (dawniej dwa lata) wykreślony z życiorysu. Okres totalnie zmarnowany, kiedy człowiek nie uczył się niczego pożytecznego i do tego nie pracował, nie zarabiał, nie zdobywał doświadczeń zawodowych. To wszystko sprawiało że kto tylko mógł migał się od „zaszczytnego obowiązku”. Broń przyszłym żołnierzom wydawano niechętnie, z amunicją było jeszcze gorzej. Wielu potencjalnych obrońców ojczyzny przez całą służbę nosiło na plecach pięciostrzałowe karabiny z zapasów po poprzedniej wojnie…

Chodzenie z bronią białą jest dziś wykroczeniem, w Anglii wręcz przestępstwem jest posiadanie przy sobie scyzoryka. Dawanie w mordę to też problem – w szkołach dawno zarzucono tradycję solówek gdzie obowiązywały jakieś zasady. Dziś solówka zmieniła się w egzekucję – gang trzyma ofiarę a „szef” bije. W dorosłym życiu danie w mordę to też problem. Potraktowany tak złodziejaszek, łobuz czy cham bez trudu wygra w sądzie proces o naruszenie dóbr osobistych.Stawianie oporu napastnikowi, a już nie daj Boże skuteczne stawianie oporu to przekroczenie granic obrony koniecznej. Strzelać do bandytów boi się nawet policja.

Podstawową siłę psychiczną dawała mężczyznom świadomość że to oni utrzymują rodziny. By to zniszczyć komuniści zapewnili nam skrajnie dziadowskie zarobki. Sprawili że Polacy sami posłali swoje kobiety do pracy… Pomogła w tym wojna – całe roczniki mężczyzn zostały zdziesiątkowane. Po upadku „komuny” walka o przymus pracy kobiet trwa. Narzuty na pracę – 19% podatku dochodowego i 40% haracz na ZUS oraz bzdurny i niemoralny podatek VAT odbierają ponad połowę dochodów każdego pracującego. Mało kto ma dochody na poziome dwu średnich krajowych – zatem dzieci od pierwszych miesięcy życia trafiają do żłobków a kobiety muszą wracać do pracy. Jednocześnie zdjęto z mężczyzn jakąkolwiek odpowiedzialność.Zakaz aborcji jest omijany na wiele sposobów. Przekaz ze strony władzy też jest jednoznaczny: płodź dzieci ile chcesz, zmieniaj partnerki jak rękawiczki. Nie musisz być odpowiedzialny za potomstwo. Nawet jak sąd zasądzi alimenty, możesz się migać – marne groszaki wypłaci fundusz alimentacyjny. Na wiele to nie wystarczy więc znowu wszystko prowadza się do wspólnego mianownika – „kobiety do fabryk”. Ba gdyby chociaż do fabryk – byłby z tego jakiś zysk w postaci wypracowanych dóbr. Wiele kobiet zatrudnia się bowiem w urzędach. Tym samym ich praca jest nie tylko zbędna, kiepsko płatna, ale do tego często szkodliwa!

Zakładanie rodzin, lub choćby stałych związków też jest dla władzy szkodliwe. Dlatego media nachlanie propaguje się postawy zupełnie odmienne. Ot choćby seriale. Główna oś intrygi wielu z nich to nieustanny kołowrót związków nieformalnych, rozstań, zdrad, pojawiania się krewnych z którymi dotąd bohaterowie nie mieli kontaktu, oraz od czasu do czasu przyrodniego rodzeństwa i dzieci spłodzonych na lewo.Jeśli ktoś mimo tak wielu zachęt zdecyduje się na posiadanie normalnej rodziny i dzieci zawsze może trafić na nieprzewidziane trudności. Po pierwsze lokalowe. Rodzina musi gdzieś mieszkać – a ceny mieszkań i domów są sztucznie zawyżone. Po drugie materialne – ludzie rabowani z 50-70% dochodów raczej nie decydują się na posiadanie trójki dzieci. Do tego są kobiety które uważają urodzenie jednego dziecka za wystarczająco męczące oraz feministki które w razie stwierdzenia „ciąży męskiej” bez mrugnięcia okiem zastosują aborcję – gdyż dla nich ewentualne macierzyństwo to posiadanie córki.

Budowa domu? Po pierwsze aby coś stawiać trzeba mieć ziemię. Państwo monopolizując własność gruntów w miastach dba by ceny działek były horrendalne. Nieco tańsze są grunta rolne – ale ich odrolnienie to kolejne koszta i często konieczność ponoszenia dodatkowych „opłat nieformalnych”. Na budowę domu Pana Urzędnika. Po drugie trzeba mieć pieniądze. Realna cena budowy metra kwadratowego mieszkania to około tysiąc złotych. Reszta to głównie podatki i drożyzna wynikająca z rozmaitych regulacji (z „ekologicznymi” limitami eksploatacji kopalin włącznie. Potem trzeba załatwić kilkanaście papierków. Wreszcie wynająć ekipę – bo przepisy w zasadzie wykluczają budowanie samodzielne.

Sadzenie drzew? Teoretycznie proszę bardzo. Państwo popiera zalesianie nieużytków. Dęby? E, raczej nie. Sosenki będziemy sadzić. I na gruntach państwowych. Aby sadzić dęby na swojej ziemi musisz ją najpierw posiadać. Sadzisz drzewa na gruncie budowlanym? Tracisz. I weź pod uwagę że tego co zasadzisz nie możesz potem wyciąć.

Wreszcie na koniec – wszelkie te ograniczenia mogą być nieskuteczne. Mężczyzna przyuczony do walki, myślenia i radzenia sobie w życiu będzie kombinował jak omijać zakazy i wbrew logice zdobyć środki materialne. Dlatego szeroko uderzono w chłopców by na tych mężczyzn nigdy nie wyrośli. Szkoła – wyłącznie koedukacyjna. Sport? Ojej do dobre dla prymitywnych mięśniaków. Podoba ci się męskie ciało? Na pewno jesteś gejem! Bądź miękki, rozlazły, wymuskany, fircykowaty. Metrosekualny chłopak jest trendy. Sex? No jeśli koniecznie musisz by niemodnym hetero to pamiętaj: z zabezpieczeniami i bez zobowiązań. I nie musisz wyprowadzać się od mamusi, zresztą mieszkania są przecież za drogie.Nie dziwmy się zatem że Mężczyźni wymierają a ich miejsce zajmuje tania podróbka – faceci.


 

*****************************************2010**************************************

 

Za żarówki - grzywna!

Uznawszy że zapasik tradycyjnych żarówek stuwatowych który zgromadziłem jest mimo wszystko zbyt szczupły postanowiłem nieco go powiększyć. W tym celu nawiązałem kontakt z kuzynem który z przyczyn rodzinnych, towarzyskich i dla nabywania różnych produktów bywa średnio raz w tygodniu na Ukrainie.Poprosiłem żeby przywiózł mi sto sztuk. Niestety już próba przewiezienia pierwszych dziesięciu skończyła się katastrofą.

Polski celnik autorytarnie zakazał wwozu powołując się na obowiązujący w UE zakaz …produkcji. Nie potrafił wskazać przepisów zabraniających importu ani przywozu żarówek, nie umiał wyjaśnić czy w naszym kraju zakazane jest ich posiadanie. Mocą swego urzędniczego jestestwa nakazał cofkę i zagroził słoną grzywną w razie kolejnej próby „przemytu”.Za dziesięć lat bojówki ekonazistów będą krążyć po osiedlach i przez lornetki patrzeć w nasze okna

 

Zardzewiały pomnik

Po publikacji książki Artur Domosławskiego „Kapuściński non-fiction” przez media przetacza się fala tekstów mniej i bardziej pochlebnych poświęconych Ryszardowi Kapuścińskiemu. Z twórczością dziennikarza-podróżnika zetknąłem się trzykrotnie. Po raz pierwszy na początku lat 90-tych czytając „Imperium”. Miałem szesnaście lat. Książkę przyjąłem wówczas bardzo dobrze, jedynym zgrzytem który mnie wówczas silnie zniesmaczył było zdanie zrównujące ofiary i katów w reportażu o Kołymie. Nazwisko autora nic mi nie mówiło. Pogrzebałem trochę i ku swojemu zdumieniu dowiedziałem się że do samego końca był członkiem PZPR. Stwierdziłem że widocznie nie ogarniam świata ale wydało mi się czymś odrażającym iż człowiek który przeżył piekło sowieckiej okupacji na kresach i był świadkiem deportacji swoich szkolnych kolegów mógł zapisać się do tak nikczemnej organizacji. Na wiele lat odstręczyło mnie to zagłębiania się w twórczość tego człowieka.

Zadecydował przypadek. Interesując się Etiopią wcześniej czy później musiałem sięgnąć po „Cesarza”. Tym razem rozczarowanie było o wiele silniejsze. Czytałem o Hajle Sylasje. O reformach, budowie kolei, dzielnym oporze przeciw włoskiej okupacji, o odważnym przeciwstawieniu się pierwszemu sowieckiemu puczowi w 1960-tym roku. Z licznych rozproszonych informacji złożyłem sobie obraz wybitnego męża stanu, dalekowzrocznego polityka, człowieka dumnie kroczącego drogą swego przodka cesarza Teodora II Kassy. O „Cesarzu” słyszałem że to arcydzieło. Słyszałem że autor jako jeden z bardzo nielicznych cudzoziemców znalazł się w odpowiednim czasie i odpowiednim miejscu. Otworzyłem książkę i zamiast reportażu dostałem prymitywny propagandowy kit. Autor nie szczędząc wysiłku z najwybitniejszego polityka czarnej Afryki robił analfabetę-przygłupa, tchórza i rozrzutnego prymitywa. Kapuściński dostał niezwykłą szansę od losu. Był świadkiem mordu na cesarstwie i władcy. Tymczasem wypłodził produkcyjniaka na zapotrzebowanie wydziału propagandy KC PZPR.Zgrzytnąłem zębami. Cóż „cesarz” ukazał się w 1978-mym roku. Pomyślałem ze może autor nie miał innego wyjścia.

Raz jeszcze dałem Kapuścińskiemu szansę. Kilka lat później sięgnąłem po „Heban”. Te książkę napisano 20 lat po „Cesarzu”. 8 lat po upadku komuny. 8 lat po likwidacji wydziału propagandy i urzędu cenzury. Sądziłem że Kapuściński zdobędzie się choć na tyle honoru by odszczekać największe swoje kłamstwa. Zawiodłem się po raz kolejny. Być może inne książki są lepsze, ale zbyt wiele razy poczęstowano mnie plewami…Zaraz po śmierci „cesarza reportażu” tygodnik „Najwyższy Czas” jako pierwszy przerwał zmowę milczenia informując iż w zasobach IPN-u znajdują się cztery teczki (podano nawet ich sygnatury). Rychło okazało się że Kapuściński bynajmniej nie pracował wyłącznie dla wywiadu wojskowego, (co do pewnego stopnia byłoby zrozumiałe) ale był też pospolitym TW – „kapuściem” ubecji.

Zaraz potem zaczęły się spekulacje na temat wartości poszczególnych reportaży. Kapuściński tworzył w warunkach ogromnej swobody konfabulacyjnej. Mało kto w naszym kraju miał paszport. On miał. Mało kto z zachodnich dziennikarzy mógł dotrzeć na tereny opanowane przez komunistyczne bojówki – on mógł. Te warunki załamały się w roku 1990-tym. Nagle paszporty zaczęto dawać wsjem. Nagle ludzie zaczęli jeździć do krajów które opisywał. Znajomość języków zachodnich upowszechniła się. Upadło wiele wspieranych przez Moskwę reżimów. Łgarstwa ujrzały światło dzienne. Okazało się że w Sudanie nie ma opisywanych plemion murzyńskich. Okazało się że opisane święta i rytuały są kompletnie nieznane nie tylko zachodnim etnografom ale i ludom które miały je kultywować. Pojawiły się artykuły i książki o Etiopii tłumaczone z angielskiego.

Michnikowszczyzna za życia zrobiła z Kapuścińskiego pomnik z brązu. Na naszych oczach brąz zamiast pokrywać się szlachetną patyną ordynarnie zardzewiał. Ciągle była jednak nadzieja że pod warstwą korozji kryje się chociaż solidne żeliwo. Wystarczyło odrobinę poskrobać by błysnął gips… Kolejny autorytet moralny okazał się wydmuszką.

Kuroń, Geremek, Skubiszewki, Edelman i szereg innych odeszło już do krainy wiecznego śledztwa. Z żywych pomników michnikowi został już tylko „profesor” Władysław Bartoszewski. Ale i nad nim zbierają się chmury. Ludzie coraz śmielej pytają jak to możliwe że …z uwagi na zły stan zdrowia wypuszczono go najpierw z Auschwitz a potem ze stalinowskiego więzienia!

 

O dorosłości...

Pomysł Platformy Obywatelskiej by nadać prawo głosu w wyborach już 16-latkom budzi zrozumiałe kontrowersje. Nie podoba się nawet młodym. Często podnosi się argument że ludzie w tym wieku nie są zdolni do samodzielnego podejmowania tak trudnych decyzji. W ramach korzystania z dorobku innych narodów sięgnijmy do mądrości „starszych braci”. Od czasów głębokiego średniowiecza żydowscy chłopcy przechodzą bar micwę. Jest to święto będące swego rodzaju wprowadzeniem w świat dorosłych. Należy ukończyć 13 lat i zdać egzamin z wiedzy religijnej. Ot tej pory młody człowiek odpowiada za swoje czyny wobec Boga i ludzi. A jak ktoś nie zda? No cóż – traktowany jest nadal jako dzieciak. A kto by chciał zatrudniać dzieciaka czy robić z nim interesy?

Może zatem skopiujmy to rozwiązanie? Wprowadźmy dla młodych ludzi świecką odmianę żydowskiej bar micwy. Kto chce być traktowany jak dorosły – proszę bardzo. Te same prawa, te same obowiązki, ta sama odpowiedzialność…

 

Kwintesencja...

Parokrotnie w historii ludzkości różne grupy brały się za wcielanie w życie socjalistycznej utopi. Przeważnie zabierali się do tego wizjonerzy gromadzący wokół siebie ochotników. Czasem socjalistyczny model gospodarki próbowali zastosować wodzowie różnych sekt religijnych. Eksperyment za każdym razem kończył się budową społeczności quasi niewolniczej, ucieczką „pionierów socjalizmu” i większą lub mniejszą rzeźnią. Powstające w XX wieku państwa socjalistyczne były swego rodzaju hybrydą. Nie udawało się wprowadzić w nich czystego socjalizmu, dopuszczano istnienie tak prywaciarzy jak i własności. Atoli był jeden przypadek gdy zdołano stworzyć i przez jakiś czas utrzymać destylat socjalizmu w postaci nieomal czystej.

8 lutego 1940 roku na podstawie zarządzenia prezydenta policji w Łodzi Johanna Schäfera utworzone zostało łódzkie getto. Na obszarze niespełna 4 kilometrów kwadratowych osiedlono blisko 160 tyś ludzi. Wprowadzono przymus pracy - w myśl idei Marksa/Lenina/Hitlera – kto nie pracował ten nie jadł. w 1942 roku kult pracy osiągnął poziom ostateczny – wywieziono do obozów zagłady wszystkich „nieproduktywnych” – czyli dzieci poniżej 14 roku życia i starców. Wszyscy pozostali zostali zagonieni do pracy na rzecz Rzeszy. Znikły wszelkie prywatne warsztaty. Na bieżąco mordowano chorych i ludzi którzy ulegli trwałym okaleczeniom skutkiem wypadków przy pracy. (jednocześnie z bardzo marnych płac okupant i tak pobierał składki na …ubezpieczenie!). Skrajnie nienormalne warunki bytowania, przegęszczenie i polityka kwaterunkowa spowodowały rozsiedlenie rodzin, a bezlitosna walka o pożywienie i przetrwanie spowodowały destrukcyjne zmiany osobowościowe wywołując u wielu słabszych psychicznie jednostek eksplozję skrajnego egoizmu. Bezwzględny zakaz posiadania dzieci realizowano za pomocą antykoncepcji i przymusowej aborcji. Nieunikniony spadek liczny ludności uzupełniano dowożąc „siłę roboczą” z innych gett i obozów koncentracyjnych. Po czterech latach nadeszli Rosjanie i „eksperyment” zakończono. Część niewolników wywieziono, pozostałych wymordowano.

Oczywiście zgodnie z ideami bakunina-nieczajewa-marksa-trockiego społeczeństwo niewolników posiadało swoich właścicieli - żyjących po drugiej stronie muru niemców.Patrzę na dzisiejszą Unię Europejską i widzę przerażające analogie. Eksperyment tym razem rozciągnięto w czasie. Ograniczono przymus bezpośredni na rzecz długofalowego oddziaływania za pomocą propagandy. Ale model docelowy staje się podobny – nie identyczny ale podobny: Społeczeństwo produkcyjne, bez „balastu”. Z aborcją wobec dzieci. Z eutanazją dla kalek i starców. Z marnymi zarobkami (popatrzcie jak bardzo waluty europy straciły w stosunku do złota! Cena kruszcu w euro wzrosła pięciokrotnie w ciągu niespełna dekady!). Ze składkami które nie gwarantują niemal żadnej opieki lekarskiej. Z zanikiem więzi rodzinnych i destrukcją podstawowych więzi społecznych. Z depopulacją i z masowym importem siły roboczej… Są i właściciele – tylko że nauczeni Procesami Norymberskimi tym razem zadbali by ukryć się trochę staranniej.

 

Dlaczego nie kochamy szkoły

/dla ciekawych wklejam mój tekst bodaj z 2005-tego roku/

“Gdy okoliczności nie pozwalają zasnąć, senność jest najohydniejszą torturą. Wiem coś o tym ze szkoły” - zapisał przed półwieczem R. Taylor.

Podbudowani przykładem wybitnego amerykańskiego pisarza zastanówmy się teraz nad fenomenem szkoły. Zasadniczo ludzkość wynalazła tą instytucję dość dawno, jednak od zaledwie mniej więcej stu lat jej istnienie dokuczać zaczęło całej populacji dziatwy w odpowiednim wieku. Wcześniej nauka obejmowała tylko nieliczne jednostki: mieszkające w miastach dzieci bogatych rodziców, ewentualnie dzieci bogatych chłopów i wiejskich potentatów wysłane “na naukę”. Na wsiach życie toczyło się spokojnym rytmem zmieniających się pór roku. Alfabetu uczył kościelny, albo pani z dworu zabijała w ten sposób nudę. Czytać i pisać umiało mniej więcej 10 procent populacji. To zabawne ale obecnie zauważyć można powrót do tej tendencji. 50% Polaków nie przeczytało w zeszłym roku ani jednej książki, regularnie czyta od 6 do 8 %, dalsze 40% czytać umie, ale nie rozumie czytanego tekstu. 400 tysięcy dorosłych Polaków w ogóle nie umie czytać ani pisać. Czyli na wprowadzeniu obowiązkowej nauki czytania i pisania właściwie nic nie zyskaliśmy.

Skoro już wiemy z grubsza że szkoła nie uczy czytać pomyślmy czego uczy. O programie nauczania napisano już całe tomy, nie będę się nim zajmował, choć mam trochę żalu do nauczycieli, że wbili mi do głowy, jakie enzymy występują w żołądku człowieka, a nie mam na przykład pojęcia które grzyby są jadalne, albo jak rozpoznawać w locie gatunki naszych polskich ptaków. Zasadniczo szkoła poza oficjalnym programem nauczania uczy krętactwa i nieuczciwości. Nauczycielowi na pytanie: “Dlaczego znowu się spóźniłeś”, raczej nie mamy szans odpowiedzieć zgodnie z prawdą “Bo znowu zaspałem”, albo “bo uznałem, ze obejrzenie do końca nowego odcinka Czarodziejki z Księżyca jest ważniejsze dla mojego rozwoju intelektualnego niż słuchanie co też nowego wymyślił Adam Mickiewicz w drugiej części Dziadów”. Za udzielenie takiej odpowiedzi, zgodnej przecież z prawdą, a mamy w naszym kraju zagwarantowaną w konstytucji wolność sumienia i głoszenia poglądów, grozi mam wezwanie rodziców, lub w zależności od humoru nauczyciela nawet relegowanie z przybytku oświaty. Dlatego stając przed nauczycielem uczymy się kłamać, co później niektórym przechodzi, ale u większości nawyk ten pozostaje na całe życie.

Wiadomo, że ludzie, w tym także uczniowie, dzielą się na wyjątkowo inteligentnych i całą resztę. Ludzie inteligentni nie lubią kucia na pamięć całych stron z książek, co jest wymagane w wielu szkołach, ludzie mniej inteligentni nie są w stanie dokonać takich wysiłków umysłowych. Obie grupy cierpią i aby sobie ulżyć przygotowują ściągi. W naszym społeczeństwie jakoś zatarła się świadomość że ściąganie to w rzeczywistości oszukiwanie nauczyciela. Zwyczaj oszukiwania niektórym mija wraz ze szkołą, większości zostaje na całe życie… Przygotowywanie ściąg jest głęboko demoralizujące. Uwalnia ucznia od konsekwencji jego nieuctwa. Tym samym koduje w nim przekonanie że własne zaniedbania można zawsze “po cichu” ominąć i że nie ma sytuacji bez wyjścia.

Istnieje coś co nazywa się kanonem lektur. Składają się nań dzieła uznane przed laty za wybitne. Co do wybitności szeregu pozycji zalecałbym ostrożność. Kanon ten teoretycznie każdy powinien przeczytać, choć problemy moralne i rozterki duchowe bohaterów dla dzisiejszej młodzieży są całkowicie abstrakcyjne. Kanon od dawna nie przeszedł gruntownego odświeżenia. Nadal poczesne miejsce zajmują w nim dzieła propagujące nachalnie różne odmiany komunizmu i socjalizmu jak np. nowela “Doktor Piotr”, czy “wybitne” powieści w rodzaju “Przedwiośnia” i “Ludzi Bezdomnych”. Do kanonu trafiają też różne współczesne śmieci, natomiast brak w nim pozycji spod znaku SF i Fantasy. Dzieci w podstawówce katuje się wprawdzie kilkoma nowelami S.Lema, ale dobrano takie, by dzieciakom fantastykę obrzydzić do grobowej deski…

Wymogi czytania lektur omija się za pomocą bryków, które obecnie znalazły się w powszechnym użyciu, a niektórzy nauczyciele wręcz zachęcają do ich lektury. Cóż minęły czasy gdy człowiek korzystający z bryku był traktowany przez ogół klasy jako biedny niedorozwinięty umysłowo idiota. Powtarzalność tematów zaowocowała masową publikacją zbiorków wzorcowych wypracowań. Ostatnio można też znaleźć je w internecie. Przyjmijmy teraz, że znajdzie się w szkole uczeń, który wyniósł z domu rodzinnego (szkoła go tego nie nauczy), pewien zespół wartości. Nie kłamie, nie ściąga i czyta pilnie lektury zadane przez nauczyciela. Naharuje się jak durny, a efekty uzyska porównywalne, lub gorsze od tych uzyskanych przez kłamców, ściągaczy i brykowców. Na skutek tego doświadczenia może dojść do wniosku, że uczciwość jest nieopłacalna. Jeśli przekona się o tym dzieciak powiedzmy dziewięcioletni skutki będą opłakane.

Co jeszcze daje nam szkoła? Ano cóż. Przejdźmy do aspektów medycznych. Szkoła daje nam siedzenie w ławkach po sześć, siedem godzin dziennie, a podczas przerw spokojne spacerowanie. Plus obowiązkowe dwie godziny wuefu, najczęściej na wylanym asfaltem podwórku, albo na brudnym korytarzu. A tak na marginesie. Czy fatalna kondycja naszej piłki nożnej nie jest czasem spowodowana asfaltowaniem boisk? Bramkarz w pogoni za piłką chętnie rzuci się na trawę lub nawet w błoto, ale czy równie chętnie zapozna się z urokami asfaltu? Z małych piłkarzy z czasem wyrosnąć mogą dorośli piłkarze… nie umiejący bronić bramki!

Siedzenie w niewygodnej pozycji i noszenie przeładowanych teczek powoduje skrzywienia kręgosłupa, a trzeba pamiętać, że niekiedy siedmiolatek dźwiga w tornistrze nawet pięciokilogramowy ładunek. Wady postawy ma zdaje się około 60 % dzieci. Wszystkie wywołane są zablokowaniem naturalnych możliwości rozwoju ciała. Mówiąc o aspektach medycznych nie należy zapominać też o skutkach długotrwałego stresu, na jaki narażony jest niemal każdy chodzący do szkoły. Efekty widać potem podczas poboru. Różne dolegliwości psychiczne, oraz wady fizyczne powodują eliminację z szeregów poborowych blisko 50 % dziewiętnastolatków. Najczęstsze przyczyny przyznania kategorii D to: nerwica, depresje, zespół dezadaptacyjny, urojenia maniakalne, psychozy etc. W większości wywołane przez chodzenie do szkoły…

Przemoc w szkole? Na dobrą sprawę zostanie wykorzeniona chyba tylko razem ze szkołą. W szkole w każdej chwili człowiek jest gnębiony. Nauczyciel gnębi ucznia, ten wyżywa się na słabszym. Kujony traktują z pogardą głupków, głupki mszczą się na kujonach. Rozbrykana klasa terroryzuje nauczyciela. W zawodówkach i sporej części liceów pojawiała się przejęta z wojska tzw. fala. (notabene zjawisko wysługiwanie się młodszymi przez starszych w szkołach angielskich zwane “fagizmem” odnotowała już literatura XIX wieku). W każdej szkole a niekiedy i w klasie znajdziemy co najmniej pracę typów antypatycznych z którymi nie zamierzamy utrzymywać żadnych stosunków towarzyskich. Tymczasem w ich obecności musimy spędzać po siedem - osiem godzin dziennie. Co oczywiście odbija się na psychice.

Czy szkoła może zagrozić życiu? Oczywiście może. Człowiek z rozwiniętą depresją na podłożu przeżyć szkolnych ma niewielką szansę długo pożyć. Jeśli nie popełni samobójstwa jeszcze podczas nauki, zrobi to wkrótce potem. Czasem wyręczy go organizm. Swojego czasu prasa szeroko pisała o śmiertelnym zawale serca u osiemnastoletniego licealisty. Choć i tak jest już nieco lepiej. Kurier Warszawski w 1899 roku podawał statystykę samobójstw uczniów szkół zaboru pruskiego. w ciągu 10 lat (1889-1899), odebrało sobie życie ponad 400 uczniów, w tym ponad dwadzieścia dziewcząt. Uwzględniono tylko przypadki samobójstw popełnionych w szkołach (!), oraz jednoznacznie wiążących się z przeżyciami szkolnymi. W Polsce obecnie takiej statystyki nie prowadzi się, jednak od czasu do czasu prasa, głównie brukowa, donosi o dramacie kolejnych licealistów, którzy nie zdołali znieść humorów nauczycieli - psychopatów i wybrali niepewny los na tamtym świecie…

Czy szkoła jest potrzebna? Przydaje się określonym grupom społecznym. Praca w szkole jest wymarzonym zajęciem dla psychopatów, socjopatów, sadystów i zboczeńców. W szkole przystań życiową znajdują życiowe fajtłapy, które nie zdołały załapać się do ciekawszej i lepiej płatnej pracy. Na prowincji szkoła jest instytucją zmniejszającą bezrobocie, zwłaszcza wśród rodziny i znajomych dyrektora. Wreszcie na szkole żeruje spora grupa urzędników. Nieliczni pedagodzy z prawdziwego zdarzenia nie są w stanie zwalczyć niekorzystnych tendencji.Czy szkoła jest potrzebna uczniom? Oczywiście nie. Im potrzebne jest wykształcenie. A jego raczej nie zdobędą w szkole.

Obecnie w dobie internetu i tanich nośników informacji instytucja szkoły, jako zbędna i szkodliwa może spokojnie odejść do lamusa. Dziecku wystarczy dać komputer z modemem i dostęp do odpowiednich stworzonych specjalnie dla niego baz danych. Sześcio - siedmiolatek nauczony korzystania z komputera poradzi sobie bez problemu ze ściąganiem potrzebnych mu materiałów. Raz w miesiącu uda się do dzielnicowego ośrodka egzaminacyjnego i zda przyswojony materiał. W każdej chwili do jego dyspozycji będzie też kilku nauczycieli ukrytych gdzieś na końcu internetu, których będzie mógł za pośrednictwem meila zapytać o taki, czy inny szczegół. Jeśli zainteresuje go jakiś problem, będzie mógł ściągnąć sobie nagranie z wykładów uniwersyteckich, lub literaturę fachową. Program miesięczny będzie programem minimum. Dzieci inteligentne w tym czasie mogą przyswoić dwa lub trzy razy więcej informacji. Dzięki temu podstawówkę skończą w wieku nie piętnastu, ale dziesięciu czy jedenastu lat. Zwykłe zestawienie dat rozpoczęcia i zakończenia nauki pozwoli natychmiast wyłapać najzdolniejszych. Można będzie im podsunąć nieco poszerzone dane, i ogólnie wziąć pod obserwację. Przydzielić profesorów do konsultowania trybu nauki. Dzikie temu posunięciu szybko można wyselekcjonować grupę najwartościowszych, w przyszłości stanowiących elitę intelektualną naszego narodu. Obecnie na każdego odkrytego młodego geniusza przypadają dziesiątki zmielonych przez system szkolny… Rokrocznie tracimy w ten sposób niezmierzony potencjał intelektualny.

Wszystko to odbędzie się minimalnym kosztem. Już w pierwszym, roku po likwidacji szkół wydatki zwrócą się wielokrotnie. Pomyślmy… Państwo nie będzie musiało łożyć na utrzymanie kilkudziesięciu tysięcy nauczycieli, zastąpi ich kilkuset najlepszych i dobrze opłacanych. (Oczywiście obok państwowej oświaty będzie też mogła istnieć prywatna i społeczna). Pojawia się pytanie co robić ze zwolnionymi pedagogami. Średnia wieku w szkolnictwie jest na tyle wysoka, że większość bez problemu można wysłać na emerytury, spory odsetek zamknąć w zakładach dla umysłowo chorych, a pozostałych przekwalifikować na strażników więziennych i ochroniarzy, (nawet nie zauważą różnicy). Odpadnie koszt utrzymania tysięcy szkół. W pustych lokalach urządzić można hurtownie, warsztaty, czy ośrodki reedukacji dla byłych nauczycieli. Rodzice nie będą musieli wydawać co roku bajońskich sum na zakup podręczników. Zastąpią je bez trudu CD-Romy i krążki DVD. Koszt wytłoczenia jednego oscyluje w granicach złotówki, a mieści się na nim około miliona stron maszynopisu. Napisanie każdego rozdziału podręcznika można powierzyć innemu profesorowi a przy tym hojnie go opłacić, po rozbiciu kosztów na milion tłoczonych krążków, uzyskamy sumy zaniedbywalnie małe. Uczniowie kupią sobie krążki na własność, najbiedniejsi odkupią od nich używane, jak to się obecnie praktykuje z podręcznikami. W ostateczności można urządzić wypożyczalnie. Z komputerami też nie będzie większego problemu. Spory odsetek dzieciaków już ma w domach takie urządzenia. Reszcie zapewnić można bardzo tanie. Skąd je wziąć? Ano z Tajwanu. Tylko trzeba zrezygnować z cła i podatku wat, a maszynę kosztującą obecnie dwa i pół tysiąca będzie można kupić za 300 - 400 złotych. Po rozłożeniu tego na raty uzyskamy kwoty na które pozwolić sobie będą mogły nawet rodziny bardzo wielodzietne. Przy zastosowaniu systemu operacyjnego linuxkoszta oprogramowania spadną praktycznie do zera. Można też pójść o krok dalej i zwolnić z cła i watu wszystkie komputery sprowadzane do kraju. Efekt będzie taki, że cudzoziemcy zamiast przepłacać u siebie kupować będą je u nas. Ale wróćmy do tematu.

Po reformie szkoły odpadnie problem z wagarowiczami, bo uczyć można się będzie kiedy dusza zapragnie a rodzice pozwolą. Dla naszego umysłu nie ma większej różnicy czy przyswajamy wiedzę od ósmej do piętnastej czy od jedenastej do pierwszej w nocy. Spory odsetek dzieci ma wynikającą z uwarunkowań genetycznych potrzebę długiego snu. Dzieciak taki wysłany na ósmą do szkoły i tak przez pierwsze dwie godziny nauki będzie siedział bezmyślnie i walczył z ogarniającą go sennością. W tym czasie oczywiście niewiele sobie przyswoi wiedzy. Moje własne obserwacje dowodzą, że dla wielu ludzi właśnie noc jest okresem najintensywniejszej pracy umysłowej. Ciemność i cisza sprzyjają skupieniu… A jeśli trzeba będzie przez kilka dni odpocząć to też nic nie stoi na przeszkodzie.

Już słyszę głosy oburzenia. Argumenty, że dzięki mojej metodzie tysiące bachorów natychmiast stanie się bandziorami, bo pozbawieni wychowawczego wpływu szkoły… Po pierwsze nikt tego jeszcze nie próbował. (Poza Australią gdzie nauka przez radio a obecnie przez Internet wobec nikłej gęstości zaludnienia jest stosowana od lat czterdziestych, daje wymierne efekty i zdobywa coraz większą rzeszę zwolenników). Po drugie szkoła nikogo jeszcze nie wychowała. Wychowuje dom rodzinny i otoczenie. W tym przypadku likwidacja szkoły wyjdzie uczniom tylko na dobre. Bo pomyślmy, z kim zetknąć się może dziecko w szkole? Ano z młodymi złodziejami, nieletnimi handlarzami narkotyków i narkomanami oraz cała masą rozmaitej młodocianej swołoczy. Dla jednostek które nie będą w stanie się przystosować i samodzielnie realizować miesięcznych porcji programu należy zostawić na postrach w każdym większym mieście po jednej szkole starego typu. Szczególnie zatwardziałych zwolnić z obowiązku. I tak niczego się nauczą a społeczeństwo sobie bez nich poradzi.

Szkoła obecna ma jedną cechę dość istotną, a przy tym pozytywną. Nawiązują się w niej przyjaźnie i sympatie, często utrzymujące się przez całe życie. W nowej szkole znajomości można nawiązywać przez sieć. Za pomocą Internetu można wymieniać poglądy z koleżanką na drugim końcu Polski, albo np. w Kanadzie. W ostateczności spora grupa spotka się raz w miesiącu podczas zdawania przyswojonego materiału.

Odniesione natychmiastowe korzyści w zupełności zrównoważą ewentualne straty. Nowe pokolenie uczniów będzie zdrowsze, mądrzejsze, dzięki internetowym bibliotekom bardziej oczytane, dysponujące dostępem do najnowszych osiągnięć wiedzy. No i na koniec trochę socjalizmu: System ten ma też jeszcze jedną ważną zaletę. Wyrówna szanse dzieci z miast i ze wsi. Biednych i bogatych. Natychmiast i praktycznie za darmo.


 

O społeczeństwie

W dwudziestoleciu międzywojennym widać było ogromny pęd młodych ludzi do nauki i pracy. (to pierwsze było kosztowne – sam egzamin na uniwersytet kosztował 47 zł, bezrobocie sięgnęło 34%). Powstawały jednak rozmaite organizacje samopomocowe jak studencki „Bratniak” a postawione ze ich składek akademiki stoją niekiedy do dziś! Idea była jasna. Jesteśmy w wolnej Polsce. Musimy ją odbudować po nocy rozbiorów. Musimy urządzić przyszły dom by było w nim dobrze, wygodnie, dostatnio. Organizacje zapewniały młodym ludziom formację duchową i intelektualną. Uczyły pracy i szacunku dla pracy. (harcerze niejednokrotnie angażowali się np. w budowę dróg). Wreszcie pozwalały poznać się wzajemnie. Drużyna stawała się po części drugą rodziną. Wychowywała. Prostowała i podciągała słabsze jednostki. Tworzyła więzi na dorosłe życie. Ludzie którzy dobrze poznali się w wieku lat nastu pomagali sobie i potem. Przyjaciele z harcerstwa, „Wici”, „Strzelca”, „młodzieży Wszechpolskiej”, „Bratniaka” załatwiali sobie nawzajem pracę, zakładali spółki i spółdzielnie. Tworzyli niezbędne dla funkcjonowania społeczeństwa sieci.

Efektem ostatecznym tego pędu są np. zbudowane przed wojną spółdzielcze kamienice na warszawskim Żoliborzu, czy domki spółdzielni robotniczej na Kole. Idea współpracy zaklęta w cegły i beton przetrwała wojnę.W II RP prężnie rozwijało się harcerstwo. Idee służby i samopomocy zaprocentowały w czasie wojny i okupacji. Harcerze byli kurierami, przeprowadzali ludzi przez granice, zajmowali się „małym sabotażem” i całkiem poważną dywersją. Tworzyli oddziały bojowe. Służyli jako sanitariusze. I znów milion ludzi w konspiracji to w znacznej części efekt młodzieńczego buntu. Buntu twórczego – wygnanie okupanta traktowano jako wstęp do przerwanej budowy nowej lepszej Polski.

Po drugiej wojnie światowej, mimo komunistycznej okupacji, ponownie zakasano rękawy. Organizacje niezależne komuniści szybko rozbili. Przedwojenni społecznicy mieli niewielki wybór: mogli iść na smycz i wstąpić do partii albo paść ofiarą szykan i porzucić działalność Działała „Służba Polsce” organizacja czerwona do bólu, która siłę roboczą zdobywała drogą kojarzącą się z łapanakmi i pańszczyzną – ale znowu masa młodych ludzi budowała rozmaite Nowe Huty, by w odtworzyć to co zniszczyli hitlerowcy. By na gruzach dawnego świata zbudować nowy, podobno lepszy. By w przyszłości żyło się lepiej. Masa półniewolników żyjących w namiotach woziła glinę taczkami bo czuła że trzeba.

Powstawały spółdzielnie mieszkaniowe, te pierwsze budowano na wzór przedwojennych obsadzając często sprawdzonymi organizatorami. Niestety idea szybko zwyrodniała. Pod koniec komuny spółdzielnie były już tylko nieruchawymi zbiurokratyzowanymi molochami działającymi często na zasadzie piramidy finansowej…I znów – gdy tylko poluzowano śrubkę coś tam zaczęło się odradzać. W drugiej połowie lat osiemdziesiątych powstało kilka spółdzielni mieszkaniowych tworzonych wedle przedwojennych wzorców. Grupa instruktorów harcerskich też przypomniała sobie o dawnych ideach ruchu i zaczęła konspiracyjnie tworzyć w komunistycznej organizacji strukturę która okrzepła i oderwała się jak ZHR. Podniosły głowę organizacje przykościelne.

W 1989-tym roku ponownie skończyła się okupacja. Ale przez te 45 lat coś się jednak popsuło. Na fali entuzjazmu stworzono kilkaset społecznych przedszkoli, szkół i liceów. Powstało kilka organizacji młodzieżowych – przeważnie działających jako przybudówki patriotyczno-niepodległościowych partii politycznych. Potem wszystko przygasło. Brakuje kadr. Społecznicy którzy niegdyś wiedli ludzi do współdziałania wymarli. Młodzi ludzie nie potrafią współdziałać, nie potrafią współpracować. Przez 20 lat żadna organizacja studencka nie zdołała zbudować ani jednego akademika. A przecież warunki materialne społeczeństwa są dziś o niebo lepsze niż „za sanacji”!

Samorządy studenckie to in masse czysta fikcja. Korporacje będące przed wojną organizacjami samopomocowymi odtworzyły się jako kluby smakoszy piwa. Kluby miłośników fantastyki i harcerstwo skupiają może 1% populacji. Ruchy oazowe i podobne organizacje powstające przy kościołach i związkach wyznaniowych są nieliczne i niechętnie chwalą się swoimi osiągnięciami. Młodych ludzi przestało kręcić to wszystko co stanowiło ważny element formacji duchowej ich dziadków a często jeszcze i ojców. Wydawać by się mogło że to signum temporis, że w kapitalizmie (gucio tam kapitalizm mamy socjalizm rynkowy) energię młodzi ludzie skupią na „zagarnianiu pod siebie”. Na pracy na potrzeby własne. Na zdobyciu „skóry, fury i komóry” niezbędnych do „wyrywania” panienek. Niestety nawet tego nie widać. Skórę furę i komórę przeważnie fundują rodzice (jak mają z czego).

Tymczasem nawet to się nie udało. Mało kto wśród nastolatków samodzielnie zarabia na swoje potrzeby. Postawa taka uchowała się w zasadzie tylko w dwu środowiskach: W rodzinach kupiecko-rzemieślniczych nadal normalne i naturalne jest że dzieci pomagają w prowadzeniu interesu. W środowisku marginesu społecznego źródłem dochodu młodych ludzi są dilerka, prostytucja, włamy, rozboje i spieniężanie „fantów”… Cała reszta nie potrafi zarobić kilku groszy. Nikt ich tego nie nauczył. I kółko się zamyka. Nie ma organizacji. Nie ma więzi społecznych. Nie wypracowuje się majątku wspólnego. Nie ma idei. Pozostaje piwo, wino i bumelka… Tracimy to pokolenie. Co będzie dalej? Wzorce płynące z zachodu nie nastrajają optymistycznie. Życia euro-nastolatka to kluby, chlanie przez cały weekend, przypadkowy seks i gapienie się w TV. Ten sztorm powoli dociera do naszego kraju.

 

O spluwach

Czyli czy pozwolić obywatelom na posiadanie broni palnej. Ja bym podszedł do zagadnienia szeroko płaszczyznowo:

1) rozróżnijmy pozwolenie na posiadanie broni od pozwolenia na noszenie broni. Ergo: trochę czym innym jest pozwolenie obywatelowi żeby miał spluwę w chałupie i mógł jej użyć gdy ktoś wlezie, czym innym pozwolenie by obywatele łazili ze spluwami po ulicach.

2) nasze społeczeństwo od 65 lat nie ma praktycznie dostępu do broni - nie posiadamy więc kultury jej użycia.

Ja bym zrobił etapami:

a) Każdy niekarany zdrowy psychicznie obywatel ma prawo wystąpić o pozwolenie na broń gazową i dostaje je od ręki (posiadanie i noszenie).

b) Po np. 3 latach bezwypadkowego używania (tzn. jak nie napadnie z gazowcem na sklep osiedlowy) dostaje prawo posiadania prawdziwej spluwy w domu - ale może na początek z amunicją obezwładniającą (takie naboje jak ten którym odstrzeliła sobie głowę ministerkablida.)

c) jak nadal wszystko gra po kolejnych kilku latach dostaje pozwolenie na ostrą amunicję a potem noszenie spluwy z ostrą amunicją poza domem. Oczywiście przejście na kolejne etapy to prawo a nie obowiązek. Jak komuś wystarczy gazowiec nie musi kupować klamki.

W ten sposób ludzie stopniowo przyuczą się do spluw. Jednocześnie ta etapowość sprawi że klamkę dostanie do ręki człowiek powiedzmy 26-28 letni. Na każdym etapie dzielnicowy ma prawo weta – jeśli np. wobec aplikanta toczy się postępowanie lub znany jest z aspołecznego trybu życia. Rozważyłbym ograniczenie praw w przypadku ludzi z niskim wykształceniem i długotrwale bezrobotnych. Np. utrudniając im przejście z etapu „b” na „c”.

Wprowadzamy też dodatkowe zabezpieczenie wzorowane na przepisach z Singapuru: jeśli przestępca w trakcie popełniania przestępstwa ma przy sobie broń wyrok nie może być niższy niż 15 lat pudła. Jeśli jej użyje (niezależnie od skutków użycia) - czapa. (Czyli w myśl przepisów UE “dożywocie” - 11 lat odsiadki). Posiadanie i noszenie broni czarnoprochowej pozostawiamy jak obecnie - bez ograniczeń.

 

O islamie

Strategia islamskiej kolonizacji Europy jest bardzo prosta. Przebiega wielotorowo. Bogaci szejkowie wykupują firmy i centra handlowe. Kupują też grunty. Wchodzą do europejskiego systemu gospodarczego. Wysoce prawdopodobne jest że na masową skalę korumpują polityków, urzędników i dziennikarzy. Finansują budowę meczetów, centrów islamskich, ułatwiają imigrację swoim ziomkom i zatrudniają ich często na czarno w swoich i kontrolowanych przez siebie firmach.

Równolegle trwa kolonizacja oddolna. Przepisy Anglii i Francji dające prawo pobytu mieszkańcom dawnych kolonii umożliwiają legalny przyjazd tysiącom przybyszów z Lewantu i Magrebu. Elita otwiera własne firmy. Pozostali uzyskują prawo do zasiłków i na ogromną skalę drenują kraje kontynentu finansowo. W ślad za nimi przybywają rzesze imigrantów nielegalnych którzy podejmują pracę na czarno zapewniając firmom legalnie osiadłych pobratymców tanią siłę roboczą.

Nielegalni imigranci nie boją się niczego. Otwarcie demonstrują żądając legalizacji pobytu. Budują na obrzeżach miast istne favele. Akcje ich wyłapywania odbywają się sporadycznie, a schwytanie wcale nie oznacza automatycznej deportacji. „obrońcy praw człowieka” i politycy opcji lewicowych już o to dbają… Firmy muzułmańskie kolonizują w pierwszej kolejności zawody niskopłatne, których nie chcą wykonywać rdzenni Europejczycy. We Francji w ciągu ostatniej dekady przybysze praktycznie opanowali piekarnie. „Biała” konkurencja jest eliminowana metodami rynkowymi (nielegalni pracownicy zapewniają niższe koszta) jak i zastraszana.Firmy te jak mogą unikają rejestracji pracowników i płacenia podatków na „niewiernych”.

Odrębny problem to towarzyszące islamskiej imigracji niewolnictwo. Pobyt w Europie zachodniej wielokrotnie stawał się okazją do ucieczki dla rozmaitych „pomocy domowych”, czy „kuzynek”. W wielu sprawach o uprowadzenia Polek do burdeli na zachodzie przewija się „turecki ślad”. Echa handlu żywym towarem znajdujemy w sprawach o mordy „honorowe” – młodzi muzułmanie importują sobie żony i nałożnice z krajów pochodzenia gdyż ich rówieśnice żyjące w Szwecji czy Niemczech nazbyt przesiąkły swobodą i wolnością… Takie drobiazgi jak ostentacyjnie praktykowane wielożeństwo czy powszechne wycinanie łechtaczek dziewczynkom „obrońców praw człowieka” w ogóle nie zajmują. Oriana Falaci zwracała uwagę na ścisłe związki partii lewicowych z problemem kolonizacji muzułmańskiej. Lewica od dawna nie mając żadnego oparcia w klasie robotniczej szuka sobie „proletariatu zastępczego”. Raz są to „uciskane” kobiety, raz geje, raz ekoczubki… Rzesze imigrantów usiłujących zalegalizować pobyt są dla komunistów i socjalistów szczególnie interesujące. Szczególnie agresywna wobec kościoła lewica francuska i włoska widzi też w islamie sojusznika w walce z katolikami.Nie zdają sobie sprawy z tego że sami sobie w ten sposób kręcą stryczek na szyje Programowo laicka Francja podejmuje działania będące czystą aberracją. Merostwom wielu miast brak pieniędzy na remonty zabytkowych średniowiecznych kościołów. (od konfiskaty w 1906-tym roku wszystkie budynki kościelne we Francji są własnością republiki). Te same władze hojnie wspierają budowę meczetów. Być może urzędnicy już po prostu boją się odmówić…

Warto prześledzić proces powstawania muzułmańskich gett. Osiedle czy miasteczko jest opanowywane wedle bardzo prostej strategii. Osiedla się na nim kilka rodzin imigrantów. Och progenitura planowo niszczy wszystko co znajdzie się w jej zasięgu. Zrywane są skrzynki na listy, niszczone ławki, place zabaw, elewacje, płoną śmietniki i wiaty przystankowe. Policja programowo boi się reagować. Obywatele próbujący na własną rękę ukrócić wyskoki są zastraszani. Bywa że oskarżani o rasizm sami muszą się tłumaczyć. Młodzi imigranci wprowadzają terror w szkołach i na placach zabaw. W tej sytuacji bogatsi i bardziej mobilni obywatele po cichu pakują walizki. Spadają ceny nieruchomości, część mieszkań kupuje merostwo na cele socjalne, część – bogatsi wyznawcy proroka. Kolejnym etapem jest zamykanie się osiedla – młodzi muzułmanie bezpardonowo atakują wszelkie służby miejskie pojawiające się na osiedlu. Czy to pogotowie ratunkowe czy śmieciarze są obrzucani kamieniami i butelkami. Podpalane są sklepy, niszczone auta. Powstaje getto z którego pośpiesznie ewakuują się pozostali „biali”. Pustostany zajmują nielegalni.

Zbrodnie nazizmu wywołały ogromną zmianę w naszej mentalności. Dziś niejako automatycznie odżegnujemy się od tego co do nich doprowadziło. Ksenofobia, rasizm, nietolerancja są powszechnie napiętnowane. To napiętnowanie jest automatyczne i bezwarunkowe. Ciemniejszy kolor skóry zapewnia carte blanche na rozmaite wyskoki które „białym” raczej nie uszły by na sucho. Tym samym staliśmy się kompletnie bezbronni. Policja w wielu krajach UE boi się interweniować gdy przestępstwa lub wykroczenia popełniają „kolorowi”. Nawet po krwawych zamachach w Londynie i Madrycie, nawet po mordach w Holandii i zastraszaniu redakcji gazet w Danii politycy Unii Europejskiej nie nabrali rozumu. Społeczeństwa zachodu są mentalnie rozbrojone. Niezdolne do stawiania oporu. Odrębnym problemem jest tempo rozmnażania się. Antykoncepcja i aborcja legalna w większości krajów UE od 3-4 dekad wywołały już dziś widoczne katastrofalne skutki demograficzne. Kraje zachodnie systemem zasiłków utrzymują rzesze białych nieuków i nierobów, jednocześnie cierpią na straszliwy deficyt siły roboczej zdolnej do pracy. Już w latach 70-tych Europa straty wywołane aborcją łatała importem ludzi. Na pierwszy ogień poszła Jugosławia, potem zaczął się napływ pracowników z Turcji. (i w ramach łączenia rodzin napływ Turków zainteresowanych wyłącznie zasiłkami).

Skorzystaliśmy na tej depopulacji po wejściu Polski do UE. Dwa miliony młodych Polaków zajęły miejsca pracy swoich wyabortowanycyh rówieśników. Korzysta na tym Ukraina gdzie ponad 10% populacji w wieku produkcyjnym pracuje na czarno na zachodzie. Korzystają na tym kraje arabskie i muzułmanie już osiadli na miejscu. Polska jest chwilowo wolna od zjawiska kolonizacji muzułmańskiej. Chronią nas i niskie zarobki i kiepski socjal. Czy jesteśmy bezpieczni? Nie. Należymy do Unii Europejskiej. Zachód zatyka się już imigrantami. W każdej chwili może zostać uchwalona ustawa która zmusi nas do przyjęcia np. miliona „uchodźców”. Za 15-20 lat gdy stada arabskich i tureckich dzieciaków podrosną i uzyskają prawa wyborcze muzułmanie i ich „przyjaciele” staną się realną siłą w europarlamencie. By zepsuć klimat na sporym osiedlu czasem wystarczy że osiądzie tam kilka rodzin meneli. Często za dokuczliwe dewastacje odpowiada grupka zaledwie kilku gnojków. Biali niszczą otoczenie najczęściej bezmyślnie w przypływie pijackiej fantazji. Muzułmanie w Europie zachodniej – planowo. Traktują to jako środek do celu. Budują swoje getta bardzo konsekwentnie. Pierwszym błędem naszych władz była zgoda na budowę meczetu i centrum islamskiego na Ochocie. Centrum powstającego za pieniądze anonimowych sponsorów z Arabii Saudyjskiej. Budowa ta jest na tyle niebezpieczna że oprotestowali ją nawet …polscy Tatarzy! Za tym błędem pójdą kolejne. Co dalej? Możliwe są cztery warianty:

Pierwszy: Powstanie otwartego i demokratycznego społeczeństwa multikulturowego. Pokojowa koegzystencja białych i śniadolicych. Tak to sobie wymyślili „mędrcy” z Brukseli zamknięci w strzeżonych osiedlach którzy do pracy jeżdżą pancernymi limuzynami a z islamem mają styczność gdy strzeżeni przez ochroniarzy kupują na mieście kebab.

Drugi: Konwergencja kultur, powstanie nowych prądów w samym islamie, częściowa laicyzacja muzułmanów, powstanie na gruzach Europy oświeconego demokratycznego kalifatu, gdzie nie będzie się kamienować gejów i cudzołożnic. Wariant ten także jest skrajnie mało prawdopodobny.

Trzeci: Stopniowa islamizacja kontynentu aż do zepchnięcia chrześcijan na margines życia społecznego tak by uzyskali status porównywalny do statusu mniejszości koptyjskiej w Egipcie. To wydaje mi się najbardziej prawdopodobne.

Czwarty: „Przebudzenie” Europy zachodniej, wybuch buntu białych przeciw śniadoskórym, nowe ideologie rasistowskie, nowi charyzmatyczni wodzowie, kolejna próba znanego z historii „ostatecznego rozwiązania kwestii” z komorami gazowymi i krematoriami. Tylko że nie jest nigdzie powiedziane że to biali wyrżną śniadych. Równie prawdopodobny jest wariant odwrotny…Czy dożyjemy znów czasów gdy o przeżyciu decydować będzie posiadanie napletka, kształt twarzy lub kolor skóry?

 

Oniemcach.

Wiele naszych obecnych problemów bierze się stąd że niemcy nie ponieśli po 1945 roku kary na którą sobie w pocie czoła zapracowali. Przypomnę w punktach.

1) Zostaliśmy przez nich napadnięci.

2) od razu wymordowali około 40 tyś polskich jeńców. Zabijali też cywilów (np. w Końskich czy Trzynastu Straconych w Płocku) i brali zakładników.

3) Podczas okupacji bezlitośnie nas złupili.

4) Zabrali kościelne dzwony, świnie, krowy, zrabowali kolekcje dzieł sztuki.

5) Porwali 250 tysięcy polskich dzieci. Po wojnie od rodzin wróciło zaledwie ok 10%.

6) Zamordowali co szóstego obywatela II RP.

7) Spalili biblioteki - w samej Bibliotece Narodowej ok 50 tyś starodruków i rękopisów.

8) Spalili archiwa w tym cale archiwum wojskowe.

9) Zniszczyli szereg miast. Od Wielunia po Warszawę.

W procesach oprawców w Majdanka i Auschwitz zapadły wyroki szokująco niskie - na pograniczu kpiny. (polecam Wikipedię). Suchomel - oprawca z Treblinki odsiedziawszy krótki wyrok spokojnie żył w RFN. Jego szef Stangl zmarł w więzieniu w luksusowych warunkach nawet nie odczekawszy procesu. Żyjący na zachodzie więźniowie obozów koncentracyjnych otrzymali już latach 50-tych spore odszkodowania. Wypłacono odszkodowania i renty członkom rodzin. dożywotnie renty otrzymują też uratowani z holocaustu Żydzi żyjący w Izraelu i USA. (odrębną sprawą jest gigantyczny haracz dla żydowskich organizacji) Odszkodowania dostali też np. jeńcy amerykańcy - piloci zestrzelonych samolotów.

Ofiary żyjące w krajach demokracji ludowej pominięto. Skromne odszkodowania otrzymały polskie ofiary eksperymentów pseudomedycznych. Było to po kilkaset marek na głowę przeliczone przez złodziejskie państwo po państwowym kursie. (odszkodowania dla Polaków z tego co słyszałem wynosiły ok 1% przyznawanych obywatelom Europy zachodniej.Potem przyszła jeszcze farsa z fundacją “polsko-niemieckie” pojednanie. Obywatele ZSRR którzy przeszli przez piekło obozów koncentracyjnych do dziś nie dostali złamanego grosza.

Polska armia wypierając hitlerowców z naszego terytorium wzięła około miliona jeńców. Zostali niemal bez wyjątku przekazani NKWD. Nasz sojusznik - ZSRR trzymał w łagrach około 6-8 milionów niemców. Zapytam wprost: dlaczego nam nie sprezentował głupiego miliona? Byli nam potrzebni. Do śmiertelnie niebezpiecznego rozminowywania. Do odgruzowywania. Do odbudowy. Ostatni niemiec powinien wrócić do fatherlandu nie wcześniej niż w chwili gdy z ziemi wyciągnięta zostanie ostatnia mina. Gdy odbudowany zostanie ostatni zniszczony przez nich dom. Na Ziemiach Odzyskanych żyło kilka milionów niemieckich cywili. Byli współwinni tej wojnie. Dlaczego pozwoliliśmy im spakować walizki i wyjechać? Dlaczego jestem cięty na niemców? Bo przegrana wojna niczego ich nie nauczyła. Oni nadal traktują Polskę jak swój łup a nas jak swoich niewolników.

 

Mądrość którą dał nam Wołyń.

Na Wołyniu od XIII-tego wieku żyli pospołu Rusini, Polacy i Żydzi. (także niemcy, Holendrzy i niewielkie domieszki innych nacji). Współżycie układało się wcale nieźle. W radach miast i miasteczek oba główne żywioły posiadały swoje reprezentacje. W czasie pierwszej wojny światowej nieznacznie ucierpieli Żydzi - ale i tak w porównaniu z ziemiami położonymi dalej na wschód nie mieli tu źle. W dwudziestoleciu międzywojennym IIRP prowadziła wobec Ukraińców politykę skrajnie debilną - ale i tak mieli tu lepiej niż na Ukrainie sowieckiej. Wytyczne władzy państwowej nakazujące represje też często sabotowano.Krwawa rzeź która ogarnęła te ziemie w latach czterdziestych była czymś bezprecedensowym. Ukraińcy "rieazliLachiw". Polacy w odwecie też spalili niejedną ukraińską wioskę dosięgając i sprawców masakr i domniemanych sprawców. UPA wymordowała też około 80 tyś swoich. (upamiętnia ich pomnik "strzał w plecy’ odsłonięty w Połtawie).

Partyzantka sowiecka i niemcy pospołu podsycali wir śmierci i szaleństwa. W spokojniejszych rejonach konflikt prowokowano mordując ludzi za pomocą oddziałów podszywających się to pod UPA to pod AK. Wreszcie zgliszcza dogasły. Przegrali Polacy - wymordowani i wysiedleni. Przegrali Ukraińcy - sowieci rozstrzelali dziesiątki tysięcy upowców i domniemanych upowców, a ich rodziny deportowali na Sybir. Przegrali Żydzi - zagazowani lub rozstrzelani przez niemców, wyłapani przez Ukraińców, wreszcie deportowani na daleki wschód przez sowietów. Ormianie, Holendrzy, Tatarzy i niemcy-autochtoni oberwali przy okazji.Dziś Wołyń jest prawie monoetniczny. Po drugiej stronie granicy z Ukraińców "oczyszczono" Ziemię Chełmską i Zamojszczyznę. Panuje spokój. Cmentarny - ale spokój.Główną przyczyną tej hekatomby było długotrwałe narastanie napięcia między trzema narodami. Napięcia które w warunkach likwidacji władzy państwowej przez okupanta po prostu eksplodowało.

Jedną z czołowych zasad funkcjonowania UE jest multietniczność. Cała Europa miałaby stać się jednym wielkim Lwowem, gdzie ok. 27 narodowości wyznających 6-7 różnych religii żyło sobie w zgodzie i wzajemnie wzbogacało swoją kulturę. Problem w tym że czasy są zupełnie inne. Zmieniła się też mentalność ludzi. Wzrosła świadomość odrębności etnicznej. Zabrakło monarchii - czynnika który spajał różne żywioły. Pojawił się islam w swoich agresywnych formach - religia nastawiona na bezpardonową konfrontację. Rada głupców z Brukseli nie pamięta co stało się w 1918-tym roku gdy na lwowskim ratuszu zawisła żółto-niebieska flaga. Rada głupców nie słyszała o krwawych nocach na Wołyniu. Gdy władza UE osłabnie na ratuszu w Berlinie może nieoczekiwanie załopotać turecka flaga. Podparyskie osiedla mogą stać się dla Francuzów i Arabów nowym Wołyniem. A wyznawcy Proroka w starciu ze skinheadami i partyzantką miejską dopuszczą się czynów przy których zbledną zbrodnie UPA.

Dziś jest czas by myśleć, wyciągać wnioski z historii, działać. Możemy uniknąć tego co zaczyna dziać się we Włoszech, Francji, Hiszpanii. Jutro UE może w demokratycznym głosowaniu nakazać nam przyjęcie dwu - trzech milionów imigrantów. Nie mam jakoś ochoty latać po nocy z siekierą i rozbijać głów śpiącym Kurdom.


 

Oszczędność była cnotą...

Przez całe stulecia gospodarka świata rozwijała się w sposób bardzo prosty. Człowiek pracował. Z tego co zarobił odkładał jakąś część. Nazywamy to akumulacją pierwotną kapitału. W którymś momencie wyciągał złoto i srebro ze skrytki, skrzykiwał kilku kumpli, składali oszczędności na jeden stosik i inwestowali w coś. Nazywamy t koncentracją kapitału. Pożyczanie pieniędzy na procent: zarówno lichwa jak i bankowość widziane były bardzo źle. Istniało po temu uzasadnienie teologiczne. Dostałeś od lichwiarza pieniądze a po pewnym czasie musiałeś oddać mu więcej. Zatem tak naprawdę lichwiarz zarobił bo sprzedał ci CZAS. Zaś czas jest własnością Boga…Wraz z rozwojem systemu bankowego pojawiły się rozmaite propozycje systematycznego oszczędzania. Skierowane były głównie do drobnych ciułaczy. Wpłacaj co miesiąc parę groszy, po latach zbierze się większa kwota a do tego bank wypłaci ci odsetki. Dzięki zaś kapitalizacji odsetek kwota jeszcze wzrośnie bo dostaniesz też odsetki od odsetek.

Stówka wrzucona do banku na 5% rocznie podwoi się nie po 20-tu latach ale już po czternastu. W ciągu 23 lat z każdej zainwestowanej stówki będziesz miał trzy. Młody człowiek który z chwilą pójścia do pracy odkładał miesięcznie 10% zarobków po 40 latach idąc na emeryturę miał zapewniony spokojny byt. Każdy dolar, frank czy marka pomnożyły się do tego czasu siedmiokrotnie.Mocna waluta nie ulegająca inflacji, uczciwy i przejrzysty system bankowy, brak podatków od oszczędności i zysków z oszczędności pozwalały drobnym ciułaczom kupić na starość domek, albo pojechać w rejs dookoła świata…

System ten funkcjonował w USA, oraz w krajach EWG. Praca i oszczędność pozwalały budować trwały dobrobyt. Pozwalały go budować w krajach wolnego świata, bowiem w PRL pomysły te szybko zwyrodniały a system bankowy stał się obok niewymienialności waluty zwykłym sposobem grabienia obywateli. Przekonali się o tym boleśnie liczni ciułacze. Przekonał się o tym także np. Zbigniew Nienacki – autor bestsellerowej serii powieści dla młodzieży. Zgromadziwszy z tantiem gigantyczną jak na warunki Polski Ludowej fortunę powierzył ją beztrosko systemowi bankowemu by po dekadzie przekonać się że z kwoty mającej starczyć na długie spokojne i dostatnie emeryckie życie nie zostało prawie nic. Niestety wraz z upadkiem żelaznej kurtyny nastąpiła przyspieszona konwergencja systemów bankowych i ich zaplecza politycznego. Nadeszły bardzo złe czasy dla ciułaczy.

W dawnych czasach człowiek przynosił do banku pieniądze, bank je chronił, bezpiecznie lokował i nimi obracał a właściciel kapitału miał z tego odsetki. Dziś posiadanie konta w banku wiąże się głównie z koniecznością ponoszenia opłat, odsetki z trudem gonią inflację a podatek belki pożera jakiekolwiek zyski. Inflacja szaleje – ceny mieszkań i - tak horrendalne - podwoiły się w ciągu sześciu lat. Nieznacznie zmieniają się ceny w kantorach. Obce waluty najwyraźniej słabną podobnie jak nasza. Bardzo zdrożało złoto – ostatni pewny sposób tezauryzacji majątku.Do tego polityka państwa skutecznie niweczy możliwości akumulacji pierwotnej kapitału oraz utrudnia i w znacznym stopniu koncesjonuje próby jego koncentracji. Zamiast cnoty oszczędzania promuje się życie i konsumpcję na kredyt…Któregoś dnia weksle nasze i naszych władz znajdą się w obcych, być może wrogich rękach. Cóż – jak mówi kozackie przysłowie: „kto jest durniem - umrze jako niewolnik”.

 

Poważnie myśląc o przyszłości

Gdy miałem naście lat i żyłem na warszawskiej Pradze rytm mojego życia wyznaczała głównie szkoła. Najpierw pierwsza, potem, po przeprowadzce - druga podstawówka. Obie te szkoły oceniam dziś jedną czarną krechą a spory odsetek ludzi z którymi chodziłem do klas uważałem i nadal uważam za kompletne bydło. Cóż – dzielnica w której mieszkałem była zła. Mimo to z tych dwu szkół dało się wybrać trochę wartościowego materiału – miałem kilku kumpli z którymi dało się pogadać i o starożytnym Egipcie i o innych sprawach. Nie było to jednak środowisko sprzyjające rozwojowi intelektualnemu. W 7 i 8 klasie widać było już dość wyraźnie, że otaczająca mnie, młodzież to często żużel. Zaczynały się kradzieże, szkołę parokrotnie odwiedzała milicja by pokonferować z psychologiem na temat różnych ancymonów. Obserwowałem jak powstają struktury gangów, jak perspektywa przynależności do grupy kusi i demoralizuje ludzi wydawało by się z normalnych rodzin. Działy się rzeczy dziwne. Wiosną 1989-tego roku nieoczekiwanie dowiadywałem się że moi rówieśnicy, ludzie którzy pozostawali poza wpływem gangów, odpuszczają sobie - decydują się składać papiery do zawodówek. Ze wszystkich ust słyszałem kpiny dotyczące mojego wyboru. „liceum nie daje żadnego zawodu”, „cztery stracone lata”. Studia? NIKT o tym nie myślał. Wedle mojego rozeznania z tamtej grupy tytuł magistra mają obecnie dwie osoby.

Dzielnica jakoś przeżuwała rodziny, degradowała, koleje pokolenie karlało duchowo. Z mojej klasy do liceów poszły …4 osoby. Syn milicjanta wybierał szkołę nie dającą matury, syn partyjnego aparatczyka i nauczycielki stracił zapał do nauki w połowie pierwszej klasy liceum. Syn ex-ubeka odpadał po dwu latach. Syn sąsiadów opozycjonistów wybierał się do technikum elektronicznego, ale ostatecznie wylądował w budowlance. Czułem że dzieje się coś bardzo złego! Wedle moich ocen, dokonanych po latach całkiem niegłupi ludzie zostali w najlepszym przypadku drobnymi kombinatorami, bazarowymi cwaniaczkami, prostymi robolami lub lumpami… Ale początek miał miejsce wtedy – wiosną przełomowego roku. Co go spowodowało? Nacisk robotniczych rodzin? Brak ambicji? Chyba to drugie, w wielu przypadkach progenitura wykonała krok w tył w stosunku do wykształcenia rodziców.Trafiłem do liceum. Tu też było trochę ludzi z przypadku – ale atmosfera mimo terroru ze strony jednej belfrzycy zdecydowanie lepsza. Tylko miałem trochę pecha - nie trafiłem na nikogo o podobnych zainteresowaniach. Miałem kolegów z klasy – nie miałem kumpli.

II

Sytuacja z którą zetknąłem się w podstawówce była patologiczna. Praskie szkoły uchodziły (i słusznie) za rozsadnik łobuzerki. Zdziczenie na taką skalę trafiało się jeszcze w szkołach na Woli, ale było nie do pomyślenia np. na inteligenckim Ursynowie czy Żoliborzu. Nawet na Bródnie było o niebo lepiej. Potem liczne sygnały uświadomiły mi że patologia ta rozlała się po całym mieście. Pokolenie później hołota opanowała gimnazja i falą wlała się do liceów. Dziś studentki dorabiające jako prostytutki, handel narkotykami i kradzieże na uniwersytetach nie są wcale rzadkim zjawiskiem. Problemy dzisiejszej szkoły widzę przez pryzmat moich doświadczeń. Gangi, kradzieże, bójki, haracze, subkultury, alkohol – to wszystko było już za komuny – tylko na o wiele mniejszą skalę. Zepchnięte na margines. Ograniczone do złych szkół w złych dzielnicach. Może nadmiernie zlekceważono problem skoro dziś, ówczesna patologia jest niemal normą.

Wydaje mi się że wtedy na etapie 6-8 klasy zabrakło nam szczęścia. Zabrakło czynnika „podciągającego”, nadającego młodym ludziom formację duchową. Zabrakło autorytetów, drogowskazów, może trochę celów. Ja miałem swoje marzenia, plany, pisanie, archeologię, ksiązki. Normalną rodzinę która te książki regularnie kupowała, a wiele wartościowych pozycji pożyczałem z biblioteki. Miałem sąsiada archeologa, z którym można było zwyczajnie pogadać. Czytałem „świat młodych” – bardzo przyzwoitą gazetę teoretycznie przeznaczoną dla harcerzy. U reszty moich rówieśników brakowało książek w domu, brakowało kontaktów z inteligencją, spory odsetek rodzin był dysfunkcyjny. Zabrakło czegoś co pozwoliłoby wyrwać się z wiru. Ja się wygrzebałem sam. Samodzielnie określiłem swoje cele i priorytety. Problem polega na tym że już w wieku 11-12 lat wiedziałem co chcę robić w życiu. Nie wszystko wyszło ale miałem cel któremu mogłem podporządkować działania. Miałem własnoręcznie wyznaczony kierunek. Większość moich rówieśników w ogóle o tym nie myślało. Niektórzy z którymi utrzymywałem potem luźny kontakt nie byli w stanie wymyślić sobie celu nawet z dwudziestką na karku.

Wspomniałem wyżej że zabrakło środowiska. Zabrakło elementarnej formacji wychowawczej – którą powinna zapewnić szkoła. Zabrakło też charyzmatycznych nauczycieli, którzy potrafili by nas do czegoś zachęcić. Którzy sami robili by coś ciekawego. Zabrakło wreszcie belfrów którzy dzieciakom z rozbitych rodzin w jakiś sposób zastąpiliby by nieobecnego ojca. Jedynym wyjątkiem był „pan od ZPT” niejaki Lada – który w mojej pierwszej podstawówce zorganizował i prowadził kółko żeglarskie. Wciągnął do niego kilku potencjalnych łobuzów i zdaje się choć trochę wykierował na ludzi. Sądząc po wpisach na „naszej klasie” uczniowie przeważnie wspominają go dobrze. Ja nie. Gdy do szkoły chodziła moja siostra belfer o „wuefu” postawił na sport. To pozwoliło mu wciągnąć sporo dzieciaków. Zapewne kogoś przy okazji uratował. Parę dziewczyn z jego grupy studiowało na AWF. Pokazał drogę którą można iść. Czy kółka zainteresowań, klub dyskusyjny, pokazy filmów, slajdów i temu podobna działalność pozalekcyjna dużo by zmieniły? Wydaje mi się że tak. Elitarność, wspólnota, robienie czegoś razem, wreszcie nietoksyczne środowisko umożliwiające rozwój zainteresowań… Jakiś odsetek młodych ludzi sam znajduje sobie drogę przez życie. Część się stacza i społeczeństwo traci ich potencjał. Pośrodku znajduje się grupa którą warto delikatnie popchnąć we właściwym kierunku. I grupa która już w podstawówce powinna dostać nahajką przez mordy.

Rok 1989-ty wyznacza nową cezurę dziejową. Dla wielu ludzi życie uległo gwałtownemu przyspieszeniu. Cześć rzuciła się w wir pracy by mieć. Część zaczęła zapieprzać byle tylko przetrwać. Część nauczyła się pasożytować na systemie MOPS-w i załatwiać sobie fałszywe renty. Zmiana pociągnęła za sobą zwiększone ryzyko demoralizacji młodzieży. Nieobecni rodzice, ogłupiająca propaganda mediów, nowe wzorce zachowań lansowane przez rozmaitych idoli popkultury. W tej sytuacji organizacje młodzieżowe i szkoła powinny zewrzeć szeregi i nastawić się na ostrą walkę z patologią. Tymczasem dostaliśmy coś wręcz przeciwnego. Najpierw szkoła ustami p.Łybackiej została zwolniona z obowiązku jakiejkolwiek pracy wychowawczej. Potem pomajstrowano przy programie wprowadzając zbędne i szkodliwe gimnazja (czyli wracający czkawką PRL-owski pomysł tzw. „dziesięciolatki”), zaszczuto ministra próbującego walczyć ze zdziczeniem i na koniec zalegalizowano nieuctwo totalne przez zakaz repetowania klas.

Przymus szkolny wprowadzono by wytresować społeczeństwo w posłuszeństwie monarchii absolutnej lub republice. Moralne przesłanki legitymizujące przymus sprowadzają się do tego że szkoła uczy, wychowuje i zapewnie bezpieczeństwo dzieciom gdy rodzice są w pracy. Dziś szkoła nie zapewnia bezpieczeństwa, zwolniła się z funkcji wychowawczej, a od dwu tygodni zaprzestała uczenia.

III

Szkoła minionej epoki miała niejako obligatoryjnie na stanie „drużynę harcerską”. Harcerstwo było wówczas czerwone do bólu, niemniej odgrywało pozytywną rolę. Władza je lubiła i dotowała, zapewniała też czasem przydziały brezentu na namioty. W środowisku lumpenproletariackim dla wielu dzieciaków wyjazd na obóz był jedyną szansą na prawdziwe wakacje.Harcerstwo zapewniało naukę szeregu pożytecznych umiejętności oraz dzięki tolerowanej przez władze tradycji Szarych Szeregów dawało możliwość nasiąknięcia prawdziwym patriotyzmem.Nie zapominajmy też że także w harcerstwie tlił się cichy bunt przeciw komunie i narzucanej ideologii. Bunt który zaowocował na początku lat 90-tych ucieczką kilkudziesięciu instruktorów i założeniem Związku Harcerstwa Rzeczpospolitej. W obu szkołach odnoszę wrażenie harcerstwo działało jakby na pół gwizdka. Niby wiedziałem gdzie jest harcówka i czasem widziało się rówieśników w mundurach – ale nikt z moich bliskich kumpli nigdy do harcerstwa nie należał.

Nie pamiętam żebym kiedykolwiek zetknął się z bezpośrednią zachętą do przyłączenia się czy choćby informacją jak można przystąpić do organizacji. Inna sprawa że nie odczuwałem jakoś potrzeby. Dziwne bo „świat młodych” czytywałem przecież regularnie… Po 1989-tym roku władza harcerstwo olała. Rozsypały się struktury. Często nauczyciele prowadzący i otaczający opieką drużyny po rezygnowali – przytłoczeni nawałem codziennych obowiązków i zmuszeni do walki o byt. Za komuny na harcerstwo szły konkretne pieniądze. Potem strumyk wysechł. Z jednej strony przykre że wraz z brakiem kasy znikły chęci, z drugiej strony – można tych ludzi zrozumieć.

Ile potrzeba by dziś by odbudować tak pożyteczną organizację? Dodatkowy tysiąc złotych miesięcznie dla belfra-instruktora-opiekuna? Za głupie dwanaście milionów złotych rocznie można odtworzyć tysiąc drużyn. Odtworzyć dziś – póki są jeszcze resztki kadr. Za dziesięć lat zaczynać trzeba będzie od zera. Miejsca jest do wypęku i całkowicie za darmochę – szkoły popołudniami stoją puste. I tak musza być ogrzewane i dozorowane. Prąd do oświetlenia jednej lub dwu klas przez kilka godzin tygodniowo kosztuje grosze.

Kto jak nie harcerstwo dziś nauczy młodych ludzi obowiązkowości, służby i miłości ojczyzny? Być może ruch oazowy częściowo wypełni tę lukę – ale jego podstawowe zadania są inne. Równie ważne – ale koncentruje się on na zupełnie innych aspektach rozwoju i formacji duchowej młodego człowieka. Trudno wymagać by ksiądz proboszcz uczył ministrantów posługiwania się radiostacją i orientacji w terenie (choć są oczywiście i tacy duchowni). Istnieje też skromne liczebne harcerstwo katolickie, ale jego wpływ jest znikomy… „Nasza” władza rzuca prosto w błoto miliardy złotych – ale na rzeczy naprawdę pożyteczne i potrzebne funduszy nie ma.

IV

Z racji wykonywanego zawodu jeżdżę regularnie na konwenty miłośników fantastyki. Imprezy takie organizowane są przeważnie przez lokalne kluby. Wynajmuje się na weekend szkołę, cześć sal przeznacza na noclegi, część na sale prelekcyjne, sale do gier i pokazów filmów. Z całego kraju zjeżdża się kilkuset młodych i bardzo młodych ludzi po czym w swoim gronie dyskutują, grają, gadają, oglądają… Chodzą na prelekcje. Bardzo różne. Spora część zapraszanych pisarzy to w „cywilu” pracownicy naukowi uczelni wyższych. Można posłuchać jak Egipcjanie mumifikowali zmarłych, jakie są zwyczaje pająków, albo obejrzeć pokaz zdjęć wulkanów z Islandii. Tematyka pozornie daleka od czystej fantastyki ale sale pękają w szwach. Tego nie usłyszy się w szkole…Konwent jest magnesem który jest w stanie skłonić nastolatka by kilka razy w roku puścił się w wielogodzinną podróż na drugi koniec Polski. Widzę w tym z jednej strony szaleńczą tęsknotę. Ktoś chce spotkać takich jak on i rusza w drogę. Z drugiej strony kluby miłośników fantastyki skupiają masę naprawdę bystrych dzieciaków i zapewniają im to czego nie daje szkoła: formację duchową. Wspólnotę. Koleżeństwo…

V

Podsumowując. Zadaniem na dziś jest z jednej strony rozprawa z bydłem terroryzującym szkoły, z drugiej – praca wychowawcza i formacja młodzieży. Stoimy zatem wobec konieczności zmian prawa i wobec konieczności odbudowy organizacji harcerskiej.Jeśli znajdą się chęci i parę groszy przyszłe pokolenia nam za to podziękują.

 

Czas dany złu

Jan Paweł II w swojej książce „Pamięć i tożsamość” zawarł swoje rozważania na temat Boskiej ingerencji w działania człowieka. Bóg zazwyczaj nie wpływa, pozwala nam zachować naszą wolność z wszystkimi tego konsekwencjami. Czasem ostrzega nas ustami swoich wysłanników i kapłanów. Papież zawarł jednak w swojej pracy rewolucyjną ideę, że Bóg daje złu czas. Naziści popełnili ohydne zbrodnie i za te zbrodnie zostali unicestwieni pociągnąć jednocześnie do grobu szaloną cywilizację, którą usiłowali zbudować. Zbrodnie sowietów powstrzymała najpierw wielka czystka potem wojna która potoczyła się zupełnie inaczej niż planowali. Zbrodnicza cywilizacja ZSRR dziś dusi się wonią własnego trupa. Czas dany złu w Europie właśnie się kończy. Bóg nie może już patrzeć na szaleństwa myśli lewicowej, na masowe zbrodnie aborcji i eutanazji. Nie może już ścierpieć odrzucenia duchowości, oddolnej laicyzacji, pogardy dla wiary, świadomego odrzucania religii.

Nie potrafi już patrzeć bezczynnie na błędy wiernych i ich zafascynowanych modernizmem kapłanów. Na handel kościołami, na przekształcanie opustoszałych świątyń w knajpy i hotele. Na skandale pedofilskie, wyświecanie homoseksualistów na pastorów, na uczynienie lesbijki-alkoholiczki …biskupem jednej ze wspólnot. Najwyraźniej kościoły tak protestanckie jak i nasz muszą oczyścić się w ogniu. Muszą ponownie doznać prześladowań. Muszą zejść do katakumb. Wierni muszą uderzyć pustymi głowami w ściany aż solidnie zadudni. Aż zrozumieją prostą prawdę: religia jest zarazem prawem, obowiązkiem, odpowiedzialnością i ratunkiem.Czas dany złu w Europie właśnie się kończy. Nadciąga nowy potop. Islam.