Aparatusaparatus

 

Andrzej Pilipiuk kolejną książka udowadnia, że nie jest twórcą tylko jednej charakterystycznej postaci i eksploratorem jednego fantastycznego świata. I nie samym Wędrowyczem żyje czytelnik. A w tym zbiorze jest sporo krzepiących treści.

Zacznę z grubej rury: opowiadanie „Za kordonem. Lwów”, otwierające zbiór, zaleciłabym jako lekturę uzupełniającą w gimnazjach. Trzeba wpajać właściwy ogląd sytuacji tuż po II wojnie światowej, a tu mamy kilka celnych i mocnych fleszy wydobywających z przeszłości prawdziwy stosunek aliantów do Polski i obraz świata za Bugiem. To opowiadanie boli, głęboko porusza, zwłaszcza tych, którym bliski jest Lwów, niegdyś żywe polskie miasto. Brutalnie oderwane i zdradzone, ukrywa źródło mocy, którego pożądają nasi „sprzymierzeńcy”. Czy są go warci?

Cały zbiór przesiąknięty jest naszą historią, co nie może dziwić, zważywszy na zainteresowania i wykształcenie Autora. Jest też – przynajmniej dla mnie – odtrutką na Semena Korczaszkę i jego nieustanne zachwyty nad carską Rosją (te wszystkie „Ale za cara i tak było lepiej”). Uff.

Twórczość Pilipiuka można nazwać „fantastyką bliskiego zasięgu”, czyli: to, co przydarza się jego bohaterom, może spotkać każdego z nas. W „Misery” Stephena Kinga opisane jest ćwiczenie literackie: „Wierzysz w to?”. Jeśli w opowiedzianą historię, także fantastyczną i nieprawdopodobną, można uwierzyć, to jest to dobry tekst. Dobra opowieść. Tu są same takie. Można uwierzyć we wszystko.

A do jakich źródeł tym razem sięga Autor? Znów spotykamy doktora Pawła Skórzewskiego – więc carska Rosja. A w niej i sekta staroobrzędowców i ich mistyka, przenikająca dreszczem magia dalekiej północy, wymarła tajga, tajemnicze artefakty sprzed stuleci, wieszczące zagładę… Młody poszukiwacz historycznych tajemnic, chłopak z naszych czasów, idzie tropem włoskiego bajkopisarza i odkrywa tajemnicę jeżącą włosy na głowie… Ten nurt można nazwać „rewizjonistycznym podejściem do bajek i baśni naszego dzieciństwa”. Zastanówmy się czasem, co czytają nasze dzieci…

Znany z oryginalnego poczucia humoru, Autor w tym tomie dyskretnie dawkuje dowcipy. Mamy tu raczej do czynienia z pogodną melancholią, żartami rozbrajającymi smutek bohaterów, prawdziwych i pełnokrwistych. Ale i tu znajdziemy dowcipy słowne, a także typowo Pilipiukową puentę opowiadania, które klimat zaczerpnęło wprost z Lovecrafta (jak się inspirować, to klasyką!).

Można zapytać, gdzie w tym „bliskim zasięgu” drzemie fantastyka? Właśnie w tej naszej codzienności – a to trzeba odnaleźć tajemniczą machinę, skonstruowaną przez genialnych polskich uczonych, a to rozszyfrować przeznaczenie tytułowego aparatusa (zakończenie prawdziwie zaskakuje!), to znów okaże się, że instrumenty muzyczne nie są zwykłymi przedmiotami, a koty to bardzo dziwne zwierzęta… Poszukiwacze skarbów i łowcy przygód w opuszczonym grobowcu na krańcu świata mogą zbudzić koszmar… A dlaczego w miejskich stawach łowienie ryb jest bardzo niezdrowe – dowiemy się z opowiadania „Staw” (to nurt proekologiczny J ).

Chwilę wcześniej pisałam o pogodnej melancholii, przebijającej z pięknie wydanych kart tej książki. By taki nastrój wywołać, potrzeba prawdziwego talentu. Myślę, że Pilipiuka nie należy nazywać grafomanem…

Bardzo dziękuję, Autorze, za ten zbiór – pozwolił mi wierzyć, że są jeszcze myślący podobnie o naszej historii. I pomógł odnaleźć niezwykłość w codzienności.

 

Agnieszka Dumańska