Jak kiedyś świętowano wielkanoc...
Opis Wielkanocy w majątku Dąbrowa (gmina uchanie) w roku 1940-tym.
Fragment książki Zofii Rotter-Joszt "Dziwnie się plecie na tym Bożym świecie".
*
Raniutko pani Irena zbudziła mnie, mówiąc: „Chodź mała, popatrz, potem nie będzie czasu”.
Weszłyśmy do jadalni – to, co zobaczyłam, zaparło mi dech w piersi. Stałam oniemiała z otwartą buzią – aż pani Irena powiedziała: „Zamknij buzię, bo ci mucha wpadnie”.
Olbrzymi stół, który normalnie stał na środku, teraz zajmował cały róg pokoju, przykryty do ziemi białym obrusem. Obrus udekorowany był barwinkiem i widłakiem. Na środku stołu, na podwyższeniu, królował olbrzymi baranek z masła z czerwoną chorągiewką – symbol Wielkanocy.
Przed barankiem stały kosze kolorowych pisanek malowanych woskiem, a na rogach stołu dwie olbrzymie, wędzone szynki i lukrowane baby wielkanocne (pieczone w specjalnych kamiennych formach), zwoje kiełbasy (surowej i wędzonej) i sterty pieczonego drobiu. Dziś już nie pamiętam, ale chyba było i pieczone prosię z jajkiem w pysku, miska jajek na twardo, sól i pokrojony chleb. Niżej, na podłodze, blachy z mazurkami, kosze z różną wędliną, kiełbasami i jajkami barwionymi w łupinach z cebuli – było tego tak dużo, że zapytałam panią Irenę: „A kto to wszystko zje? Czy się nie zmarnuje?”. Pani Irena odpowiedziała: „Po to ciebie przyprowadziłam, żeby ci pokazać. Po poświęceniu przez księdza, który przyjedzie z Uchań, wszystko zostanie rozdane między ludzi, którzy tu przyjdą z pobliskiej wioski: pracowników i rodzin z czworaków. Zobaczysz, ilu tu będzie ludzi – nikt nie może opuścić Dąbrowy bez „święconego”. W kuchni dodatkowo dostaną chleb i kawałek ciasta. Taki jest zwyczaj od wielu lat. Tak robili nasi rodzice, nasi dziadkowie i pradziadkowie… Jak będzie w przyszłości? Nikt tego nie wie. Zapamiętaj, co widziałaś – może kiedyś opowiesz swoim dzieciom? Jak bajkę z dawnych minionych czasów…”.
Wschodzące słońce oświetliło przez szyby stół Wielkanocny – a my opuściłyśmy jadalnię. Na podwórzu zaczęli się już gromadzić uroczyście ubrani mieszkańcy czworaków, pracownicy zatrudnieni w gospodarstwie. Dopiero nadchodzili z pobliskich chat i wioski, koczowali na podwórku i trawnikach. Wszyscy czekali na przyjazd księdza, wtedy będą wpuszczeni do domu.
Zauważyłam, że parę osób miało ze sobą małe przystrojone koszyczki z własnym Święconym. Ksiądz przyjechał około godziny dziesiątej – z daleka było słychać dzwonki. Mój pies zaczął szaleć i szczekać. Trzeba było wziąć go na smycz i zamknąć w jakiejś komórce na końcu podwórza. Nie widziałam samego przyjazdu księdza.
Gdy weszłam do jadalni, pełno już było klęczących. Ksiądz święcił pokarmy i zgromadzonych wiernych. Kropidło było wielkie, prawie jak mała miotła. Krople święconej wody też małe nie były. Ministranci dzwonili, mnie zrobiło się duszno i wyszłam na podwórze – nie widziałam rozdawania święconego jadła.
Dzień był piękny, słoneczny. Słychać było głośne śpiewy pieśni wielkanocnych i ćwierkanie podwórzowych wróbli. Nie było widać żadnego żołnierza niemieckiego nie było widać, bo ich w Dąbrowie nie było. Dookoła spokój, dostatek, ani śladu wojny.

© 2024 Andrzej Pilipiuk | Wszystkie prawa zastrzezone| Realizacja: AS DIGITAL