1

 

Przed wiekiem

 

Felietony tu zebrane pisałem w latach 1998-1999 na potrzeby nieistniejącego już dwutygodnika „Puls warszawy”. Opierając się na informacjach ze starych gazet dokonywałem retrospektywnego przeglądu wydarzeń – spisując co nasi przodkowie robili dokładnie sto lat temu.

Andrzej Pilipiuk 

*

Koniec stulecia jest wyśmienitą okazją dla dokonania małego obrachunku. Umysł nasz mimowolnie zwraca się ku przeszłości w poszukiwaniu zapomnianej mądrości naszych przodków. Przeszłość leży przed nami jak otwarta księga. Możemy czerpać z niej garściami, wprawdzie niektóre sprawy pozostana dla nas zakryte na zawsze a losów poszczególnych naszych przodków nie sposób często prześledzić, jednak zza mgły niepamięci patrzą ku nam realni żywi ludzie, tacy jak my. Większość problemów z którymi borykają się mieszkańcy naszego miasta nie zmieniła się od stu lat. Czasami za to zmieniły się sposoby ich rozwiązywania. O wielu cennych radach zapomniano. Zapraszam w podróż w czasie. A więc przed wiekiem...

Warszawa w kwietniu 1898-go roku liczyła sobie nieco ponad sześćset tysięcy mieszkańców. Miasto było skanalizowane w około 60-ciu procentach, częściowo zelektryfikowane, choć do oświetlenia ulic powszechnie używano latarni gazowych i takiegoż oświetlenia mieszkań. W dzielnicach peryferyjnych zrezygnowano z tak kosztownego kaprysu i głębokie ciemności nocne rozświetlały jedynie świece, łojówki i lampy naftowe. Warszawa posiadała liczne ulice brukowane kamieniami i niemniej liczne pokryte kostką dębową. Oba brzegi Wisły spinał jeden most, w dodatku drewniany. Warszawa była administracyjną i duchową stolicą Prywiślańskiego Kraju, peryferyjnej, choć posiadającej kluczowe znaczenie strategiczne, prowincji Cesarstwa Rosyjskiego. W mieście tym znajdowało się 31 cerkwi prawosławnych oraz stale stacjonowało około 40 tysięcy żołnierzy rosyjskich.

W połowie kwietnia 1898-go roku podano do wiadomości publicznej wyniki badań wody z ujęć miejskich. I tak: w centymetrze sześciennym wody z ujęcia na Placu Grzybowskim odkryto 25 bakterii, w wodzie z kranu na Nowym mieście 13, z ujęcia na Pradze wyizolowano 32, najczystsza woda była w kranie na Mariensztacie, w niej znaleziono zaledwie 12 bakterii na centymetr sześcienny. Wprawdzie nie wykryto wśród nich bakterii chorobotwórczych, jednak w trosce o zdrowie ludności przeprowadzono szczepienie dzieci przeciw ospie. Koszta operacji pokrył magistrat. Dr. Lozentowicz zwrócił się za pośrednictwem gazet o składanie przeczytanej już prasy w specjalnych skrzynkach. Gazety te miały być przekazywane chorym w szpitalach. Pomysł ten zaowocował dość nieoczekiwanym zarządzeniem władz policyjnych. Nakazano skrupulatną kontrolę zawartości skrzynek przed przekazaniem jej chorym. Widocznie nasi patriotycznie nastawienie przodkowie umieszczali w nich także „bibułę”.

Felietoniści Kuriera Ilustrowanego piętnowali swoich kolegow po piórze, opisujących wyłącznie samobójstwa, krwawe porachunki świata przestępczego, oraz tragedie i wypadki. Jak widać problem przemocy w mediach od stu lat czeka na rozwiązanie.

W początkach maja 1898 - go roku dziennikarze Kuriera Warszawskiego odnotowali, że cena chleba wzrosła o 1/2 kopiejki za funt. Biorąc pod uwagę że w ciągu całego poprzedniego roku cena chleba nie uległa zmianie (!), inflacja tego rzędu mogła wzbudzić poważne zaniepokojenie. Ceny żywności i podstawowych artykułów w „srebrnym okresie” - w czasach panowania Mikołaja Drugiego były na dobrą sprawę stałe. Cesarstwo Rosyjskie opierało się na silnych podstawach ekonomicznych a rosyjska waluta, mająca pełne pokrycie w złocie była chętnie przyjmowana na całym świecie, czego nie da się powiedzieć o obecnych rublach....

 W trosce o stałe podnoszenie higieny uroczyście otwarto sezon kąpielowy. U wylotu ulicy Mostowej urządzono letnie łazienki zasilane wodą z Wisły. Woda wiślana w tamtej epoce nadawała się jeszcze do tych celów, lecz na horyzoncie gromadziły się już pierwsze czarne chmury. Umieszczona opodal rzeźnia spuszczać zaczęła do rzeki swoje ścieki. Co bardziej światłe umysły, widząc w tym pewne niebezpieczeństwo, zasugerowały przeniesienie łaźni powyżej miejsca zrzutu nieczystości. Dla lepszego zobrazowania miejsca ewentualnej nowej lokalizacji nadmienię, że u podnóża Starego Miasta od siedemnastego wieku aż po drugą wojnę światową funkcjonowało gigantyczne wysypisko śmieci.

Czytając „Kurier Warszawski”, bądź „Kurier Poranny” można się było dowiedzieć wielu ciekawych szczegółów z życia pluskiew. „Powodowani troską o stan zdrowia obywateli” fabrykanci, sponsorzy artykułów o tych owadach, proponowali swój niezwykle skuteczny preparat owadobójczy o nazwie Vemina. A pomyśleć, że jeszcze 50 lat wcześniej wzajemne iskanie się z insektów było ulubioną pieszczotą zakochanych. Pieszczota ta miała, co może wydać nam się nieco dziwne, bardzo silny wydźwięk erotyczny. Czasy się zmieniają, a urocze obyczaje naszych przodków zanikają często bez śladu.

„Ruszyły gonitwy konne na Polu Mokotowskim. Znowu będą bankructwa i komornicy” - piali z zachwytu redaktorzy „Kuriera Warszawskiego”. Najwygodniej na teren gonitw można było dojechać tramwajem konnym (do ulicy Filtrowej), a pozostały kawałek przejść spacerkiem na piechotę lub skorzystać z dorożki. Problem uzależnienia od hazardu, był już wówczas dostrzegany, choć nie traktowano go jako schorzenia. Nikt też nie myślał o leczeniu psychiatrycznym hazardzistów. Za to, dla ostrzeżenia, co jakiś czas gazety opisywały różne wstrząsające historie. Powszechnie znany był przypadek subjekta sklepowego który wygrał dzięki losowaniu numerów obligacji rządowych niebagatelną sumę dziesięciu tysięcy rubli. Pieniądze postanowił zainwestować w... Monte Carlo. Po tygodniu spłukany do suchej nitki powrócił szczęśliwie na swoje miejsce za sklepową ladą. Piszę szczęśliwie, gdyż często zbankrutowani hazardziści, kończyli życie samobójczym strzałem z rewolweru. Z bliżej nieznanych przyczyn chętnie dokonywali tego w pociągach.

Turyści zorganizowali się w klub. Wspólnie debatować mieli nad problemami na jakie napotykał ich raczkujący ruch. Wedle przytoczonych przez gazety słów polskich globtroterów wycieczka w Góry Świętokrzyskie, czy do Puszczy Ostrołęckiej była równie skomplikowana jak wyprawa na biegun (!). Należało brać ze sobą „konserwy” (cudzysłów przytaczam za „Tygodnikiem Ilustrowanym”), oraz namiot. Turyści ówcześni spotykali się z brakiem zrozumienia i skrajną nietolerancją. Przodkowie nasi, rozwijający swe zamiłowania do włóczenia się po świecie, borykali się także z innym, skądinąd znanym nam problemem. Rząd niemiecki dla zabezpieczenia się przed polskimi gastarbeiterami zamknął częściowo granicę z Królestwem Polskim. Straż graniczna nie próżnowała. Wykryto kontrabandę w... lokomotywie. Z węgla dzielni celnicy wygrzebali kilka sztuk jedwabiu, oraz parę pudełek pruskich cygar. Cóż, idea podwójnych denek w kanistrach z benzyną ma jak widać głębokie korzenie.

Wiosną 1898-go rośli w siłę cykliści. Liczba rowerów wynosiła w Warszawie 2640, (tyle wydano numerów rejestracyjnych), jednocześnie 2822 osoby mogły wylegitymować się dokumentem uprawiającym do kierowania tym pojazdem. Każdy rower musiał być oznakowany, za pomocą specjalnego numeru, na kształt obecnej tablicy rejestracyjnej. (Wymóg ten przetrwał aż do końca drugiej wojny światowej). Gazety nie wspominają o kradzieżach rowerów, liczne są za to wzmianki o kolizjach z udziałem cyklistów i obrażeniach których doznali w starciach z nieuświadomioną technicznie ludnością tubylczą, z podwarszawskich miejscowości.

Aparat Rentgena, „puszczono w ruch”, jako pierwszy w Królestwie Polskim, w szpitalu św. Ducha. Szpital nieznacznie tylko wyprzedził dwa prywatne gabinety lekarskie, które uruchomiły pracownie rentgenowskie w dwa tygodnie później.

Naszych drogich przodków gryzła także inna troska, nam znana w postaci choroby szalonych krów. W Prywiślańskim Kraju wiosną 1898-go roku szalały: zaraza płucna u świń, nosacizna atakująca konie, oraz wścieklizna. Weterynarze badali szczegółowo mięso wołowe, na obecność „węgrów” (pisownia ówczesna) tasiemca. Mięso zarażone, jeśli liczba pasożytów była niewielka dopuszczano do sprzedaży, ale po znacznie obniżonych cenach i specjalnie stemplowane. 13-go maja na reprezentacyjnym Krakowskim Przedmieściu stójkowy (carski policjant patrolujący określony kawałek ulicy), na oczach tłumu cięciem pałasza zabił wściekłego psa. Jednocześnie przy tejże ulicy kończono wznoszenie cokołu pod pomnik Adama Mickiewicza. Krakowskie Przedmieście „ozdabiał” wówczas także, nie zachowany do naszych, czasów pomnik znanego rusyfikatora Paskiewicza.

Ofiarą genialnego oszusta padło kilkunastu ówczesnych „biznesmenów”. Niejaki Karol Bodega, rzekomo pułkownik kirasjerów gwardii hiszpańskiej, aresztowany w Londynie podczas misji dyplomatycznej, wysyłał do polskich przedsiębiorców listy z informacją że przed laty w piwnicach jednego z domów który obecnie jest ich własnością, zakopał znaczną sumę pieniędzy. Proponował podział pół na pół, a jako, ze chwilowo aresztowany nie mógł opuszczać Anglii obiecywał przysłać córkę w towarzystwie zaufanego służącego, którzy wskażą miejsce ukrycia skarbu i odbiorą jego połowę. Autor listu będąc w ciężkiej sytuacji materialnej prosił o przesłanie niewygórowanej sumy, na koszta podróży córki i służącego, pod wskazany adres w Londynie.

Jednocześnie niektórych oszustów ruszały wyrzuty sumienia. Uboga wdowa otrzymała za pośrednictwem księdza czek na niebagatelną sumę 3000 rubli. przesyłał go skruszony grzesznik, który kiedyś okantował jej męża. Kościół cieszyć się musiał wówczas znacznym autorytetem, bowiem to właśnie z ambon piętnowano przypadki fałszowania mleka masła i chleba.

Wizja zakopanych skarbów rozpalała wyobraźnię naszych przodków znacznie silniej niż dzisiaj. Nocą na podwórzu pewnej kamienicy pojawił się ubogo odziany, starszy wiekiem mężczyzna, uzbrojony w szpadel. Z miejsca przystąpił do kopania wielkiej dziury. Obudzeni, odgłosami rycia w ziemi, mieszkańcy wylegli przed dom. Mężczyzna chętnie podzielił się z nimi sekretem. Otóż na podwórzu tym zakopany miał być skarb. Co było do przewidzenia mimo wydatnej pomocy lokatorów, którym obiecał połowę do podziału, mężczyzna skarbu nie odnalazł. Dopiero późnym rankiem, po całonocnej pracy, stwierdzono, że tajemniczy nocny gość jest po prostu obłąkany. O tym, kto musiał zasypać dół, gazety milczą, a niewykluczone że wśród „poszukiwaczy złota” był właśnie Twój Dziadek, Szanowny Czytelniku.

Czerwiec 1898

W pierwszych dniach czerwca roku pańskiego 1898-go do Warszawy dotarł Fabian Redoules - znany francuski malarz i grafik, który dla zakładu pokonywał pieszo trasę Paryż - Sakt Petersburg. Mieszkańcy zgotowali mu uroczyste powitanie, a wędrowiec ze swojej strony odwdzięczył się, wygłaszając w stołecznym Odeonie pogadankę na temat swojej podróży, oraz ludów, przez których ziemie do tej pory wędrował. W czasie odczytu wykonał trzy szkice, które następnie rozlosowano wśród publiczności.

Do redakcji Kuriera Warszawskiego nadesłano z Kolonii wydany w niemczech samouczek języka polskiego. Broszura zatytułowana „Polyglot” zawierała między innymi takie oto typowo polskie zwroty: „ciesze się pana widzieć”, „proszę o obłożną bułkę pszenną”, „macie do przedania lampy?” oraz „Rzołondek mi boli”. Redaktorzy nie szczędzili złośliwości.

Noc Świętojańska stała się okazją do puszczania wianków na Wisłę. Przodkowie nasi do zadania tego podeszli z właściwym sobie rozmachem. Wieńce o kilkumetrowej czasami średnicy, ozdobione podświetlanymi scenami alegorycznymi puszczano przy blasku fajerwerków. Ogólny patronat nad imprezą sprawowało Towarzystwo Wioślarskie. Wśród puszczających znajdowali się przedstawiciele Towarzystwa Pracowników Handlu i Przemysłu, cechu bednarzy, oraz kilku innych grup zawodowych. Powszechny aplauz wzbudziła delegacja Towarzystwa Łyżwiarskiego która, lekceważąc całkowicie porę roku, przybyła w strojach organizacyjnych, tj. w futrach, papachach i białych jedwabnych szalikach. Tak ubrani odtańczyli kilka tańców.

Noc Świętojańska była tylko jednym z całego szeregu letnich festynów. W Dolinie Służewieckiej zorganizowano jarmark i festyn połączony z loterią. Wśród uczestników znaczny odsetek stanowić musiała ludność wiejska. Świadczą o tym główne nagrody loterii fantowej: złoty zegarek i ...młockarnia. Ponadto firmy dbające o reklamę, ofiarowały na potrzeby loterii suknie, książki, nuty, oraz meble gięte. Bawiono się wesoło do białego dnia. Planowano także przekształcić w plac zabaw Wilczą Wyspę - łachę położoną w pobliżu praskiego brzegu Wisły. Rozważano przerzucenie lekkiego mostu, który ułatwiły dostęp. Niestety wyjątkowo paskudny grunt uniemożliwił postawienie na wyspie huśtawek i karuzeli. Opodal wznoszono właśnie kościół pod wezwaniem św. Floriana.

Tymczasem dziennikarze Tygodnika Ilustrowanego przeżywali upokorzenia. Oto jednemu z nich zachciało się przespacerować wieczorem po Warszawie. Ku niejakiemu zdumieniu przekonał się że Park Łazienkowski od dziesiątej wieczorem jest dla publiczności zamknięty, zaś szwajcarzy pilnujący bram Parku Saskiego nie wpuszczają do środka ludzi odzianych czysto i schludnie, lecz ubogo...

W początkach roku Hipolit Wawelberg, prezes Domu Bankowego Rodziny Wawelbergów - jednego z największych ówczesnych banków, powołał fundację celem budowy tanich mieszkań dla robotników. Przekazał na ten szczytny cel niebagatelną sumę 300 000 rubli. W czerwcu jego ambitny pomysł zaczął przyoblekać się w ciało. Na Woli, przy ulicy Górczewskiej wznoszono trzy z planowanych ośmiu kamienic. Budynki zaprojektowane zostały bardzo nowocześnie. Posiadały bieżącą wodę, rynny, oraz inne udogodnienia. (Wychodki tradycyjnie znajdowały się na podwórku). Kamienice posiadały także klub, salę zabaw, łaźnię, oraz pomieszczenia na przedszkole dla dzieci mieszkańców. Na jednego lokatora przypadało 12 metrów sześciennych powietrza, co łatwo można porównać ze standardem naszych mieszkań. Z ośmiu wzniesionych kamienic, do naszych czasów przetrwało siedem i po niewielkich modernizacjach nadal służą wiernie swoim mieszkańcom, za to bank Wawelbergów nie przetrwał krachu spowodowanego rewolucją w Rosji. Szkoda, trochę polskiego kapitału mogłoby się obecnie przydać.

Dziennikarze odnotowali skrzętnie, że mięso okropnie podrożało (1/2 kopiejki funt), i zaobserwowali brak kultury wśród rzeźników na placu Grzybowskim. Tamtejsi straganiarze mieli wyjątkowo paskudne zwyczaje. Używali rynsztokowego słownictwa, oraz zdarzało im się bić klientki które odmawiały zakupu zepsutych już produktów, (lady chłodnicze pojawiły się dopiero w latach trzydziestych, a i to nie u nas). Dla zapobieżenia podobnym ekscesom koło placu umieszczono posterunek policji. Mięso stało się także przedmiotem paskudnej afery na prowincji. Podczas burzy piorun zabił sześć krów. Mieszkający w pobliżu lekarz weterynarii nakazał bezzwłoczne zakopanie padliny. Nocą kmiotkowie krowy odkopali i zawieźli w postaci wołowiny na targ.

Policja nie próżnowała. W Warszawie wpadła nielegalna fabryka. Pewna firma sprowadzała z zagranicy lakier na spirytusie. Za pomocą aparatury destylacyjnej z lakieru odzyskiwano spirytus, a żeby nie tracić niepotrzebnie dobrej jakości farby, rozcieńczano ją terpentyną i sprzedawano. O smaku spirytusu z lakieru gazety milczą, ale skoro fabryka działała musiał istnieć zbyt.

Czerwiec upłynął w Warszawie pod znakiem walki z żebractwem. Patrole policji wyłapywały żebrzących i osadzały w więzieniach. Żebrzący z nędzy mogli liczyć na wyrozumiałość ze strony sądów, natomiast ci którzy czynili to z lenistwa, lub nałogu traktowani byli z całą surowością. Dla zapobieżenia demoralizacji nieletnich zorganizowano dla nich, wzorem Szwecji, domy zarobkowe. Uboga młodzież uczyła się tam szycia, cerowania, wyplatania koszyków.

Wesoło zabawili się w Warszawie trzej młodzieńcy Wykorzystując fałszywie bilety wizytowe, podając się za hrabiów, pohulali w kawiarniach i hotelach na kilkaset rubli. Wreszcie zostali ujęci, na gorącym uczynku. Nie tylko oni zostali schwytani. Gazety opisywały wyprawę trzynastolatka z Wrocławia, który ukradłwszy babci 160 marek wypuścił się do Berlina z zamiarem zaciągnięcia się do armii amerykańskiej. (trwała właśnie wojna między USA a Hiszpanią). Pechowy ochotnik wpadł podczas próby zakupu broni. Noga podwinęła się także pewnemu inkasentowi Towarzystwa Przewozowego. Pobrawszy 16 tysięcy rubli człowiek ten przepadł bez wieści, co wzbudziło zrozumiały niepokój wśród jego pracodawców. Atoli po kilku dniach szczęśliwie został odnaleziony przez policję. Zeznał że pieniądze skradziono mu... podczas drzemki w parku, a przez następne dni błąkał się po Szmulkach. Przy zatrzymanym znaleziono pęto kiełbasy litewskiej, oraz ręcznik pochodzenia wiejskiego, co obalało jego alibi. Dokonano rewizji w gospodarstwie krewnych inkasenta, na terenie powiatu święcickiego, w guberni wileńskiej. Pieniądze znaleziono. Defraudant zdążył roztrwonić jedynie 500 rubli. (równowartość dziesięciu krów). Zostały ukryte w pudełku zakopanym na głębokości dwu arszynów (ponad 180 cm!). Dla zamaskowania śladów kopania na miejscu dołu ustawiono budę z bardzo złym psem. Agenci carskiej policji byli mistrzami w przeprowadzaniu rewizji.