I Pierwsze próby - lata 80-te

 

Jak to było że zostałem pisarzem. 

 

I Pierwsze próby - lata 80-te.

Najstarsze zachowane ślady mojej działalności literackiej to kartka z bloku formatu A4 zapisana obustronnie ołówkiem. Gdy miałem sześć lat i chodziłem do przedszkola w tv leciał serial „Biały delfin Um”. Przesłanie intelektualne tego dzieła wywarło na mnie dogłębne i wstrząsające wrażenie. Na zachowanej karcie znajdują się dwa opowiadania inspirowane filmem. Nie napisałem tego sam. Ja dyktowałem a notował mój Dziadek. Istniał też zeszyt w kratkę zawierający powstałe w podobnym okresie i okolicznościach moje fanfiki do Muminków. Niestety przepadł w zawierusze dziejów...

Niestety rok później trafiłem w szpony państwowego systemu szkolnego. I dostałem w łeb natychmiast a do tego bardzo mocno. Cierpiałem na dysgrafię i dysortografię. W tamtych czasach nikt tego nie diagnozował, o terapiach nie można było nawet marzyć bo nikt nie wiedział że istnieją. W dodatku byłem leworęczny co na początku lat 80-tych w Warszawie zwalczano ostro. Cóż to taka „mądrość etapu”. Dlaczego tak tego pilnowano?

Mieszkałem na Szmulkach. W zasięgu kilku minut drogi od domu miałem wielką rzeźnię (przed wojną fabrykę butów gumowych a obecnie klimatyczną knajpę artystyczną dla japiszonów), pod wałem kolejowym ulokowano fabrykę sprężyn. Obok szkoły znajdowała się słynna praska Drucianka. Trochę dalej były dwie fabryki kosmetyków, wytwórnia pomocy naukowych, zakłady naprawy taboru kolejowego i temu podobne zakłady przemysłowe. Między nimi jak rodzynki w cieście tkwiły małe warsztaty rzemieślnicze produkujące tablice rejestracyjne, meble i inne. Był też szewc, krawiec, pralnia, magiel...

Cała ta cywilizacja techniczna doby schyłkowej komuny opierała się na ręcznym sterowaniu maszynami. 90% absolwentów mojej budy miała skończyć w szkołach zawodowych i technicznych. A wszelkie obrabiarki dostosowane były do obsługi ręką prawą. Dodatkowo przechlapane miałem za sposób w jaki trzymałem długopis. Dla mnie był to chwyt zupełnie naturalny. Rysowałem, malowałem, pisałem. Ale na belferstwo widok ten działał jak czerwona płachta na byka.

Za radą jakiejś psycholożki „przestawiono” mnie na posługiwanie się prawą ręką. Pisanie na długo stało się dla mnie nieznośną torturą. Nie było mowy bym zajmował się tym dla przyjemności... Wyuczyłem się tego bo nie było wyjścia.

Szkołę mieliśmy klimatyczną – kto nie wierzy niech obejrzy sobie budynek przy ul Otwockiej w Warszawie – tylko proszę uważać na autochtonów. Okolica trochę zdziczała.

Niestety szkoła ta, piękna i z tradycjami, traktowała uczniów jak zło konieczne i czuło się to na każdym kroku. W pierwszej klasie było normalnie - o ósmej zaczynałem lekcje. Jedynym minusem było to że moją klasę ulokowano w sąsiednim budynku. W drugiej klasie z niewyjaśnionych przyczyn moja klasa chodzić zaczęła na drugą zmianę. W trzeciej klasie przeniesiono nas do budynku głównego za to uczęszczać zaczęliśmy na ...trzecią zmianę. 9-10 latki przychodziły zatem do szkoły na 14:15 lub 15:05, a zajęcia kończyły się tak że czasem dobiegłem do domu na dobranockę, a czasem nie. Można to oczywiście tłumaczyć wyżem demograficznym i temu podobnymi przyczynami, ale mimo wszystko do dziś uważam to za totalne przegięcie. Rodzicom też się to nie podobało, więc w końcu dyrekcja znudzona protestami skorzystała z choroby wychowawczyni i rozwiązała naszą klasę.

W tym okresie lubiłem sobie wymyślać rozmaite historie i opowiadałem je kumplom. W wieku wczesnopodstawówkowym fabuły obracały się wokół bandy psychopatycznych morderców, kombinatorów, terrorystów a przy tym iluzjonistów zwanych „Eskortą Negora”. Imię głównego bohatera zaczerpnąłem z komiksu drukowanego w „Świecie Młodych”. Nawymyślałem o nich niestworzonych historii. Banda ta m.in. potrafiła wyciągnąć karabin maszynowy ze zwiniętej w rulon gazety. Fabułki te - nie zapisane – uleciały. Snułem te wizje długo i z zapałem. Przed zaśnięciem leżałem i wymyślałem historie. Wiele z nich obracało się wokół ucieczki z kraju, wokół życia w wolnym świecie. Przeważnie za morzem. W marzeniach pracowałem jako weterynarz w szwedzkim ogrodzie zoologicznym. Czasem pojawiały się koncepcje powrotu z bronią. Roiłem sobie, że kiedyś przybędę tu wziąć krwawy odwet na komuchach. Dlaczego jako mniej więcej jedenastolatek totalnie znienawidziłem socjalizm? To złożony problem.

Źródeł fascynacji Skandynawią było kilka. Mój Ojciec uczył się szwedzkiego i odwiedził Szwecję w 1979-tym. Korespondował tam z dwiema rodzinami i jednym z pracowników ZOO w Boras. W bardzo ciężkim okresie po stanie wojennym jego znajomi przysłali nam kilka paczek z żywnością, środkami czystości i innymi niedostępnymi u nas dobrami . Do dziś pamiętam ekscytację z jaką otwieraliśmy kartony. Nie wiedzieliśmy, że może istnieć ...mydło w płynie. Dziw nad dziwy. Na jednej butelce napis szampon, w drugiej coś niemal identycznego w konsystencji i zapachu, ale nazwa jednakowoż inna. Co za diabeł?

Albo rosołki drobiowe. Nie wiedziałem że mogą być w formie okrągłych tabletek a nie kostek bulionowych. Przez wiele lat przechowywałem puszkę po pasztecie ozdobioną podobizną wikinga. Mam też metalową puchę po mleku w proszku które dostaliśmy dla mojej siostry. Rzeczy dziś absolutnie zwyczajne wówczas były powiewem szalonego kapitalistycznego luksusu... Z paczki miałem też piękne zimowe buty i narciarską czapkę. Buty były niebieskie z żółtymi sznurówkami. Strach było zostawić je w szatni, bo kradzieże były wówczas istną plagą. Na szczęście nikt mi ich nie zwinął. Może dla tego, że były zbyt charakterystyczne - w całej dzielnicy nie było drugich podobnych. W 1984-tym w moje ręce wpadł też katalog szwedzkiego domu wysyłkowego.

Te przejawy cywilizacji kapitalistycznej, podobnie jak klocki Lego u jednego z kumpli posiały ziarno niepewności w mojej dziecięcej duszy. Gdzieś tam był inny świat. Weselszy, bardziej kolorowy. Obcowałem z niewielkimi, lśniącymi jak brylanty, okruchami tamtej rzeczywistości. Artefaktami obcej cywilizacji. W TV leciał serial dla dzieci o przygodach Pipi. Wprawdzie nakręcono go bodaj w latach sześćdziesiątych, ale i tak pozwalał zobaczyć kawałek tego innego świata.

Czytałem też oczywiście ksiązki Tove Jansson i Astrid Lindgren. To wszystko solidnie zryło mi psychikę i rozbudziło zainteresowanie Skandynawią. Zainteresowania te w połowie lat 80-ych zaowocowały konkretnym planem ucieczki kajakiem na Bornholm. Sądziłem, że dokonam tego zaraz po maturze. Na szczęście komuna zdechła znacznie wcześniej.

Po latach i trzech wyprawach na półwysep fascynacje te zaowocowały w postaci cyklu Oko Jelenia.

Wspomnę jeszcze o jednej sprawie. W moich szkołach istniało harcerstwo. W pierwszej informacje z życia drużyn były eksponowane gablocie na wprost wejścia. Wiedziałem gdzie jest harcówka. Czytałem regularnie „Świat Młodych” – ukazującą się trzy razy w tygodniu „harcerską gazetę nastolatków”. Idee obozowania pod gołym niebem w namiocie bardzo mnie kręciły. I... I nic. Stałem obok i podziwiałem. Nie zapisałem się nigdy. Dlaczego? Grzebię w pamięci szukając powodów ale znajduję tam tylko i wyłącznie pustkę. Po prostu nie wiem. Może dla tego, że nie miałem takich tradycji w bliższej rodzinie, poza tym nikt z moich kolegów nie należał? Może nigdy nie spotkałem się z bezpośrednią zachętą? Bo nie sądzę by mój indywidualizm i anarchistyczna natura miały tu jakiekolwiek znaczenie.

W grudniu 1985-tego miałem 11 lat. W tym okresie rozważałem kilka dróg życiowych. Miałem w zasadzie trzy koncepcje. Chciałem zostać weterynarzem, archeologiem lub literatem. 

Przeprowadziliśmy się ze Szmulek na Nową Pragę. Nadszedł czas zmian które posłużyły trochę jak katalizator. Po pierwsze wierni słuchacze moich opowieści pozostali w poprzedniej szkole. Kontakty nie zerwały się – ale uległy znacznemu rozluźnieniu. Większość nie miała telefonów. My też straciliśmy swój. Po przeprowadzce na przeniesienie telefonu – czyli de facto ponowną instalację aparatu czekaliśmy od 1985-tego do bodaj 1993-go.

Po drugie w nowej budzie belferstwo nie wiedziało że mam obligatoryjnie pisać prawą ręką. Mogłem zatem po cichutku samowolnie wrócić do lewej. Lewą pisało mi się o niebo lżej, szybciej i czytelniej. Po trzecie po półrocznym pobycie we w miarę sensownej klasie trafiłem skutkiem reorganizacji do nowotworzonej klasy szóstej pomyślanej jako nieformalna kolonia karna tej budy. Jak tworzono takie klasy? Z trzech istniejących wybrano najgorsze bydełko i wrzucono do jednego worka. Na strażniczkę wybrano najostrzejszą belfrzycę szkoły i mocno dokręcono śrubę. Zasadniczo nie było to złe rozwiązanie. Jestem podobnie jak wybitny pedagog Janusz Korczak, ogromnym zwolennikiem wczesnej izolacji „dzieci zdegenerowanych”. Tylko dlaczego u diabła trafiłem tam ja i jeszcze kilka innych sensownych osób?

Kolejne trzy lata spędzone wśród dwunogiej nierogacizny nastroiły mnie negatywnie do instytucji szkoły i do ludzi. O tym z jakim „materiałem ludzkim” miałem tam do czynienia niech świadczy fakt że bandy tej nikt nie nauczył podstawowych kiziorskich zasad praskiej ferajny. Ot choćby tej ze swojaków się nie okrada. Albo że swojaków się nie bije. Jedyny kumpel z którym utrzymywałem kontakty po zakończeniu edukacji w tej rzeźni, zdawałoby się jedyny sensowny człowiek z tego stada, też okazał się nie lepszy. Kilka lat później orżnął mnie na „aż” ...200 złotych i znikł. Przekręt nastąpił akurat w chwili gdy musiałem pilnie opłacić studia.

Świat lat osiemdziesiątych też był paskudny. Czułem się zamknięty. Wyjechać za granicę było potwornie trudno. Tylko raz - w 1985-tym odwiedziłem z wycieczką NRD – dziś zwane przez starszych niemców „Deustche Dramatische Respublik”, wówczas raczej „okno wystawowe komunizmu”. Zobaczyłem cuda. Na przykład sklep sportowy, w którym były do kupienia namioty! Tak normalnie do kupienia. Bez zapisów i czekania latami, bez losowania, bez społecznej kolejki. Stałem przed witryną nie mogąc uwierzyć w to co widzę. Minęło ćwierć wieku, ale gdy przymknę oczy obraz pojawia się jak na zawołanie. Czteroosobowy. Żółty z pomarańczowymi elementami. Z tropikiem. Manekiny na składanych krzesełkach turystycznych. Nie pamiętam tylko koloru linek. Cena... Cholera... Nie pamiętam ceny. Czterysta marek? Osiemset? Tysiąc dwieście? Tak czy inaczej nie miałem tyle.

Zobaczyłem tez inne dziwa. Niepojęte. Zauważyłem, że ulice mogą być czyste. Zobaczyłem mleko w kartonikach, mięso bez kartek i inne ciekawostki. Nie był to jeszcze świat kapitalizmu, ale i tak było tam w oczywisty sposób lepiej niż u nas...

Przeprowadzka miała też inne fundamentalne skutki. Chodząc na religię do salki katechetycznej przy kościele mijałem po drodze Pewex. Urządzony był na parterze siermiężnego praskiego hoteliku. Powierzchnia? Gdzieś sześć metrów kwadratowych. Wyglądał mniej więcej jak warzywniak dzisiaj, a jeśli chodzi o zaopatrzenie obecnie byle sklepik osiedlowy bije go o kilka długości. Wtedy był powiewem luksusu bezwzględnego. Słodycze, soki w kartonach, zagraniczne pety, tytoń, alkohole, drobne zabawki. Feeria barw i zapachów... Enklawa innej rzeczywistości. Jak w tym dowcipie o milicjancie co przeskoczył przez ladę i poprosił o azyl. Ten Pewex ostatecznie utwierdził mnie w przekonaniu, że socjalizm, a w szczególności jego PRL-owska odmiana, jest błędem. Anomalią. Raz w tygodniu zachodziłem nacieszyć oczy.

Swoją drogą i tak miałem fart że belferstwo z moich obu podstawówek miało socjalizm już generalnie w rzyci i nie kontrolowało kto chodzi na religię. W innych szkołach szpiegowanie uczniów i zasadzki koło salek katechetycznych jeszcze się w tym okresie trafiały.

Przed taką rzeczywistością musiałem jakoś uciec by nie zwariować. W TV niewiele było do obejrzenia. Uciekłem w książki i pisanie. Czytałem dużo, jak obliczam przez 3 ostatnie lata szkoły przeczytałem około 500-700 pozycji. 

Ponieważ pieczywo z zakładów uspołecznionych nadawało się do spożycia, ale nie posiadało smaku i innych walorów raz lub dwa razy w tygodniu chodziłem na ul. Środkową. Mieściła się tam maciupka prywatna piekarnia a obok niej sklepik firmowy. Wracając zahaczałem o antykwariat na bazarku przy ul. Strzeleckiej. Powoli kompletowałem polską fantastykę. Regularnie 2-3 razy w tygodniu jeździłem też do dużej biblioteki przy ul Radzymińskiej. Szczególnie lubiłem kilku autorów: Alfreda Szklarskiego, Zbigniewa Nienackiego, Julesa Verne, Kiryła Bułyczowa, Janusza A. Zajdla... Ale nie tylko. W tym okresie bardzo, interesowałem się archeologią i historią, szczególnie historią starożytną.

Z racji pochodzenia usiłowałem dowiedzieć się czegoś na temat nowożytnej historii Ukrainy – były z tym jednak poważne problemy. Brakowało literatury. Ta która była nie wspominała o towarzystwie „Prosiwita”, ruchach prometejskich etc. tylko koncentrowała się na najczarniejszych kartach z historii naszych narodów.

W Wojsławicach przed wojną grasowali pojedynczy emisariusze KPZU, ale w czasie okupacji nie działała ani UPA ani struktury OUN. Była niewielka ukraińska samoobrona. Miejscowi Ukraińcy siedzieli jednak grzecznie i cicho, Polacy też ich nie zaczepiali. Piszę Polacy i Ukraińcy – to uproszczenie. W miasteczku genealogie były często bardzo poplątane. W 1945-tym władza się nie bawiła w badanie metryk. Prawosławnych uznano za Ukraińców i deportowano, katolików uznano za Polaków i zostawiono w spokoju. Były przypadki gdy na rampie kolejowej żegnali się na zawsze rodzeni bracia... Wywieziono kuzyna mojego dziadka... My mieliśmy szczęście. Tylko prababka chodziła do cerkwi.

W naszej okolicy partyzantka jedna i druga parę razy solidnie złoiła skórę szkopom i czerwonym. Były to jednak sprawy, o których nawet wśród bliskich krewnych mówiono niewiele i niechętnie. O tym jaki strach towarzyszył ludziom niech świadczy fakt że dopiero dwa lata temu – w 2009-tym(!) dowiedziałem się że mój Dziadek brał jako furman udział w słynnej akcji rozbicia więzienia w Zamościu.

Zagłębiłem się w starożytność. Uwielbiałem powieści Jerzego Edigey’a i Miki Waltari, czytałem też sporo publikacji naukowych. Postanowiłem zostać archeologiem. Obok przyczyny idealistycznej był też powód czysto pragmatyczny – archeologom dawano paszporty.

Kłopot w tym że szybko spocząłem na laurach. Naładowałem głowę mądrościami o których mi rówieśnicy nie mieli pojęcia, do tego jako jedyny w klasie pisałem książkę więc mając 13-14 lat mocno na wyrost poczułem się geniuszem absolutnym. Tymczasem moje dobre samopoczucie wynikało z braku konkurencji. Nie miałem go jak zweryfikować, bo nie miałem się z kim porównać. Oj ta moja szkoła zdecydowanie nie była miejscem gdzie można by przejść formację intelektualną. 

Nauczyciele byli na dobrą sprawę wyrobnikami, nie umieli przekazać wiedzy. Może sami jej nie posiadali a może patrząc na żulię siedzącą w ławkach odpuszczali sobie.

Drugi błąd – za szybko zamknąłem listę lektur. Czytałem ulubionych autorów. Wiele książek przeczytałem po kilkanaście razy – zamiast szukać nowych pozycji. Mógłbym się tłumaczyć że nie bardzo miałem kontakt z kimś kto mógłby mi wskazać nowe tropy – ale wina spada jednak głównie na mnie. 

Pod koniec odsiadywania wyroku katorgi w podstawówce pisałem dwie rzeczy. „Hotel pod łupieżcą” i „Norweski dziennik”. Hotel powstał na kanwie snu, w którym trafiłem do hotelu mordowni gdzie ukradziono mi walizkę. (ten motyw przetrwał wszystkie wersje przypomnijcie sobie zdanie: „to ja szatan, oddajcie mi moją walizkę”). Norweski dziennik to rozwinięcie moich fabuł emigracyjnych i związanych z odwetem na komuchach. Tytuł i fabuła dłuższy czas ewoluowały...

Pisałem w tym okresie kompletnie na ślepo. Nie bardzo miałem komu to pokazać. Nie znałem żadnego pisarza który mógłby udzielić mi rad. Parę jakichś wypocin wysłałem na konkursy „Świata Młodych” – jednak gazeta po długiej agonii padła zanim podszlifowałem warsztat na tyle by mieć choćby niewielką szansę zajęcia miejsc punktowanych... W dodatku rodzina usiłowała mi wybić z głowy pisanie argumentując że więcej czasu powinienem poświęcić nauce.

„Wolę być szczęśliwy niż wykształcony – jak powiedział Jakub Wędrowycz podpalając szkołę”. Moja ocalała. Pewnie dla tego że benzyna była wtedy na kartki.